Kochany Pamiętniczku, już dawno takiego echa nie było...
Zatem oficjalnie i do końca - nie wiem - życia, kariery - będę już pracowała z domu.
Źle się dzieje w państwie duńskim, ale państwo sobie samo na to pracuje.
Nie tak dawno przeprowadzaliśmy się z R., gdzie lata spędzone w piwnicy były najfajniejszymi latami w moim życiu zawodowym, pomijając start w bibliotece AR.
Niby piwnica, ale było tam super, latanie po piętrach z wydruczkami utrzymywało mnie w znakomitej kondycji i nawet kibel nie budził tam we mnie obrzydzenia, chociaż korzystały z niego i panie, i panowie (nie, nie było pisuaru, był zwykły kibel, jak to w kamienicy).
W piwnicy miałam też nieprzyjemność pracować przez kilka lat w Auschwitz, ale tam w jednym, przechodnim pokoju siedziało siedem osób i wielki wrzask był, gdy chciałam otworzyć okno w czasie upałów. Od czasu do czasu wybijało tam szambo i zalewało komputery. Mój na szczęście stał na murku, nie czułam się zobligowana do sprzątania wybitego po ulewie szamba.
Ludzie na różne rzeczy się godzą, nie wiadomo w imię czego.
Z R. przenieśliśmy się, z tej starej kamienicy (serce mi się kraje, gdy tam przejeżdżam czasem, pięknie odnowiona, mojego piwnicznego okna nie widać zza nowego muru, odremontowane wejście i mnóstwo kwiatów przy nim), do nowoczesnego biurowca.
Ale atmosfera R. za nami nie poszła, coś się skończyło, coś pękło, coś odleciało i nie wróci.
O ile na R. Boss pizzę zamawiał, gdy zasiedzieliśmy się przy zamykaniu i było tak jakoś - to w biurowcu już nie. Chociaż niby wszystko nowe, świeże, a i ja miałam tam swój pokój, już nie w piwnicy, nie latałam z wydruczkami po piętrach - wszyscy byliśmy na jednym, każdy w swoim pokoiku, a ja, roznosząc je w gorących dniach na samym korytarzu lekko nawijałam 10 tys. kroków :)
Ale coś ulatywało, jak powietrze z wentyla...
Powoli, ale systematycznie.
Aż przyszła pandemia i nagle, 13 marca (kalendarz wisi do dziś) zostałam wyeksmitowana przez Bossa, przerażonego tym, że "jak to, pani MPK dojeżdża?", jakby nie wiedział, że z mojej pensji to sobie nawet na rower nie za bardzo mogę pozwolić, a co dopiero na samochód :)
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Okazało się, że z domu mogę pracować (przedtem działało to sporadycznie, na prywatnej poczcie, w razie potrzeby, ale działało), dostałam firmowy komputer i drukarkę, bo to moje narzędzia pracy, ale skaner mam już swój (morda w kubeł, pasuje mi, w dupie to mam). I tak minęła pandemia, przerywana emilkami, że jak bardzo brakuje nam SJ, stającej w drzwiach i motywującej jojczeniem do pracy, bo ona chce iść do domu, bo kocha swoją chałupę, chociaż w niej dzieci nie płaczą. :)
Potem powrót do pracy i nieudane próby Bossa ściągnięcia mnie do niej, zrezygnowany stwierdzał, że ja jedna z całej załogi na home office nie potrzebuję bacika...
Ale on ma silnie zakodowane, że załoga musi być na pokładzie, więc męczył. A i ludzie męczyli, bo wiadomo - Polak nie lubi, jak ktoś inny ma lepiej.
A dla mnie to jest raj, bo praca jest jaka jest - najgorsze w niej jest czekanie na pracę, w biurze mogłam tylko siedzieć na fejsie, a i to z oporami, bo nigdy nie wiadomo, kto do pokoju wparuje, a i wylogować się, ciasteczka wypierdolić... Nauczyło mnie tego doświadczenie z Auschwitz, że jak ktoś chce psa uderzyć, kij zawsze znajdzie.
Udzielałam się tam na Kakofonii, takiej platformie dla słabosłyszących i głuchych. A że nie miałam w domu wtedy internetu, to przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, żeby poczytać emilki i na nie odpisać. A że szef fotoskładu był szują do kwadratu i przydupasem szefów, groził mi ujawnieniem tego faktu...
Było, minęło, nauczyłam się.
Gość wysłał mi zaproszenie na FB, ale zablokowałam.
Nie ma miejsca w moim życiu na szuje.
Na home office zaś, uzbrojona w firmowy sprzęt, pracuję na nim, nie używając go do żadnych prywatnych celów. Teraz mamy już tam tyle zabezpieczeń, że nawet ciasteczek nie da się wypierdolić z trybu prywatnego, ale mnie to rybka :)
I nowy regulamin, łącznie z niedopuszczaniem osób postronnych i inne sranie w banie (tak, wiem, rozumiem, podpisałam), ale...
Admin założył mi na moim prywatnym kompie pocztę i program, w którym pracujemy.
Tyż piknie, sama bym tego nie zrobiła, bo nie mam haseł admina :)
No i dziś nadeszła wiekopomna chwila, bo i w firmie rewolucja pałacowa jest, że miałam się stawić na 14.30 do Bossa.
A kadry mówiły, że podwyżka i zgoda na home office będzie online.
Kolega się śmiał, że Boss nie ma kim rządzić, to mnie ściąga.
Byłam w firmie prawie godzinę wcześniej i całe szczęście, bo nie zmokłam jak kura, miałam parasol, ale lunęło.
Kartę wciąż mam, więc wejście do biura bez problemu.
A tam wszędzie szaro i buro. Ludzi jak na lekarstwo, więc poszłam do kibelka po bimbach ręce umyć, tradycyjnie, zawsze się ze mnie śmiali z tego powodu, no ale tam wszyscy jeżdżą samochodami, a może przez ten mój nawyk nie złapałam żadnego świństwa?
A w kiblu... Santa Madonna. Patrzę w lustro, a tam upiór dzienny. I tak sobie myślę, czy ja rzeczywiście wyglądam tak strasznie, bo w domu, wychodząc, w promieniach słońca odbitego jakąś okrężną drogą do mojego lustra w przedpokoju wyglądałam całkiem sympatycznie, no wiadomo, na zasadzie: panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce, ale lekko muśnięte mascarą rzęsy, bez kaca, usta jak te maliny bez pomadki, a że rozmiar 36 to wspomnienia? Nieważne, nawet włosy na łysej główce, niedawno strzyżone układały się całkiem, całkiem.
A w pracowym lustrze to jakiś Iron Maiden był...
Ten...
I to powietrze, nie da się oddychać. Kiedyś swoją stację z domu przywlokłam, okazało się, że w firmie jest 20% wilgoci, a to już nie za dobrze. Pomijając uroki klimatyzacji w czasie upałów i to, że do kibla chodziłam na ostatnią minutę (nie powiem, czysty, co dzień sprzątany, ale... nieważne) . Kuchnia, z bajerami, ze zmywarką, ale w zlewie wciąż sterta naczyń, tak że wody nie można było nalać do czajnika i żadne karteczki nie pomagały.
Okazało się, że muszę czekać dokładnie do 14.30, aczkolwiek prawie żadnego człowieka nie było, ale...
Wszyscy mieli audiencję na godzinę u Bossa.
Poszłam więc na pierdoły do pani M. Wice. Wparowała sekretarka i pyta, czy nie pojechałabym jutro na imprezę firmową, bo... nie mają ludzi.
Wykręciłam się zręcznie, albowiem nie uśmiecha mi się siedzenie cały dzień (nawet z podwózką i wyżerką, ale za friko) na stoisku firmowym. No cóż. Gdy wychodziłam, okazywało się właśnie, że to będzie duży problem.
Marketing ma pensje o niebo większe niż ja, niech jedzie cały.
Tego nie ma w zakresie moich obowiązków.
Pogawędziłam sobie z M. jak czekista z czekistą i nieśmiało zapytała mnie, kiedy wybieram się na emeryturę, albowiem koleżeństwo jest przerażone tym, że ten czas się zbliża.
Hmmm...
Nie dotarło ani do niej, ani do nikogo innego, że ja na emeryturze jestem już od 8 lat :)
Serio? Serio? Ależ to niemożliwe.
I tak się zastanawiam, czy ja faktycznie nie wyglądam na staruchę, czy chciała być po prostu miła. Myślała, że dobijam powoli do sześćdziesiątki :)
Nie mówię, że nie było mi miło.
Poszłam na ten dywanik i okazało się, że sranie w banie, żadnych negocjacji, podwyżka z urzędu (pracowego) 10% i jeszcze się czepiał, że maszynki mi za dużo płacą. Bo maszynki były w aneksie, ale tam nawet nie pytam o podwyżkę, z wiadomych względów, a kasa z nich i wyrozumiałość naczelnego piechotą nie chodzi. Nawet się nie zacukał, że nie maszynki mi za dużo płacą, ale on za mało. Nie będę się kopała z koniem, bo stanęło na tym, że jednak się sprawdzam na HO. I zagroził, że zlikwiduje mój pokój. Nie wzruszyło mnie to, absolutnie. Zatem dokonam żywota na HO albo odejdę na zasłużoną emeryturę w siną dal.
Zobaczymy, co los da.
A, znalazł DWIE literówki w poprzednim numerze.
Brawo, brawo, bravissimo :)
Na 250 stron 2 literówki i to nawet nie wiadomo, czy to moja wpadka (bo czasem dopisują po ostatniej korekcie), czy wpadka grafika...
I tym optymistycznym akcentem kończę kronikarski wpis na temat mojej kariery zawodowej.
Z jednej strony - żal trochę, z drugiej - ulga - zawsze mogę tam wlecieć, wciąż mam kartę do drzwi, wciąż pracuję, co w moim wieku jest powodem do dumy (chyba? - nie zapytał, kiedy chcę odejść).
A że nie stosuję się do złotych zasad w internetach, że żyje się chwilą i trzeba ją łapać?
No cóż...
Raz się żyje, potem się straszy.
Wkurza mnie moja praca, ale ją lubię i po paru dniach bez pracy jest mi czegoś brak.
W sumie mam do niej stosunek seksualny - bardzo ją kocham, a co kocham, to pierdolę :)
No, nie do końca, ale home office to dar od losu, za który dziękuję.
Przede mną zatem oczekiwanie na zaległe wypłaty za dodatkowe dzieła (redachtóry też nie dostali ich jeszcze, mętnie się Boss tłumaczył), na podwyżkę i na to, co przyniesie jutro.
O ile będzie.
Dziś była
biedronka na pędzie (nowym) chmielu, który niedawno rwałam na obiadek...
Chyba ci jeszcze nie mówiłam, Kochany Pamiętniczku, że jestem sentymentalną kretynką i kocham swoje proste życie?


Czyli osiagnelas to, co chcialas osiagnac, a do tego podwyzka. Wprawdzie przydalaby sie wieksza, ale lepszy rydz... Z jednej strony tez chetnie posiedzialabym w domu pracujac na HO, a z drugiej... zadowolona jestem, ze musze wyjsc, to mnie mobilizuje do czynnosci, ktore bym olala siedzac w domu. Nie ma wiec tego zlego, moge choc na chwile opuscic ten toksyczny dom.
OdpowiedzUsuńNo mamy inne uwarunkowania i to, co dla Ciebie jest wyzwoleniem, dla mnie nie jest już takie atrakcyjne. Jestem samotnikiem i dobrze mi z tym :) Ale masz rację, wiele olewam, siedząc w domu. Dziś postanowiłam to zmienić, nie wiem, czy mi się to uda :) Ale spróbuję ;)
Usuń