liściasty, Kochany Pamiętniczku :)
Się dzieje, ojapierdolę.
Tak mnie wywiało po świętach do Obi, znaczy się, miałam do Ikea iść, ale stwierdziłam, że pójdę najpierw do Obi, bo Obi jest za Ikea, to jak będę wracać to wlezę.
I lazłam, ledwo dychając, bo u nas znienacka Kuba, wyspa jak wulkan gorąca się zrobiła, u mnie w słońcu przed południem termometr 40 stopni pokazuje.
No, zwariował, wygło mu się, ani chybi.
I w tym Obi, proszę Kochanego Pamiętniczka na mózg mi padło.
I jak się trochę ochłodzi, a na konto coś skapnie, to znów tam pospieszę, bo...
Cuda wianki i kraszanki, nieprawdaż? Te kolorowe to niedośpiany, wrzuciłam w jedną doniczkę, zobaczymy, co będzie.
A oplątwa wylądowała
I jak będzie grzeczna, może wina dostanie :) Nie podobają mi się te szklane kule, jeszcze mi nic dupy nie urwało, więc na razie kieliszek.
A potem wpadłam w stan nerwowy i po sprzątnięciu balkonu, chociaż mój kręgosłup protestował ze wszystkich sił, zaczęłam ogarniać chaupkę, bo po wynoszeniu z balkonu się naświniło z leksza.
I traaaaach.
Admirał wziął i zdechł.
Nie na amen, ale nie ciągnął, a i podejrzany zapach szedł, więc skończyłam robotę ręcznie, zła, bo nie tak dawno w Biedronce kupiłam zapas worków do niego taki, że do końca życia by mi starczyło. Być może te worki go wykończyły, bo niefirmowe, nie wiem. No wziął i zdechł, świnia. Ale też służył mi ponad 20 lat, więc cóż mam rzec? Przyszła kryska na Matyska :)
Dziękuję za wierną służbę, Admirale.
W internety poszłam i od razu mi Tyczka w oczy wpadła. Łaziłam, łaziłam i jedyne co miałam, to pocztę zawaloną reklamami ze wszystkich możliwych sklepów.
No nic.
Jakoś ostatnio wcześnie wstaję, więc i dziś wstałam i poleciałam na Manhattan.
O borze iglasty :)
Są, są, są, są pomidorki od mojego Pana od Pomidorków, dlatego znów warto żyć :D
Cudowne, no nie?
A potem wskoczył mi do wózka, bo to tak jakoś samo wskakuje, papirus i dwie komarzyce.
No, nieładnie się tak pchać, ale cóż biedna miałam uczynić?
Wzięłam. W pracy mam papirus, ale dziad jeden nie daje się rozmnożyć, pewno już za stary jest, choć ponoć chłopy to do końca mogą mieć dzieci. Ten chyba jakiś wybrakowany, więc adoptowałam sierotkę, bo prosiła :)
I zaczęłam kombinować, gdzie po ten odkurzacz jechać, albowiem gorąc się robił coraz gorętszy.
Więc wykombinowałam, że jednak do RTV, bo autobus mam spod domu do sklepu i jak coś łatwiej będzie. Klima była, więc super, wycieczka. Tyle że w jedną stronę prawie godzinę, ale cóż, wioska duża, a i korek był. Znaczy się, autobus utknął, bo cała straż miejska z wioski tłukła się w wąskiej uliczce z jakimś pudłem. Mnie tam się nie paliło, ale że autobus jechał na dworzec, ludzie mieli pianę na ustach. Też bym miała. Dlatego zawsze jadę na dworzec wcześniejszym autobusem, żeby sobie ciśnienia nie podnosić.
Tyczka była, a jakże, w promocji. Miły sprzedawca chciał mi jeszcze pół sklepu pokazać i dziecko w brzuch wcisnąć, ale z uśmiechem na ust koralach podziękowałam i zanabyłam Tyczkę. Tyczka jest bezprzewodowa, oprócz niej jest jeszcze bejbik, taki na paproszki, które widzę jak wychodzę, albo wchodzę i o dziwo: nie stwarzała żadnych problemów przy składaniu, a ja technicznym debilem jestem, więc zaprzyjaźniłyśmy się od razu :) A mój kręgosłup wprost ja uwielbia. nie wiem tylko, jak to będzie z czyszczeniem zbiorniczka, no ale nie można mieć wszystkiego.
A oto Tyczka :)
Jestem jak American housewife, tyle że kabel mi się nie plącze między nogami i nie muszę co chwilę zmieniać gniazdka :) Były fajne, małe, kompaktowe, tańsze, ale... Każdy kabel zawsze się poskręca, no i dlaczego raz nie zamienić czegoś na coś innego? :)
W najgorszym razie kupię tradycyjny, a co :)
Teraz chodzi za mną nawilżacz, bo sucho mam jak cholera, a jak będzie tak upalne lato, to się przyda, bo badyle...
Ale nie miałam już siły nigdzie lecieć i tylko bajkę o Alienku napisałam na fejsiku
bo ze spaceru fajne fotki dostałam, w historyjkę się ułożyły :)
I o kijek poszło, bo kijek znalazł, ale mama mu nie pozwoliła do domu wziąć, o co zawsze się droczymy.
Bo ja, oprócz kamieni do ogórków, już prawie czterdziestoletnich, koleżanka powiedziała, że takie kamienie to jak członkowie rodzimy, mam też kijek, który kiedyś tato Alienka ze spaceru przywlókł.Znaczy się, kijek z leksza ma jakąś trzydziestkę już. Wiem, pojebana jestem (wprost mi tego synowa się nie odważy powiedzieć, ale wiem, co myśli, tylko halo, halo, ona ma swoje talizmany, jak dla mnie to też śmieci, ale szanuję, bo to jej). Ale kijek piękny, nieprawdaż? W zeszłym roku bluszcz się na nim wił, ale padł :) Coś się wymyśli :)
Pogoda ma się spsuć, a szkoda, bo na Pyrkon bym się wybrała.
Zobaczymy.
Nie planować.
Żyć chwilą :D
To jest piękne :)
A świnie milczą jak zaklęte, tak że z lodówką na razie dupa, bo kupię, umówię się na przywóz,a tu będzie dostawa świń i co ja wtedy zrobię? Przecież się nie rozerwę :D
piątek, 26 kwietnia 2019
środa, 24 kwietnia 2019
wtorek, 23 kwietnia 2019
Niby
wszystko było moje i świeże, ale coś mi zaszkodziło, Kochany Pamiętniczku. I nie, że się obżerałam, nie. Już dawno nie czułam się tak podle, ale dietka, ziółka i już jest lepiej.
Obwiniam krem z ciast, więc na przyszłość kupię sobie herbatniki i będzie git majonez.
Bez bólu wyrzuciłam to, co się uchowało, bo lepiej trochę wyrzucić, jak mieć sensacje.
Piździ gorzej niż zimą, aż z obawą patrze, czy mi badylków nie powyrywa. I mają padać kolorowe deszcze z piaskiem z Sahary.
Jednak klimat wariuje w oczach, trudno, tego nie przerosnę i nie zmienię.
I tak jak kiedyś śmiałam się z podtykanych mi pod nos przez teściową przepowiedni, tak teraz czasami ogarnia mnie przerażenie.
No ale są rzeczy, na które nie mam wpływu, więc trudno.
Są jednak rzeczy, na które wpływ mam i...
Po dzisiejszej rozmowie z panią K. od warzywek, po wysłuchaniu słowotoków żalu, po przeczytaniu notki u Dory, stwierdzam jednak, że jestem panią swojego świata.
Pojechałam do Inżyniera, bo poprosili, i nie, że to było wielkie poświęcenie z mojej strony, uważam, że po prostu postąpiłam po ludzku. Nie ustąpiłabym w kwestii wyjazdu, gdyby chodziło tylko o sam fakt spędzania świąt.
I nikt mi nie mówi, jaka to jestem zła, bo nie zajmuję się domem, tylko pracą.
Zabiłabym, gdyby mi ktoś taki zarzut postawił.
Pracuję, bo podpisałam umowę o pracę i sumienie nakazuje mi wykonywać ją jak najlepiej potrafię. I nie ma to nic wspólnego z tym, że inni nie robią. To kwestia sumienia innych, ja nie chcę pluć na lusterko myjąc zęby.
A tak właśnie powinnam zrobić ze świnkami...
Ale w dupie to mam, w sumie nie zajęło mi to więcej, niż gdybym wykonywała tylko moją działkę.
Plus tego taki, że jak nie będzie chciało mi się leźć, to sobie zażyczę w PDF.
A za tydzień może znów długie wolne, może, bo nie wiadomo co świnie wywiną, więc zaplanować cokolwiek strach, a potem ten ślub i noc z Kalafiorkówną, co mnie naprawdę przeraża.
Ale to dopiero za prawie 3 tygodnie, więc co się będę na zapas zamartwiała.
I niespodziewajka, bo Synowa No1 znów w maju będzie w Koziołkowie, bo... dziecko kuzynki ma komunię. Co mam rzec, pieniędzy na latanie nie mają, pewno znów Pierworodny nie poleci. W maju bilety drogie jak cholera, a ja mam cały maj pracowy, bo już sprawdzałam harmonogram. Więc nie, nawet jak mi się zwalą, to będą sobie sami kupowali jedzenie i gotowali, bo ja im pieniędzy do ręki nie dam, czasu nie będę miała ani ochoty. Początek maja mam zajęty przez ten ślub, o czym wiedziałam już rok temu. Inżynierostwo w tym bajzlu znajdą dla mnie moment, to już uzgodnione. Ale tamci mi nawet nie podali terminu. A to jest moje życie i pracuję. Nawet jeżeli to jest jakiś chrześniak Synowej, powinna wysłać kasę, a nie srać wyżej, jak dupę ma. I nie, nie zaglądam nikomu do portfela, ich sytuacja jest opłakana i takie sranie w banie zupełnie nie na miejscu. W pierwszym momencie myślałam, że to Małą Wiedźmę jednak babcia do komunii wysyła. Ale nie. I niebiosom dzięki, bo ja tam nie pojadę. Po prostu nie ma połączenia, na taksówkę z miejscowości do miejscowości mnie nie stać. No i w sumie to będzie nie dlatego, że oni tacy wierzący, tylko że dziadkowie tego chcą.
Jakie to "po polsku"...
Obwiniam krem z ciast, więc na przyszłość kupię sobie herbatniki i będzie git majonez.
Bez bólu wyrzuciłam to, co się uchowało, bo lepiej trochę wyrzucić, jak mieć sensacje.
Piździ gorzej niż zimą, aż z obawą patrze, czy mi badylków nie powyrywa. I mają padać kolorowe deszcze z piaskiem z Sahary.
Jednak klimat wariuje w oczach, trudno, tego nie przerosnę i nie zmienię.
I tak jak kiedyś śmiałam się z podtykanych mi pod nos przez teściową przepowiedni, tak teraz czasami ogarnia mnie przerażenie.
No ale są rzeczy, na które nie mam wpływu, więc trudno.
Są jednak rzeczy, na które wpływ mam i...
Po dzisiejszej rozmowie z panią K. od warzywek, po wysłuchaniu słowotoków żalu, po przeczytaniu notki u Dory, stwierdzam jednak, że jestem panią swojego świata.
Pojechałam do Inżyniera, bo poprosili, i nie, że to było wielkie poświęcenie z mojej strony, uważam, że po prostu postąpiłam po ludzku. Nie ustąpiłabym w kwestii wyjazdu, gdyby chodziło tylko o sam fakt spędzania świąt.
I nikt mi nie mówi, jaka to jestem zła, bo nie zajmuję się domem, tylko pracą.
Zabiłabym, gdyby mi ktoś taki zarzut postawił.
Pracuję, bo podpisałam umowę o pracę i sumienie nakazuje mi wykonywać ją jak najlepiej potrafię. I nie ma to nic wspólnego z tym, że inni nie robią. To kwestia sumienia innych, ja nie chcę pluć na lusterko myjąc zęby.
A tak właśnie powinnam zrobić ze świnkami...
Ale w dupie to mam, w sumie nie zajęło mi to więcej, niż gdybym wykonywała tylko moją działkę.
Plus tego taki, że jak nie będzie chciało mi się leźć, to sobie zażyczę w PDF.
A za tydzień może znów długie wolne, może, bo nie wiadomo co świnie wywiną, więc zaplanować cokolwiek strach, a potem ten ślub i noc z Kalafiorkówną, co mnie naprawdę przeraża.
Ale to dopiero za prawie 3 tygodnie, więc co się będę na zapas zamartwiała.
I niespodziewajka, bo Synowa No1 znów w maju będzie w Koziołkowie, bo... dziecko kuzynki ma komunię. Co mam rzec, pieniędzy na latanie nie mają, pewno znów Pierworodny nie poleci. W maju bilety drogie jak cholera, a ja mam cały maj pracowy, bo już sprawdzałam harmonogram. Więc nie, nawet jak mi się zwalą, to będą sobie sami kupowali jedzenie i gotowali, bo ja im pieniędzy do ręki nie dam, czasu nie będę miała ani ochoty. Początek maja mam zajęty przez ten ślub, o czym wiedziałam już rok temu. Inżynierostwo w tym bajzlu znajdą dla mnie moment, to już uzgodnione. Ale tamci mi nawet nie podali terminu. A to jest moje życie i pracuję. Nawet jeżeli to jest jakiś chrześniak Synowej, powinna wysłać kasę, a nie srać wyżej, jak dupę ma. I nie, nie zaglądam nikomu do portfela, ich sytuacja jest opłakana i takie sranie w banie zupełnie nie na miejscu. W pierwszym momencie myślałam, że to Małą Wiedźmę jednak babcia do komunii wysyła. Ale nie. I niebiosom dzięki, bo ja tam nie pojadę. Po prostu nie ma połączenia, na taksówkę z miejscowości do miejscowości mnie nie stać. No i w sumie to będzie nie dlatego, że oni tacy wierzący, tylko że dziadkowie tego chcą.
Jakie to "po polsku"...
sobota, 20 kwietnia 2019
Wielkanocnie
Kochany Pamiętniczku, tym co świętują niech święta w świątecznym nastroju upływają. Tym, którzy nie świętują, niech po prostu udadzą się te wolne dni i upłyną beztrosko :)
Nawet, jeśli mają być pokręcone tak, jak ten mój tegoroczny rabanek.
Dużo miłości i dobrych ludzi w życiu :)
Nawet, jeśli mają być pokręcone tak, jak ten mój tegoroczny rabanek.
Dużo miłości i dobrych ludzi w życiu :)
piątek, 19 kwietnia 2019
Obudziłam się
o 6.28, Kochany Pamiętniczku. Wypoczęta, silna, zwarta i gotowa.
No cóż, tak zawsze jest jak nic nie muszę.
Więc raźno wstałam, pościel zmieniłam, kąpiel, śniadanko i na Manhattan.
Myślałam, że orła odwinę, dzikie tłumy i to staruch gap.
Wiem, sama jestem stara, ale nie gapa. Idąc, uważam, żeby innych wózkiem nie rozjeżdżać i ruchu nie tamować, a te gapy to ojapierdolę.
Rzeźnika, bo poszłam do mojego rzeźnika, bo w galerii mają syfiarza, nie rzeźnika, z przerażeniem wspominam. Budka mała, ciasna, przede mną w kolejkę wlazła starucha jadąca moczem, jprdl, ten zapach starości, za mną ustawił się facet też w moczu kąpany. Wiem, że to śmierdziel, w autobusie zawsze wieję na jego widok. A sceny jak za kartkowych czasów, choć towar aż się wylewał. I tak byłam zakleszczona, ona wciąż się cofała, on na mnie napierał, jakbym kurwa miała im wykupić cały sklep i dla nich by nic nie zostało. Obsługiwały trzy ekspedientki, ja byłam w środku i w pewnym momencie nie mogłam się dostać do terminalu, żeby PIN wklepać, tak mnie zablokowali. Nawet ekspedientka była w szoku.
W piekarni, w której na półkach nie było wiele, dziki tłum. Ale nic, stoję cierpliwie. I co kawałek wlatuje jakiś staruch, bo on chce tylko zapytać, albo kupić tylko chleb. Ja też stałam tylko po chleb i też jestem staruchą. Ekspedientki odpowiadały, że nie sprzedadzą bez kolejki, bo nie mogą nabić na kasę. Odpowiadały ze stoickim spokojem, kiedy sklep jest czynny, a informacja na drzwiach była takimi wielkimi literami, że nawet ślepy bez okularów by przeczytał.
Rozumiem, że starość może być z lekka nieogarnięta, ale takiego spędu nieogarów dawno nie widziałam.
A szłam sobie spacerkiem, lewa,prawa, w stronę słońca...
W mojej nowej, pięknej koszulinie, a ludzie poowijani w szaliki i kominy, w zimowych watowanych kurtkach pytali mnie, czy nie jest mi zimno.
Nie, nie było mi zimno, rano było 13 stopni w cieniu, a na słońcu więcej.
Zesrałabym się w watowanej kurtce.
A słońce grzało, jakby mu za to płacili, zieleń buchała w oczach, więc szlam i napawałam się, że akurat dziś wszystko mogę i nic nie muszę :D
I dziękowałam niebiosom, że mnie natchnęły na wczorajsze zakupy i na ogarnięcie kuwety.
Byłam wolna, prawdziwy freelancer :D
Sprawdziłam rozkład jazdy i pojechałam do urzędu skarbowego, który nam tak głupio przenieśli. Ale że oba moje autobusy jadą dzięki objazdowi z powrotem pod nim, nie musiałam kiblować godzinami na przystanku...
