Kochany Pamiętniczku, uwolniłam wszystkie złe instynkty, to znaczy poleżałam prawie do 9.
Można zazdrościć, pozwalam.
Ale zasłużyłam na taką rozpustę seksualną, nieprawdaż?
Potem ogarnąwszy szlachetne zwłoki i rzeczywistość, powlokłam w promieniach grudniowego słońca cielsko do wioski, do centrum...
Bo parę rzeczy miałam do załatwienia.
Zaszalałam, mam, mam, mam, moją ukochaną paczulę. Za perfumowanie się tym EX wyrzucał mnie z samochodu.
Ciekawe, czy Baran mnie zabierze, czy każe mi iść piechotą, zabierając tylko walizkę?
Nie wiem.
Ale kocham ten zapach miłością wielką, jak cały świat i mam go... Znaczy się, nuta jest, nie czysta paczula. Bo czystą paczulą można pachnieć tylko wtedy, gdy ma się te dwadzieścia parę lat.
Taki sobie prezent gwiazdkowy sama zrobiłam, bo mi się śmierdzidła powoli kończą. Wyjście z domu bez śmierdzidła, to dla mnie jak iść nago.
Nie ma opcji :)
Pozałatwiałam mniej więcej wszystko, został mi fryzjer, bo nie dotarłam.
Może jutro się uda.
Jak się nie uda, nie ma sprawy, ale będę wracała zarośnięta, jak bór liściasty, a niestety, po powrocie jeszcze ze dwa tygodnie będę zarastała.
Trudno, wola boska i skrzypce.
Wioska coraz bardziej Zachód, zgniły Zachód przypomina. Wprawdzie nie wszystko świeciło i śpiewało (słońce dziś obłędne było, a i aparatów nie miałam), ale świąteczna atmosfera była wszędzie. I pełno: weź, kup, jak nie kupisz, świąt nie będzie i takie tam, śrutututu...
Też mnie brało na kupowanie, ale...
Nie zabiorę.
I dzięki Wizzairowi za ograniczenia wagowe :P
Jutro podejście do fryzjera, apteka, pakowanie i porządki.
Dzisiejsze popołudnie spędziłam na walce z netbookiem. Kocham go, miłością wielką jak cały świat, był okres w życiu, że miał pierwsze miejsce, aczkolwiek nigdy nie dał sobie walnąć mojej tapety. Ale teraz?
Przypomina mi lampowe TV, które, żeby działać, musiały się solidnie rozgrzać.
Tako i on ma fanaberie. Widzi jakieś szalone sieci i sam się do nich włącza, a nie widzi domowej sieci. Potem nie widzi dysku, następnie coś tam, coś tam, a później... Ojapierdolę. Jeszcze 20 minut kopiowania :)
Ale był mi wiernym towarzyszem, dbałam o niego i mimo tylu lat - działa :)
Pojadę w plątaninie kabli i chyba macający oszaleją :) Trudno, mają taką pracę...
Migawki z wioski
Wiewiórki rządzą i wymiatają... Też mnie kiedyś tak przezywano, nie protestowałam. Z jednym gościem do dziś mam na pieńku, bo wiewiórkę przejechał, i jak chcę go znerwować, to mu wypominam. A ponoć samobójstwo popełniła... W co wątpię... Ale mam nadzieję, że będziesz czekał na mnie na L...
A tymczasem moje wredne, paskudne, cholerne storczyki, latami niekwitnące dostały pierdolca. Właśnie teraz, jak nie będzie miał kto o nie dbać, bo sąsiadce, co dostanie klucze to nawet kaktusy zdychają :( Innej sąsiadki, co weźmie klucze nie mam, a KB jest niestabilny i za dużo detali wymaga :(
Ehhh...
Idę się chlasnąć... W zabytkowej maszynce żyletka jest... No co, Kochany Pamiętniczku, to wolny kraj :P
piątek, 16 grudnia 2016
czwartek, 15 grudnia 2016
Porobiło się
Kochany Pamiętniczku... Oj, porobiło...
Do pracy się szło
... aż się nie chciało tam wchodzić, a iść w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres... :) Idąc tu w stronę słońca do domu bym doszła.
Ale nie było letko, ze śrubką w dupce zapierniczałam, aż furczało...
Ma się wciąż tę kondycję, tę pamięć i tę szybkość jeszcze.
Ale taka głupia cipa-praktykantka chodziła do pracy z anginą, bo ma nadzieję, że pokaże szefowi, jaka to z niej bohaterka i dostanie etat.
Biedactwo, nie wie, że ostatnią osobą, która dostała etat w tej redakcji jestem ja.
I to było 6,5 roku temu.
No nic.
Siedzi w tym samym pokoju co ja, tyle że za szafami. I kaszle, jak Chopin w ostatnim stadium.
We wtorek ja zawijałam się w szal, co wzbudziło zainteresowanie w całej kompanii, a ja wiedziałam, co się święci. Bo za oknem plus 6, a ja przy gorącym kaloryferze i mi zimno?
W środę cała redakcja była już chora, a mnie wzięło dopiero dziś.
Kurwa. Czy ludzie nie rozumieją, że jak są chorzy, to prosi się o możliwość pracy zdalnej, o ile taka jest (u nas jest), bierze się L4, albo jeśli się pracuje za friko, to po prostu się nie przychodzi?
Kurwa mać.
Zaaplikowałam sobie końską dawkę wszystkiego i mam nadzieję, że mi przejdzie.
Ale do brzegu, Kochany Pamiętniczku.
Coś się działo w państwie rzymskim, bulgotało w tym kociołku, kipiało...
Boss jak panna na wydaniu, jednego dnia fontanna życzliwości i radości, drugiego wulkan złości.
No nic.
Wice zaś też różki pokazywał, ale oczywiście, wszystko dla SJ i serce na dłoni, serce w plecaku, nóż w kieszeni. Tralalalala....
I że pokój mi załatwia, ale to ciężka sprawa, że takie tam, tadam, śrutututu majtki z drutu.
Dziś ostatni dzień.
Normalne szaleństwo, szaleństwo do kwadratu, bom w warzywkach powiedziała, że jutro zapraszam na pogrzeb i wieniec ma być piękny, więc nie do wiary, w jeden dzień dostałam 99% wydruków. Można? No to dlaczego nie można tego rozłożyć na raty, żebym mogła co dzień spokojnie czytać, cyzelować, gładzić i rzeźbić?
Chuj wie.
Ale do brzegu.
Boss się uaktywnił, jak wulkan Krakatau...
I tak wlazł, krąży,drąży, że wie pani, Stara Jędzo, mamy koncepcję, żeby panią przenieść.
I blady, i broda mu się jeży ze strachu, i czeka na cios. ... Bo my tu chcemy więcej osób posadzić, bo pokój duży, bo sranie w banie. Bo pani tylko na pół etatu...
A ja na to: nie ma sprawy, OK...
Zdębiał i korzenie puścił. I mnie prowadzi, że tu, jak dziecko, kurwa, jak dziecko, jakbym nie wiedziała, gdzie jest wolne.
A ja cała w skowronkach.
A on zdziwiony, że mi to nie przeszkadza, że nie rzucam się na próg i ślozów nie leję. A ja spokojnie: mam dość hałasów zza szafy, telefonów i przechodzenia koleżanki... Nie trybi. A ja spokojnie: nawet głuchemu hałas przeszkadza. Lepsze ciasne, ale własne (że też nie wpadł na to od początku!). Zamurowało go. Nie może się przyzwyczaić wciąż, że lekceważę moje kalectwo ;) Biedak :P
Stanęło, że jest OK.
A potem wleciał Wice i nawija, czy wiem, że jutro mnie przenoszą. Wiem. Ale mnie jutro nie ma. Jak to nie ma? Bo dzisiaj koniec, to nie widzę, potrzeby wleczenia się do pracy z powodu przeprowadzki :)
Ale jak to? On się starał, chodził...
Uśmiechnęłam się.
Bujać to my, panowie szlachta, a nie nas.
Mieli zamysł, koncepcję, mimo tego, że budynek świeżo zbudowany już jest ciasno, znaczy się - firma prosperuje.
Zawsze przerzuca się korektę, taka reguła.
Konia kują, żaba nogę wystawia :)
Ale w sumie w dupie to mam. Będę wreszcie sama, w ścianach, nie za szafą. Zamknę drzwi i spokój.
I tak spokojnie dojechałam do 17, parę minut po mając czyste konto, łącznie z czymś, co ekstra wyskoczyło.
Spakowałam dobytek w karton, zostawiłam kartkę koledze, co mają poprzenosić. Już się zbieram do wyjścia, a że wszędzie ciemno, tylko u mnie się świeci, wpada Boss.
I znów dookoła Wojtek, nie wierzy, że ja taka grzeczna dziewczynka.
