piątek, 1 lipca 2022

Bladym

 świtem, Kochany Pamiętniczku, gdy dowlokłam się na Manhattan w celu zakupów na najbliższe dni, żeby jutro nie padać w tasiemcowych kolejkach (czy wszyscy emeryci z całej okolicy muszą w sobotę rano grzecznie na Manhattan, tak, wiem, też jestem emerytką, ale nie po dziewięćdziesiątce jeszcze i wciąż pracuję), myślałam, że zdechnę, ale w piekarni była woda źródlana. Chuj z tym, że z lodówki, więc nie tyle gasi pragnienie, co powoduje przeziębienie, ale była i dzięki temu ocalałam.

Ale...

Serio, 2,20 za pół litra wody z kranu? Bo koło jakiegokolwiek źródła to ona nawet nie stała, moja kranówa smakuje lepiej.

I tak od razu w oczach stanęło mi, jak bałam się lata temu, podczas pierwszego wyjazdu z Pierworodnym do Londynu powiedzieć, że umieram z pragnienia, bo mała butelka wody mineralnej kosztowała 1,50 funta, a na wycieczki jeździliśmy wtedy jeszcze z własnymi kanapkami. 1,50 funta przeliczając na złotówki ( wtedy jeszcze przeliczałam) to było 10,50 zyla, 10,50 za wodę, w pale mi się to nie mieściło...

A i dziś mnie zastanawia, ile będę w stanie za wodę zapłacić, bo wg wyliczeń rachunek za ciepłą wodę wzrośnie mi o ok. 27 zł, a grzanie na gazie i latanie z garem wrzątku to jednak też jest sport ekstremalny, jak się potknę (na trzeźwo, bo po pijaku jestem niezniszczalna) i wyleję wrzątek na siebie to małe miki, ale jak zniosą to moje panele?

Wracając zaś z Manhattanu


co ławeczka, to żul i nie, nie dzwoniłam na pogotowie. Wiem, że to też człowiek, że może się coś z nim dziać, ale te puszki i flaszki pod ławeczką...

Kiedyś próbowałam budzić i pomagać, ale opluta i zwyzywana, podziękuję.

Jak mnie coś, to będę godzinami czekała na pogotowie, płacąc kurewskie składki.

Więc nie, nie jest mi żal. Też czasem mam ochotę zapić, paść na ławeczce i mieć na wszystko wyjebane.

Ot, tak, po prostu.

Mieć wyjebane i w tym momencie myślę: dzieci. Byłam taką egoistką, że sprowadziłam je na ten świat, a teraz będą miały traumę, bo matka legła bez honoru na ławeczce?

Nie, żebym nie mogła. Mogę, kto mi zabroni...

I tak rozmyślając do domu dobiegłam, mimo lejącego się ze mnie potu (strumieniami) ogarnęłam tę kuwetę, mamrocąc pod nosem, że komu to przeszkadza, że na kafelkach w kuchni jest plama na samym środku (no, kurwa, mi przeszkadzało), a potem spoczęłam na laurach (na listku bobkowym, of course), z zimnym piwkiem, po upewnieniu się,  że Pierworodny dotarł do domu, że nic w wiosce nie jebło.

Wyprawa do Wrocka nabiera barw, a ja licząc, ile wydam, zastanawiam się po jakiego chuja się z domu ruszam?

I nie, że mnie nie stać.

Nie licząc wypadów do UK, ostatni raz tak naprawdę byłam na wczasach w 1976 roku, w Mikołajkach pod namiotem. Z Piotrem. Którego już nie ma i który nigdy się nie ożenił, który wkurwił mnie maksymalnie napisem na fotce: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy. Idealny, seksowny, nieszczęśliwy jeszcze bardziej niż ja. Dzisiaj to wiem, wtedy byliśmy za młodzi na ogarnięcie życia.

Może w następnej rzeczywistości nam się uda?Kto wie?


Nie licząc oczywiście 3-dniowej wycieczki do Paryża z Inżynierem, który kopnął mnie w dupę i powiedział, że jak nie teraz, to kiedy?

 No właśnie, kiedy?

Pytanie za 50 zł polskich: co jest ze mną nie tak?

 

A, i do apteki w Galerii dziś zajrzałam. Na drzwiach napis: Punkt szczepień, a że i mi termin na kolejne szczepienie mija, a na Szwajcarską to muszę (nie muszę, ale wlokę Inżynier, bo za daleko) mieć pół dnia, więc włażę i pytam o terminy, a gość (nawiasem mówiąc, denna apteka, denna obsługa, a gość niesympatyczny na maksa) mówi, że nie szczepią. Pytam zatem, dlaczego nie zdejmą napisu z drzwi? Nie zdejmą, bo są punktem szczepień, ale nie szczepią.

Bądź, kurwa, w tym kraju mądry i rób dzieci :) 

Ale biedronkowe leluje dały radę :) 


choć te z Aldi padły :) 

Niech żyje Biedronka :)

 


 


5 komentarzy:

  1. Niestety nie wygram tych pięciu dych,choć takie czasy,że każdy grosz się przyda i powiem Ci,że z Tobą wszystko jest ok,tylko czasy mamy porąbane i niestety nie idzie tego nie zauważyć,a Ty najzwyczajniej w świecie jesteś mądrą emerytka ,niezaślepioną przez kłamliwych mateuszkow, andrzejkow itd
    Wrocław tak,dawno nie byłam.
    Czasem też mam tak,że jak gdzieś jedziemy to myślę,że coś niepotrzebnie,że może nie,ale przecież bardzo lubię jeździć, zwiedzać,łazić nawet bez celu ot tylko tak żeby iść przed siebie gdzie nogi poniosą...

    OdpowiedzUsuń
  2. A w sobotę też nie lubię robić zakupów i klne na tych dziadków co muszą na każdych zakupach opowiedzieć wszystkim swoim znajomym co to akurat się ostatnio wydarzyło u córek,synów ,wnuków i sąsiadów i to stojąc na środku alejki w markecie lub przy najbardziej obleganym stanowisku na bazarku.
    Przypomniała mi się teraz jedna super historyjka
    Otóż jakiś czas temu moja znajoma opowiadała mi,że zaproponowała swojej babci,że będzie jej robiła zakupy,żeby nie musiała między tymi ludźmi, bo pandemia itd, to co usłyszała? Że chce ją pozbawić kontaktu ze znajomymi,zamknąć ja w domu,żeby skisła i takie tam.
    A na odpowiedź,że przecież mogą iść na spacer żeby się dotlenić i że ona chętnie jej dotrzyma towarzystwa usłyszała tylko prychniecie i było po temacie 🤷‍♀️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No u mnie na Manhattanie dokładnie tak jest. Więc jednak przerzucam się na piątek, choć nie zawsze mi się to udaje :) Z tym że osobiście nie mam z kim na tych spędach gadać, bo sama sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem. Tak wyszło, cenię prywatność i nie mam znajomych :)

      Usuń
  3. no uśmiałam się, że chuj z Tobą, szkoda paneli hahaha
    zastanawia mnie fakt, że nie podnoszą Ci tego ryczałtu za gaz ? serio płacisz 8 zł ?
    Jedź do Wrocka i szalej, nigdy nie wiadomo co jest za rogiem
    ja wyczaiłam gondole nad Soliną i mój Paskud się podjarał, myślę, że jeszcze w tym roku pojedziemy
    te 50 dych to se zostaw na piwo we Wrocku, bo takich jak Ty jest cała masa, że myśli "a drogo" a "muszę" a "potrzebne mi to ?" też tak miałam ale teraz już żyję chwilą, chcę to za ostatnie kupuję, jadę itp z myślą jakoś to będzie hahaha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio. Pewno niedługo podniosą, ale odkąd się wprowadziliśmy tu, zawsze najmniej płaciłam za gaz :) A, udało mi się, bo podpisałam umowę z Enea na stałą opłatę krótko przed podniesieniem taryfy. Płaciłam jakieś 170 zł za prąd, na dwa miesiące. Teraz płacę 150. A dokładnie: 150,11 za poprzednie dwa, 150,12 teraz. A klęłam, że tę umowę podpisałam, bo doliczali za nią jakieś 25 zł opłaty stałej...
      I tak pomyślałam, że zaszaleję w tym Wrocławiu, bo spędziłam tam najpiękniejsze wakacje mając 6 lat i polując na niewybuchy w ruinach, a i potem cały miesiąc na studiach. Temat na nową notkę, tak jakby :)

      Usuń