to człowiek i z jeżem w betoniarce wytrzyma...
Ano...
Ale nie dłużej.
Zebrało mi się i się nie odbierze, co to, to nie.
Albo ja jestem pojebana do reszty, albo świat.
Żyję, nikomu nie wadząc, ale mam dość tego, co muszę.
Muszę być matką Polką.
Muszę zrozumieć, że życie idzie naprzód.
Muszę się dostosować.
Muszę zrezygnować.
Muszę zrobić.
Muszę stać na baczność.
Nie mogę.
Mogę.
Powinnam.
A chuj.
Dręczyło mnie i pojechałam do Umarlaków 10 czerwca, co mi nieco ciśnienie spuściło, ale potem mi zaraz podniosło i to niebotycznie. Primo, że znów jakiś kretyn był na grobach. Secundo, bo E. się zawsze wykręcała, a po fakcie miała pretensje, że ja nie mam teraz czasu, napisałam jej w piątek rano, że będę i może ze mną po południu wracać. Zaczęła, że włosy, że paznokcie, że śrutututu majtki z drutu. Huknęłam i... pojechała ze mną.
I nigdy więcej koleżanek u mnie.
Nie pasujemy do siebie, absolutnie.
Na 3 dni wzięła 3 pary butów i napierała się na pójście do miasta w szpilkach, z których co rusz zlatywała. Może powinnam jej pozwolić, bo wróciłybyśmy od razu do domu, a tak przewlekła mnie przez wszystkie galerie w wiosce. No, prawie wszystkie. Do tego kupiła sobie iPada i szła, fotografując nim wszystko i wszystkich, ojapierdolę. Wygląda to tak kretyńsko, że bardziej nie może.
Nie mam lampy w łazience, nie ma się gdzie wymalować, bo tam za ciemno. Powinnam mieć lampę w łazience.
Nie mam lusterka do robienia makijażu, a to niedopuszczalne.
Nie można mieć w nocy otwartych okien, bo zawieje.
Dlaczego gotuję tak, a nie inaczej (ale jej smakowało i pytała, jak to robię, niepanierowanie schabowego w mące było dla niej odkryciem na miarę odkrycia Ameryki przez Kolumba).
Dlaczego nie kroję imbiru, tylko przepuszczam przez praskę?
Dlaczego jej program w iPadzie nie działa i co mogła przestawić?
Dlaczego...
I słuchanie cały wieczór o ludziach, których nigdy w życiu nie widziałam i nie zobaczę, a którzy chorują na:... i tu cała litania...
Odetchnęłam z ulgą, gdy odjechała, obiecałam wpaść, świadoma, że kłamię, bo nie wpadnę i nie chcę powtórki z rozrywki.
Ściana cała w czerwone placki od jej walizki.
Nie da się zmyć.
Ona sama stwierdziła, że ja to się najlepiej z jej wnuczką dogaduję i jestem jej (znaczy się wnuczki) idolką. Dziewczyna kończy właśnie gimnazjum :)
W poniedziałek musiałam do pracy, bez taryfy ulgowej, ale na szczęście jest tydzień bez Bossa, więc spokojnie zamknęłam warzywka i ekstrasa, rękawów nie wyrywając i włosów z głowy nie rwąc.
SMS, że w piątek jest zjazd klasowy z LO.
Grzecznie odmówiłam, bo nie widziałam opcji urywania się, świeżo po urlopie, z zamykania, a poza tym - co ja tam będę robiła.
Może next time - odpisali.
I git majonez...
W piątek ów nie za bardzo chciało mi się wstać, ale pokonałam lenia...
Wylądowałam w pracy przed 9 i chwilę później nad wioską chmura się oberwała.
Ulice zamieniły się w rzeki i to rwące.
Aniele Stróżu, dziękuję :*
A potem piździło jak za carycy, ale wróciłam do domu i żadna gałąź nie spadła na ten głupi łysy łeb, choć parę spadło i narobiło rabanu w wiosce.
W sobotę wleciał Kierownik Budowy z Haremem. Fajnie było, do momentu, gdy dowiedziałam się, że muszę:
- zdrowo się odżywiać (podałam koktajl z jogurtu naturalnego i truskawek, smakował, a KB stwierdził, że jeszcze w tym roku truskawek nie jadł; jest koniec sezonu truskawkowego blisko; dałam bób, bób jadł raz w życiu w formie papki - ma tyle lat, co Inżynier; nie wiedział, że jest już młoda kapusta kwaszona, cały słoik surówki zabrał, ona kapusty nie lubi)... To ja, kurwa, pytam, o czym my rozmawiamy? Ona wyjść z podziwu nie mogła, że można jeść tygodniami bez mięsa i nie chodzić głodnym.
To ja, kurwa....
- powinnam ćwiczyć, takie tam, joga nie joga, bo jakiś pan po 70 zaczął ćwiczyć i żyje. Bo Słonko ćwiczy i inni ćwiczą (byłam na tyle zajęta weselem, że nie znalazłam czasu na rozmowy o zdrowym trybie życia i dzięki niebiosom za to)... Niewiele mnie ominęło...
A ja, kurwa, jestem po sześćdziesiątce i nie mam ochoty na żadne ćwiczenia, a może nie mam ochoty żyć?
- i że mam po co żyć, bo z lekka oszczędzając mogę jeszcze cały świat zwiedzić, że mnie chętnie zabiorą tu i tam.
Doceniam, wdzięczna jestem, ale...
Nieważne, co ja będę tłumaczyła.
Oczywiście, pojadę, o ile dożyję i mnie w precelek nie zwinie, nie wyjebie w kosmos i inne takie tam... Lekarz kazał potakiwać...
A na razie, Kochany Pamiętniczku, kolejny poniedziałek minął bezboleśnie, jako że Bossa nie ma...
A mówią, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień.
No i poza tym, że parę osób milczy, że ja też milczę jak zaklęta, bo co się będę prosiła, wszak świnią nie jestem...
W sobotę idę w świat.
Z plecaczkiem.
Takie plany.
Co ma być, będzie, nieważne jak się będę odżywiała i jak bardzo będę na głowie stała...
Te pięć minut w betoniarce :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz