środa, 14 lutego 2018

Jebłam

mówiąc krótko, Kochany Pamiętniczku.
Zwyczajnie.
Trzeci dzień z motorkiem w dupie, bo tak wyszło.
Atmosfera nerwowa na maksa, krążą wieści, że Boss coś knuje.
Ale co? Homoniewiadomo...
I stoimy pode drzwiami od fotoskładu, a tu nagle Boss zakwita i w te słowa rzecze: błędy, błędy, wszędzie błędy, no co wy, ludzie, matury nie macie?
Milczę, bo cóż mam rzec. Czasem dają mu teksty bez korekty. A czasem on po mnie uparcie poprawia, jak w tym numerze. Puszczam: przy pomocy babci, a on odsyła z poprawką: za pomocą babci. Ja z pyskiem do redaktora, co on po mnie poprawia, a redaktor: to nie ja, to Boss. I weź tłumacz, jak krowie na rowie, że pierdolenie kotka za pomocą młotka, ale dom budujemy przy pomocy sąsiada...
Zatrudnia fachowców, ale nie od języka, tylko z konkretnych dziedzin. Od języka jestem ja, a że mi nie wierzy? Zawsze mam linka i słownik pod ręką :D I - odpukać, zawsze dotąd moje na wierzchu, Pewno, że są literówki, ale korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, o nie. Korekta jest po to, żeby błędów było mniej i to jest PRAWDZIWA definicja korekty :)
I tak się składa, że jeżeli po pierwszej korekcie w kompiku "tylko parę słów dopisują", to wydruk jest czerwony jak krew :)
Ale co ja będę mu dorzucała  węgla do kotła.
Lata całe temu moja koleżanka, wściekła, że kolejny dyżur siedzi po godzinach (a na nocki wtedy chodziłyśmy) rzuciła redaktorom, którzy spokojnie piwko popijali (godzinami bym mogła opowiadać): macie maturę? Macie? Kto wam ją dał? To se sami poprawiajcie, torebkę wzięła i poszła w siną dal, w siną dal...
Osobiście dziś miałam 7 orgazmów, bo siedem ortografów znalazłam, a każdy ortograf to u mnie orgazm, więc walentynki miałam z głowy.
Coś mnie trzepło i mówię do Bossa: czyżby pan planował zlikwidowanie korekty?
A Boss na to: rozważam to.
Moi: tylko proszę to zrobić po mojej śmierci, chcę pracować do śmierci.
Echo niosło jego rechot po całym korytarzu.
Uchyliły się sąsiednie drzwi, wyszedł kolega, taki spokojny, szary, swoje robi, nigdy się nie wychyla, nikomu na odcisk nie wchodzi i patrząc na Bossa rzecze:
O, właśnie, dopiero po śmierci SJ...
Nie ma innej opcji...
Nie ukrywam, ciepło mi się zrobiło, a Boss poczołgał się do swojej nory, rechocąc radośnie...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
I gdy wleciałam śpijmą nocą do Biedronki po piwko, a co, należy mi się, róże były po 7 złotych  za 11 sztuk. Co, ja siebie nie kocham? Kocham się najbardziej na świecie, więc oprócz róż kupiłam sobie jeszcze trzy boligłówki w metalowym wiaderku, też za grosze :D
Kto bogatemu zabroni?
Jeszcze juterko przeżyć. Będzie dobrze :)

5 komentarzy:

  1. Ha, ha , ha... cos ta babcia "zatraca" przedmiotem martwym... a moze " z pomoca babci". Uwielbiam Twoj blog. Pozdrovienia. JoEl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, mam i wielbicielki :) Dziękuję, miło mi... :)

      Usuń
  2. Rozlozylas mnie tymi rozami:) A buzi tez sobie dalas? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stardust, pocałowałam się w dłoń, nucąc (po cichu, coby sąsiedzi nie wezwali karetki do wariatkowa): całuję twoją dłoń, madame, śniąc że to usta twe :P
      W UK kiedyś widziałam przecudnego T-shirta z napisem (po angliczańsku, of course): Masturbacja - miłość do samego siebie :D Ale nawet ja nie jestem tak odważna, żeby takie piękne hasło nosić, bo sporo ludzi zna angielski :) Może gdybym miała te trzydzieści parę lat mniej, kto wie :P

      Usuń