I pyta, czy będę jutro. Mówię, że nie, że kolega wszystko przeniesie, a ja się urządzę, jak wrócę.
A dlaczego jutro nie (patrz wyżej, podkreślone)... Bo wszystko zamknęłam i jutro nie mam pracy... A kiedy wrócę? W styczniu. Jak to w styczniu?? (Patrz wyżej...)... Ojapierdolę, do stycznia CAŁA firma ma wolne, obligatoryjnie :)
Czasami zastanawiam się, czy gdybym dobrze słyszała, też bym tak lekceważyła to, co się do mnie mówi?
Jestem wśród nich najstarsza.
A pamiętam i kojarzę rzeczy, których nie muszę.
No nic.
Ku pamięci:
To pożegnałam :)
Co będzie na nowych śmieciach, nie wiem.
Nie lubię zmian, ale na tę czekam od ponad dwóch lat...
I Kierownik Budowy mi ciśnienie wczoraj podniósł. Miał odebrać jajka w poniedziałek. Podjechał wczoraj, że mnie do domu podrzuci.
Żebym się w autobusie nie męczyła (i tak musiał do mnie jechać, bo jajka zabrałam do domu). A on jechał do mojej części wioski. Ale nieważne. Samochodem, skrótem, jechaliśmy dłużej, niż MPK. Bo się zakorkowało. A słuchać musiałam, że jakbym miała samochód i zrobiła prawo jazdy... Tralalalalalalala :)
A potem, w domu, czepił się, że źle oddycham.
A ja chora,
I wykład.
I link, że mam tak oddychać, z podkreśleniem, że mam czytać wolno, ze zrozumieniem i przyswoić.
Wkurw mi wzrósł.
Tak, troszczy się.
Ale ja nie chcę.
Nie chcę czytać, analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Nie chcę oddychać prawidłowo, chcę oddychać po swojemu, lubię, jak mi zapiera w piersiach dech...
I nie, nie będę studiowała ani medytacji, ani odżywiania, ani oddychania, wiem, ma genialną terapeutkę, też mogę dołączyć (ale NIE CHCĘ), będę, kurwa, robiła to, na co mam ochotę, nie to, co ktoś wynalazł w necie.
Net jest pełen cudownych recept na życie wieczne, a ludzie i tak umierają.
Sama nie zgadzam się z wychowaniem dzieci, jakie jest teraz uskuteczniane. W żadnym stopniu się nie zgadzam, bo ja...
Ano.
Nie zgadzam się w milczeniu, bo rybka mi to, co kto ze swoim potomkiem robi. Jak zapyta, mogę powiedzieć, jakie mam zdanie. Jak nie pyta, nie wytykam brudnym pazurem, czystym zresztą też nie.
Nie moja broszka.
I nie chcę być wychowywana na starość, chcę być wredną, pojebaną Starą Jędzą.
Kto bogatemu zabroni, Kochany Pamiętniczku?
No kto? :)
W pracy nie zdążyłam, więc w domu wciągnęłam.
Obiadek.
Mlask :)
I znikam, jak wrócę, to będę...
Woła mnie przygoda i NICNIEMUSZENIE :) Tadam :)
Do pracy się szło
... aż się nie chciało tam wchodzić, a iść w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres... :) Idąc tu w stronę słońca do domu bym doszła.
Ale nie było letko, ze śrubką w dupce zapierniczałam, aż furczało...
Ma się wciąż tę kondycję, tę pamięć i tę szybkość jeszcze.
Ale taka głupia cipa-praktykantka chodziła do pracy z anginą, bo ma nadzieję, że pokaże szefowi, jaka to z niej bohaterka i dostanie etat.
Biedactwo, nie wie, że ostatnią osobą, która dostała etat w tej redakcji jestem ja.
I to było 6,5 roku temu.
No nic.
Siedzi w tym samym pokoju co ja, tyle że za szafami. I kaszle, jak Chopin w ostatnim stadium.
We wtorek ja zawijałam się w szal, co wzbudziło zainteresowanie w całej kompanii, a ja wiedziałam, co się święci. Bo za oknem plus 6, a ja przy gorącym kaloryferze i mi zimno?
W środę cała redakcja była już chora, a mnie wzięło dopiero dziś.
Kurwa. Czy ludzie nie rozumieją, że jak są chorzy, to prosi się o możliwość pracy zdalnej, o ile taka jest (u nas jest), bierze się L4, albo jeśli się pracuje za friko, to po prostu się nie przychodzi?
Kurwa mać.
Zaaplikowałam sobie końską dawkę wszystkiego i mam nadzieję, że mi przejdzie.
Ale do brzegu, Kochany Pamiętniczku.
Coś się działo w państwie rzymskim, bulgotało w tym kociołku, kipiało...
Boss jak panna na wydaniu, jednego dnia fontanna życzliwości i radości, drugiego wulkan złości.
No nic.
Wice zaś też różki pokazywał, ale oczywiście, wszystko dla SJ i serce na dłoni, serce w plecaku, nóż w kieszeni. Tralalalala....
I że pokój mi załatwia, ale to ciężka sprawa, że takie tam, tadam, śrutututu majtki z drutu.
Dziś ostatni dzień.
Normalne szaleństwo, szaleństwo do kwadratu, bom w warzywkach powiedziała, że jutro zapraszam na pogrzeb i wieniec ma być piękny, więc nie do wiary, w jeden dzień dostałam 99% wydruków. Można? No to dlaczego nie można tego rozłożyć na raty, żebym mogła co dzień spokojnie czytać, cyzelować, gładzić i rzeźbić?
Chuj wie.
Ale do brzegu.
Boss się uaktywnił, jak wulkan Krakatau...
I tak wlazł, krąży,drąży, że wie pani, Stara Jędzo, mamy koncepcję, żeby panią przenieść.
I blady, i broda mu się jeży ze strachu, i czeka na cios. ... Bo my tu chcemy więcej osób posadzić, bo pokój duży, bo sranie w banie. Bo pani tylko na pół etatu...
A ja na to: nie ma sprawy, OK...
Zdębiał i korzenie puścił. I mnie prowadzi, że tu, jak dziecko, kurwa, jak dziecko, jakbym nie wiedziała, gdzie jest wolne.
A ja cała w skowronkach.
A on zdziwiony, że mi to nie przeszkadza, że nie rzucam się na próg i ślozów nie leję. A ja spokojnie: mam dość hałasów zza szafy, telefonów i przechodzenia koleżanki... Nie trybi. A ja spokojnie: nawet głuchemu hałas przeszkadza. Lepsze ciasne, ale własne (że też nie wpadł na to od początku!). Zamurowało go. Nie może się przyzwyczaić wciąż, że lekceważę moje kalectwo ;) Biedak :P
Stanęło, że jest OK.
A potem wleciał Wice i nawija, czy wiem, że jutro mnie przenoszą. Wiem. Ale mnie jutro nie ma. Jak to nie ma? Bo dzisiaj koniec, to nie widzę, potrzeby wleczenia się do pracy z powodu przeprowadzki :)
Ale jak to? On się starał, chodził...
Uśmiechnęłam się.
Bujać to my, panowie szlachta, a nie nas.
Mieli zamysł, koncepcję, mimo tego, że budynek świeżo zbudowany już jest ciasno, znaczy się - firma prosperuje.
Zawsze przerzuca się korektę, taka reguła.
Konia kują, żaba nogę wystawia :)
Ale w sumie w dupie to mam. Będę wreszcie sama, w ścianach, nie za szafą. Zamknę drzwi i spokój.
I tak spokojnie dojechałam do 17, parę minut po mając czyste konto, łącznie z czymś, co ekstra wyskoczyło.
Spakowałam dobytek w karton, zostawiłam kartkę koledze, co mają poprzenosić. Już się zbieram do wyjścia, a że wszędzie ciemno, tylko u mnie się świeci, wpada Boss.
I znów dookoła Wojtek, nie wierzy, że ja taka grzeczna dziewczynka.
I pyta, czy będę jutro. Mówię, że nie, że kolega wszystko przeniesie, a ja się urządzę, jak wrócę.
A dlaczego jutro nie (patrz wyżej, podkreślone)... Bo wszystko zamknęłam i jutro nie mam pracy... A kiedy wrócę? W styczniu. Jak to w styczniu?? (Patrz wyżej...)... Ojapierdolę, do stycznia CAŁA firma ma wolne, obligatoryjnie :)
Czasami zastanawiam się, czy gdybym dobrze słyszała, też bym tak lekceważyła to, co się do mnie mówi?
Jestem wśród nich najstarsza.
A pamiętam i kojarzę rzeczy, których nie muszę.
No nic.
Ku pamięci:
To pożegnałam :)
Co będzie na nowych śmieciach, nie wiem.