PIT z głowy, karta spłacona, prąd zapłacony, czynszu w tym miesiącu nie płacę.
Jeszcze tylko bilet i jestem wolna od pamiętania o wszystkim :)
Do ogrodnika wdepnęłam, ale jeszcze nic ciekawego nie mam, komarzyce po 1 maja będą. Barwinek zatem kupiłam i dwie zdechłe komarzyce, nie te, co chciałam, ale takie zdechlaki potem najpiękniej zazwyczaj rosną.
Ogarnęłam świąteczną wyżerkę, więc jutro naprawdę NIC nie muszę. Nie mam tylko rzeżuchy, ale w sumie co mi to?
Cały czas myślę o Pierworodnym. Ale tylko myślę. Wyciągałam do niego rękę miliard razy.
Nie skrzywdziłam go nigdy, a mogłam.
Więc w dupie to mam.
Mój dyżur korytarzowy, więc z łaski wielkiej ogarnęłam, bo kurwa tylko ja korytarz sprzątam. Młoda, która wprowadziła się do mieszkania obok ma małe dzieci. Wczoraj cały korytarz ktoś ujebał błotem. Błotem, odciski małych adidasów. Ani ja, ani sąsiedzi, chodzący tym kawałkiem korytarza nie noszą adidasów. Jesteśmy starymi zgredami i tyle :D No, ja noszę, ale w błocie się nie tarzałam i akurat nie nosiłam adidasów. A poza tym od dłuższego czasu nie padało i trzeba było się postarać, żeby błoto znaleźć. Dzieci odkręcają hydranty, wiem coś o tym. A pani sprząta swój odcinek korytarza. Swój w cudzysłowie. Mieszka na końcu, sprząta od swoich drzwi do moich i szlus. A zostaje nówka nieśmigana od moich drzwi do windy.
No, ale są święta, a potem sobie odpuszczę.
To też mam w dupie.
Pojemną mam tę dupę, co nie?
Jednak zrobiłam rabanka, nie wiem, jak wyjdzie, kisi się w zamrażalniku właśnie :) Śledzie zrobiłam, bo mnie naszło na nie, w oleju i w śmietanie, z dwóch matiasów wyszło ich tyle, że ojapierdolę. I zrazy wołowe, będą mi Barana przypominały :P I ogórkową, bo za chwilę moje małosolne szlag by trafił, nie miałam kiedy ich zjeść w tym zapierdolu w pracy :)
Jest prawie 20, mam otwarty szeroko balkon i wszystkie okna i w mieszkaniu są 23 stopnie...
Co będzie latem?
Zobaczę, jak dożyję :P
No cóż, tak zawsze jest jak nic nie muszę.
Więc raźno wstałam, pościel zmieniłam, kąpiel, śniadanko i na Manhattan.
Myślałam, że orła odwinę, dzikie tłumy i to staruch gap.
Wiem, sama jestem stara, ale nie gapa. Idąc, uważam, żeby innych wózkiem nie rozjeżdżać i ruchu nie tamować, a te gapy to ojapierdolę.
Rzeźnika, bo poszłam do mojego rzeźnika, bo w galerii mają syfiarza, nie rzeźnika, z przerażeniem wspominam. Budka mała, ciasna, przede mną w kolejkę wlazła starucha jadąca moczem, jprdl, ten zapach starości, za mną ustawił się facet też w moczu kąpany. Wiem, że to śmierdziel, w autobusie zawsze wieję na jego widok. A sceny jak za kartkowych czasów, choć towar aż się wylewał. I tak byłam zakleszczona, ona wciąż się cofała, on na mnie napierał, jakbym kurwa miała im wykupić cały sklep i dla nich by nic nie zostało. Obsługiwały trzy ekspedientki, ja byłam w środku i w pewnym momencie nie mogłam się dostać do terminalu, żeby PIN wklepać, tak mnie zablokowali. Nawet ekspedientka była w szoku.
W piekarni, w której na półkach nie było wiele, dziki tłum. Ale nic, stoję cierpliwie. I co kawałek wlatuje jakiś staruch, bo on chce tylko zapytać, albo kupić tylko chleb. Ja też stałam tylko po chleb i też jestem staruchą. Ekspedientki odpowiadały, że nie sprzedadzą bez kolejki, bo nie mogą nabić na kasę. Odpowiadały ze stoickim spokojem, kiedy sklep jest czynny, a informacja na drzwiach była takimi wielkimi literami, że nawet ślepy bez okularów by przeczytał.
Rozumiem, że starość może być z lekka nieogarnięta, ale takiego spędu nieogarów dawno nie widziałam.
A szłam sobie spacerkiem, lewa,prawa, w stronę słońca...
W mojej nowej, pięknej koszulinie, a ludzie poowijani w szaliki i kominy, w zimowych watowanych kurtkach pytali mnie, czy nie jest mi zimno.
Nie, nie było mi zimno, rano było 13 stopni w cieniu, a na słońcu więcej.
Zesrałabym się w watowanej kurtce.
A słońce grzało, jakby mu za to płacili, zieleń buchała w oczach, więc szlam i napawałam się, że akurat dziś wszystko mogę i nic nie muszę :D
I dziękowałam niebiosom, że mnie natchnęły na wczorajsze zakupy i na ogarnięcie kuwety.
Byłam wolna, prawdziwy freelancer :D
Sprawdziłam rozkład jazdy i pojechałam do urzędu skarbowego, który nam tak głupio przenieśli. Ale że oba moje autobusy jadą dzięki objazdowi z powrotem pod nim, nie musiałam kiblować godzinami na przystanku...
PIT z głowy, karta spłacona, prąd zapłacony, czynszu w tym miesiącu nie płacę.
Jeszcze tylko bilet i jestem wolna od pamiętania o wszystkim :)
Do ogrodnika wdepnęłam, ale jeszcze nic ciekawego nie mam, komarzyce po 1 maja będą. Barwinek zatem kupiłam i dwie zdechłe komarzyce, nie te, co chciałam, ale takie zdechlaki potem najpiękniej zazwyczaj rosną.
Ogarnęłam świąteczną wyżerkę, więc jutro naprawdę NIC nie muszę. Nie mam tylko rzeżuchy, ale w sumie co mi to?
Cały czas myślę o Pierworodnym. Ale tylko myślę. Wyciągałam do niego rękę miliard razy.
Nie skrzywdziłam go nigdy, a mogłam.
Więc w dupie to mam.
Mój dyżur korytarzowy, więc z łaski wielkiej ogarnęłam, bo kurwa tylko ja korytarz sprzątam. Młoda, która wprowadziła się do mieszkania obok ma małe dzieci. Wczoraj cały korytarz ktoś ujebał błotem. Błotem, odciski małych adidasów. Ani ja, ani sąsiedzi, chodzący tym kawałkiem korytarza nie noszą adidasów. Jesteśmy starymi zgredami i tyle :D No, ja noszę, ale w błocie się nie tarzałam i akurat nie nosiłam adidasów. A poza tym od dłuższego czasu nie padało i trzeba było się postarać, żeby błoto znaleźć. Dzieci odkręcają hydranty, wiem coś o tym. A pani sprząta swój odcinek korytarza. Swój w cudzysłowie. Mieszka na końcu, sprząta od swoich drzwi do moich i szlus. A zostaje nówka nieśmigana od moich drzwi do windy.
No, ale są święta, a potem sobie odpuszczę.
To też mam w dupie.
Pojemną mam tę dupę, co nie?
Jednak zrobiłam rabanka, nie wiem, jak wyjdzie, kisi się w zamrażalniku właśnie :) Śledzie zrobiłam, bo mnie naszło na nie, w oleju i w śmietanie, z dwóch matiasów wyszło ich tyle, że ojapierdolę. I zrazy wołowe, będą mi Barana przypominały :P I ogórkową, bo za chwilę moje małosolne szlag by trafił, nie miałam kiedy ich zjeść w tym zapierdolu w pracy :)
Jest prawie 20, mam otwarty szeroko balkon i wszystkie okna i w mieszkaniu są 23 stopnie...
Co będzie latem?
Zobaczę, jak dożyję :P
czwartek, 18 kwietnia 2019
Zamknęłam
majowy numer, Kochany Pamiętniczku.
Uścisk dłoni Bossa dostałam. W wyjątkowym humorze był, bo kanciapę pochwalił, że zielona, a i o swojego beniamina zapytał, czemu liście gubi. Powiedziałam, że w przeciągu stoi, ale stwierdził, że nie ma opcji przemeblowania. Ma gabinet większy jak oba moje pokoje, no ale cóż :)
A potem się zabiłam.
Bo leciałam z bimby przez Manhattan i kombinowałam jak koń pod górkę.
Wózeczek chwyciłam w łapki i obkupiłam się w Biedronce, nie że na święta, ale wzięłam to, co się nie psuje, bo miałam te 15% zniżki, szkoda było nie wykorzystać, a ważne tylko do 20.04.
Daquoise też kupiłam, stały rządkiem świeżutkie, nikt się nie bił.
I ani jednego człowieka nie było. Pani mówiła, że jutro przywiozą ostatnią partię i świeże, ale myślę sobie, co? Najpierw sprzedadzą starsze. Więc po co mam jutro stać godzinami w kolejce, bo tam okropne kolejki są, jak moja lodówka taka sama, jak ich chłodnia?
A potem wyprzątnęłam lodówkę, bo przez to pracowe zamieszanie i nie tylko sporo poleciało. Majonez miał ważność do stycznia, więc aczkolwiek nie trzymam się ściśle daty przydatności, wywaliłam, bo średnia przyjemność mieć sensacje żołądkowe w święta. Wstyd, marnotrawić żywność, ale co zrobić, jak nie zjadłam?
Łamię się, czy kupować jutro mięso i wędliny, bo kiedy ja to zjem? I tak wolę ser, pomidory i avocado.
A jak będę miała melodię na obiad, mam zamrożone cycki.
Prześpię się ze ślimakami, kto bogatemu zabroni?
Mimo bolących jak cholera nóg, po tylu dniach siedzenia godzinami przy kompie rzuciłam się do sprzątania po obiedzie.
Tak, wiem, przyjdzie zajączek, a nie sanepid, ale...
Lubię mieć ogarnięte.
Zatem ogarnęłam i teraz rozpoczynam leniwe świętowanie.
Nie ustawię zegarka, nic nie muszę. Wstanę, jak będę gotowa.
Jeszcze się łamię, czy zrobić rabanka. Jakoś jestem zniesmaczona do wszystkiego na maksa.
Caritas zbiera na odbudowę Notre Dame i apeluje o datki. Tak, jak wyleciała w powietrze kamienica u nas, w pierwszym odruchu i Inżynier, i ja wpłaciliśmy na Caritas. I co? Nigdzie nawet śladu nie było, czy Caritas cokolwiek wpłacił poszkodowanym.
Owsiak jest transparentny. Nie, żebym nie miała do niego zastrzeżeń, mam. Ale rozlicza się, a i znam ludzi, którzy z jego akcji korzystają. Nie znam nikogo, kto skorzystał z pomocy Caritasu.
A dlaczego Rydzyk nie wpłaci?
No, dlaczego?
A do Kościoła od dawna mam nie po drodze.
Ksiądz powiedział, że nie dostanę rozgrzeszenia, bo bez względu na wszystko powinnam być z mężem.
Potem się dowiedziałam, że ma kochankę.
A w chuj.
A mój Eda nie opluł mnie, że nie mam kościelnego.
I do końca mówił o mnie, że jestem tą zwariowaną bibliotekarką. Że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrą ateistką. Bo jestem dobrym człowiekiem.
Kurde, mylił się facet, ale mniejsza z większym, dobrze o mnie mówił :P
Był dla mnie jak brat.
Ale nie żyje już od 14 lat. Właśnie odkryłam, że ma swoją ulicę. Dawno u niego nie byłam, poprawię się.
Był radykałem, do bólu. Nie zgodził się nawet na kremację.
Ale był Człowiekiem.
Jak ten, co za nas na krzyżu umierał.
Był tylko osiem lat ode mnie starszy, w sumie mógłby być moim bratem.
I był.
To tak wielkotygodniowo.
Bo nawet święconkę sobie odpuszczę, bo mi się nie chce.
Wino w lodówce się chłodzi.
Cassilero del diablo.
Zasłużyłam :)
Uścisk dłoni Bossa dostałam. W wyjątkowym humorze był, bo kanciapę pochwalił, że zielona, a i o swojego beniamina zapytał, czemu liście gubi. Powiedziałam, że w przeciągu stoi, ale stwierdził, że nie ma opcji przemeblowania. Ma gabinet większy jak oba moje pokoje, no ale cóż :)
A potem się zabiłam.
Bo leciałam z bimby przez Manhattan i kombinowałam jak koń pod górkę.
Wózeczek chwyciłam w łapki i obkupiłam się w Biedronce, nie że na święta, ale wzięłam to, co się nie psuje, bo miałam te 15% zniżki, szkoda było nie wykorzystać, a ważne tylko do 20.04.
Daquoise też kupiłam, stały rządkiem świeżutkie, nikt się nie bił.
I ani jednego człowieka nie było. Pani mówiła, że jutro przywiozą ostatnią partię i świeże, ale myślę sobie, co? Najpierw sprzedadzą starsze. Więc po co mam jutro stać godzinami w kolejce, bo tam okropne kolejki są, jak moja lodówka taka sama, jak ich chłodnia?
A potem wyprzątnęłam lodówkę, bo przez to pracowe zamieszanie i nie tylko sporo poleciało. Majonez miał ważność do stycznia, więc aczkolwiek nie trzymam się ściśle daty przydatności, wywaliłam, bo średnia przyjemność mieć sensacje żołądkowe w święta. Wstyd, marnotrawić żywność, ale co zrobić, jak nie zjadłam?
Łamię się, czy kupować jutro mięso i wędliny, bo kiedy ja to zjem? I tak wolę ser, pomidory i avocado.
A jak będę miała melodię na obiad, mam zamrożone cycki.
Prześpię się ze ślimakami, kto bogatemu zabroni?
Mimo bolących jak cholera nóg, po tylu dniach siedzenia godzinami przy kompie rzuciłam się do sprzątania po obiedzie.
Tak, wiem, przyjdzie zajączek, a nie sanepid, ale...
Lubię mieć ogarnięte.
Zatem ogarnęłam i teraz rozpoczynam leniwe świętowanie.
Nie ustawię zegarka, nic nie muszę. Wstanę, jak będę gotowa.
Jeszcze się łamię, czy zrobić rabanka. Jakoś jestem zniesmaczona do wszystkiego na maksa.
Caritas zbiera na odbudowę Notre Dame i apeluje o datki. Tak, jak wyleciała w powietrze kamienica u nas, w pierwszym odruchu i Inżynier, i ja wpłaciliśmy na Caritas. I co? Nigdzie nawet śladu nie było, czy Caritas cokolwiek wpłacił poszkodowanym.
Owsiak jest transparentny. Nie, żebym nie miała do niego zastrzeżeń, mam. Ale rozlicza się, a i znam ludzi, którzy z jego akcji korzystają. Nie znam nikogo, kto skorzystał z pomocy Caritasu.
A dlaczego Rydzyk nie wpłaci?
No, dlaczego?
A do Kościoła od dawna mam nie po drodze.
Ksiądz powiedział, że nie dostanę rozgrzeszenia, bo bez względu na wszystko powinnam być z mężem.
Potem się dowiedziałam, że ma kochankę.
A w chuj.
A mój Eda nie opluł mnie, że nie mam kościelnego.
I do końca mówił o mnie, że jestem tą zwariowaną bibliotekarką. Że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrą ateistką. Bo jestem dobrym człowiekiem.
Kurde, mylił się facet, ale mniejsza z większym, dobrze o mnie mówił :P
Był dla mnie jak brat.
Ale nie żyje już od 14 lat. Właśnie odkryłam, że ma swoją ulicę. Dawno u niego nie byłam, poprawię się.
Był radykałem, do bólu. Nie zgodził się nawet na kremację.
Ale był Człowiekiem.
Jak ten, co za nas na krzyżu umierał.
Był tylko osiem lat ode mnie starszy, w sumie mógłby być moim bratem.
I był.
To tak wielkotygodniowo.
Bo nawet święconkę sobie odpuszczę, bo mi się nie chce.
Wino w lodówce się chłodzi.
Cassilero del diablo.
Zasłużyłam :)
środa, 17 kwietnia 2019
Pierdolę
nie robię, Kochany Pamiętniczku.
To znaczy robię, ale z gębą wykrzywioną jak po occie siedmiu złodziei.
Najpierw akcja zamykamy w środę wszystko.
Więc ja cała happy, bo to jeden dzień do przodu.
Ale nie, w środę rano okazuje się, że nie zamkniemy wszystkiego (chyba).
Ludzie zamknęli, bo ci, co zamknęli, mogli wziąć urlop.
No ale ja nie, bo nie ma opcji, że mi podpisze urlop, jak jestem potrzebna.
Co zostało? Tylko bossowe.
A i dziś przetrzymał mnie do 19 (od 9 do 19 jak by na to nie patrzeć, 10 godzin jak w pysk strzelił, z tego przepracowane może trzy?).
Poniedziałek i wtorek po 12 godzin.
Poniedziałek na petardzie, we wtorek już od 17 czekanie na, kurwa, technikę.
Nigdy tego nie zrozumiem. Nigdy. A zęby na tym zjadłam :) Teksty albo zerżnięte z netu, albo z prospektów. I zero wysiłku potem, bo nawet nie sprawdzają, co zmieniłam. Pourywane, pogubione, pochrzanione i do drugiej korekty. Tak jak w mojej pierwszej gazecie, gdzie wpisałam w notce o fryzurach, a jakże, high life, bo wtedy jeszcze nie było internetów i tych blogerek modowych: jakby piorun w rabarbar strzelił, czego nie wyłapała inna korektorka i poszło do druku, i nikt tego nie reklamował, co widziałam tylko ja, ale jaki był sens donoszenia na samą siebie? Nie było wtedy aparatów cyfrowych ani komórek, więc dowód mojej zbrodni spoczywa w jakiejś bibliotece, gromadzącej prasę codzienną...
Może powinnam iść i poszukać, jeśli jest zdigitalizowane, ale nie pamiętam, kiedy to zmalowałam, albowiem i blogów wtedy nie było. O internetach nikt nie marzył, a pracowałam wtedy na takim maczku:
A potem na takim
A dzisiaj
Nie liczę prywatnych zabawek.
I to nie tylko fizyczna zmiana, zmieniało się wszystko i jak nienawidzę zmian, musiałam wszystko ogarnąć.
Do 21 pracowałam. Redachtóry w wieku moich dzieci, zęby do mnie szczerzą i myślą, że żartuję, jak mówię, że któregoś dnia nie wytrzymam i ich...
I nieprzespana noc, bo skąd ja o tej porze piwo miałam wziąć, skoro w Żabce, odkąd jest rydzykowa, moja noga nie postanie, a w Jeżyku zebrała się cała żuleria z Górczyna i sorry Batory, nie dałam rady progu przekroczyć? Aż tak zdesperowana, żeby na stację benzynową koło domu iść nie byłam, czego potem żałowałam, nie mogąc zasnąć :P
Pewno, mogę iść na skargę.
Ale nie umiem.
Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę, znana prawda.
A już szczytem nieogaru dla mnie jest, że ktoś, kto musi dany tekst poszerzyć, nie poszerza go na tekście już skorekconym, tylko na wersji pierwotnej.
I nie pomaga tłumaczenie jak krowie na rowie.
W tym momencie zastanawiam się, jak ja, człowiek bądź co bądź kaleki (a w chuj z tą niepełnosprytnością poprawną politycznie) mogę ogarnąć wszystkie zawiłości (oprócz pilota do TV, of course, ale u Inżyniera i to ogarnęłam, inaczej Alienek by mnie wykończył) programów niezbędnych w mojej dziedzinie, łącznie z tym, jak wstawić w danym programie prawidłowe cudzysłowy, indeksy dole i górne, jak ustawić krój czcionki i inne bajki, a młodzi, w wieku moich dzieci, czyli pokolenie komputerowe już nie ogarnia takich drobiazgów?
I wielki redachtór, z tych dobrze opłacanych i bezczelnych do szpiku kości, dowiedziawszy się, jak się wstawia literę z umlautem oszalał z radości i bawił się tym, jak dziecko w żłobku? Tak się zastanawiałam, czy ma pampersa i czy to ja będę musiała mu go zmieniać?
Kurwa, czegoś tu nie rozumiem.
Ale nic to. Przetrwać jutro, a potem mieć na wszystko wyjebane. Kupić daquoise, jakieś dobre wino, a dlaczego nie, zasłużyłam, a może i nie, bo powinnam się więcej ruszać, dziś z trudem po tych godzinach siedzenia dowlokłam się od pętli do domu, zmuszając się, bo nogi mam jak słonica znów.
Kolega ma higrometr w pokoju i ma 20% wilgoci.
Wypożyczyłam rzeczony bez jego zgody, kartkę mu na biurku zostawiając, jutro zabiorę swój.
Jeżeli wskazuje dobrze, to nic dziwnego, że mnie kurwica, że pierzchną mi wargi i robi mi się słabo zaraz po wejściu do budynku. Że jestem szczęśliwa nawet na kacu w domu, a nieszczęśliwa trzeźwa w trzy dupy w pracy.
To nie jest zdrowe pomieszczenie, a i pracowe rośliny częściej szlag trafia, jak domowe.
No i tyle lamencenia na dziś.
I jakoś Wielkiego Tygodnia nie przeżywam.
Nad czym w głębi duszy boleję.
I coraz mocniej miotają mną sprzeczności.
A to wszystko przez internety, bo gdyby ich nie było, w życiu nie wiedziałabym, że Ziemia jest płaska!
Nawet by mi to do głowy nie przyszło....
To znaczy robię, ale z gębą wykrzywioną jak po occie siedmiu złodziei.
Najpierw akcja zamykamy w środę wszystko.
Więc ja cała happy, bo to jeden dzień do przodu.
Ale nie, w środę rano okazuje się, że nie zamkniemy wszystkiego (chyba).
Ludzie zamknęli, bo ci, co zamknęli, mogli wziąć urlop.
No ale ja nie, bo nie ma opcji, że mi podpisze urlop, jak jestem potrzebna.
Co zostało? Tylko bossowe.
A i dziś przetrzymał mnie do 19 (od 9 do 19 jak by na to nie patrzeć, 10 godzin jak w pysk strzelił, z tego przepracowane może trzy?).
Poniedziałek i wtorek po 12 godzin.
Poniedziałek na petardzie, we wtorek już od 17 czekanie na, kurwa, technikę.
Nigdy tego nie zrozumiem. Nigdy. A zęby na tym zjadłam :) Teksty albo zerżnięte z netu, albo z prospektów. I zero wysiłku potem, bo nawet nie sprawdzają, co zmieniłam. Pourywane, pogubione, pochrzanione i do drugiej korekty. Tak jak w mojej pierwszej gazecie, gdzie wpisałam w notce o fryzurach, a jakże, high life, bo wtedy jeszcze nie było internetów i tych blogerek modowych: jakby piorun w rabarbar strzelił, czego nie wyłapała inna korektorka i poszło do druku, i nikt tego nie reklamował, co widziałam tylko ja, ale jaki był sens donoszenia na samą siebie? Nie było wtedy aparatów cyfrowych ani komórek, więc dowód mojej zbrodni spoczywa w jakiejś bibliotece, gromadzącej prasę codzienną...
Może powinnam iść i poszukać, jeśli jest zdigitalizowane, ale nie pamiętam, kiedy to zmalowałam, albowiem i blogów wtedy nie było. O internetach nikt nie marzył, a pracowałam wtedy na takim maczku:
A potem na takim
A dzisiaj
Nie liczę prywatnych zabawek.
I to nie tylko fizyczna zmiana, zmieniało się wszystko i jak nienawidzę zmian, musiałam wszystko ogarnąć.
Do 21 pracowałam. Redachtóry w wieku moich dzieci, zęby do mnie szczerzą i myślą, że żartuję, jak mówię, że któregoś dnia nie wytrzymam i ich...
I nieprzespana noc, bo skąd ja o tej porze piwo miałam wziąć, skoro w Żabce, odkąd jest rydzykowa, moja noga nie postanie, a w Jeżyku zebrała się cała żuleria z Górczyna i sorry Batory, nie dałam rady progu przekroczyć? Aż tak zdesperowana, żeby na stację benzynową koło domu iść nie byłam, czego potem żałowałam, nie mogąc zasnąć :P
Pewno, mogę iść na skargę.
Ale nie umiem.
Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę, znana prawda.
A już szczytem nieogaru dla mnie jest, że ktoś, kto musi dany tekst poszerzyć, nie poszerza go na tekście już skorekconym, tylko na wersji pierwotnej.
I nie pomaga tłumaczenie jak krowie na rowie.
W tym momencie zastanawiam się, jak ja, człowiek bądź co bądź kaleki (a w chuj z tą niepełnosprytnością poprawną politycznie) mogę ogarnąć wszystkie zawiłości (oprócz pilota do TV, of course, ale u Inżyniera i to ogarnęłam, inaczej Alienek by mnie wykończył) programów niezbędnych w mojej dziedzinie, łącznie z tym, jak wstawić w danym programie prawidłowe cudzysłowy, indeksy dole i górne, jak ustawić krój czcionki i inne bajki, a młodzi, w wieku moich dzieci, czyli pokolenie komputerowe już nie ogarnia takich drobiazgów?
I wielki redachtór, z tych dobrze opłacanych i bezczelnych do szpiku kości, dowiedziawszy się, jak się wstawia literę z umlautem oszalał z radości i bawił się tym, jak dziecko w żłobku? Tak się zastanawiałam, czy ma pampersa i czy to ja będę musiała mu go zmieniać?
Kurwa, czegoś tu nie rozumiem.
Ale nic to. Przetrwać jutro, a potem mieć na wszystko wyjebane. Kupić daquoise, jakieś dobre wino, a dlaczego nie, zasłużyłam, a może i nie, bo powinnam się więcej ruszać, dziś z trudem po tych godzinach siedzenia dowlokłam się od pętli do domu, zmuszając się, bo nogi mam jak słonica znów.
Kolega ma higrometr w pokoju i ma 20% wilgoci.
Wypożyczyłam rzeczony bez jego zgody, kartkę mu na biurku zostawiając, jutro zabiorę swój.
Jeżeli wskazuje dobrze, to nic dziwnego, że mnie kurwica, że pierzchną mi wargi i robi mi się słabo zaraz po wejściu do budynku. Że jestem szczęśliwa nawet na kacu w domu, a nieszczęśliwa trzeźwa w trzy dupy w pracy.
To nie jest zdrowe pomieszczenie, a i pracowe rośliny częściej szlag trafia, jak domowe.
No i tyle lamencenia na dziś.
I jakoś Wielkiego Tygodnia nie przeżywam.
Nad czym w głębi duszy boleję.
I coraz mocniej miotają mną sprzeczności.
A to wszystko przez internety, bo gdyby ich nie było, w życiu nie wiedziałabym, że Ziemia jest płaska!
Nawet by mi to do głowy nie przyszło....
poniedziałek, 15 kwietnia 2019
Zdusiłam
choróbsko w zarodku, Kochany Pamiętniczku.
Szłam dziś do pracy jak młoda bogini, świeża, wypoczęta i pachnąca Givenchy.
I już w autobusie traaaaaachhh.
Prosto z fajki, skacowany, z tym chuchem, wisiał nade mną, jak kat nad duszą, to cud, że pawia nie puściłam.Tłok był, iść nie miałam gdzie, wysiąść nie mogłam, bo jechałam prawie godzinę wcześniej, bo wiedziałam, że młyn będzie.
Przesiadka i co za ulga, ale nie, nie, nie...
Raźnym krokiem zmierzał na przystanek bimby inny, ten typ, w tej dżinsowej koszuli, której chyba nigdy nie wyprał, odkąd ją kupił. Woniał mi tak w ubiegłym tygodniu, chodząc na przystanku tam i z powrotem, a długo nic nie jechało. Było gorąco, a wokół pachniało, kurwa, zastarzałym potem.
A dziś miał płaszcz, też na tej koszuli, bo płaszcz miał rozpięty.
Przezornie poszłam na drugi koniec bimby, on się przesiada ze mną i jedzie na Górczyn,jako i ja...
Karrrrrrramba, piekło i szatani.
XXI wiek. Proszków, mydeł, chemii od groma i od cholery, weź pan, kurwa i raz na tydzień wypierz te łachy!
O ile potrafię zrozumieć niedołężną starość, co już za siebie nie może, a bliskich nie ma, to facet w sile wieku, jadący do pracy, bo widać, że do roboty jedzie i śmierdzący na kilometr? Nikt mu w pracy nie powie, że jebie?
Ludzie powonienia nie mają?
Popitoliłam wczoraj, oko mi zbielało, jakie to kokosy zarabiam, no ale gdzie jest ta kasa, gdzie, bo ja jej nie mam, a aż tyle to nie piję.
I znów karamba. Namęczyłam się, żeby odpisać % dla koleżanki. Wiem, mnóstwo ludzi potrzebuje pieniędzy z tego procenta, to są w sumie grosze ode mnie, ale wszystkich dziur nie zatkam. Program zaś uparcie kierował mnie do swoich potrzebujących, w sumie rozumiem, ale bliższa ciału koszula, jak sukmana...
Jedno co dobre, to że parę setek zwrotu powinnam dostać, bo odliczyłam sobie aparaty słuchowe. Zawsze coś.
A teraz pora kupić nowe okulary, bo już ledwo na oczy widzę.
Firma zrefunduje, o aparaty nie prosiłam, bo nie.
Bo mnie kurwica bierze i tyle :)
A pracy znów było po kokardkę i kucyki, norma. Wracając do domu czułam, że znów mi febra wychodzi, ale szybko posmarowałam i mam nadzieję, że rozejdzie się po kościach.Mam tak co miesiąc, jak pracuję w takim tempie.
SKS, niestety.
Nic to.
Nie zmienię tego, jedyne, co mogę zrobić to zrezygnować z pracy, a tego nie chcę.
Właśnie doszły mnie słuchy, że płonie katedra Notre Dame...
Dżizas.
Nie, to się nie dzieje.
Nie.
A po ostatnich wieściach z Albionu, oczywiście nie od Pierworodnego, bo ani on, ani synowa nie zhańbią się rozmową ze mną cały dzień sobie myślę, że moje odejście rozwiąże wszystkie ich problemy.
A i ja nie musiałabym się już niczym martwić, nie musiałabym się zastanawiać, co w życiu zrobiłam źle, że jest jak jest i lepiej nie będzie.
Zajmuję za dużo miejsca na tym świecie i naprawdę będzie beze mnie piękniejszy, wiem to na bank. Szkoda, że jestem takim wielkim tchórzem. I boję się bólu.
To tak nawiasem, między wierszami.
Wczoraj na Skype Alienek dał pokaz swoich możliwości. Zaczepiał Edka tak długo, aż ten zniesmaczony jego zachowaniem, delikatnie pacnął go w rękę... Po łapoczynie rozległ się donośny szloch zaatakowanego, a jego rodzice wybuchnęli śmiechem, co dobiło nieszczęśnika :D I poleciał na "ojojanie", łkając "daddy". Bo kotek to daddy. Ponoć w tygodniu zaczepiał Aryę do znudzenia. Ta, jak prawdziwa dama, mająca na wszystko wyjebane, chowała się i olewała napastnika, ale w którymś momencie też mu łapką przyłożyła i to tak, że podrapała. Co za cyrk był. Nawet, gdy ślady kociej zbrodni na majestacie już znikały, ofiara łapoczynów chodziła za rodzicami i domagała się ojojania, podsuwając do całowania rączynę i jęcząc rozdzierająco"daddy".
Szłam dziś do pracy jak młoda bogini, świeża, wypoczęta i pachnąca Givenchy.
I już w autobusie traaaaaachhh.
Prosto z fajki, skacowany, z tym chuchem, wisiał nade mną, jak kat nad duszą, to cud, że pawia nie puściłam.Tłok był, iść nie miałam gdzie, wysiąść nie mogłam, bo jechałam prawie godzinę wcześniej, bo wiedziałam, że młyn będzie.
Przesiadka i co za ulga, ale nie, nie, nie...
Raźnym krokiem zmierzał na przystanek bimby inny, ten typ, w tej dżinsowej koszuli, której chyba nigdy nie wyprał, odkąd ją kupił. Woniał mi tak w ubiegłym tygodniu, chodząc na przystanku tam i z powrotem, a długo nic nie jechało. Było gorąco, a wokół pachniało, kurwa, zastarzałym potem.
A dziś miał płaszcz, też na tej koszuli, bo płaszcz miał rozpięty.
Przezornie poszłam na drugi koniec bimby, on się przesiada ze mną i jedzie na Górczyn,jako i ja...
Karrrrrrramba, piekło i szatani.
XXI wiek. Proszków, mydeł, chemii od groma i od cholery, weź pan, kurwa i raz na tydzień wypierz te łachy!
O ile potrafię zrozumieć niedołężną starość, co już za siebie nie może, a bliskich nie ma, to facet w sile wieku, jadący do pracy, bo widać, że do roboty jedzie i śmierdzący na kilometr? Nikt mu w pracy nie powie, że jebie?
Ludzie powonienia nie mają?
Popitoliłam wczoraj, oko mi zbielało, jakie to kokosy zarabiam, no ale gdzie jest ta kasa, gdzie, bo ja jej nie mam, a aż tyle to nie piję.
I znów karamba. Namęczyłam się, żeby odpisać % dla koleżanki. Wiem, mnóstwo ludzi potrzebuje pieniędzy z tego procenta, to są w sumie grosze ode mnie, ale wszystkich dziur nie zatkam. Program zaś uparcie kierował mnie do swoich potrzebujących, w sumie rozumiem, ale bliższa ciału koszula, jak sukmana...
Jedno co dobre, to że parę setek zwrotu powinnam dostać, bo odliczyłam sobie aparaty słuchowe. Zawsze coś.
A teraz pora kupić nowe okulary, bo już ledwo na oczy widzę.
Firma zrefunduje, o aparaty nie prosiłam, bo nie.
Bo mnie kurwica bierze i tyle :)
A pracy znów było po kokardkę i kucyki, norma. Wracając do domu czułam, że znów mi febra wychodzi, ale szybko posmarowałam i mam nadzieję, że rozejdzie się po kościach.Mam tak co miesiąc, jak pracuję w takim tempie.
SKS, niestety.
Nic to.
Nie zmienię tego, jedyne, co mogę zrobić to zrezygnować z pracy, a tego nie chcę.
Właśnie doszły mnie słuchy, że płonie katedra Notre Dame...
Dżizas.
Nie, to się nie dzieje.
Nie.
A po ostatnich wieściach z Albionu, oczywiście nie od Pierworodnego, bo ani on, ani synowa nie zhańbią się rozmową ze mną cały dzień sobie myślę, że moje odejście rozwiąże wszystkie ich problemy.
A i ja nie musiałabym się już niczym martwić, nie musiałabym się zastanawiać, co w życiu zrobiłam źle, że jest jak jest i lepiej nie będzie.
Zajmuję za dużo miejsca na tym świecie i naprawdę będzie beze mnie piękniejszy, wiem to na bank. Szkoda, że jestem takim wielkim tchórzem. I boję się bólu.
To tak nawiasem, między wierszami.
Wczoraj na Skype Alienek dał pokaz swoich możliwości. Zaczepiał Edka tak długo, aż ten zniesmaczony jego zachowaniem, delikatnie pacnął go w rękę... Po łapoczynie rozległ się donośny szloch zaatakowanego, a jego rodzice wybuchnęli śmiechem, co dobiło nieszczęśnika :D I poleciał na "ojojanie", łkając "daddy". Bo kotek to daddy. Ponoć w tygodniu zaczepiał Aryę do znudzenia. Ta, jak prawdziwa dama, mająca na wszystko wyjebane, chowała się i olewała napastnika, ale w którymś momencie też mu łapką przyłożyła i to tak, że podrapała. Co za cyrk był. Nawet, gdy ślady kociej zbrodni na majestacie już znikały, ofiara łapoczynów chodziła za rodzicami i domagała się ojojania, podsuwając do całowania rączynę i jęcząc rozdzierająco"daddy".
środa, 10 kwietnia 2019
Nareszcie
normalny dzień, Kochany Pamiętniczku, w tym wariatkowie.
Przed 12 pomaszerowałam z czystym sumieniem na bimbę, a że trafiła mi się piątka, tom się przesiadła na Dworcowym i poszłam do Dealza, bo wydawało mi się, że mają tam coś z Substrala. Nie mieli.
Ale jako że ubrałam się ciepło, bo wczoraj kubańska mi z leksza zmarzła, tak dziś dla odmiany ugotowałam się w Avenidzie, zanim do Dealza dotarłam.
Jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich po chińskich.
Ale mniejsza z większym, sekator za całe 5 złotych polskich dostałam, uradowana, bo ten, co Miśki schowały w loggii to całkiem już zardzewiał i nic nie ciął.
I parę innych badziewi, ale nie szalałam, bo jestem oszczędna, a co :)
I tak wróciwszy do domu The resident oglądnęłam, no i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?
Na genialny pomysł wpadłam.
Że okna umyję dziś. Babcia mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Mądra kobieta, ale z tym jedzeniem to mi nie wychodzi, za to z robotą i owszem :)
Faktycznie, porąbana jestem, za 100 zł mogę zamówić taką usługę.
Ale primo po pierwsze - widzę, jak takie ekipy myją okna, na żywca, w pracy. Zupełnie jak Eks u teściowej, giry z dupy bym powyrywała mu, jakby w domu tak umył, więc nie mył. No cóż, wszystko całe życie robiłam lepiej i pewno umrę robiąc lepiej, a nawet po śmierci wychylę się z urenki i poprawię z lekka przekrzywione wieczko.
Primo po drugie - stówa piechotą nie chodzi, aczkolwiek dziś w banku mnie zatkało, opłaciło się nie dostać wypłaty za jeden miesiąc w terminie (moja wina, bom rachunku nie wystawiła na czas), a za to dostać dwie jednego miesiąca, jedną na początku, drugą w środku :D
Primo po trzecie - okna mogłabym myć tylko w weekend, ale w sobotę mam już inne plany, a w niedzielę może jednak zwlekę się na półmaraton. No i poza tym ma być jeszcze zimniej i padac. Później nie ma opcji, a w Wielki Piątek mycie okien to ja pierdolę, nie ze względu na religię, mnie to nie rusza, ale nie.
I tak się czając, tłumacząc sobie jak krowie na rowie, polazłam po ściągaczkę.
I...
Plan był kuchnia i mały pokój.
Pomyłam wszystko. Tak wyszło, siła rozpędu, turbodoładowanie?
Jest cudnie :)
Co nie?
Umyte okna to zawsze nowe mieszkanie, nawet jak nie jest idealnie dosprzątane.
Zresztą u mnie nigdy nie jest idealnie, bo po kątach zawsze koty siedzą, ale wystarczy teraz omieść wszystko spojrzeniem, jak zdejmę okulary i hasta manana :) I pomyśleć, że młodą matką będąc, jechałam co dzień odkurzaczem i na kolanach sprzątałam szmatą na mokro całą podłogę, żeby, broń blog, dzieci się nie pobrudziły pełzając. Odpuszczałam tylko w święta, ograniczając się wtedy tylko do "szuszulenia", znaczy się do przejechania odkurzaczem, albo tylko, o zgrozo, Kasią po dywanach.
Na psy zeszłam teraz, ojapierdolę, na stos ze mną, na stos :) Bez litości :P

Takiego stracha kupiłam zamiast podpieracza do badyla przywiezionego od Barana, który to badyl, nie Baran (ten już rośnięcie zakończył parę latek temu, wzwyż, wszerz zawsze może jak zechce), rośnie jak szalony i zaczął mi się rozkraczać. Nie chce tak, jak u niego (znaczy się,u Barana) w łazience pięknie rosnąć na baczność, więc mu kupiłam panienkę do podpierania i git majonez :D
W małym pokoju to tylko wycinek badyli, ale pięknie, co nie?:) Jeszcze muszę podpórkę do fikusa skombinować. Kiedyś wyhodowałam giganta, nie mieścił się w mieszkaniu, więc wystawiłam na korytarz z myślą o podarowaniu do kościoła czy jakiegoś teatru, ale nie mieścił się nam w żaden dostępny środek transportu. I jakaś kanalia ukradła go! To też nie jest cała kolekcja stamtąd, tylko wycinek :)
No i salony :) Niewiele widać, ale dużo tu jest :P
I monstera. Ponoć to monstera, moja mam mówiła na to filodendron.Tu sierota niewyrośnięta, ale może uda mi się wyhodować olbrzyma, jaki był w rodzinnym domu? Pożyjemy, zobaczymy :P
Dracena z fotki ma już prawie 15 lat. U mnie, więc jest starsza :) Fotka nie ukazuje jej cudnej urody i licznych odnóg, nie chcę jej rozmnażać, bo gdzie ja jej dzieci pomieszczę? Lubię ją, dostałam ją po 50. urodzinach. A scindapsus to sierota po moim Słonku, co do Irolów się wyprowadziło. Sierota, bo urosla u mnie na 25 m (wiem, bo wisiała w kuchni pod sufitem, 5 razy po 5 m tam i z powrotem, po remoncie ledwo ją odratowałam i nie mam teraz jak rozpiąć linki pod sufitem).
No i w kącie, przesadzane, rozsadzane, nawet nie pamiętam skąd to mam, a tak to nie wszystko z tego pokoju :)
Jeszcze trochę się zmieści, ale muszę się w czymś zakochać, co nie?
I tak myślę, żeby zlikwidować opcję badyli ciętych, ale jak to?
Bez piwonii, mieczyków, irysów, astrów?
Jak żyć?
Bez ciętych? Mam kumpelę,która nienawidzi ciętych, ale ja? Chyba jakaś dziwna jestem :)
Przed 12 pomaszerowałam z czystym sumieniem na bimbę, a że trafiła mi się piątka, tom się przesiadła na Dworcowym i poszłam do Dealza, bo wydawało mi się, że mają tam coś z Substrala. Nie mieli.
Ale jako że ubrałam się ciepło, bo wczoraj kubańska mi z leksza zmarzła, tak dziś dla odmiany ugotowałam się w Avenidzie, zanim do Dealza dotarłam.
Jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich po chińskich.
Ale mniejsza z większym, sekator za całe 5 złotych polskich dostałam, uradowana, bo ten, co Miśki schowały w loggii to całkiem już zardzewiał i nic nie ciął.
I parę innych badziewi, ale nie szalałam, bo jestem oszczędna, a co :)
I tak wróciwszy do domu The resident oglądnęłam, no i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?
Na genialny pomysł wpadłam.
Że okna umyję dziś. Babcia mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Mądra kobieta, ale z tym jedzeniem to mi nie wychodzi, za to z robotą i owszem :)
Faktycznie, porąbana jestem, za 100 zł mogę zamówić taką usługę.
Ale primo po pierwsze - widzę, jak takie ekipy myją okna, na żywca, w pracy. Zupełnie jak Eks u teściowej, giry z dupy bym powyrywała mu, jakby w domu tak umył, więc nie mył. No cóż, wszystko całe życie robiłam lepiej i pewno umrę robiąc lepiej, a nawet po śmierci wychylę się z urenki i poprawię z lekka przekrzywione wieczko.
Primo po drugie - stówa piechotą nie chodzi, aczkolwiek dziś w banku mnie zatkało, opłaciło się nie dostać wypłaty za jeden miesiąc w terminie (moja wina, bom rachunku nie wystawiła na czas), a za to dostać dwie jednego miesiąca, jedną na początku, drugą w środku :D
Primo po trzecie - okna mogłabym myć tylko w weekend, ale w sobotę mam już inne plany, a w niedzielę może jednak zwlekę się na półmaraton. No i poza tym ma być jeszcze zimniej i padac. Później nie ma opcji, a w Wielki Piątek mycie okien to ja pierdolę, nie ze względu na religię, mnie to nie rusza, ale nie.
I tak się czając, tłumacząc sobie jak krowie na rowie, polazłam po ściągaczkę.
I...
Plan był kuchnia i mały pokój.
Pomyłam wszystko. Tak wyszło, siła rozpędu, turbodoładowanie?
Jest cudnie :)
Co nie?
Umyte okna to zawsze nowe mieszkanie, nawet jak nie jest idealnie dosprzątane.
Zresztą u mnie nigdy nie jest idealnie, bo po kątach zawsze koty siedzą, ale wystarczy teraz omieść wszystko spojrzeniem, jak zdejmę okulary i hasta manana :) I pomyśleć, że młodą matką będąc, jechałam co dzień odkurzaczem i na kolanach sprzątałam szmatą na mokro całą podłogę, żeby, broń blog, dzieci się nie pobrudziły pełzając. Odpuszczałam tylko w święta, ograniczając się wtedy tylko do "szuszulenia", znaczy się do przejechania odkurzaczem, albo tylko, o zgrozo, Kasią po dywanach.
Na psy zeszłam teraz, ojapierdolę, na stos ze mną, na stos :) Bez litości :P

Takiego stracha kupiłam zamiast podpieracza do badyla przywiezionego od Barana, który to badyl, nie Baran (ten już rośnięcie zakończył parę latek temu, wzwyż, wszerz zawsze może jak zechce), rośnie jak szalony i zaczął mi się rozkraczać. Nie chce tak, jak u niego (znaczy się,u Barana) w łazience pięknie rosnąć na baczność, więc mu kupiłam panienkę do podpierania i git majonez :D
W małym pokoju to tylko wycinek badyli, ale pięknie, co nie?:) Jeszcze muszę podpórkę do fikusa skombinować. Kiedyś wyhodowałam giganta, nie mieścił się w mieszkaniu, więc wystawiłam na korytarz z myślą o podarowaniu do kościoła czy jakiegoś teatru, ale nie mieścił się nam w żaden dostępny środek transportu. I jakaś kanalia ukradła go! To też nie jest cała kolekcja stamtąd, tylko wycinek :)
No i salony :) Niewiele widać, ale dużo tu jest :P
I monstera. Ponoć to monstera, moja mam mówiła na to filodendron.Tu sierota niewyrośnięta, ale może uda mi się wyhodować olbrzyma, jaki był w rodzinnym domu? Pożyjemy, zobaczymy :P
Dracena z fotki ma już prawie 15 lat. U mnie, więc jest starsza :) Fotka nie ukazuje jej cudnej urody i licznych odnóg, nie chcę jej rozmnażać, bo gdzie ja jej dzieci pomieszczę? Lubię ją, dostałam ją po 50. urodzinach. A scindapsus to sierota po moim Słonku, co do Irolów się wyprowadziło. Sierota, bo urosla u mnie na 25 m (wiem, bo wisiała w kuchni pod sufitem, 5 razy po 5 m tam i z powrotem, po remoncie ledwo ją odratowałam i nie mam teraz jak rozpiąć linki pod sufitem).
No i w kącie, przesadzane, rozsadzane, nawet nie pamiętam skąd to mam, a tak to nie wszystko z tego pokoju :)
Jeszcze trochę się zmieści, ale muszę się w czymś zakochać, co nie?
I tak myślę, żeby zlikwidować opcję badyli ciętych, ale jak to?
Bez piwonii, mieczyków, irysów, astrów?
Jak żyć?
Bez ciętych? Mam kumpelę,która nienawidzi ciętych, ale ja? Chyba jakaś dziwna jestem :)
wtorek, 9 kwietnia 2019
Ja pierdolę
to przedszkole, i bławatki, i kąkole, Kochany Pamiętniczku.
Ta technika mnie kiedyś wykończy. Po głębokim namyśle doszłam do wniosku, że i tak za mało sobie zawinszowałam. Co z tego, że pracowałam po dwie godziny dziennie, jak umowa była, że dostaję wszystko hurtem. Cały tydzień w pizdu, bo przed południem za mało czasu, żeby coś ogarnąć, potem godzina na dojazd i godzina na powrót i dnia nie ma. Co z tego, że mniej tekstu, jak więcej czasu tracę? A jeszcze w tak zwanym międzyczasie tu broszurka, tam sranie w banie. Miałam mieć wolne od ubiegłej środy, a zleciało jak zleciało. Wczoraj zamykanie na bank.
Na bank skończyło się, że o 16 się ewakuowałam, bo "się pisało". I do 21 kwitłam przed kompem, dostałam tylko jeden tekst. O 21 piszę emilki i cisza. Wkurwiona na maksa piszę SMS, dostaję odpowiedź: stwierdziliśmy, że nie zrobimy dzisiaj...
No, kurwa, to o godzinie, o której to stwierdzili należało mnie o tym fakcie poinformować, co nie?
A zapowiedziałam wczoraj, że dziś będę po południu, bo tak. Bo tak, bo nic nie mogę ogarnąć.
Od kilku dni śnił mi się Eks i rozpadający się mój dom rodzinny, ten z R.
Nie były to złe sny, ale męczące.
Wiedziałam, że czeka.
Tak, kurde, kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.
Więc przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje i bladym świtem z wózeczkiem ruszyłam do M. Po 10 minutach w autobusie dostaję SMS (parę minut po 9): dzień dobry! Pobudka, ruszyliśmy z pracą. Odpisałam grzecznie, jak nie ja, że nie mam komputera i że będę po 12, jak będę. Tak jak mówiłam, ale pewno znów nikt nie słuchał. No bo to tylko ja kłapałam paszczą, co tam...
A w M. obraz nędzy i rozpaczy na mnie czekał.
Nosz, kurwa.
Sęk w tym, że leży tam dziadek Eksa, jego ojciec i on. Dziadek był powstańcem wielkopolskim, a M. szanuje ich do dziś. Te białe cuda, w liczbie trzech to chyba od tej wiary. To plastikowe pudełka, wypełnione gipsem, ciężkie jak diabli, nie wytrzymał ich żaden worek, niosłam je w rękach, a w kieszeniach moich łachów zbierał się gips, co odkryłam dopiero wróciwszy do pracy :| Oprócz tego do wywalenia były trzy wieńce, pięć donic z zaschłymi na amen wrzosami i z dziesięć zniczy, w tym jeden od kiboli Lecha. donice i znicze stały jeszcze za grobem, tego fotka nie ogarnęła :D
Ojaciepierdolę.
Obracałam trzy razy, a do śmietnika kawał drogi, a nie miałam zbyt wiele czasu, bo autobus raz na godzinę...
Więc mimo zimna spociłam się, jak siwa mysz kościelna.
Nie wiem, kto tego zawsze tam natacha. Nie jeździłam na ten grób, bo Eks ojca nienawidził i nigdy tam nie chciał jechać, ja sama teścia widziałam może ze 3 razy w życiu i to jak się sam do nas wprosił, na ślub nie zapraszaliśmy, kontakty zerowe. Dziadek nienawidził swojego zięcia serdecznie. I vice versa - pogrzebanie dziadka pod płotem, nad czym bolała teściowa (bo to był jej ojciec) to była w rodzinie obelga, ale nigdy nie było kasy na przeniesienie grobu. Gdy mój teść zmarł, chowała go nie teściowa, ale ten szwagier, co mnie tak pięknie kocha. Jako że teść zostawił grubą kasę, postawili porządny pomnik. No a Eksa pochowali tam "po kosztach", jak podsumował Inżynier - było miejsce, był pomnik, tylko litery dorobili. No właśnie - litery. Mosiężne, kurwa, na bogato. Wyczyszczenie tej płyty i tych liter to syzyfowa praca, a ja czasu dużo nie miałam.
I tak na kupie leżą trzy w sumie obce sobie osoby, nienawidzące się, a ja to ogarniam, bo mi się, kurwa, Eks śni...
Lakier czerwony, kurewski kupiłam i pomazałam wieniec, mam stamtąd smutne doświadczenia. I wieczny znicz kupiłam, ma się palić 118 dni. Też go pobazgrałam lakierem :D
A tak
Prawda, że porządnie i estetycznie, a nie tona śmieci. Jak teraz ktoś dostawi coś, a nie sprzątnie starego, to zajebię. Pytanie tylko - kogo? Może przyjeżdżać dalsza rodzina Ludwika, bo jakaś tam była, w M. mieszkała też siostra mojego teścia (już nie żyje, ale pewno jacyś potomkowie tam są. A teść w sądzie pod przysięgą zeznawał, że nie ma żadnego żyjącego rodzeństwa, a jego siostra pod sądem w maluchu czekała, chodziło o mienie zabużańskie, tak to była i jest WSPANIAŁA rodzina).
Lecąc na autobus trochę oddechu złapałam i oczy napasłam, bo
Wiosna szalała, mimo że było dziś pieruńsko zimno :)
I jazda przez Puszczykowo była jak w bajce, co druga posesja tonęła w bieli albo różu. Kwitnie wszystko jak oszalałe, a gdzieniegdzie resztki forsycji błyszczą jak złoto :)
A potem szybki sik i do pracy.
Od progu okazało się, że szukała mnie cała redakcja, nagle, na gwałt, że Boss o mnie 5 razy pytał. Że ojapierdolę, jak siedzę i gram to nie jestem nikomu potrzebna, a nagle ludzie beze mnie żyć nie mogą.
Od Bossa list, korekcę błyskawicznie.
Otwieram pocztę i WTF?
Emilek: jest pani w redakcji już? Dwie minuty przed moim wejściem wysłany.
Odpisuję, że jestem.
Kolejny z prośbą o skorekcenie tekstu, który skorekciłam wczoraj wieczorem w PDF, więc uprzejmie odpisuję, że proszę o wydruk do II korekty...
Kolejny, kolejny, ufff...
I nikogo ani wydruku nie ma.
Lezę zatem i co ja paczę?
Panowie sobie, kurwa, tort wcinają, a nikt emilków nie odbiera.
Na mój widok się poderwali.
Gość najwięcej zalegający nawet NIE ODEBRAŁ wczorajszego emilka i teraz ja muszę czekać aż no poprawki naniesie. Był zdziwiony, że zrobiłam. Bo ja, kurwa, jak mówię, że zrobię z domu, to zrobię, choćby siekiery z nieba leciały, nawet jak nie mam neta, to pętlę z telefonu zrobię i pracuję. Tylko zaczynam się zastanawiać, po co?
Siedzą od 9 i nikt do 13 nic nie zrobił?
Zapomniał. (Nie czyta emilków, bo dużo na pocztę przychodzi. WTF? Ja czytam każdego! Spam i niepotrzebne od razu wypieprzam, a na te z zadaniami po wykonaniu go zaraz odpisuję i to nie, że witam, pozdrawiam, salut i bienvenue, ale piszę gotowe bez żadnych grzeczności jeżeli robię tekst w programie graficznym, jeśli w Wordzie to załącznik i ślę odpowiedź bez podpisu i wrzucam do folderu zrobione. I nic mi nie ginie, kurwa. Nawet proszę nie odpisuję. Inżynier mnie ochrzanił, że mam sobie szablon ustawić, ale po co mi szablon? Odpisuję na przychodzącym i nic się nie kićka.)
Kurwa, on ma 30 parę lat i zapomina?
To niech sobie na karteczce pisze.
Mało, że roboty nie robi na czas, doktor jebany, który w tym numerze posiał trzy ortografy. Ze swojej dziedziny, żeby nie było. Traktożysta, ogómienie, użądzenie. Każdy jebany program mu to podkreśli.
Muszę kląć, nie da się inaczej. To nawet w podstawówce wstyd i hańba i żadna dysleksja tego nie tłumaczy, bo nie pisze ręcznie.
Ale zamknęłam mordę, bo dzięki temu mam na sól do śledzia.
Wracam na swoje podwórko, list od Bossa, bo dał do korekty nie ten list, co trzeba.
Przeprasza, gdy oddaję, a ja na to słodko: drobiazg.
Bo to drobiazg był.
Ale drobiazgiem nie jest, że po świętach, zamiast leżeć i pachnieć, będę zapieprzała, bo...
Znowu jest event.
Tak, kurwa, event.
No i kolejna publikacja, ma napisać 17 osób, a dotąd nadesłała jedna i tralalalalalalalalalalala. BUM :)
A zastrajkować, jak nauczyciele nie mogę, bo jestem jedna.
A jednostka zerem, jednostka bzdurą, sama nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą...
Kurde, jakie badziewne komunistyczne wiersze do dziś pamiętam...
Ale mniejsza z większym.
Umarlaki ogarnięte w całości, mam nadzieję, że teściowa mi się nie zacznie śnić, leży na Miłostowie. Ma jeszcze czworo żyjących dzieci. I wnuki, tu w PL.
Chrzanić to.
I tym pięknym sposobem zostały mi tylko okna, ale to ogarnę w weekend.
Do przyszłego czwartku pracuję, więc potem ogarnę resztę kuwety i na całe szczęście będę sama :)
I o tym marzę :P
Ta technika mnie kiedyś wykończy. Po głębokim namyśle doszłam do wniosku, że i tak za mało sobie zawinszowałam. Co z tego, że pracowałam po dwie godziny dziennie, jak umowa była, że dostaję wszystko hurtem. Cały tydzień w pizdu, bo przed południem za mało czasu, żeby coś ogarnąć, potem godzina na dojazd i godzina na powrót i dnia nie ma. Co z tego, że mniej tekstu, jak więcej czasu tracę? A jeszcze w tak zwanym międzyczasie tu broszurka, tam sranie w banie. Miałam mieć wolne od ubiegłej środy, a zleciało jak zleciało. Wczoraj zamykanie na bank.
Na bank skończyło się, że o 16 się ewakuowałam, bo "się pisało". I do 21 kwitłam przed kompem, dostałam tylko jeden tekst. O 21 piszę emilki i cisza. Wkurwiona na maksa piszę SMS, dostaję odpowiedź: stwierdziliśmy, że nie zrobimy dzisiaj...
No, kurwa, to o godzinie, o której to stwierdzili należało mnie o tym fakcie poinformować, co nie?
A zapowiedziałam wczoraj, że dziś będę po południu, bo tak. Bo tak, bo nic nie mogę ogarnąć.
Od kilku dni śnił mi się Eks i rozpadający się mój dom rodzinny, ten z R.
Nie były to złe sny, ale męczące.
Wiedziałam, że czeka.
Tak, kurde, kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.
Więc przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje i bladym świtem z wózeczkiem ruszyłam do M. Po 10 minutach w autobusie dostaję SMS (parę minut po 9): dzień dobry! Pobudka, ruszyliśmy z pracą. Odpisałam grzecznie, jak nie ja, że nie mam komputera i że będę po 12, jak będę. Tak jak mówiłam, ale pewno znów nikt nie słuchał. No bo to tylko ja kłapałam paszczą, co tam...
A w M. obraz nędzy i rozpaczy na mnie czekał.
Nosz, kurwa.
Sęk w tym, że leży tam dziadek Eksa, jego ojciec i on. Dziadek był powstańcem wielkopolskim, a M. szanuje ich do dziś. Te białe cuda, w liczbie trzech to chyba od tej wiary. To plastikowe pudełka, wypełnione gipsem, ciężkie jak diabli, nie wytrzymał ich żaden worek, niosłam je w rękach, a w kieszeniach moich łachów zbierał się gips, co odkryłam dopiero wróciwszy do pracy :| Oprócz tego do wywalenia były trzy wieńce, pięć donic z zaschłymi na amen wrzosami i z dziesięć zniczy, w tym jeden od kiboli Lecha. donice i znicze stały jeszcze za grobem, tego fotka nie ogarnęła :D
Ojaciepierdolę.
Obracałam trzy razy, a do śmietnika kawał drogi, a nie miałam zbyt wiele czasu, bo autobus raz na godzinę...
Więc mimo zimna spociłam się, jak siwa mysz kościelna.
Nie wiem, kto tego zawsze tam natacha. Nie jeździłam na ten grób, bo Eks ojca nienawidził i nigdy tam nie chciał jechać, ja sama teścia widziałam może ze 3 razy w życiu i to jak się sam do nas wprosił, na ślub nie zapraszaliśmy, kontakty zerowe. Dziadek nienawidził swojego zięcia serdecznie. I vice versa - pogrzebanie dziadka pod płotem, nad czym bolała teściowa (bo to był jej ojciec) to była w rodzinie obelga, ale nigdy nie było kasy na przeniesienie grobu. Gdy mój teść zmarł, chowała go nie teściowa, ale ten szwagier, co mnie tak pięknie kocha. Jako że teść zostawił grubą kasę, postawili porządny pomnik. No a Eksa pochowali tam "po kosztach", jak podsumował Inżynier - było miejsce, był pomnik, tylko litery dorobili. No właśnie - litery. Mosiężne, kurwa, na bogato. Wyczyszczenie tej płyty i tych liter to syzyfowa praca, a ja czasu dużo nie miałam.
I tak na kupie leżą trzy w sumie obce sobie osoby, nienawidzące się, a ja to ogarniam, bo mi się, kurwa, Eks śni...
Lakier czerwony, kurewski kupiłam i pomazałam wieniec, mam stamtąd smutne doświadczenia. I wieczny znicz kupiłam, ma się palić 118 dni. Też go pobazgrałam lakierem :D
A tak
Prawda, że porządnie i estetycznie, a nie tona śmieci. Jak teraz ktoś dostawi coś, a nie sprzątnie starego, to zajebię. Pytanie tylko - kogo? Może przyjeżdżać dalsza rodzina Ludwika, bo jakaś tam była, w M. mieszkała też siostra mojego teścia (już nie żyje, ale pewno jacyś potomkowie tam są. A teść w sądzie pod przysięgą zeznawał, że nie ma żadnego żyjącego rodzeństwa, a jego siostra pod sądem w maluchu czekała, chodziło o mienie zabużańskie, tak to była i jest WSPANIAŁA rodzina).
Lecąc na autobus trochę oddechu złapałam i oczy napasłam, bo
Wiosna szalała, mimo że było dziś pieruńsko zimno :)
I jazda przez Puszczykowo była jak w bajce, co druga posesja tonęła w bieli albo różu. Kwitnie wszystko jak oszalałe, a gdzieniegdzie resztki forsycji błyszczą jak złoto :)
A potem szybki sik i do pracy.
Od progu okazało się, że szukała mnie cała redakcja, nagle, na gwałt, że Boss o mnie 5 razy pytał. Że ojapierdolę, jak siedzę i gram to nie jestem nikomu potrzebna, a nagle ludzie beze mnie żyć nie mogą.
Od Bossa list, korekcę błyskawicznie.
Otwieram pocztę i WTF?
Emilek: jest pani w redakcji już? Dwie minuty przed moim wejściem wysłany.
Odpisuję, że jestem.
Kolejny z prośbą o skorekcenie tekstu, który skorekciłam wczoraj wieczorem w PDF, więc uprzejmie odpisuję, że proszę o wydruk do II korekty...
Kolejny, kolejny, ufff...
I nikogo ani wydruku nie ma.
Lezę zatem i co ja paczę?
Panowie sobie, kurwa, tort wcinają, a nikt emilków nie odbiera.
Na mój widok się poderwali.
Gość najwięcej zalegający nawet NIE ODEBRAŁ wczorajszego emilka i teraz ja muszę czekać aż no poprawki naniesie. Był zdziwiony, że zrobiłam. Bo ja, kurwa, jak mówię, że zrobię z domu, to zrobię, choćby siekiery z nieba leciały, nawet jak nie mam neta, to pętlę z telefonu zrobię i pracuję. Tylko zaczynam się zastanawiać, po co?
Siedzą od 9 i nikt do 13 nic nie zrobił?
Zapomniał. (Nie czyta emilków, bo dużo na pocztę przychodzi. WTF? Ja czytam każdego! Spam i niepotrzebne od razu wypieprzam, a na te z zadaniami po wykonaniu go zaraz odpisuję i to nie, że witam, pozdrawiam, salut i bienvenue, ale piszę gotowe bez żadnych grzeczności jeżeli robię tekst w programie graficznym, jeśli w Wordzie to załącznik i ślę odpowiedź bez podpisu i wrzucam do folderu zrobione. I nic mi nie ginie, kurwa. Nawet proszę nie odpisuję. Inżynier mnie ochrzanił, że mam sobie szablon ustawić, ale po co mi szablon? Odpisuję na przychodzącym i nic się nie kićka.)
Kurwa, on ma 30 parę lat i zapomina?
To niech sobie na karteczce pisze.
Mało, że roboty nie robi na czas, doktor jebany, który w tym numerze posiał trzy ortografy. Ze swojej dziedziny, żeby nie było. Traktożysta, ogómienie, użądzenie. Każdy jebany program mu to podkreśli.
Muszę kląć, nie da się inaczej. To nawet w podstawówce wstyd i hańba i żadna dysleksja tego nie tłumaczy, bo nie pisze ręcznie.
Ale zamknęłam mordę, bo dzięki temu mam na sól do śledzia.
Wracam na swoje podwórko, list od Bossa, bo dał do korekty nie ten list, co trzeba.
Przeprasza, gdy oddaję, a ja na to słodko: drobiazg.
Bo to drobiazg był.
Ale drobiazgiem nie jest, że po świętach, zamiast leżeć i pachnieć, będę zapieprzała, bo...
Znowu jest event.
Tak, kurwa, event.
No i kolejna publikacja, ma napisać 17 osób, a dotąd nadesłała jedna i tralalalalalalalalalalala. BUM :)
A zastrajkować, jak nauczyciele nie mogę, bo jestem jedna.
A jednostka zerem, jednostka bzdurą, sama nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą...
Kurde, jakie badziewne komunistyczne wiersze do dziś pamiętam...
Ale mniejsza z większym.
Umarlaki ogarnięte w całości, mam nadzieję, że teściowa mi się nie zacznie śnić, leży na Miłostowie. Ma jeszcze czworo żyjących dzieci. I wnuki, tu w PL.
Chrzanić to.
I tym pięknym sposobem zostały mi tylko okna, ale to ogarnę w weekend.
Do przyszłego czwartku pracuję, więc potem ogarnę resztę kuwety i na całe szczęście będę sama :)
I o tym marzę :P
sobota, 6 kwietnia 2019
Demis
Roussos Kochany Pamiętniczku i Goodbye my love... w radiu Pogoda, oczywiście...
A ja znów piękna i młoda. To była nasza piosenka. Prorocza jakby :) Ale to drobiazg. Czułam się taka bezpieczna wtedy, gdy ją tańczyliśmy, już nigdy z nikim potem tak nie było.
Zatopiona w Twoim ramieniu, zakochana do szaleństwa, jak nigdy potem już.
I już nigdy potem tak nie bolało, tak mocno i tak długo.
A po kilkudziesięciu latach na Twój widok, bo pokazała mi Ciebie kuzynka z K. nie poczułam już nic.
Oprócz rozczarowania, że... to nie Ty.
Bo dzięki temu, że nie było Cię w moim życiu, pozostałeś idealny, wyśniony.
Chociaż ideałem nie byłeś, mówiąc mi wtedy na peronie: zastanów się, wsiądziesz do tego pociągu i nie ma nas. Wybieraj: studia albo ja.
Nie wiem, czy wybrałam dobrze, ale kocham moje życie takie, jakie jest.
Być może byłabym szczęśliwsza, zostając z Tobą, ale...
Tego nie wiem.
I wiem, że ja po latach też nie jestem już tą laską, wylewającą za Tobą łzy nocami w poduszkę, podskakującą na dźwięk Twojego imienia, nikt nie wie, skąd mi się wzięło imię Pierworodnego, może to było jakieś sadomaso?
Jest po prostu inaczej, niż gdybym Ciebie posłuchała.
I czasem marzenia są piękniejsze od rzeczywistości, ale to drobiazg, co nie?
A takie tam smęcenie, bo jedna głupia piosenka, a tyle wspomnień.
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, wciąż mam szaleństwo badylkowe i dobrze, że od poniedziałku wszystko mówi STOP, bo się pracowo pozawijalo, nóż się w kieszeni otwiera, cicho,powoli, rączka się zaciska na rękojeści...
I...
No, nieważne.
O dziwo, wstałam dziś skoro świt, jakbym znów młoda i piękna była, no i szybciorem na Manhattan poleciałam, jak za dawnych lat.
Wcale na tym za dobrze nie wyszłam, bo w Biedronce jeszcze nie było wyłożone wszystko sobotnio.
No ale skoro chałupka ogarnięta była, żarełko też, to stwierdziłam, że po łacha na Katowicką pojadę, bo lata, lato, lato wszędzie, a ja nie mam co na siebie włożyć.
Albowiem te łachy, które mi wiernie służyły nie służą mi już w tych temperaturach. Rano się wykąpałam, wypachniłam smrodem, a po powrocie z Biedronki jechałam jak drwal po konkursie rżnięcia.
No cóż, w Biedronce wciąż grzeją, a ja mam te łachy z tworzyw jednak.
Pani na Katowickiej już mnie kojarzy i pewna była, że znów pół sklepu wykupię, ale nie. Nie mam już parcia, no i co z tego, że na fejsowych reklamach cót, mjut i ożeszki, skoro w sklepie wszystko z tworzywa sztucznego?
Tak wiem, jestem, stara, gruba, ale co z tego? Dlaczego producenci nie myślą, że stare i grube pocą się więcej? Wciąż mam w oczach szał na ortalion i koszule non-iron i zastanawiam się, jak ja w tym mogłam chodzić.
Była tylko jedna koszulina ze znośnego materiału. Fakt, za duża na mnie, ale co tam, będę mogła spokojnie tyć dalej :) Więc kupiłam, a tanie dziadostwo nie było.
A że z Katowickiej rzut beretem do Leroy Merlin, a Dora wczoraj w komciach kusiła, tom polazła.
No i?
Przepiłam furę kasy.
Wypisuję się z grupy.
Zapisuję się do kociar, taniej wyjdzie :)
W Leroy tylko tyle wzięłam, bo i tak bym do domu nie dowiozła więcej. A o mało tam nie oszalałam, ale drogo było, a te do uratowania to takie wypierdki, że bałam się wziąć, bo ewidentnie z robalami, a szkoda mi moich już żyjących badyli.
I kupiłam Impatients. Jadę do domu i myślę, ki diabeł, co kupiłam?No kupiłam, bo tanie było, ale WTF? Sprawdzić na wujku nie mogłam, bo nie mam trzeciej ręki i nijak wyciągnąć ajfoniczka. I tak kwitnę w bimbie i nagle: eureka. Niecierpek - patient to cierpliwość przecież. Bingo :)
A potem w domu znów przesadzałam i ogarniałam i dramat!
Nie mam już miejsca na balkonie, a gdzie komarzyce? Komarzyce muszą być, nie ma opcji.
Kurde.
Wszystko w tym roku oszalało, jest już deszcz opadających płatków z drzew owocowych, a to dopiero 6 kwietnia! Jeszcze nie tak dawno tak wszystko szalało na początku maja.
Klimat się zmienia, choć te posrańce u władzy to negują.
Mam dodatkowo oparcie w pracy, bo z rolnictwem i tymi problemami jestem na bieżąco od 11 lat.
No i w tej nieszczęsnej Posnanii było stoisko z oliwkami, z tymi oliwkami, którymi ze Zmorką się zażerałam ostatnio.
I kupiłam.
Nie przyznam się, ile wydałam, bo wstyd. Ludzie głodują, a ja oliwki żrę. Fakt, za swoje żrę, ale mogłabym na ojca Rydzyka wpłacić, co nie, a nie w swoją już i tak wielką dupę pchać. Wstyd. Zeżarłabym wszystkie od razu, takie dobre. Ale nie wiem, jak zareaguje mój organizm na takie łakomstwo.
I pitolenie czeka, ale natchnienia nie mam, więc oj tam, oj tam...
A za tydzień półmaraton, ale nie wiem, czy się zmobilizuję. Bo i okna, i do Eksa bym chciała, ale tego się nie da pogodzić z pracą.
Goodbye my love goodbye
goodbye and au revoir
as long as you remember me
I'll never be too far
Goodbye my love goodbye
I always will be true
so hold me in your dreams
till I come back to you...
Nie wrócisz, ale co tam :)
A ja znów piękna i młoda. To była nasza piosenka. Prorocza jakby :) Ale to drobiazg. Czułam się taka bezpieczna wtedy, gdy ją tańczyliśmy, już nigdy z nikim potem tak nie było.
Zatopiona w Twoim ramieniu, zakochana do szaleństwa, jak nigdy potem już.
I już nigdy potem tak nie bolało, tak mocno i tak długo.
A po kilkudziesięciu latach na Twój widok, bo pokazała mi Ciebie kuzynka z K. nie poczułam już nic.
Oprócz rozczarowania, że... to nie Ty.
Bo dzięki temu, że nie było Cię w moim życiu, pozostałeś idealny, wyśniony.
Chociaż ideałem nie byłeś, mówiąc mi wtedy na peronie: zastanów się, wsiądziesz do tego pociągu i nie ma nas. Wybieraj: studia albo ja.
Nie wiem, czy wybrałam dobrze, ale kocham moje życie takie, jakie jest.
Być może byłabym szczęśliwsza, zostając z Tobą, ale...
Tego nie wiem.
I wiem, że ja po latach też nie jestem już tą laską, wylewającą za Tobą łzy nocami w poduszkę, podskakującą na dźwięk Twojego imienia, nikt nie wie, skąd mi się wzięło imię Pierworodnego, może to było jakieś sadomaso?
Jest po prostu inaczej, niż gdybym Ciebie posłuchała.
I czasem marzenia są piękniejsze od rzeczywistości, ale to drobiazg, co nie?
A takie tam smęcenie, bo jedna głupia piosenka, a tyle wspomnień.
Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, wciąż mam szaleństwo badylkowe i dobrze, że od poniedziałku wszystko mówi STOP, bo się pracowo pozawijalo, nóż się w kieszeni otwiera, cicho,powoli, rączka się zaciska na rękojeści...
I...
No, nieważne.
O dziwo, wstałam dziś skoro świt, jakbym znów młoda i piękna była, no i szybciorem na Manhattan poleciałam, jak za dawnych lat.
Wcale na tym za dobrze nie wyszłam, bo w Biedronce jeszcze nie było wyłożone wszystko sobotnio.
No ale skoro chałupka ogarnięta była, żarełko też, to stwierdziłam, że po łacha na Katowicką pojadę, bo lata, lato, lato wszędzie, a ja nie mam co na siebie włożyć.
Albowiem te łachy, które mi wiernie służyły nie służą mi już w tych temperaturach. Rano się wykąpałam, wypachniłam smrodem, a po powrocie z Biedronki jechałam jak drwal po konkursie rżnięcia.
No cóż, w Biedronce wciąż grzeją, a ja mam te łachy z tworzyw jednak.
Pani na Katowickiej już mnie kojarzy i pewna była, że znów pół sklepu wykupię, ale nie. Nie mam już parcia, no i co z tego, że na fejsowych reklamach cót, mjut i ożeszki, skoro w sklepie wszystko z tworzywa sztucznego?
Tak wiem, jestem, stara, gruba, ale co z tego? Dlaczego producenci nie myślą, że stare i grube pocą się więcej? Wciąż mam w oczach szał na ortalion i koszule non-iron i zastanawiam się, jak ja w tym mogłam chodzić.
Była tylko jedna koszulina ze znośnego materiału. Fakt, za duża na mnie, ale co tam, będę mogła spokojnie tyć dalej :) Więc kupiłam, a tanie dziadostwo nie było.
A że z Katowickiej rzut beretem do Leroy Merlin, a Dora wczoraj w komciach kusiła, tom polazła.
No i?
Przepiłam furę kasy.
Wypisuję się z grupy.
Zapisuję się do kociar, taniej wyjdzie :)
W Leroy tylko tyle wzięłam, bo i tak bym do domu nie dowiozła więcej. A o mało tam nie oszalałam, ale drogo było, a te do uratowania to takie wypierdki, że bałam się wziąć, bo ewidentnie z robalami, a szkoda mi moich już żyjących badyli.
I kupiłam Impatients. Jadę do domu i myślę, ki diabeł, co kupiłam?No kupiłam, bo tanie było, ale WTF? Sprawdzić na wujku nie mogłam, bo nie mam trzeciej ręki i nijak wyciągnąć ajfoniczka. I tak kwitnę w bimbie i nagle: eureka. Niecierpek - patient to cierpliwość przecież. Bingo :)
A potem w domu znów przesadzałam i ogarniałam i dramat!
Nie mam już miejsca na balkonie, a gdzie komarzyce? Komarzyce muszą być, nie ma opcji.
Kurde.
Wszystko w tym roku oszalało, jest już deszcz opadających płatków z drzew owocowych, a to dopiero 6 kwietnia! Jeszcze nie tak dawno tak wszystko szalało na początku maja.
Klimat się zmienia, choć te posrańce u władzy to negują.
Mam dodatkowo oparcie w pracy, bo z rolnictwem i tymi problemami jestem na bieżąco od 11 lat.
No i w tej nieszczęsnej Posnanii było stoisko z oliwkami, z tymi oliwkami, którymi ze Zmorką się zażerałam ostatnio.
I kupiłam.
Nie przyznam się, ile wydałam, bo wstyd. Ludzie głodują, a ja oliwki żrę. Fakt, za swoje żrę, ale mogłabym na ojca Rydzyka wpłacić, co nie, a nie w swoją już i tak wielką dupę pchać. Wstyd. Zeżarłabym wszystkie od razu, takie dobre. Ale nie wiem, jak zareaguje mój organizm na takie łakomstwo.
I pitolenie czeka, ale natchnienia nie mam, więc oj tam, oj tam...
A za tydzień półmaraton, ale nie wiem, czy się zmobilizuję. Bo i okna, i do Eksa bym chciała, ale tego się nie da pogodzić z pracą.
Goodbye my love goodbye
goodbye and au revoir
as long as you remember me
I'll never be too far
Goodbye my love goodbye
I always will be true
so hold me in your dreams
till I come back to you...
Nie wrócisz, ale co tam :)
czwartek, 4 kwietnia 2019
Galerianek
Kochany Pamiętniczku, tak go ochrzciłam.
Gość, zakładam, że emeryt, bo kto może o każdej porze dnia i nocy przesiadywać w galerii?
Składa się z dwóch kuleczek i dwóch paróweczek, na których stoi.
Gdy rano pruję na bimbę, on pruje w przeciwną stronę - do galerii.
Gdy mam wolne i lecę do Biedronki, on - zimą na ławce w środku, a od wiosny do jesieni na zewnątrz na ławeczce na słoneczku wygrzewa swoje kuliste ciałko.
Gazetę czyta. Bezpłatną. Nasze Miasto.
Skąd wiem? Obserwuję go od kilku lat i wiem o nim naprawdę dużo :)
Musi mieć spoko emeryturkę, albowiem jada w galeriowej jadłodajni, a tam ostatnio obiadki promocyjne to około 15 zł.
Kurde, żal mi człowieka.
Niby krzywda mu się nie dzieje, ale jak bardzo trzeba być samotnym, by wieść taki tryb życia?
No OK, ja też się żywię po kątach, ale i gotuję.
I do głowy by mi nie przyszło lecieć do centrum handlowego z bezpłatną gazetą codziennie.
Fakt, nie wiem, jak długo będzie mnie stać na neta i płatną prasę.
Ale to tylko taka moja obserwacja.
Dziś umówiłam się do pracy na 12, zboczyłam (tak, trzeba to nazwać zboczeniem, nie ma innej opcji) do Biedronki po lunch. No wiem, lenia mam, mogłam sama zrobić, ale oj tam, oj tam :D
I zaatakowały mnie znów badyle, i tak do pracki pobieżyłam z
Kalatea tam została, kroton, przecudny i palma chamedora wyniosła wróciły ze mną do domu.
A Galerianek na słoneczku się grzał, gdy ja zapierdalałam lewa, prawa, lewa, prawa, wszystkie te plusy same się nie sfinansują.
Niech mu tam słonko służy, nie mam nic do gościa.
Obserwacja socjologiczna.
Miało być zamykanie, a było nic i praca na dwie godziny.
Jednak mściwy ten skunks, dał mi, ile chciałam, ale i wykorzystuje. Bo mam dzień rozpierniczony na maksa.
No nic.
Zaciskam zęby, ludzie ciężej pracują na taką kasę.
Wróciłam do chaty i pracowicie przesadzałam, chociaż jestem strzelcem, a nie ogrodnikiem :P
Loggię sprzątnęłam z grubsza, już nie straszy.
I chaupkę ogarnęłam, weekendowa robota już za mną. Łącznie z praniem, więc alleluja :)
Badylków tyle, że nie da rady rodziny gościć, bo nie ma ich gdzie wypierdolić.
Badylków, of course, ale co tam.
Wiadomo nie od dziś, że jestem starą wariatką.
I kolekcja mi się wzbogaca
Dziewczyna, która od nas odeszła, bo jest młoda i nie boi się życia, kupiła mi to na wycieczce do Iranu. Inflacja tam taka, jak kiedyś u nas i rzeczona książeczka kosztowała ją całe 3 zł polskie. Sto euro, które wymieniła na ichnią walutę, upychała w 3 portfelach. Ale nieważne, ile to kosztowało, cieszy mnie niezmiernie, że pomyślała o mnie. Lubię być lubiana, a co? :)
Moja szkolna koleżanka myślała, że to po japońsku jest.
Wiem, chwalę się, nie znam ani japońskiego, ani chińskiego, ani perskiego, ale...
Dlatego jestem taką dobrą korektorką, bo...
Rozróżniam krzaczki, nie znając języka. Nie pomylę hebrajskich krzaczków z innymi :P
A gotyk czytam płynnie. Małolatą będąc bawiłam się pisaniem pismem gotyckim.
Samochwała w kącie stała, co nie?
Aby doczekać jutra, gdy rzucę tę brudną robotę i wezmę się za węgiel :D
Gość, zakładam, że emeryt, bo kto może o każdej porze dnia i nocy przesiadywać w galerii?
Składa się z dwóch kuleczek i dwóch paróweczek, na których stoi.
Gdy rano pruję na bimbę, on pruje w przeciwną stronę - do galerii.
Gdy mam wolne i lecę do Biedronki, on - zimą na ławce w środku, a od wiosny do jesieni na zewnątrz na ławeczce na słoneczku wygrzewa swoje kuliste ciałko.
Gazetę czyta. Bezpłatną. Nasze Miasto.
Skąd wiem? Obserwuję go od kilku lat i wiem o nim naprawdę dużo :)
Musi mieć spoko emeryturkę, albowiem jada w galeriowej jadłodajni, a tam ostatnio obiadki promocyjne to około 15 zł.
Kurde, żal mi człowieka.
Niby krzywda mu się nie dzieje, ale jak bardzo trzeba być samotnym, by wieść taki tryb życia?
No OK, ja też się żywię po kątach, ale i gotuję.
I do głowy by mi nie przyszło lecieć do centrum handlowego z bezpłatną gazetą codziennie.
Fakt, nie wiem, jak długo będzie mnie stać na neta i płatną prasę.
Ale to tylko taka moja obserwacja.
Dziś umówiłam się do pracy na 12, zboczyłam (tak, trzeba to nazwać zboczeniem, nie ma innej opcji) do Biedronki po lunch. No wiem, lenia mam, mogłam sama zrobić, ale oj tam, oj tam :D
I zaatakowały mnie znów badyle, i tak do pracki pobieżyłam z
Kalatea tam została, kroton, przecudny i palma chamedora wyniosła wróciły ze mną do domu.
A Galerianek na słoneczku się grzał, gdy ja zapierdalałam lewa, prawa, lewa, prawa, wszystkie te plusy same się nie sfinansują.
Niech mu tam słonko służy, nie mam nic do gościa.
Obserwacja socjologiczna.
Miało być zamykanie, a było nic i praca na dwie godziny.
Jednak mściwy ten skunks, dał mi, ile chciałam, ale i wykorzystuje. Bo mam dzień rozpierniczony na maksa.
No nic.
Zaciskam zęby, ludzie ciężej pracują na taką kasę.
Wróciłam do chaty i pracowicie przesadzałam, chociaż jestem strzelcem, a nie ogrodnikiem :P
Loggię sprzątnęłam z grubsza, już nie straszy.
I chaupkę ogarnęłam, weekendowa robota już za mną. Łącznie z praniem, więc alleluja :)
Badylków tyle, że nie da rady rodziny gościć, bo nie ma ich gdzie wypierdolić.
Badylków, of course, ale co tam.
Wiadomo nie od dziś, że jestem starą wariatką.
I kolekcja mi się wzbogaca
Dziewczyna, która od nas odeszła, bo jest młoda i nie boi się życia, kupiła mi to na wycieczce do Iranu. Inflacja tam taka, jak kiedyś u nas i rzeczona książeczka kosztowała ją całe 3 zł polskie. Sto euro, które wymieniła na ichnią walutę, upychała w 3 portfelach. Ale nieważne, ile to kosztowało, cieszy mnie niezmiernie, że pomyślała o mnie. Lubię być lubiana, a co? :)
Moja szkolna koleżanka myślała, że to po japońsku jest.
Wiem, chwalę się, nie znam ani japońskiego, ani chińskiego, ani perskiego, ale...
Dlatego jestem taką dobrą korektorką, bo...
Rozróżniam krzaczki, nie znając języka. Nie pomylę hebrajskich krzaczków z innymi :P
A gotyk czytam płynnie. Małolatą będąc bawiłam się pisaniem pismem gotyckim.
Samochwała w kącie stała, co nie?
Aby doczekać jutra, gdy rzucę tę brudną robotę i wezmę się za węgiel :D
środa, 3 kwietnia 2019
Siostro
wołać doktora, Kochany Pamiętniczku.
Szalone dni.
Mam iść do pracy.
Więc chodzę, a co?
Fajnie mieć motywację do wywleczenia kubańskiego dupska z domu, kiedy się tak do bólu nie chce.
No ale...
Zapisałam się do tej grupy na FB. Od badylków. I ojapierdolę.
Tak, kocham badyle, miłością wielką jak cały świat. Ale tam sami wariaci siedzą, a to jest, kurde, zaraźliwe.
I tak jak niedzielę oparłam się wyjściu do Biedronki, tak we wtorek polazłam do Lidla, ale nic tam nie było. Zeschłe resztki (a grupa bawi się właśnie w ratowanie skazańców) nie były przecenione, a za regularną cenę, to, sorry Winnetou, business is business, aż tyle nie zarabiam. Aczkolwiek wypłata z teatru powaliła mnie na kolana i olaboga, w momencie, kiedy nóż mi się w kieszeni otwiera, w oczach zapala mi się okrągła kwota i...
