Kalafiorkówny, czwarte, a jakże, Kochany Pamiętniczku, również urządzone u dziadka, upłynęły spokojnie. Dojechał wujek J. z żoną, ale to wszystko, więc nie było jak na jarmarku. Tylko Alienek zakwestionował, że jak to, Kalafiorkówna od babci nic nie dostała. Rowerek skojarzył z dziadkiem, bo rowerek był skitrany u dziadka i trudno mu było wytłumaczyć, że rowerek jest też od babci. Kalafiorkówna zaś dalej zgrywała niedotykalską, ledwo mnie muskając z polika na pożegnanie.
No cóż, jakoś przeżyłam.
A potem już proza życia, znaczy się, cholera mnie z kąta w kąt, bo... nie umiem nie pracować, a nie chce mi się ogarniać papierkowych zaległości, jakiegoś czyszczenia kątów.
Więc jest cudnie, leniwie, Spotify gra, a ja odpływam daleko.
Pojechałam zaraz po świętach po kalendarza nabiurkowy, bo takiego, jak chcę nie ma na całym fyrtlu. W Empiku jest, ale w internetowym sklepie, w normalnym nie było, a ja łażąc po Avenidzie (nie byłam tam chyba od dwóch lat) poczułam się jak mrówka. Zapomniałam, że to pierwszy dzień wyprzedaży i dzikie tłumy. Na wystawach biżuteria i inne musisz to mieć (na chuja? to nawet nie jest lokata kapitału, bo po kupnie jej wartość spada na łeb i na szyję, wiem, przerabiałam, przerabiając stare pierścionki, kupione za równowartość pensji na obrączki dla młodych), w witrynach manekiny-anorektyczki, ekspedientki na mój widok mają taki odpychający wyraz twarzy, że zbiera mi się na rzyganie z rozpaczy, perfum mam od cholery (i oryginały, nie podróbki, ile można smrodów mieszać, jak zażartowałam, że śmierdzę, spotkałam się z oburzeniem, że zawsze pachnę...). AGD mam wszystko, jprdl, ajtetam jeszcze nowe, nie będę zmieniała modelu, bo nie ma sensu. W ostatniej księgarni na trasie, spocona jak mysza, zapomniałam o szatni, nawet nie wiem, czy jeszcze jest, gros ludzi maszerował z okryjbidami na rękach, rzutem na taśmę kupiłam ostatni kalendarz w PL taki jak chciałam (a chciałam dwa, ale odpuściłam już), wróciłam do chaty.
Zdziczałam do reszty, pola się na prerię przenieść, a nie w wielkiej wiosce mieszkać :)
W środę zdobyłam wreszcie
boligłówki. Będą jeszcze dwa amarylisy, ale nie spieszy im się, a boligłówek w tym roku jak na lekarstwo. Więc mam dwa komplety, bo tak. Bo będzie śmierdzieć na maksa i nic nikomu do tego.
Wczoraj, gdy kończyłam gotowanie rosołu (jarskiego, a jakże, jest takie cudo) Inżynier zaprosił mnie na pizzę, bo... dostał kamień do pizzy na Gwiazdkę od żony (znaczy się od Gwiazdora). A oni żyją już na kartonach, bo do końca stycznia muszą się wynieść na włości, a tam jeszcze jest sporo do zrobienia.
Wódki odmówię, ale pizzy u Inżyniera nie, więc uzbrojona w łapówkę pojechałam (dla Inżyniera buraczki z jabłkiem w słoiku, bo tego mu żona nie zrobi, nienawidzi buraków, a kupowane w Żabce, hmmm... i z moją sałatką, tym razem na sałacie, nie na młodych liściach, bo ich nie było). Łobuzy też swoją działkę dostały, a ja dostałam kalendarz na biurko z Łobuzami - obiecany, zapomniany. Miło na te mordki popatrzeć.
No i ktoś odmówiłby takiej pizzy?
Skomponowana specjalnie dla mnie, ciasto robi sam mistrz. Jego matka w życiu nie zhańbiła się pizzą, nie licząc gotowców, a i te często przypalała :)
Takie dziecko to skarb, co nie?
Łobuzy wymęczyły mnie nieziemsko, gdy zniesmaczona dłubaniem w nosie (trudno to wytępić) udawałam martwą, o mało mi oka na serio nie wydłubały, by mnie przywrócić do życia. Kalafiorkównie zaś odbiło i miziała mnie do zamiziania na śmierć, w rezultacie miałam jej kitki co chwilę w gębie, a nienawidzę kłaków w gębie. Ale korzystałam, bo może znów być oschła i niemiłosierna...
Było cudnie, choć nieco mnie rozczarowało, że nie da się Inżynierowi u mnie w ramach rewanżu zrobić 1 stycznia imienin, bo tegoż dnia prababcia ma 99. urodziny. No cóż, prababci prawie setka przebija imieniny, ale ja się tam nie pcham, bo to nie jest moja rodzina i dwa spotkania cząstkowe to dość.
Przeżyję i nawet nie zapłaczę w samotności, bo będę w najlepszym z możliwych towarzystwie :) Swoim własnym, a lubię siebie, bo jestem mądra, spokojna i mamy podobne zainteresowania (wałkuję Six feet under, aczkolwiek niekiedy mnie dołuje).
A z dobrych nowin - wymęczona po nocy przespanej jak zając pod miedzą (nie słyszę budzika, a wewnętrzny dawno umarł na home office), polazłam rano na badania krwi. Praktykantka 5 minut stukała palcem, wbiła igłę, trzy razy zabolało, jakby mi ktoś igłę wbijał w oko i nie pokazała się ani kropelka krwi. Poszła po koleżankę, pani kazała dać drugą rączkę i ani nie zdążyłam mrugnąć i już była pełna probówka mej szlachetnej krewki. Upewniałam się, że to na pewno moja, hahahaha, bo za szybko poszło, mogła jakąś podrzucić.
To działa.
Cholesterole są prawie w granicach - prawie - brakuje tam minimalnych ilości do normy, doktor mówił, że normowanie dietą to co najmniej dwa miesiące, a i efekty niepewne. Tu po miesiącu jest cudnie, a będę dalej się pilnowała.
Kwas moczowy o 0,2 przekroczona norma, to jak na moją dnę wynik prawie idealny.
Ciśnienie bywa różnie, ale nie jest już tragicznie, więc sądzę, że nie będę zmuszona do zażywania statyn, po prostu dalej będę się dobrze prowadzić. To nie jest wcale takie trudne.
Jestem z siebie megadumna :)
A że wyniki są OK, to sobie w sylwestra pozwolę na winko...
Lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło, co nie? :)



Masz nawal imprez u schylku grudnia i na poczatku stycznia, nic, tylko bywac, pic i tancowac. Nie od rzeczy tez dobrze pojesc, chocby i pizze domowej produkcji. Wyglada naprawde apetycznie.
OdpowiedzUsuńPrzepyszna była i w sumie nawet nie za bardzo złamałam dietę, czasem trzeba w życiu odpuścić. Nigdy nie sądziłam, że syn będzie takim dobrym kucharzem. I człowiekiem. Widać, że udało mi się ludzia wychować. Gdyby otworzył pizzernię w normalnym kraju, kosiłby kasę. A tak dobrze, że pracuje w zawodzie.
UsuńOj,ta pizza mówi do mnie... zjedz mnie,zjedz mnie 😁 . Z brokułami ,mniam
OdpowiedzUsuńW pierwszy weekend stycznia jedziemy do córki i jej chłopak (he he 28 lat to już chyba mężczyzna?) też robi dobrą pizze,więc chyba poproszę aby przygotował dla przyszłej teściowej 😁😁😁
Nie mówię nic, Twój wybór. Nie używałabym określenia: przyszła teściowa. Ale Twoja decyzja.
Usuńmój Paskud też ma kamień do pizzy, raz robił na niej pizzę hahaha w naszym domu to ja jestem specem od pizzy i nie potrzebuję kamienia hihihi fajnie że tak wszystko Ci się układa ze zdrowiem i z Inżynierostwem , żeby Paskud chciał odejść od chabaniny...no ale nie, mięcho cza szarpać :D i whisky chlać no nic, kiedyś zmądrzeje ;-) i tak winko w sylwka należy Ci się jak nic ! Na zdrowie !
OdpowiedzUsuńPrzytulam mocno, bo to wszystko skomplikowane jest. Osobiście w życiu nie popełniłam sama pizzy. Winko w sylwka piję, nie ma opcji, że nie, zgrzeszyć muszę. Potrafię Paskuda zrozumieć, bo oglądając film, gdzie żrą mięso nabrałam na nie ochoty. Ale mi przeszło. Tak mam patrząc na film, gdzie co chwilę jest drink :) Dziś odpuszczam picie, bo sylwester, ale od jutra nie ma zmiłuj :)
Usuń