Nie lubię zmian, ale na tę czekam od ponad dwóch lat...
I Kierownik Budowy mi ciśnienie wczoraj podniósł. Miał odebrać jajka w poniedziałek. Podjechał wczoraj, że mnie do domu podrzuci.
Żebym się w autobusie nie męczyła (i tak musiał do mnie jechać, bo jajka zabrałam do domu). A on jechał do mojej części wioski. Ale nieważne. Samochodem, skrótem, jechaliśmy dłużej, niż MPK. Bo się zakorkowało. A słuchać musiałam, że jakbym miała samochód i zrobiła prawo jazdy... Tralalalalalalala :)
A potem, w domu, czepił się, że źle oddycham.
A ja chora,
I wykład.
I link, że mam tak oddychać, z podkreśleniem, że mam czytać wolno, ze zrozumieniem i przyswoić.
Wkurw mi wzrósł.
Tak, troszczy się.
Ale ja nie chcę.
Nie chcę czytać, analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Nie chcę oddychać prawidłowo, chcę oddychać po swojemu, lubię, jak mi zapiera w piersiach dech...
I nie, nie będę studiowała ani medytacji, ani odżywiania, ani oddychania, wiem, ma genialną terapeutkę, też mogę dołączyć (ale NIE CHCĘ), będę, kurwa, robiła to, na co mam ochotę, nie to, co ktoś wynalazł w necie.
Net jest pełen cudownych recept na życie wieczne, a ludzie i tak umierają.
Sama nie zgadzam się z wychowaniem dzieci, jakie jest teraz uskuteczniane. W żadnym stopniu się nie zgadzam, bo ja...
Ano.
Nie zgadzam się w milczeniu, bo rybka mi to, co kto ze swoim potomkiem robi. Jak zapyta, mogę powiedzieć, jakie mam zdanie. Jak nie pyta, nie wytykam brudnym pazurem, czystym zresztą też nie.
Nie moja broszka.
I nie chcę być wychowywana na starość, chcę być wredną, pojebaną Starą Jędzą.
Kto bogatemu zabroni, Kochany Pamiętniczku?
No kto? :)
W pracy nie zdążyłam, więc w domu wciągnęłam.
Obiadek.
Mlask :)
I znikam, jak wrócę, to będę...
Woła mnie przygoda i NICNIEMUSZENIE :) Tadam :)
niedziela, 11 grudnia 2016
Lirycznie
dziś, Kochany Pamiętniczku.
A co
Odprawiona, aczkolwiek bez kasy, bo w taką ulewę nie pójdę.
Jest festiwal rzeźb lodowych, jednak nie da się fotek robić w taką ulewę.
Zatem
mam to w dupie...
A co
Odprawiona, aczkolwiek bez kasy, bo w taką ulewę nie pójdę.
Jest festiwal rzeźb lodowych, jednak nie da się fotek robić w taką ulewę.
Zatem
mam to w dupie...
sobota, 10 grudnia 2016
Oczy
zaczynają mi powoli siadać, Kochany Pamiętniczku.
Nie, żeby się coś złego działo, nie, ale wzrok mi się jednak wyraźnie pogarsza.
Niedawno jeszcze pisałam na kompiku bez okularów, z rzadka puszczając byka, ale teraz coraz trudniej pisać mi bezwzrokowo, nie sadząc błędów. Chociażby tu. Widzę je potem na stronie, bo tam jest większy druk. Zazwyczaj nie widzę też, czy wklepałam kropkę, czy przecinek, ale to wszystko przez to przeskakiwanie z klawiatury na klawiaturę, jednak układ maczka i PC trochę się różni, a po paru godzinach pracy na jednej klawiaturze, klepię na pamięć na drugiej.
Zatem krążę od torebki do biurka, wymieniając okulary i modląc się, żeby nie zapomnieć ich zabrać do pracy.
A i w domu nie lubię nosić okularów, niby wszystko widzę, ale sprzątając... Jak założę okulary widzę niedoróbki i gdzie farba zaczyna się łuszczyć, gdzie plama na ścianie, mimo tego, że uważam jak cholera...
Masakra :)
Bez okularów życie jest spokojniejsze :P
Taki refleksyjny dzień mam, Kochany Pamiętniczku, bo tak sobie porozmyślałam, obudziwszy się o 5.15 wypoczęta jak ta nówka nieśmigana... Wiadomo, weekend, to co tam spanie.
Bo, Kochany Pamiętniczku, odkiblowałam uczciwie 8 godzin w pracy. Nie, żebym sobie rękawy wyrywała, nie, ale to nie moja wina. Tak krawiec kraje, jak materii staje.
O 17 zamknęłam budkę na kłódkę, czyściuteńko, ani papierka na biurku, ani emilka na poczcie. Nic.
W domu otwieram pocztę (prywatną, żeby nie było, ale podałam kiedyś prywatną, bo czasem trzeba, od tego czasu ślą mi i na służbową, i na prywatną, hurtem), a tam emilek, 17.08. Z prośbą o korektę, a jakże.
Kurwa mać. Na cito.
Westchnęłam głęboko, zamknęłam pocztę i... skorekciłam rano, przy śniadaniu.
Wciąż słyszę, że inne korektorki to od-do.
Ja też od-do.
Później jest mój czas na życie.
I tak będę trzymała.
Bo ja ciągle w biegu, w galopie, z przytupem, z podskokiem, w półobrocie.
Cokolwiek komukolwiek się nie zapierdzi, ja ze sztandarem w dłoni i z pieśnią na ustach, silna, zwarta, gotowa, naprzód młodzieży świata...
Natomiast kiedy ja coś potrzebuję, to jutro, w grudniu, po południu, zalatany człowiek taki, i sorry Batory, cuda wianki i reduta Ordona.
A chuj.
Nie ma.
Porozmyślawszy w ten sposób, przewróciłam się z prawej szyneczki na lewą i...
Śniło mi się coś dziwnego, ale miłego :)
Bo obudziłam się o 8.15 i stwierdziłam, że KURWA, NIC NIE MUSZĘ :)
Podrapałam się po lewym półdupku, bo swędział odrobinę (skórę mam suchą jak pergamin), ziewnęłam i...
Kąpiel.
Śniadanie, wiadomo, sama muszę je zrobić, ale co tam :) Może ze trzy razy w życiu dostałam śniadanie do łóżka, w tym raz Inżynier się szarpnął.
Nie mówiąc już o bajce, że ktoś robi śniadanie, a ja siadam do stołu na gotowe, bo to czasem w gościach się trafia, a i w Paryżu wpadaliśmy na śniadanie do bistra. A i w UK Inżynier raz (słownie: raz) zawlókł mnie do knajpki, żebym zjadła typowe lokalne śniadanie. Pyszne było. Ja z tych, co śniadania jedzą i kochają :)
Taaa, ewenement.
Chodząc w PL na śniadanie do baru nie dożyłabym do piętnastego.
Pozmywałam.
Odziałam się.
Poszybowałam na Manhattan, a ciepło jest, bratki odżyły, piździ, ale tak 10-12 stopni to wypas.
I wdepnęłam do Galerii.
A jako że muszę zagospodarować wszystko na te cztery ciężkie dni, ruszyłam do Biedronki.
Jak sama nie pomyślę, nie mam nic.
Zatem obkupiłam się w Biedronce jak na wojnę stuletnią i raźnym krokiem zapierdalam, myśląc, co jeszcze MUSZĘ.
I...
Coś mnie zatrzymało.
Ja, KURWA, nic nie muszę.
Mogę, nie muszę.
Kubki rozdawali. Za zakupy od 30 zyla. Akurat więcej wydałam, więc sobie myślę, dlaczego nie?
Kubków nigdy nie za dużo. I kawkę do tego gratis dawali.
Wprawdzie ja niekawkowa specjalnie, ale dlaczego nie?
Myślałam, że w kartonikach na wynos, ale panienka mówi, że mam siąść, obsłuży.
Nosz, jak wiek prawie już żyję, nie byłam sama na kawie nigdy.
Ale cupnęłam. W Galerii tropiki, tom zdjęła płaszczyk, szalik, wyłuskałam ajfonika i tadam
kawkę i ciasteczko dostałam :D
I jakoś wkoło nie zebrał się tłum, pokazujący na mnie palcami, że paczcie, paczcie ludzie, Stara Jędza sama kawę żłopie...
Kawka cud mjut i orzeszki laskowe, ciśnienie nieco mi skoczyło, ale oj tam, oj tam, zanim spacerkiem do domu doszłam, opadło.
I potem już włączyłam wsteczny bieg.
Nic nie muszę.
Nie muszę nic na godzinę.
Jeżeli mieszkanie będzie wycyckane o 19, a nie o 14.30, to dziury w moście nie będzie.