No, na badylki będzie :D Nie na waciki :P
I tak dzisiaj znów pobieżyłam do Biedronki. Po mleko, of course, bo na rano do kawy nie będę miała jutro :)
Na mleko już miejsca nie było w wózeczku :)
Mam diffenbachię, dwie kalatee, monsterę, fikus Benjamina, paprotkę :P Był jeszcze kroton, ale to może next time.
No musiałam, musiałam, bo inaczej by mnie szlag trafił, bo dzień był zakręcony dziś jak świński ogonek.
Bladym świtem musiałam wstać, bo to wiecie, rozumiecie, kąpiel, kochanie i spanie...
Tfuj, co ja bredzę :)
Kąpiel, śniadanie, ogarnianie tej kuwety i tadam.
O 10 mieli zacząć obchód, żeby sprawdzić, czym czasem czegoś w gazie nie poluzowała i nie mam zamiary wysadzić domostwa.
Za dziesięć dziesiąta, aparaty na uszy, iPad w dłoń i siad płaski pod dzwonkiem, który jest połączony z lampką nocną i jak ktoś dzwoni, to lamka świeci. A na wprost oczków dzwonek bezprzewodowy z wymienionymi bateriami, grający jakąś tam melodyjkę, zajefajną, głuchego umarlaka by z grobu wywaliła, a na dociepkę świeci na czerwono przez bez mała minutę.
Jedenasta, kręgosłup mi odpada od siedzenia na stołku,a fachowców nie ma.
Zwlekam zwłoki i dzwonię do sąsiadów.
Jak nie ma, jak byli.
Zaraz po 10.
U każdego dzwonili kilka razy.
To co, ja w trzy dupy pijana jestem od rana i to wtedy, gdy mam iść do pracy, z której się urwałam?
Dupa w troki i jazda do spółdzielni.
Pierdzistołkowa na mój widok na baczność stanęła i mówi, że impossible.
Tak, kurwa, impossible.
I mnie straszy, że będę musiała na własny koszt robić to badanie, bo nie wpuściłam ekipy. Jak, kurwa, nie wspuściłam? Next time sznurek za drzwi wyrzucę i do ręki sobie przywiążę. Będą ciągnąć, żeby się dostać.
Aaaa...
Mam zepsuty domofon.
No, kurwa, AUDYT domofonu był, jak u mnie był Inżynier. Siedzieliśmy w godzinach od do na dupie. Inżynier słuch ma wzorcowy.
Ooooo, to zgłoszę, że ma pani zepsuty domofon.
A kij wam w oko, bo w dupę byście przyjemność mieli.
Nie zależy mi na domofonie. Ze znajomymi się umawiam, kto ma wejść, wejdzie, a akwizytorów mam w poważaniu.
Ale mniejsza z większym.
Pojechałam do pracy. Jutro zamykanie, ale oczywiście nic nie było.
Więc w tył zwrot i do domu.
SMS do gazownika.
Cisza.
A pierdzistołkowa mówiła, że on kumaty.
No dobra, rajd do spółdzielni.
Pierdzistołkowa dzwoni: "Panie Marianie, pan wie...".
Pan wiedział,
Powiedziałam, że jestem w domu o 16 i ani minuty dłużej.
Byli o 16.
Wychodzili 16.03, a ja dwa autografy złożyłam.
Na dwóch listach.
Niech mnie ktoś, kurwa, zabije, jak można tak ludziom nie szanować czasu?
Ponoć co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale...
Nienawidzę niepunktualności i lekceważenia. Jeżeli facet mnie kojarzy,a kojarzy, to powinien dzwonić jak do pożaru, co nie?
A nie marnować mój czas.
Jedyna dobra rzecz z tej awantury, to że sąsiadka z przeciwka weźmie moją starą lodówkę, bo jej przydasię.
Na zdrowie, odpada mi wywożenie i inne takie tam.
Zabierze, ja sprzątnę kąt i wstawimy nową.
Proste?
Nie, kurwa, nic nie jest proste.
Rozmawiam na czacie z panią.
Wiem, co chcę.
Oczywiście, dopłacę za wniesienie i wypoziomowanie, trudno, żebym sama wnosiła lodówkę na moje piętro, nawet mając windę.
Gdzie jest haczyk?
Wnoszenie i poziomowanie można zalatwić tylko telefonicznie.
Fuck you.
Jak na złość padło mi gniazdko w ajfoniku. Nie ma sprawy. Naprawa drobiazg, 350 zł.
A w sumie na kij mi to, skoro mam mp3?
Żeby raz na sto lat umówić się z wnoszącym lodówkę?
Niech mnie, ktoś, kurwa, zabije i powie, że mam życie usłane różami. Bez kolców :P
Szalone dni.
Mam iść do pracy.
Więc chodzę, a co?
Fajnie mieć motywację do wywleczenia kubańskiego dupska z domu, kiedy się tak do bólu nie chce.
No ale...
Zapisałam się do tej grupy na FB. Od badylków. I ojapierdolę.
Tak, kocham badyle, miłością wielką jak cały świat. Ale tam sami wariaci siedzą, a to jest, kurde, zaraźliwe.
I tak jak niedzielę oparłam się wyjściu do Biedronki, tak we wtorek polazłam do Lidla, ale nic tam nie było. Zeschłe resztki (a grupa bawi się właśnie w ratowanie skazańców) nie były przecenione, a za regularną cenę, to, sorry Winnetou, business is business, aż tyle nie zarabiam. Aczkolwiek wypłata z teatru powaliła mnie na kolana i olaboga, w momencie, kiedy nóż mi się w kieszeni otwiera, w oczach zapala mi się okrągła kwota i...
No, na badylki będzie :D Nie na waciki :P
I tak dzisiaj znów pobieżyłam do Biedronki. Po mleko, of course, bo na rano do kawy nie będę miała jutro :)
Na mleko już miejsca nie było w wózeczku :)
Mam diffenbachię, dwie kalatee, monsterę, fikus Benjamina, paprotkę :P Był jeszcze kroton, ale to może next time.
No musiałam, musiałam, bo inaczej by mnie szlag trafił, bo dzień był zakręcony dziś jak świński ogonek.
Bladym świtem musiałam wstać, bo to wiecie, rozumiecie, kąpiel, kochanie i spanie...
Tfuj, co ja bredzę :)
Kąpiel, śniadanie, ogarnianie tej kuwety i tadam.
O 10 mieli zacząć obchód, żeby sprawdzić, czym czasem czegoś w gazie nie poluzowała i nie mam zamiary wysadzić domostwa.
Za dziesięć dziesiąta, aparaty na uszy, iPad w dłoń i siad płaski pod dzwonkiem, który jest połączony z lampką nocną i jak ktoś dzwoni, to lamka świeci. A na wprost oczków dzwonek bezprzewodowy z wymienionymi bateriami, grający jakąś tam melodyjkę, zajefajną, głuchego umarlaka by z grobu wywaliła, a na dociepkę świeci na czerwono przez bez mała minutę.
Jedenasta, kręgosłup mi odpada od siedzenia na stołku,a fachowców nie ma.
Zwlekam zwłoki i dzwonię do sąsiadów.
Jak nie ma, jak byli.
Zaraz po 10.
U każdego dzwonili kilka razy.
To co, ja w trzy dupy pijana jestem od rana i to wtedy, gdy mam iść do pracy, z której się urwałam?
Dupa w troki i jazda do spółdzielni.
Pierdzistołkowa na mój widok na baczność stanęła i mówi, że impossible.
Tak, kurwa, impossible.
I mnie straszy, że będę musiała na własny koszt robić to badanie, bo nie wpuściłam ekipy. Jak, kurwa, nie wspuściłam? Next time sznurek za drzwi wyrzucę i do ręki sobie przywiążę. Będą ciągnąć, żeby się dostać.
Aaaa...
Mam zepsuty domofon.
No, kurwa, AUDYT domofonu był, jak u mnie był Inżynier. Siedzieliśmy w godzinach od do na dupie. Inżynier słuch ma wzorcowy.
Ooooo, to zgłoszę, że ma pani zepsuty domofon.
A kij wam w oko, bo w dupę byście przyjemność mieli.
Nie zależy mi na domofonie. Ze znajomymi się umawiam, kto ma wejść, wejdzie, a akwizytorów mam w poważaniu.
Ale mniejsza z większym.
Pojechałam do pracy. Jutro zamykanie, ale oczywiście nic nie było.
Więc w tył zwrot i do domu.
SMS do gazownika.
Cisza.
A pierdzistołkowa mówiła, że on kumaty.
No dobra, rajd do spółdzielni.
Pierdzistołkowa dzwoni: "Panie Marianie, pan wie...".
Pan wiedział,
Powiedziałam, że jestem w domu o 16 i ani minuty dłużej.
Byli o 16.
Wychodzili 16.03, a ja dwa autografy złożyłam.
Na dwóch listach.
Niech mnie ktoś, kurwa, zabije, jak można tak ludziom nie szanować czasu?
Ponoć co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale...
Nienawidzę niepunktualności i lekceważenia. Jeżeli facet mnie kojarzy,a kojarzy, to powinien dzwonić jak do pożaru, co nie?
A nie marnować mój czas.
Jedyna dobra rzecz z tej awantury, to że sąsiadka z przeciwka weźmie moją starą lodówkę, bo jej przydasię.
Na zdrowie, odpada mi wywożenie i inne takie tam.
Zabierze, ja sprzątnę kąt i wstawimy nową.
Proste?
Nie, kurwa, nic nie jest proste.
Rozmawiam na czacie z panią.
Wiem, co chcę.
Oczywiście, dopłacę za wniesienie i wypoziomowanie, trudno, żebym sama wnosiła lodówkę na moje piętro, nawet mając windę.
Gdzie jest haczyk?
Wnoszenie i poziomowanie można zalatwić tylko telefonicznie.
Fuck you.
Jak na złość padło mi gniazdko w ajfoniku. Nie ma sprawy. Naprawa drobiazg, 350 zł.
A w sumie na kij mi to, skoro mam mp3?
Żeby raz na sto lat umówić się z wnoszącym lodówkę?
Niech mnie, ktoś, kurwa, zabije i powie, że mam życie usłane różami. Bez kolców :P
niedziela, 31 marca 2019
Przetłumaczyłam
sobie dokładnie laurkę, Kochany Pamiętniczku.
I dalej mi się łezki kręcą.
Ale oj tam, oj tam.
Wiem, że nie wymyślił tych życzeń sam, ale w swoim porąbanym czasie znalazł chwilę na kupienie kartki.
Napisanie.
Przywiezienie do PL.
(A sklerozę to on ma).
Podrzucenie teściowi z prośbą o wysłanie (poznański centuś, ale też bym tak miała, mam tak w PL, jak mi śpiewają na poczcie 6 zł za kartkę do UK, u nich też drogo).
A życzenia:
Wspaniałe mamy nie rosną na drzewach ani nie przychodzą do ciebie pocztą. Nie znajdziesz ani jednego pozostawionego przy drzwiach, ani w sprzedaży online. Nigdy nie są licytowane. Nie spadają z nieba. Nie możesz ciągnąć mamusi z magicznych kapeluszy bez względu na to, jak będziesz się starał! Mogę spoglądać wysoko i nisko i przeszukiwać cały świat ... Ale nigdy nie znajdę mamy, która jest w połowie tak wspaniała jak Ty.
Poczułam się dowartościowana.
Chociaż raz.
Bo to miłe, że nawet matkę Starą Jędzę chciałby zatrzymać w takim paskudnym modelu, jaki ma :)
Na fejsiku odkryłam grupę miłośników badyli i siłą się powstrzymuję, żeby nie lecieć, a to do Biedronki, a to do Lidla, a to do innego Auchan.
Chyba się wypiszę, bo już w tej chwili nie patrzę, czy mam miejsce jak ktoś przyjedzie, ale kupowałabym, rozmnażała i stawiała i stawiała.
Dobrze, że nie ma mi kto półek założyć, bo byłby sajgon i zielona ściana.
Tak to jest jak człowiek hamulców nie ma.
A juterko do pracy, zobaczyć, czy mnie nikt nie szuka i nie pożąda. Bo inaczej dupska nie ruszę, bo bossa nova mam :)
I tang słucham cały dzień też :)
I myślę o moim Ojcu, bo to on nauczył mnie tańczyć tango. Rawicz fizycznie bardzo mi go przypomina...
Te tanga na wiejskich zabawach ludowych.
To były piękne dni...
I dalej mi się łezki kręcą.
Ale oj tam, oj tam.
Wiem, że nie wymyślił tych życzeń sam, ale w swoim porąbanym czasie znalazł chwilę na kupienie kartki.
Napisanie.
Przywiezienie do PL.
(A sklerozę to on ma).
Podrzucenie teściowi z prośbą o wysłanie (poznański centuś, ale też bym tak miała, mam tak w PL, jak mi śpiewają na poczcie 6 zł za kartkę do UK, u nich też drogo).
A życzenia:
Wspaniałe mamy nie rosną na drzewach ani nie przychodzą do ciebie pocztą. Nie znajdziesz ani jednego pozostawionego przy drzwiach, ani w sprzedaży online. Nigdy nie są licytowane. Nie spadają z nieba. Nie możesz ciągnąć mamusi z magicznych kapeluszy bez względu na to, jak będziesz się starał! Mogę spoglądać wysoko i nisko i przeszukiwać cały świat ... Ale nigdy nie znajdę mamy, która jest w połowie tak wspaniała jak Ty.
Poczułam się dowartościowana.
Chociaż raz.
Bo to miłe, że nawet matkę Starą Jędzę chciałby zatrzymać w takim paskudnym modelu, jaki ma :)
Na fejsiku odkryłam grupę miłośników badyli i siłą się powstrzymuję, żeby nie lecieć, a to do Biedronki, a to do Lidla, a to do innego Auchan.
Chyba się wypiszę, bo już w tej chwili nie patrzę, czy mam miejsce jak ktoś przyjedzie, ale kupowałabym, rozmnażała i stawiała i stawiała.
Dobrze, że nie ma mi kto półek założyć, bo byłby sajgon i zielona ściana.
Tak to jest jak człowiek hamulców nie ma.
A juterko do pracy, zobaczyć, czy mnie nikt nie szuka i nie pożąda. Bo inaczej dupska nie ruszę, bo bossa nova mam :)
I tang słucham cały dzień też :)
I myślę o moim Ojcu, bo to on nauczył mnie tańczyć tango. Rawicz fizycznie bardzo mi go przypomina...
Te tanga na wiejskich zabawach ludowych.
To były piękne dni...
piątek, 29 marca 2019
O jeżu
kolczasty, Kochany Pamiętniczku :)
Nie da się tego opowiedzieć normalnie, więc będzie słowotok i pomieszanie z poplątaniem :)
O mało nie zaspałam. Jak zwykle przed podróżą spałam jak zając pod miedzą, a potem klap.
Ale nie zaspałam i nawet zdążyłam na wcześniejszy autobus :P
A na peronie co rusz ktoś mnie pytał o pociąg do Gniezna, jakbym to ja była informacją kolejową, a ja o pociągu do Gniezna z peronu 3. nie miałam zielonego pojęcia.
Doczepiła się do mnie zaś babka w moim wieku i dzięki temu zamiast czytać gazety, jechałam aż do Jarocina słuchając jej życiorysu, nie powiem, że z zainteresowaniem, no ale widać tak głupio wyglądam, że i na spowiednika się nadaję. I że powinnam sobie kogoś znaleźć, bo ona znalazła i jak to fajnie się do kogo mieć przytulić.
There, there, nienawidzę naruszania mojej przestrzeni osobistej. A na pogłaskanie mnie po główce zasługują tylko nieliczni i niech się cieszą. Bo główka łysa :)
A potem już hyc i byłam w K.
Gdzie z dworca pomaszerowałam lewa, prawa, lewa, prawa do Umarlaków.
Oczywiście, jak zwykle od paru lat powitały mnie
Tu już prawie kwitnące.
Ale nie chcę już kupować tego domku z wieżyczką, albowiem smród spalin w K. na rondzie przebił smog w mojej wiosce i nie, perspektywa mieszkania przy rondzie już mnie nie kręci, a nie wygram aż tyle, by "moją kamienicę" przenieść gdzie indziej.
Pogoda do sprzątania była idealna, a dzięki temu, że E. zagląda czasem na cmentarz nie było AŻ tyle roboty i szło mi żwawo i Umarlaki wypucowane dostały po równej wiązance badyli, i aczkolwiek kusiły mnie bratki i inne takie tam w donicach, spoglądając na wór śmieci rzekłam sobie twardo nie.
No bo jest OK, grób to nie choinka wielkanocna, co nie?
I tak rączki do paciorka składam, a jakże, ja, niewierząca, no ale co te Umarlaki mają innego do roboty, oprócz bujania nózią na chmurkach, popijania ambrozji i takich innych tam, jak ja się telepię taki kawał świata, rezygnując z mycia okien, żeby im obmyć wszystko, jak nie zająć się moją litanią życzeń, że to oni wiedzą, rozumieją i mają tu tyle do ogarnięcia i dopilnowania.
I tak ich ustawiam w szeregu i widzę, że sunie ku mnie niewiasta ze zniczem, pracująca dwa groby dalej (Kartka znaleziona na grobie: jestem u Ali dwa groby dalij, było mi zimno. Twój EKS, taki kawał, bawi mnie). Pytam domyślnie: ognia, a niewiasta: Stara Jędza? Nosz, kurka wodna.
