I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dzieci najlepsze są z piekarnika
Mogą być bez sosu czosnkowego, w ogóle bez sosu.
Więcej nie drążę tematu, bo jak mówi mądry mem: jebło to jebło, na chuj drążyć.
Nie tylko zmiany klimatyczne są, zmiany w wychowaniu też i nie ogarniam.
Nie biłam dzieci, bo ojciec mnie nieźle pasem lał, nieważne, winna byłam czy nie.
Ale moje klapsa - rzadko bo rzadko - dostawały, a w sumie wystarczał mój wzrok.
Bo patrzysz jak wściekła żmija, jak mawiał Eks.
Nie trzeba było słów, ale porzundek zaś ale zawsze był.
Kierownik Budowy książkę motywacyjną mi przywlókł i kazał przysiąc, że przeczytam, nie tak jak zazwyczaj czytam, rzucając okiem, ale od deski do deski. Jest tak głupia, że używam jej w charakterze środka nasennego. Używałabym w innym celu, ale za twarda. nie wiem, jak mu powiem, że nie przeczytam, bo życia szkoda. A już na pewno nie wcielę w życie. I nie, nikt nie będzie masował mojego ciałka, bo moje ciałko to rzecz święta i niedotykalna, nawet jak jest spięte i boli. Nie bo nie.
Bo NIE. Moje ciało, moja sprawa.
I tańczyć będę tak, ja chcę, a nie po kursach z bębnami i innymi takimi tam :)
Osiemnaście mieć lat, to nie grzech.... O, to się nadaje do tańczenia.
Tylko Barana brakuje, ale trudno :) Nie można go wciąż zamęczać tańcem :P
No ale wracajmy do naszych baranów...
W poniedziałek pojechałam na te szkody, co zajęło mi raptem 3 godziny, bo ja dobra jestem, co nie?
A potem lewa prawa, lewa prawa pomaszerowałam do Panoramy, bo okazało się, że słodyczki moje rozpieprzyły wieszak do ręczników.
A że seria od lat na rynku, tom chytrze wymyśliła, że kupię, zdejmę, obejdzie się bez wkrętarki nawet.
I tu ZONK.
Nie ma Castoramy koło Panoramy.
Nie ma i chuj. Sprawdziłam w necie - przenieśli do Komornik, no ale gdzie mi tam jechać, jak niezmotoryzowana jestem?
Wróciłam do domu, pomidorówkę odgrzałam, pyszna, ale ile dni można jeść pomidorówkę?
Otrzepałam się, wsiadłam w 71 i pojechałam do drugiej Castoramy.
I dupa. Seria Oceanic była, ale wieszaka nie.
Wróciłam do domu z niczym.
Ale doczytałam, że w Leroy Merlin mają...
Zatem podążyłam do Leroy.
I znów dupa.
Mają, ale... w necie...
Zgrzytając zębami zamówiłam w necie, bo i odbiór w paczkomacie (a ja niepraktykująca), a i kaskę zaraz ciągną, a zamówienie realizują... 12 dni. Znaczy się, za 12 dni mogą wysłać. A kurierem biorą 15 zyla za wysyłkę rzeczy wartej 20....
To nie jest śmieszne. Dlatego nie kupuję w necie, bo wysyłka droższa jak część, dziwię się tym, co kupują, ale mam nóż na gardle. Nowych dziur w kafelkach wiercić nie będę, tym bardziej, że nie mogę się doprosić KB, żeby mi oddał moją wiertarkę...
I Pierworodnego dorwałam. Bo znów numer walnął... Mieli w niedzielę jechać nad morze, do Southend on Sea. Mieli. Bo wyszedł z domu bez telefonu, wsiadł do złego pociągu i wszystko poszło się jebać.
On już taki umrze. Niedorosły. Piotruś Pan. Ale mnie boli, jak cholera. I tej jego żonie bym oczy wydłubała. Jej się wszystko należy, a on do roboty... No nic. Nie przeskoczę tematu. O synowych innym razem żółć wyleję, za dużo pisania :)
Next day zaatakowałam kolejne markety budowlane, ale nici. Nie ma Oceanica nigdzie.
Za to kupiłam sobie kartę do aparatu, bo te 2 GB co mam, no w sumie 4 GB, bo mam dwie, to pic na wodę i fotomontaż.
Na porządny maraton nie starczają. Więc zanabyłam 32 GB za obłędną kwotę 70 zł polskich.
W ramach akcji dopieszczania moi.
Należy mi się, jak psu zupa.
Z urzędu.
I postanowiłam pojechać do starego ZOO, w celu pofocenia... samolotów. Bo jak byłam z wnukami, to co chwilę podchodziły do lądowania piękne maszyny, a ja bez aparatu byłam. I rozmawiając ze Zmorką obiecałam jej stado wróbli, bo latają u nas stadami, ale zanim wyciągnę telefon, wklepię kod, to spieprzają, gdzie pieprz rośnie.
Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Mam zdjęcia wszystkiego... prócz samolotów i wróbli.
Co nie znaczy, że nie będę na nie polowała dalej :)
A teraz z włóczęgi...
Miasto moje, a w nim...
Nowy Bałtyk, ze starą drukarnią w tle.
Tęsknię za starym Bałtykiem, gdzie niejeden film widziałam i nieraz w knajpie jadłam, ale... nowemu też nic nie brakuje, co nie? :)
Stare miesza się z nowym wszędzie i za to tak bardzo kocham moją wioskę... Żal będzie odchodzić stąd...
Tu już stare zoo, słoń się skrył...
Dla mnie największa bomba tu... Black swain...
Małą dziewczynką byłam, gdy ten wilk tu już szczerzył kły. Dla ciekawych historii starego zoo
https://pl.wikipedia.org/wiki/Stare_Zoo_w_Poznaniu
Udało mi się, co nie? A zapach, ojapierdolę. Cudem nie zemdlałam :)
Te osiołki naraziły się jednemu z poznańskich świętojebliwych radnych, bo w biały dzień na oczach dzieci seks uprawiały. Owoc tego seksu długo nie pożył, zdechł. Kara za grzechy, jak nic...
W takiej grocie, gdy byłam młoda, siedział niedźwiedź.
A dziś wszystko zarosło pajęczyną. I dobrze :)
Małpie niedobitki. Patrząc na nie, te biedonie, myślałam, coby było, gdyby małpom dać aparat fotograficzny. Czy potraktowałyby ludzi z drugiej strony krat tak, jak my traktujemy je?
I kto temu żółwiowi skorupę rozwalił?
W pawilonie śmierdziało gorzej, jak w miejskim kiblu za komuny, więc zwiałam, nie sprawdzając, co tam jest...
Tu dopiero odetchnęłam, ale i tak nie doczekałam żadnego samolotu...
Za to upolowałam motylka...
i pszczółkę, czy inna osę też...
I ani jednego wróbelka, ale za to... Piekny leń, co nie??
I odwieczny koń z brązu. Stoi tu od wieków...
A na taki badziew plus picie (woda mineralna droższa jak na lotnisku!) będąc z wnukami wydałam prawie 100 zł polskich. Ojapierdolę. Cieszę się, że nie mam dzieci w wieku okołozoologicznym :)
I kto mówi, że na betonie kwiaty nie rosną? I że moja wioska nie jest KOLEJORZ? :)
A dziś od rana leje, więc poleciałam w przerwie między deszczami (co nie do końca mi się udało, o czym świadczą moje włosy) na Manhattan, a potem ogarnęłam tę kuwetę i w ramach samobiczowania wyprasowałam pranie, leżące od pół roku z haczykiem...
I takie mnie naszły refleksje...
Kto tak dziś umie wyszywać? Tego ściegu nie znam nawet ja... Ręczniki starsze ode mnie i to sporo, z czasów, gdy każdą sztukę bielizny znakowano. Tu akurat numery 16 i 22, bo takie trafiły do prania. Są wciąż białe, aczkolwiek nie śnieżnobiałe. Wyobrażacie sobie wyszywanie swoich monogramów na ścierkach i numerów? Na ścierkach do wycierania? Służą mi do dziś, chociaż gdzieniegdzie zaczynają się już przecierać. Moja mama je krochmaliła, ja kilka lat temu wyrosłam z krochmalenia...
I takie cuś
Wciąż całe, aczkolwiek wyblakłe i sprane. Polski len...
Ilu ludzi odeszło, a takie rzeczy wciąż trwają.
Ciekawa jestem, kto doceni to, gdy ja odejdę...
I tym optymistycznym akcentem kończąc idę leczyć chory palec, z nadzieją, że jednak nie wda się sepsa i jeszcze jakieś notki popełnię :P
No i te cholerne wróble upoluję...

















