I nie będzie dziury w moście też, jeżeli nie będzie wycyckane w ogóle.
I nie, NIE UMYJĘ okien w ramach tego, że od ostatniego mycia w końcu listopada padał deszcz. Niech pada. Jego prawo padać. Moje prawo mieć nieco zakropione okna. Życie :D
Jeżeli nie udzielę rzeczowych odpowiedzi na każde zapytanie w ciągu dnia, bo nie muszę być cały czas na baczność, też się nic nie stanie.
Jeżeli odpowiem następnego dnia, to trudno, tak wyszło.
Muszę się nauczyć żyć dla siebie, swoim rytmem, według swoich potrzeb.
Nie jestem na co dzień potrzebna, a i moje potrzeby też na co dzień nie są zaspokajane, nie ma opcji: silna, zwarta, gotowa.
Jest kanapa, są zabawki i jest mój wybór :D
I tego się będę trzymała.
Zapisane w kajeciku.
Amen :D
Nie, żeby się coś złego działo, nie, ale wzrok mi się jednak wyraźnie pogarsza.
Niedawno jeszcze pisałam na kompiku bez okularów, z rzadka puszczając byka, ale teraz coraz trudniej pisać mi bezwzrokowo, nie sadząc błędów. Chociażby tu. Widzę je potem na stronie, bo tam jest większy druk. Zazwyczaj nie widzę też, czy wklepałam kropkę, czy przecinek, ale to wszystko przez to przeskakiwanie z klawiatury na klawiaturę, jednak układ maczka i PC trochę się różni, a po paru godzinach pracy na jednej klawiaturze, klepię na pamięć na drugiej.
Zatem krążę od torebki do biurka, wymieniając okulary i modląc się, żeby nie zapomnieć ich zabrać do pracy.
A i w domu nie lubię nosić okularów, niby wszystko widzę, ale sprzątając... Jak założę okulary widzę niedoróbki i gdzie farba zaczyna się łuszczyć, gdzie plama na ścianie, mimo tego, że uważam jak cholera...
Masakra :)
Bez okularów życie jest spokojniejsze :P
Taki refleksyjny dzień mam, Kochany Pamiętniczku, bo tak sobie porozmyślałam, obudziwszy się o 5.15 wypoczęta jak ta nówka nieśmigana... Wiadomo, weekend, to co tam spanie.
Bo, Kochany Pamiętniczku, odkiblowałam uczciwie 8 godzin w pracy. Nie, żebym sobie rękawy wyrywała, nie, ale to nie moja wina. Tak krawiec kraje, jak materii staje.
O 17 zamknęłam budkę na kłódkę, czyściuteńko, ani papierka na biurku, ani emilka na poczcie. Nic.
W domu otwieram pocztę (prywatną, żeby nie było, ale podałam kiedyś prywatną, bo czasem trzeba, od tego czasu ślą mi i na służbową, i na prywatną, hurtem), a tam emilek, 17.08. Z prośbą o korektę, a jakże.
Kurwa mać. Na cito.
Westchnęłam głęboko, zamknęłam pocztę i... skorekciłam rano, przy śniadaniu.
Wciąż słyszę, że inne korektorki to od-do.
Ja też od-do.
Później jest mój czas na życie.
I tak będę trzymała.
Bo ja ciągle w biegu, w galopie, z przytupem, z podskokiem, w półobrocie.
Cokolwiek komukolwiek się nie zapierdzi, ja ze sztandarem w dłoni i z pieśnią na ustach, silna, zwarta, gotowa, naprzód młodzieży świata...
Natomiast kiedy ja coś potrzebuję, to jutro, w grudniu, po południu, zalatany człowiek taki, i sorry Batory, cuda wianki i reduta Ordona.
A chuj.
Nie ma.
Porozmyślawszy w ten sposób, przewróciłam się z prawej szyneczki na lewą i...
Śniło mi się coś dziwnego, ale miłego :)
Bo obudziłam się o 8.15 i stwierdziłam, że KURWA, NIC NIE MUSZĘ :)
Podrapałam się po lewym półdupku, bo swędział odrobinę (skórę mam suchą jak pergamin), ziewnęłam i...
Kąpiel.
Śniadanie, wiadomo, sama muszę je zrobić, ale co tam :) Może ze trzy razy w życiu dostałam śniadanie do łóżka, w tym raz Inżynier się szarpnął.
Nie mówiąc już o bajce, że ktoś robi śniadanie, a ja siadam do stołu na gotowe, bo to czasem w gościach się trafia, a i w Paryżu wpadaliśmy na śniadanie do bistra. A i w UK Inżynier raz (słownie: raz) zawlókł mnie do knajpki, żebym zjadła typowe lokalne śniadanie. Pyszne było. Ja z tych, co śniadania jedzą i kochają :)
Taaa, ewenement.
Chodząc w PL na śniadanie do baru nie dożyłabym do piętnastego.
Pozmywałam.
Odziałam się.
Poszybowałam na Manhattan, a ciepło jest, bratki odżyły, piździ, ale tak 10-12 stopni to wypas.
I wdepnęłam do Galerii.
A jako że muszę zagospodarować wszystko na te cztery ciężkie dni, ruszyłam do Biedronki.
Jak sama nie pomyślę, nie mam nic.
Zatem obkupiłam się w Biedronce jak na wojnę stuletnią i raźnym krokiem zapierdalam, myśląc, co jeszcze MUSZĘ.
I...
Coś mnie zatrzymało.
Ja, KURWA, nic nie muszę.
Mogę, nie muszę.
Kubki rozdawali. Za zakupy od 30 zyla. Akurat więcej wydałam, więc sobie myślę, dlaczego nie?
Kubków nigdy nie za dużo. I kawkę do tego gratis dawali.
Wprawdzie ja niekawkowa specjalnie, ale dlaczego nie?
Myślałam, że w kartonikach na wynos, ale panienka mówi, że mam siąść, obsłuży.
Nosz, jak wiek prawie już żyję, nie byłam sama na kawie nigdy.
Ale cupnęłam. W Galerii tropiki, tom zdjęła płaszczyk, szalik, wyłuskałam ajfonika i tadam
kawkę i ciasteczko dostałam :D
I jakoś wkoło nie zebrał się tłum, pokazujący na mnie palcami, że paczcie, paczcie ludzie, Stara Jędza sama kawę żłopie...
Kawka cud mjut i orzeszki laskowe, ciśnienie nieco mi skoczyło, ale oj tam, oj tam, zanim spacerkiem do domu doszłam, opadło.
I potem już włączyłam wsteczny bieg.
Nic nie muszę.
Nie muszę nic na godzinę.
Jeżeli mieszkanie będzie wycyckane o 19, a nie o 14.30, to dziury w moście nie będzie.
I nie będzie dziury w moście też, jeżeli nie będzie wycyckane w ogóle.
I nie, NIE UMYJĘ okien w ramach tego, że od ostatniego mycia w końcu listopada padał deszcz. Niech pada. Jego prawo padać. Moje prawo mieć nieco zakropione okna. Życie :D
Jeżeli nie udzielę rzeczowych odpowiedzi na każde zapytanie w ciągu dnia, bo nie muszę być cały czas na baczność, też się nic nie stanie.
Jeżeli odpowiem następnego dnia, to trudno, tak wyszło.
Muszę się nauczyć żyć dla siebie, swoim rytmem, według swoich potrzeb.
Nie jestem na co dzień potrzebna, a i moje potrzeby też na co dzień nie są zaspokajane, nie ma opcji: silna, zwarta, gotowa.
Jest kanapa, są zabawki i jest mój wybór :D
I tego się będę trzymała.
Zapisane w kajeciku.
Amen :D
piątek, 9 grudnia 2016
Jeszcze
bliżej święta, Kochany Pamiętniczku.
Kolejną osiemnastkę (plus VAT) zaliczyłam bezboleśnie.
Z rana zadzwonił Pierworodny, co wprawiło mnie w szok, ale...
Rozmawialiśmy o jego pracy i hotelach w Londynie.
Po trzech godzinach od rozmowy dostałam życzenia. Nie wiem, czy się obudził, czy Synowa mu przypomniała :) Na kartkę się nie szarpnęli, ale c'est la vie :) Taki model.
Nawet mnie to nie zdenerwowało, Kochany Pamiętniczku.
Jak mówi Inżynier: to jest mój brat :P :)
A potem było z górki.
Z trudem znalazłam w szafie rajstopy, w które się wbiłam i które oczka nie puściły (od 5 lat nie miałam na dupie rajstop) i pomaszerowałam na chrzciny Kradziejki.
Tymczasowa kaplica nie trzeszczała w szwach, więc tak sobie myślałam, po kija będą budować olbrzymi kościół?
Nie z moich pieniędzy.
Jedna z nielicznych mszy, na których miałam aparaty.
Kazanie przyprawiało o zwichnięcie szczęki i dobrze, że innych kazań w życiu nie słyszałam. Mogłam się wtedy naprawdę modlić... To było coś warte.
Imprezka spoko.
Kierownik Budowy wleciał w poniedziałek z prezentem, sumitując się. Niepotrzebnie, to był dzień Kradziejki, nie mój i nie chciałam, aby ktoś wiedział. Bo i po co? Tym bardziej, że obchodziliśmy jednocześnie jej roczek.
Dostałam
To wszystko na te głupie nogi, bo na łeb już za późno. I męczył mnie, a on męczydusza jest do potęgi. Że tak, że siak, że gimnastyka, że joga. Że źle oddycham, źle stoję. Nosz, kurwa, mam tak od 62 lat i nie mam zamiaru tego zmieniać. Dobrze mi z tym. I taka umrę.
Instruktor się znalazł.
Stopy na tym bolą jak cholera, ale na kuleczkach jest OK. Leżąc na plecach nie mogę jednak mieć kulecki, ból jest nie do zniesienia. Odpuszczę. Te moje 18 lat :)
Inżynier śmiał się, że jestem skrzyżowaniem Papryczka i kotełków. Kuleckami się bawię.
Ano.
Jedną kuleckę zabrałam do pracy i serio, po jeżdżeniu na niej łatwiej mi wstać.
Ale Kierownik Budowy zaczął akcję nękającą, że lekarz, że USG, że sranie w banie.
Nie będę żyła wiecznie. Umrę po prostu trochę schorowana i tyle.
Zagroziłam zbanowaniem i odpuścił.
Wiem, że czasowo. Ale nie ze mną te numery Brunner.
Mam wysoki próg bólu i nie mam zamiaru tracić życia na kolędowanie po konowałach.
Trudno :)
Tydzień minął marudząco, bo chodziłam i marudziłam, że nie ma pracy.
Dziś, tj. w piątek, nie marudziłam, bo co wyszłam na korytarz, to ersatz chaupki miałam i mi mijało. W pokoju też mam swoje światełka i świeczuszkę mam. A że reszta w polu? Wola boska i skrzypce. Co ma być, będzie. Jak nie padnę, to wylecę, jak nie wylecę, to padłam. I tyle...
Weekend zapowiada się pracowicie, ale domowo. A reszta? Na razie niezapisane kartki...
Kolejną osiemnastkę (plus VAT) zaliczyłam bezboleśnie.
Z rana zadzwonił Pierworodny, co wprawiło mnie w szok, ale...
Rozmawialiśmy o jego pracy i hotelach w Londynie.
Po trzech godzinach od rozmowy dostałam życzenia. Nie wiem, czy się obudził, czy Synowa mu przypomniała :) Na kartkę się nie szarpnęli, ale c'est la vie :) Taki model.
Nawet mnie to nie zdenerwowało, Kochany Pamiętniczku.
Jak mówi Inżynier: to jest mój brat :P :)
A potem było z górki.
Z trudem znalazłam w szafie rajstopy, w które się wbiłam i które oczka nie puściły (od 5 lat nie miałam na dupie rajstop) i pomaszerowałam na chrzciny Kradziejki.
Tymczasowa kaplica nie trzeszczała w szwach, więc tak sobie myślałam, po kija będą budować olbrzymi kościół?
Nie z moich pieniędzy.
Jedna z nielicznych mszy, na których miałam aparaty.
Kazanie przyprawiało o zwichnięcie szczęki i dobrze, że innych kazań w życiu nie słyszałam. Mogłam się wtedy naprawdę modlić... To było coś warte.
Imprezka spoko.
Kierownik Budowy wleciał w poniedziałek z prezentem, sumitując się. Niepotrzebnie, to był dzień Kradziejki, nie mój i nie chciałam, aby ktoś wiedział. Bo i po co? Tym bardziej, że obchodziliśmy jednocześnie jej roczek.
Dostałam
To wszystko na te głupie nogi, bo na łeb już za późno. I męczył mnie, a on męczydusza jest do potęgi. Że tak, że siak, że gimnastyka, że joga. Że źle oddycham, źle stoję. Nosz, kurwa, mam tak od 62 lat i nie mam zamiaru tego zmieniać. Dobrze mi z tym. I taka umrę.
Instruktor się znalazł.
Stopy na tym bolą jak cholera, ale na kuleczkach jest OK. Leżąc na plecach nie mogę jednak mieć kulecki, ból jest nie do zniesienia. Odpuszczę. Te moje 18 lat :)
Inżynier śmiał się, że jestem skrzyżowaniem Papryczka i kotełków. Kuleckami się bawię.
Ano.
Jedną kuleckę zabrałam do pracy i serio, po jeżdżeniu na niej łatwiej mi wstać.
Ale Kierownik Budowy zaczął akcję nękającą, że lekarz, że USG, że sranie w banie.
Nie będę żyła wiecznie. Umrę po prostu trochę schorowana i tyle.
Zagroziłam zbanowaniem i odpuścił.
Wiem, że czasowo. Ale nie ze mną te numery Brunner.
Mam wysoki próg bólu i nie mam zamiaru tracić życia na kolędowanie po konowałach.
Trudno :)
Tydzień minął marudząco, bo chodziłam i marudziłam, że nie ma pracy.
Dziś, tj. w piątek, nie marudziłam, bo co wyszłam na korytarz, to ersatz chaupki miałam i mi mijało. W pokoju też mam swoje światełka i świeczuszkę mam. A że reszta w polu? Wola boska i skrzypce. Co ma być, będzie. Jak nie padnę, to wylecę, jak nie wylecę, to padłam. I tyle...
Weekend zapowiada się pracowicie, ale domowo. A reszta? Na razie niezapisane kartki...
czwartek, 1 grudnia 2016
Coraz
bliżej święta, Kochany Pamiętniczku.
Zła wstałam, bo niedospana, do dentysty musiałam lecieć. Ale już mam z głowy wszystko na razie, choć portfel znów lżejszy, zadowolona jestem.
Lało cały dzień. Wiatr wiał od mojej strony, tak mocno, że nawet balkonowe okna mam opypłane, a walizkę wietrzącą się musiałam zdjąć, bo zamokłaby cała.
Ale już prawie nie wonieje, co dzień zmieniałam w niej fusy od kawy i sodę, pomogło.
Odpuściłam więc wychodzenie z domu, zrobiłam generalne tygodniowe porządki, pogadałam z Synową, nic się nie zająknęła o wpadaniu tu, a ja nie pytałam, bo po co drążyć temat? Przyjadą, to będą i będzie sądny dzień :)
A poza tym mam
na taborecie, bo stolik z maszyny poszedł pod półki :) Duże bombki okazały się za duże, ale poszły na inną choinkę. Nie pamiętałam rozmiarów ;)
W międzyczasie Słonko się odezwało i na wieść, że choinkę stroję napisała, że wprowadzam w PL irlandzkie zwyczaje i że ona też chyba się skusi :)
A że jutro muszę znów do pracy, miło będzie wrócić w mój kolorowy świat.
A potem ciężkie dwa tygodnie, więc...
Kto bogatemu zabroni? :)
Zła wstałam, bo niedospana, do dentysty musiałam lecieć. Ale już mam z głowy wszystko na razie, choć portfel znów lżejszy, zadowolona jestem.
Lało cały dzień. Wiatr wiał od mojej strony, tak mocno, że nawet balkonowe okna mam opypłane, a walizkę wietrzącą się musiałam zdjąć, bo zamokłaby cała.
Ale już prawie nie wonieje, co dzień zmieniałam w niej fusy od kawy i sodę, pomogło.
Odpuściłam więc wychodzenie z domu, zrobiłam generalne tygodniowe porządki, pogadałam z Synową, nic się nie zająknęła o wpadaniu tu, a ja nie pytałam, bo po co drążyć temat? Przyjadą, to będą i będzie sądny dzień :)
A poza tym mam
na taborecie, bo stolik z maszyny poszedł pod półki :) Duże bombki okazały się za duże, ale poszły na inną choinkę. Nie pamiętałam rozmiarów ;)
W międzyczasie Słonko się odezwało i na wieść, że choinkę stroję napisała, że wprowadzam w PL irlandzkie zwyczaje i że ona też chyba się skusi :)
A że jutro muszę znów do pracy, miło będzie wrócić w mój kolorowy świat.
A potem ciężkie dwa tygodnie, więc...
Kto bogatemu zabroni? :)
środa, 30 listopada 2016
Jeszcze
w ubiegłym tygodniu, Kochany Pamiętniczku
bratki pięknie posadziłam.
A dziś znów leci to białe gówno
Winter is coming, psiakrew.
I komu moje bratki przeszkadzały?
Orali we mnie tak, że nie miałam ani siły, ani ochoty pisać. Po powrocie do domu padałam na fotel i animrumrałam. A weekend zleciał za szybko.
W poniedziałek Kierownik Budowy wleciał po jajka do pracy i prawie mnie wywlókł, na co z chęcią przystałam.
Pojechaliśmy do mnie, na herbatkę, a skończyło się na godzinach gadania. Choć nie powiem, wpieprzający jest, choć kochany.
Bo jak można się dziwić białemu serowi, zwykłemu twarogowi?
I męczyć mnie, jak to się produkuje i czym to się je?
Co to, ja ciotka Wikipedia jestem czy cuś?
W niedzielę będzie mnie pewno męczył dalej.
No nic...
W międzyczasie dentysta i o dziwo, nowy PIN, który panu w bankomacie nie chciał się ustawić, zadziałał, i moja karta o której chłop nie wie znów jest gotowa do użytku, co mnie cieszy niezmiernie. Ząbki mam nówki nieśmigane, aż miło bez tego kamienia w gębie. I właśnie odebrałam SMS od pani doktor, że mogę jutro wpaść, a nie czekać do 8 grudnia. Co mnie cieszy, bo jutro wywalczyłam wolne.
Znaczy się MAM wolne, ale miałam iść do pracy.
Poszłam dziś rano do banku i OK, pensja jest, warzywka za dodatek dołożyły jak obiecały, bez łaski, ale za wszystkie dodatki, com zrobiła nie ma złamanego grosza.
Bossa też nie było.
A Wice kręcił jak gówno w przeręblu.
A ja, głupia cipa, jeszcze dopilnowałam tekstów, które im się zapodziały, dopilnowałam wszystkich kiksów typu każda tabela i rycina z innej parafii, aż się łamacz wściekał, bo mu dołożyłam roboty.
Indeks zrobiłam i bibliografię ogarnęłam, bo sieroty po Stalinie zupełnie nie kumają czaczy.
Fakt, Boss o tym nie wie.
Ale gówno mnie to obchodzi, umawialiśmy się, że daję wolny czas i za to mi płaci.
I takoż mu napisałam w emilku. Wiem, będę musiała jeszcze się upominać i to JEST KUREWSTWO.
Amen.
Źle się dzieje w państwie duńskim, coraz gorzej.
Do tego niemiłosiernie nas gnębiące pisiory postulują zakaz pracy dla emerytów.
Przyjdzie mi wyjechać do Włoch opiekować się staruchami (sześćdziesięciolatki tak teraz jeżdżą).
Bo z samej emerytury albo z samej pensji to będę musiała jeszcze puszki zbierać, sama już nie wiem, co lepsze, puszkobranie czy podcieranie włoskich tyłków.
Tak więc wkurw mam maksymalny i na myśl o pieprzeniu Kierownika Budowy, że trzeba umysł wyczyścić i ascendować, ewantualnie może krówkę kupić i serkiem i mleczkiem żyć mam ochotę wrzeszczeć, wyć i OJAPIERDOLĘ.
Ano...
A Mała Wiedźma egzamin miała z baletu. I stepować się uczy. O, stepowanie to było moje marzenie :)
Zakrywamy Panience oczka, bo piwne ma i na dole jest młoda babcia :)
Ha.
Moja ci ona.
Ale...
Makijaż jej zrobili, a ta guła, mój syn, mówi, że to wymóg...
Makijaż sześciolatce???
Nie, to mnie przerasta. To uczenie dziewczyny, że ważne jest opakowanie, nie zawartość (choć bogiem a prawdą za zawartość nikt mi nie płaci, ale kurde, nie musiałam nigdy opakowaniem dorabiać)...
Rozerwana jestem na kawałki, wiem, że nic nie mogę.
Ale wszystko się we mnie buntuje.
I zapytał, czy jak będą w PL mogą się u mnie zatrzymać na parę dni.
Zesztywniałam. I niebo zawaliło mi się na głowę.
Po co ja lecę do UK?
Jak będzie wyglądało moje mieszkanie po najeździe?
A nie powiem własnemu synowi: nie, nie możesz. To jest jego dom, choć już to nie mieszka.
Wracam w niedzielę w nocy, w poniedziałek rano lecę do pracy.
Nie wiem, czy będę miała do czego wracać.
W każdym razie nie wrócę na pewno do mojego azylu.
Kurwa mać.
A Inżynier zabronił mi stanowczo odwoływać święta.
I co, nie miałam racji, że wszystko jest ciulate i chuj bombki strzelił?
Czuję się jak ten suseł, mają susła w naszym sklepie. 700 zł. Biedne zwierzę na łeb dostaje i miota się. A ja, jakkolwiek staram się zrozumieć kotki i pieski, to kurde mol, susła już nie rozumiem.
Po co zabierać zwierzęciu, stworzonemu do przestrzeni, jego życie i trzymać je w szkle na garstce piachu i siana? Bo jakie piękne zwierzątko?
I znów na ust korale pcha mi się krótkie i węzłowate: kurwa mać.
A za oknem zapierdala to białe gówno, brudzi moje szyby i życie, bo to nie jest tak, że białe płatki zawirują jak na filmie Disneya i będziemy żyli długo i szczęśliwie.
Po drodze będzie ślizgawica, śniegowa bryja i brudne kalesony i pokaleczone ściany.
Ale czasem zakwitają niekwitnące nigdy storczyki...
I patrząc na mgłę, wspominam te piękne chwile. Jak ta mgła razem z Inżynierem przeżyta, gdyśmy jechali do H...
I te zachody, które już nie wrócą, ale były i w pamięci są.
Chyba że dopadnie mnie ten Austriak. Albo inny obcokrajowiec.
Czego sobie i nikomu nie życzę...
A zatem do napisania, Kochany Pamiętniczku...
bratki pięknie posadziłam.
A dziś znów leci to białe gówno
Winter is coming, psiakrew.
I komu moje bratki przeszkadzały?
Orali we mnie tak, że nie miałam ani siły, ani ochoty pisać. Po powrocie do domu padałam na fotel i animrumrałam. A weekend zleciał za szybko.
W poniedziałek Kierownik Budowy wleciał po jajka do pracy i prawie mnie wywlókł, na co z chęcią przystałam.
Pojechaliśmy do mnie, na herbatkę, a skończyło się na godzinach gadania. Choć nie powiem, wpieprzający jest, choć kochany.
Bo jak można się dziwić białemu serowi, zwykłemu twarogowi?
I męczyć mnie, jak to się produkuje i czym to się je?
Co to, ja ciotka Wikipedia jestem czy cuś?
W niedzielę będzie mnie pewno męczył dalej.
No nic...
W międzyczasie dentysta i o dziwo, nowy PIN, który panu w bankomacie nie chciał się ustawić, zadziałał, i moja karta o której chłop nie wie znów jest gotowa do użytku, co mnie cieszy niezmiernie. Ząbki mam nówki nieśmigane, aż miło bez tego kamienia w gębie. I właśnie odebrałam SMS od pani doktor, że mogę jutro wpaść, a nie czekać do 8 grudnia. Co mnie cieszy, bo jutro wywalczyłam wolne.
Znaczy się MAM wolne, ale miałam iść do pracy.
Poszłam dziś rano do banku i OK, pensja jest, warzywka za dodatek dołożyły jak obiecały, bez łaski, ale za wszystkie dodatki, com zrobiła nie ma złamanego grosza.
Bossa też nie było.
A Wice kręcił jak gówno w przeręblu.
A ja, głupia cipa, jeszcze dopilnowałam tekstów, które im się zapodziały, dopilnowałam wszystkich kiksów typu każda tabela i rycina z innej parafii, aż się łamacz wściekał, bo mu dołożyłam roboty.
Indeks zrobiłam i bibliografię ogarnęłam, bo sieroty po Stalinie zupełnie nie kumają czaczy.
Fakt, Boss o tym nie wie.
Ale gówno mnie to obchodzi, umawialiśmy się, że daję wolny czas i za to mi płaci.
I takoż mu napisałam w emilku. Wiem, będę musiała jeszcze się upominać i to JEST KUREWSTWO.
Amen.
Źle się dzieje w państwie duńskim, coraz gorzej.
Do tego niemiłosiernie nas gnębiące pisiory postulują zakaz pracy dla emerytów.
Przyjdzie mi wyjechać do Włoch opiekować się staruchami (sześćdziesięciolatki tak teraz jeżdżą).
Bo z samej emerytury albo z samej pensji to będę musiała jeszcze puszki zbierać, sama już nie wiem, co lepsze, puszkobranie czy podcieranie włoskich tyłków.
Tak więc wkurw mam maksymalny i na myśl o pieprzeniu Kierownika Budowy, że trzeba umysł wyczyścić i ascendować, ewantualnie może krówkę kupić i serkiem i mleczkiem żyć mam ochotę wrzeszczeć, wyć i OJAPIERDOLĘ.
Ano...
A Mała Wiedźma egzamin miała z baletu. I stepować się uczy. O, stepowanie to było moje marzenie :)
Zakrywamy Panience oczka, bo piwne ma i na dole jest młoda babcia :)
Ha.
Moja ci ona.
Ale...
Makijaż jej zrobili, a ta guła, mój syn, mówi, że to wymóg...
Makijaż sześciolatce???
Nie, to mnie przerasta. To uczenie dziewczyny, że ważne jest opakowanie, nie zawartość (choć bogiem a prawdą za zawartość nikt mi nie płaci, ale kurde, nie musiałam nigdy opakowaniem dorabiać)...
Rozerwana jestem na kawałki, wiem, że nic nie mogę.
Ale wszystko się we mnie buntuje.
I zapytał, czy jak będą w PL mogą się u mnie zatrzymać na parę dni.
Zesztywniałam. I niebo zawaliło mi się na głowę.
Po co ja lecę do UK?
Jak będzie wyglądało moje mieszkanie po najeździe?
A nie powiem własnemu synowi: nie, nie możesz. To jest jego dom, choć już to nie mieszka.
Wracam w niedzielę w nocy, w poniedziałek rano lecę do pracy.
Nie wiem, czy będę miała do czego wracać.
W każdym razie nie wrócę na pewno do mojego azylu.
Kurwa mać.
A Inżynier zabronił mi stanowczo odwoływać święta.
I co, nie miałam racji, że wszystko jest ciulate i chuj bombki strzelił?
Czuję się jak ten suseł, mają susła w naszym sklepie. 700 zł. Biedne zwierzę na łeb dostaje i miota się. A ja, jakkolwiek staram się zrozumieć kotki i pieski, to kurde mol, susła już nie rozumiem.
Po co zabierać zwierzęciu, stworzonemu do przestrzeni, jego życie i trzymać je w szkle na garstce piachu i siana? Bo jakie piękne zwierzątko?
I znów na ust korale pcha mi się krótkie i węzłowate: kurwa mać.
A za oknem zapierdala to białe gówno, brudzi moje szyby i życie, bo to nie jest tak, że białe płatki zawirują jak na filmie Disneya i będziemy żyli długo i szczęśliwie.
Po drodze będzie ślizgawica, śniegowa bryja i brudne kalesony i pokaleczone ściany.
Ale czasem zakwitają niekwitnące nigdy storczyki...
I patrząc na mgłę, wspominam te piękne chwile. Jak ta mgła razem z Inżynierem przeżyta, gdyśmy jechali do H...
I te zachody, które już nie wrócą, ale były i w pamięci są.
Chyba że dopadnie mnie ten Austriak. Albo inny obcokrajowiec.
Czego sobie i nikomu nie życzę...
A zatem do napisania, Kochany Pamiętniczku...
poniedziałek, 21 listopada 2016
Taka prosta
zagadka, a nikt nie zgadł, Kochany Pamiętniczku, zatem koń będzie dalej stał na balkonie, a rząd poleży w komórce.
Danie to albowiem było ze wszech miar egzotyczne - mlecz śledzia. Omniomniom, rozpływało się w buzi, wystarczyło tylko nie myśleć, co to jest :)
Niedzielę przebimbałam, tyle co 15 minut pogadałam z Inżynierem, bo biedak cały weekend pracował.
Ja też, wprawdzie nie cały, ale trochę materiałów mi dosłali.
Wadę genetyczną taką mamy oboje, zresztą Pierworodny też, że praca nas kocha. Nie odziedziczyli tego po tatusiu, o nie...
A dziś grzechem było nie wyjść z domu. Wprawdzie zapowiadali, że będziemy mieć złe samopoczucie, bo jakaś burza elektromagnetyczna szaleje, że wszystkie sprzęty będą padać i inne takie tam, ale okazało się to bujdą. Nawet jak gdzieś było niehalo, to moja wioska oazą spokoju, ciepła i piękna dziś była. 13 stopni, słońce.
Kusiło mnie mycie okien, ale wybiłam sobie to z tego głupiego łysego łba i chwyciwszy kijki w dłoń poleciałam...
Warto było :)
Lekka mgiełka, taka jak marzenie, jak piękne wspomnienie, które już nie boli...
Smok, zaiste, smok :)
Pan po przeciwnej stronie stawu uprawiał jakieś tai-chi czy inną jogę. Super to wyglądało, do momentu, gdy wyciągnął komórkę i zaczął z nią łazić w kółko... Te aparaty każdy nastrój zepsują, sama mam wyłączoną, bo i po co to komu?
I na koniec był bonusik, na słońcu wygrzewał się sierściuch jebany :) Animrumrał, musiał słyszeć trzask migawki, ale tak błogo mu było na słonku, że nawet ślepka nie otworzył :)
I zakamuflował się, skubany, prawda? :)
Wracając planowałam jeszcze mycie okien, ale odpuściłam.
Co najwyżej roletki spuszczę i git majonez :D
Mucha nie siada, Kochany Pamiętniczku :)
Danie to albowiem było ze wszech miar egzotyczne - mlecz śledzia. Omniomniom, rozpływało się w buzi, wystarczyło tylko nie myśleć, co to jest :)
Niedzielę przebimbałam, tyle co 15 minut pogadałam z Inżynierem, bo biedak cały weekend pracował.
Ja też, wprawdzie nie cały, ale trochę materiałów mi dosłali.
Wadę genetyczną taką mamy oboje, zresztą Pierworodny też, że praca nas kocha. Nie odziedziczyli tego po tatusiu, o nie...
A dziś grzechem było nie wyjść z domu. Wprawdzie zapowiadali, że będziemy mieć złe samopoczucie, bo jakaś burza elektromagnetyczna szaleje, że wszystkie sprzęty będą padać i inne takie tam, ale okazało się to bujdą. Nawet jak gdzieś było niehalo, to moja wioska oazą spokoju, ciepła i piękna dziś była. 13 stopni, słońce.
Kusiło mnie mycie okien, ale wybiłam sobie to z tego głupiego łysego łba i chwyciwszy kijki w dłoń poleciałam...
Warto było :)
Lekka mgiełka, taka jak marzenie, jak piękne wspomnienie, które już nie boli...
Smok, zaiste, smok :)
Pan po przeciwnej stronie stawu uprawiał jakieś tai-chi czy inną jogę. Super to wyglądało, do momentu, gdy wyciągnął komórkę i zaczął z nią łazić w kółko... Te aparaty każdy nastrój zepsują, sama mam wyłączoną, bo i po co to komu?
I na koniec był bonusik, na słońcu wygrzewał się sierściuch jebany :) Animrumrał, musiał słyszeć trzask migawki, ale tak błogo mu było na słonku, że nawet ślepka nie otworzył :)
I zakamuflował się, skubany, prawda? :)
Wracając planowałam jeszcze mycie okien, ale odpuściłam.
Co najwyżej roletki spuszczę i git majonez :D
Mucha nie siada, Kochany Pamiętniczku :)
sobota, 19 listopada 2016
A tak
Kochany Pamiętniczku, miałam jednak nosa.
Ale cóż, nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać.
Trzeba będzie to przeżyć, ale jak dla mnie chuj bombki strzelił.
No nic.
Zaproszenie dostałam na chrzciny, nie odmówię, bo to od Kradziejki.
Ale też z radości nie skaczę, bo cienko przędę, a tu jeszcze to. Bo na serio mam tylko letnią kieckę, tę ze ślubu.
Do tego ona ma roczek.
Cały mój budżet już się posypał w drobny mak, a to już mnie dobije na amen.
I nie, że jesień, że pada, że źle.
Nie, nic z tego.
Tylko po prostu jest źle, nic już nie ma.
A Baran swoim zwyczajem złożył wyjechane w Kosmos zamówienie. Pasta do zębów, której nie ma. No i tak latam i kupuję, tu sztuka, tam sztuka, a pasta taka, że ją w szafkach trzymają pod kluczem...
Idę do firmowego sklepu, bo tam zawsze była.
Coś mi dziwnie sklep wygląda, ale oj tam, oj tam, zamyślona szłam.
Przez szparę w drzwiach światło się sączy, więc pcham..
I ojapierdolę, jak buchnęło smrodem z papierosów i światła jak na dyskotece.
W środku jeden z tych punktów gier.
Ta. Chciał się mnie tanim kosztem pozbyć. Pewno tam w kącie ktoś z giwerą siedział. No nic, przeżyłam.
I do deportacji gotowa jestem
Tylko kurde, znów śmierdziela kupilam! W sklepie nie śmierdziało, więc nie wąchałam, dopiero w domu po kilku godzinach poczułam. Aktualnie wietrzy się toto na balkonie. Ale pomoże jak umarłemu kadzidło, wiem. Starałam się kupić najtańszą i przechytrzyłam. Nie słuchałam nauk babci, kupuj drogo, boś biedna. Ale ostatnio kupiłam drogo i też szlag trafił.
Tak wiec chuj bombki strzela jedną za drugą.
A na obiad oprócz rosołku sprzed tygodnia (świetnie przechował się w lodówce i nic mi po nim nie jest, co będę dobry rosół wylewała) było to
Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co to :)
Ale i tak bombki się potłukły :(
Ale cóż, nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać.
Trzeba będzie to przeżyć, ale jak dla mnie chuj bombki strzelił.
No nic.
Zaproszenie dostałam na chrzciny, nie odmówię, bo to od Kradziejki.
Ale też z radości nie skaczę, bo cienko przędę, a tu jeszcze to. Bo na serio mam tylko letnią kieckę, tę ze ślubu.
Do tego ona ma roczek.
Cały mój budżet już się posypał w drobny mak, a to już mnie dobije na amen.
I nie, że jesień, że pada, że źle.
Nie, nic z tego.
Tylko po prostu jest źle, nic już nie ma.
A Baran swoim zwyczajem złożył wyjechane w Kosmos zamówienie. Pasta do zębów, której nie ma. No i tak latam i kupuję, tu sztuka, tam sztuka, a pasta taka, że ją w szafkach trzymają pod kluczem...
Idę do firmowego sklepu, bo tam zawsze była.
Coś mi dziwnie sklep wygląda, ale oj tam, oj tam, zamyślona szłam.
Przez szparę w drzwiach światło się sączy, więc pcham..
I ojapierdolę, jak buchnęło smrodem z papierosów i światła jak na dyskotece.
W środku jeden z tych punktów gier.
Ta. Chciał się mnie tanim kosztem pozbyć. Pewno tam w kącie ktoś z giwerą siedział. No nic, przeżyłam.
I do deportacji gotowa jestem
Tylko kurde, znów śmierdziela kupilam! W sklepie nie śmierdziało, więc nie wąchałam, dopiero w domu po kilku godzinach poczułam. Aktualnie wietrzy się toto na balkonie. Ale pomoże jak umarłemu kadzidło, wiem. Starałam się kupić najtańszą i przechytrzyłam. Nie słuchałam nauk babci, kupuj drogo, boś biedna. Ale ostatnio kupiłam drogo i też szlag trafił.
Tak wiec chuj bombki strzela jedną za drugą.
A na obiad oprócz rosołku sprzed tygodnia (świetnie przechował się w lodówce i nic mi po nim nie jest, co będę dobry rosół wylewała) było to
Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co to :)
Ale i tak bombki się potłukły :(
czwartek, 17 listopada 2016
Niektórych
Kochany Pamiętniczku, jebie na maksa.
Rozmawiam z Wice w kuchni, już po zamknięciu. Przypomina mi o ekstrasie. Ja: zapomniałam, proszę dać znać, kiedy będzie gotowe.
Wracam do domu, na skrzydłach, a na emilku, że śrutututu majtki z drutu.Jakby, kurwa nie mógł tego w kuchni powiedzieć! Czego się, kretyn, bał? Że jutro nie przylecę na skrzydłach? Bo nie przylecę. Gówno ma, w niedzielę jest forum. A już mu nie dam satysfakcji, że lecę, bo piernął. Dziś do mnie mówi: notatka o Wachowicz, o tej (była miss Polonia, Ewa Wachowicz) i ręce mu lądują na wysokości piersi i ten gest... Głupi chuj. I tyle w temacie.
Więc napisałam, że w tym tygodniu nie ma opcji (jak miał gotowe, mógł słać, pól dnia rżnęłam w głupie gry). Że jak ma w programie, spoko, dojadę na gotowca, jak w Wordzie, ma słać do domu, za frico mu nie będę latała.
Facet czerpie przyjemność z "kulturalnego, z uśmiechem na ustach" upokarzania innych. Zależnych i słabszych. Zarabia miesięcznie 12 tys.
Już mam na to wyjebane. Jestem mądrzejsza od niego i to się liczy.
A stać go na to i ma moc, żeby dać mi premię.
Ale nie, bo po co.
Spoko, zrobię, bo zależy mi na tej jałmużnie, którą dostaję.
Ale wtedy, gdy znajdę na to czas i ochotę :)
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Karma zawsze wraca.
Nie zazdroszczę mu kasy, niech ma.
Ale Mama nauczyła mnie jednego - szanowania ludzi.
Był we wsi taki pan Walenty, garbaty. Gospodarstwo ojapierdolę, smród, brud i ubóstwo. Dzwonnik, autentycznie, dzwonił w kościele.
Wszyscy we wsi mówili: Waloś idzie, Waloś to, Waloś tamto.
A u mnie w domu było: pan Walenty.
Jak przychodził, kłaniając się od proga, że nie wejdzie, bo błota naniesie, że nie siądzie, bo pobrudzi, Mama wiedziała, jak zareagować.
I...
Dla mnie we wspomnieniach to zawsze pan Walenty.
Nie Waloś, nie ktoś godny pogardy.
Więc spoko.
Zrobię, co do mnie należy.
Za lekceważenie mnie i mojego czasu, karma zapłaci...
Z procentami.
Ja to wiem.
Imiennik pana Walentego, noszący to samo nazwisko co on, nie wiem, czy byli spokrewnieni, bo nazwisko w okolicy rozpowszechnione, rocznikowo mój kolega, z klasy B, jest dziś profesorem na UP. I tak po nim też sprzątam...
Jak dziwnie układają się losy ludzkie, Kochany Pamiętniczku.
Sama mam dwa doktoraty z prania pieluch. I nie, nie żałuję :)
Rozmawiam z Wice w kuchni, już po zamknięciu. Przypomina mi o ekstrasie. Ja: zapomniałam, proszę dać znać, kiedy będzie gotowe.
Wracam do domu, na skrzydłach, a na emilku, że śrutututu majtki z drutu.Jakby, kurwa nie mógł tego w kuchni powiedzieć! Czego się, kretyn, bał? Że jutro nie przylecę na skrzydłach? Bo nie przylecę. Gówno ma, w niedzielę jest forum. A już mu nie dam satysfakcji, że lecę, bo piernął. Dziś do mnie mówi: notatka o Wachowicz, o tej (była miss Polonia, Ewa Wachowicz) i ręce mu lądują na wysokości piersi i ten gest... Głupi chuj. I tyle w temacie.
Więc napisałam, że w tym tygodniu nie ma opcji (jak miał gotowe, mógł słać, pól dnia rżnęłam w głupie gry). Że jak ma w programie, spoko, dojadę na gotowca, jak w Wordzie, ma słać do domu, za frico mu nie będę latała.
Facet czerpie przyjemność z "kulturalnego, z uśmiechem na ustach" upokarzania innych. Zależnych i słabszych. Zarabia miesięcznie 12 tys.
Już mam na to wyjebane. Jestem mądrzejsza od niego i to się liczy.
A stać go na to i ma moc, żeby dać mi premię.
Ale nie, bo po co.
Spoko, zrobię, bo zależy mi na tej jałmużnie, którą dostaję.
Ale wtedy, gdy znajdę na to czas i ochotę :)
Zemsta jest rozkoszą bogów.
Karma zawsze wraca.
Nie zazdroszczę mu kasy, niech ma.
Ale Mama nauczyła mnie jednego - szanowania ludzi.
Był we wsi taki pan Walenty, garbaty. Gospodarstwo ojapierdolę, smród, brud i ubóstwo. Dzwonnik, autentycznie, dzwonił w kościele.
Wszyscy we wsi mówili: Waloś idzie, Waloś to, Waloś tamto.
A u mnie w domu było: pan Walenty.
Jak przychodził, kłaniając się od proga, że nie wejdzie, bo błota naniesie, że nie siądzie, bo pobrudzi, Mama wiedziała, jak zareagować.
I...
Dla mnie we wspomnieniach to zawsze pan Walenty.
Nie Waloś, nie ktoś godny pogardy.
Więc spoko.
Zrobię, co do mnie należy.
Za lekceważenie mnie i mojego czasu, karma zapłaci...
Z procentami.
Ja to wiem.
Imiennik pana Walentego, noszący to samo nazwisko co on, nie wiem, czy byli spokrewnieni, bo nazwisko w okolicy rozpowszechnione, rocznikowo mój kolega, z klasy B, jest dziś profesorem na UP. I tak po nim też sprzątam...
Jak dziwnie układają się losy ludzkie, Kochany Pamiętniczku.
Sama mam dwa doktoraty z prania pieluch. I nie, nie żałuję :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