Twarz znam, imienia ni cholery nie pamiętam.
Chwila i już wiem, kto to.
Trudno mi wywieść pokrewieństwo, ale łączy nas wspólny dziadek :)
I kiedyś namieszała nieźle w moim życiu, gdy starałam się ojca wysłać na leczenie z alkoholizmu (dzisiaj wiem, że to absurd, przymusowe leczenie o kant dupy potłuc, nałóg to nałóg), a ona mu powiedziała (pracowała w służbie zdrowia), kto go tak "urządził".
Nieważne.
Okazało się, że widząc mnie sprzątającą groby doznała olśnienia, bo dotąd myślała, że grobami zajmuje się Lucy. Że Lucy dojrzała i takie tam :) No proszę, a ja latami się staram, a to na konto Lucy idzie.
Szoknięta była, że to ja.
Że zawsze czysto i takie tam.
Więc pogawędziłyśmy, na kawę zapraszała, ale ja byłam umówiona z kumpelkami, więc przeprosiłam i...
Mam telefon, mam ją już na FB i mam pisać, jak coś trzeba.
Nie wpadam w euforię, ale fajnie, jeżeli mogę napisać do kogoś: proszę, zapal moim Umarlakom. Bo Lucy nie zapali, to wiem :D
A i z tego, co mówiła, wynika, że i siostra Lucy jest cmentarzowo po tych samych pieniądzach, ale to już wiedziałam. Do brania pieniędzy były obie szybkie, do elementarnej opieki już nie.
Ale nieważne.
Karma to suka.
A potem wcześniej niż myślałam, bo jakoś mi raźnie szło i nawet się nie zmachałam, poleciałam do knajpy, gdzie się umówiłam z koleżankami z przedszkola i podstawówki,o dziwo, aż trzy znalazły czas :)
To były szalone, fajne godziny :)
Spiknęłyśmy się kilka lat temu po kilkudziesięciu latach.
Jedna z nich jest moją przyrodnią siostrą, bo jej mama i mój ojciec pobrali się, ale że życie jest popierdolone, to wyszło jak wyszło.
Nauczyłam się nie szukać winnych, bo po co?
To małżeństwo rozwaliło naszą przyjaźń, ale tak do końca jej nie zniszczyło, więc cieszę się każdym spotkaniem.
Jesteśmy obie pokaleczone, tak sobie bliskie, tak podobne, a tak dalekie.
Ale dobrze się czujemy w swoim towarzystwie i chyba tylko to się liczy, prawda?
Aczkolwiek czasem czuje się kluchę w gardle, gdy dowiadujesz się, że Twoja odwieczna rywalka z polskiego w podstawówce (już w K., gdzie chodziłam od 5. klasy, a która poszła do liceum ekonomicznego i była z moją przyrodnią siostrą w klasie) już nie żyje. Jakie to wszystko tu kruche i ulotne. Kurwa.
Cieszą mnie te chwile, to spotkanie i nieważne, co będzie.
Ważny jest dzisiejszy dzień :)
Pięknie przeżyty.
Odprowadziły mnie na dworzec, bo się kurde, bały, że zostanę :)
Podróż do domu stresująca była, bo kierowca w moim wieku, jak nie starszy, w maleńkim busiku, z gatunku erotoman gawędziarz gawędził całą drogę z młodą pasażerką, którą posadził na siedzeniu dla pilota, gestykulując jak nie przymierzając Holoubek grający Hamleta (o ile grał), a pokazywał jej nawet rentgena swoich zębów w telefonie i wyjaśniając, że ma tylko ten jeden ząb wyrwany.
Ojapierdolę, i tak ponad 100 km...
Jednak dojechałam.
I dostaję Messengera do Synowej.
Ze zdjęciami Małej Wiedźmy.
Kurwa.
Jak nie wrzuca mi Papryczka latającego bez gaci z fąfołkiem na wierzchu, a takie coś wrzuca i na FB, to przysyła mi fotki Małej Wiedźmy, wymalowanej jak ulicznica.
Bo, kurwa zdjęcie dziewięciolatki z karminową, kurewską, nie da się ukryć, bo to nie kolor dla dziewięciolatek szminką na ustach na jakiejś imprezie, to kurwa mać, w dobie #meetoo, pedofilii i innych cudów wianków jest nie na miejscu. Więc piszę, że mi się nie podoba. No i zaczyna się, że mi się nic nie podoba, że kwestionuję jej metody wychowawcze, że nie podobało mi się zdjęcie dziecka ujebanego marchewką czy innym pomarańczowym ustrojstwem, że podoba mi się to od Inżyniera.... WTF? Też na rzygi mi się zbierało na widok Alienka ujebanego na pomarańczowo. Słodkie to jest dla rodziców, nie dla otoczenia. A dziewięciolatka (niespełna) odrąbana jak Miss America to kurwa ojapierdolę. A ta mi pisze, że nie uległa i nie kupiła jej przybornika do makeup.
Przełykałam, jak pisała, że makijaż jest, bo przedstawienie.
Ale wkurwiona na maksa napisałam, że zdania nie zmienię, bo mam prawo mieć swoje zdanie, chociaż nie mam wpływu na wychowanie wnuków.
Że mordę na kłódkę od lat trzymam, ale życzę sobie, żeby nie przysyłała mi zdjęć MW w charakterze Lolity.
Gdybym dostała takie zdjęcie Kalafiorkówny, też zjebałabym po równo.
Fakt, że Kalafiorkówna jeszcze za mała, ale chuj wie, co będzie za parę lat.
A Mała Wiedźma mając dwa lata już wpadła do mnie, trzymając rączkę w kształcie wycelowanego pistoletu i wołając: ping, ping.
Zjechałam Pierworodnego, że dziecię celuje i strzela do ludzi, a okazało się, że genialna babcia J., jako że MW dwie babcie ma, pomalowała jej paznokcie na pink.
Kurwa mać.
Malować paznokcie dwuletniemu dziecku, jak trzeba mieć we łbie nasrane?
STOP.
Wróć.
Może to ty, SJ jesteś posrana do szpiku kości?
No nic.
W szparze unijnej
JEŻUKOLCZASTYKOCHAMCIĘ
Inżynier pamiętał :)
Pierwszy był Baran, ale Baranowi się daty pokićkały i pamiętał w ubiegłą niedzielę.
Ale pamiętał, Skubany, co mnie zawsze w błogostan wprawia, bo ten model tak ma, że częściej pamięta niż rodzone dzieci i za to go kocham :) Wiernie, bo jest mój.
Bo ja stara wariatka jestem i lubię kartki.
W sensie, że ktoś sobie zadaje trud. Fizyczny.
A Inżynier zawsze znajduje takie w sedno.
Pierworodny też, ale za rzadko pamięta.
I tak się skończył ten szalony, ale piękny dzień.
I mam, kurde, pisać książkę dla dzieci, bo ponoć mam talent :)
Hahahaha, zaśmiała się hrabina i oddała mocz do analizy :P
Nie da się tego opowiedzieć normalnie, więc będzie słowotok i pomieszanie z poplątaniem :)
O mało nie zaspałam. Jak zwykle przed podróżą spałam jak zając pod miedzą, a potem klap.
Ale nie zaspałam i nawet zdążyłam na wcześniejszy autobus :P
A na peronie co rusz ktoś mnie pytał o pociąg do Gniezna, jakbym to ja była informacją kolejową, a ja o pociągu do Gniezna z peronu 3. nie miałam zielonego pojęcia.
Doczepiła się do mnie zaś babka w moim wieku i dzięki temu zamiast czytać gazety, jechałam aż do Jarocina słuchając jej życiorysu, nie powiem, że z zainteresowaniem, no ale widać tak głupio wyglądam, że i na spowiednika się nadaję. I że powinnam sobie kogoś znaleźć, bo ona znalazła i jak to fajnie się do kogo mieć przytulić.
There, there, nienawidzę naruszania mojej przestrzeni osobistej. A na pogłaskanie mnie po główce zasługują tylko nieliczni i niech się cieszą. Bo główka łysa :)
A potem już hyc i byłam w K.
Gdzie z dworca pomaszerowałam lewa, prawa, lewa, prawa do Umarlaków.
Oczywiście, jak zwykle od paru lat powitały mnie
Tu już prawie kwitnące.
Ale nie chcę już kupować tego domku z wieżyczką, albowiem smród spalin w K. na rondzie przebił smog w mojej wiosce i nie, perspektywa mieszkania przy rondzie już mnie nie kręci, a nie wygram aż tyle, by "moją kamienicę" przenieść gdzie indziej.
Pogoda do sprzątania była idealna, a dzięki temu, że E. zagląda czasem na cmentarz nie było AŻ tyle roboty i szło mi żwawo i Umarlaki wypucowane dostały po równej wiązance badyli, i aczkolwiek kusiły mnie bratki i inne takie tam w donicach, spoglądając na wór śmieci rzekłam sobie twardo nie.
No bo jest OK, grób to nie choinka wielkanocna, co nie?
I tak rączki do paciorka składam, a jakże, ja, niewierząca, no ale co te Umarlaki mają innego do roboty, oprócz bujania nózią na chmurkach, popijania ambrozji i takich innych tam, jak ja się telepię taki kawał świata, rezygnując z mycia okien, żeby im obmyć wszystko, jak nie zająć się moją litanią życzeń, że to oni wiedzą, rozumieją i mają tu tyle do ogarnięcia i dopilnowania.
I tak ich ustawiam w szeregu i widzę, że sunie ku mnie niewiasta ze zniczem, pracująca dwa groby dalej (Kartka znaleziona na grobie: jestem u Ali dwa groby dalij, było mi zimno. Twój EKS, taki kawał, bawi mnie). Pytam domyślnie: ognia, a niewiasta: Stara Jędza? Nosz, kurka wodna.
Twarz znam, imienia ni cholery nie pamiętam.
Chwila i już wiem, kto to.
Trudno mi wywieść pokrewieństwo, ale łączy nas wspólny dziadek :)
I kiedyś namieszała nieźle w moim życiu, gdy starałam się ojca wysłać na leczenie z alkoholizmu (dzisiaj wiem, że to absurd, przymusowe leczenie o kant dupy potłuc, nałóg to nałóg), a ona mu powiedziała (pracowała w służbie zdrowia), kto go tak "urządził".
Nieważne.
Okazało się, że widząc mnie sprzątającą groby doznała olśnienia, bo dotąd myślała, że grobami zajmuje się Lucy. Że Lucy dojrzała i takie tam :) No proszę, a ja latami się staram, a to na konto Lucy idzie.
Szoknięta była, że to ja.
Że zawsze czysto i takie tam.
Więc pogawędziłyśmy, na kawę zapraszała, ale ja byłam umówiona z kumpelkami, więc przeprosiłam i...
Mam telefon, mam ją już na FB i mam pisać, jak coś trzeba.
Nie wpadam w euforię, ale fajnie, jeżeli mogę napisać do kogoś: proszę, zapal moim Umarlakom. Bo Lucy nie zapali, to wiem :D
A i z tego, co mówiła, wynika, że i siostra Lucy jest cmentarzowo po tych samych pieniądzach, ale to już wiedziałam. Do brania pieniędzy były obie szybkie, do elementarnej opieki już nie.
Ale nieważne.
Karma to suka.
A potem wcześniej niż myślałam, bo jakoś mi raźnie szło i nawet się nie zmachałam, poleciałam do knajpy, gdzie się umówiłam z koleżankami z przedszkola i podstawówki,o dziwo, aż trzy znalazły czas :)
To były szalone, fajne godziny :)
Spiknęłyśmy się kilka lat temu po kilkudziesięciu latach.
Jedna z nich jest moją przyrodnią siostrą, bo jej mama i mój ojciec pobrali się, ale że życie jest popierdolone, to wyszło jak wyszło.
Nauczyłam się nie szukać winnych, bo po co?
To małżeństwo rozwaliło naszą przyjaźń, ale tak do końca jej nie zniszczyło, więc cieszę się każdym spotkaniem.
Jesteśmy obie pokaleczone, tak sobie bliskie, tak podobne, a tak dalekie.
Ale dobrze się czujemy w swoim towarzystwie i chyba tylko to się liczy, prawda?
Aczkolwiek czasem czuje się kluchę w gardle, gdy dowiadujesz się, że Twoja odwieczna rywalka z polskiego w podstawówce (już w K., gdzie chodziłam od 5. klasy, a która poszła do liceum ekonomicznego i była z moją przyrodnią siostrą w klasie) już nie żyje. Jakie to wszystko tu kruche i ulotne. Kurwa.
Cieszą mnie te chwile, to spotkanie i nieważne, co będzie.
Ważny jest dzisiejszy dzień :)
Pięknie przeżyty.
Odprowadziły mnie na dworzec, bo się kurde, bały, że zostanę :)
Podróż do domu stresująca była, bo kierowca w moim wieku, jak nie starszy, w maleńkim busiku, z gatunku erotoman gawędziarz gawędził całą drogę z młodą pasażerką, którą posadził na siedzeniu dla pilota, gestykulując jak nie przymierzając Holoubek grający Hamleta (o ile grał), a pokazywał jej nawet rentgena swoich zębów w telefonie i wyjaśniając, że ma tylko ten jeden ząb wyrwany.
Ojapierdolę, i tak ponad 100 km...
Jednak dojechałam.
I dostaję Messengera do Synowej.
Ze zdjęciami Małej Wiedźmy.
Kurwa.
Jak nie wrzuca mi Papryczka latającego bez gaci z fąfołkiem na wierzchu, a takie coś wrzuca i na FB, to przysyła mi fotki Małej Wiedźmy, wymalowanej jak ulicznica.
Bo, kurwa zdjęcie dziewięciolatki z karminową, kurewską, nie da się ukryć, bo to nie kolor dla dziewięciolatek szminką na ustach na jakiejś imprezie, to kurwa mać, w dobie #meetoo, pedofilii i innych cudów wianków jest nie na miejscu. Więc piszę, że mi się nie podoba. No i zaczyna się, że mi się nic nie podoba, że kwestionuję jej metody wychowawcze, że nie podobało mi się zdjęcie dziecka ujebanego marchewką czy innym pomarańczowym ustrojstwem, że podoba mi się to od Inżyniera.... WTF? Też na rzygi mi się zbierało na widok Alienka ujebanego na pomarańczowo. Słodkie to jest dla rodziców, nie dla otoczenia. A dziewięciolatka (niespełna) odrąbana jak Miss America to kurwa ojapierdolę. A ta mi pisze, że nie uległa i nie kupiła jej przybornika do makeup.
Przełykałam, jak pisała, że makijaż jest, bo przedstawienie.
Ale wkurwiona na maksa napisałam, że zdania nie zmienię, bo mam prawo mieć swoje zdanie, chociaż nie mam wpływu na wychowanie wnuków.
Że mordę na kłódkę od lat trzymam, ale życzę sobie, żeby nie przysyłała mi zdjęć MW w charakterze Lolity.
Gdybym dostała takie zdjęcie Kalafiorkówny, też zjebałabym po równo.
Fakt, że Kalafiorkówna jeszcze za mała, ale chuj wie, co będzie za parę lat.
A Mała Wiedźma mając dwa lata już wpadła do mnie, trzymając rączkę w kształcie wycelowanego pistoletu i wołając: ping, ping.
Zjechałam Pierworodnego, że dziecię celuje i strzela do ludzi, a okazało się, że genialna babcia J., jako że MW dwie babcie ma, pomalowała jej paznokcie na pink.
Kurwa mać.
Malować paznokcie dwuletniemu dziecku, jak trzeba mieć we łbie nasrane?
STOP.
Wróć.
Może to ty, SJ jesteś posrana do szpiku kości?
No nic.
W szparze unijnej
JEŻUKOLCZASTYKOCHAMCIĘ
Inżynier pamiętał :)
Pierwszy był Baran, ale Baranowi się daty pokićkały i pamiętał w ubiegłą niedzielę.
Ale pamiętał, Skubany, co mnie zawsze w błogostan wprawia, bo ten model tak ma, że częściej pamięta niż rodzone dzieci i za to go kocham :) Wiernie, bo jest mój.
Bo ja stara wariatka jestem i lubię kartki.
W sensie, że ktoś sobie zadaje trud. Fizyczny.
A Inżynier zawsze znajduje takie w sedno.
Pierworodny też, ale za rzadko pamięta.
I tak się skończył ten szalony, ale piękny dzień.
I mam, kurde, pisać książkę dla dzieci, bo ponoć mam talent :)
Hahahaha, zaśmiała się hrabina i oddała mocz do analizy :P
niedziela, 24 marca 2019
Nie zabrałam wczoraj
kuponów na kolejną książeczkę o Słodziakach, Kochany Pamiętniczku.
Jako że nie mam zamiaru wydawać kolejnej kasy, pojechałam jednak je odebrać, jako że pogoda była całkiem wiosenna.
Po drodze do lokalu wyborczego, jako porządna obywatelka głosuję we wszystkich wyborach, bo jak ja nie głosuję, to do władzy pisiory się dopychają, znalazłam takie cudo
W naszej osiedlowej sralni dla psów, bo trudno to laskiem nazwać. Chodzę tamtędy od bez mała trzydziestu lat i pierwszy raz widzę takie cuda :D
I tak sobie powoli dreptałam na pętlę, grzejąc się w słoneczku i dojechałam do starego ZOO, bo tam się umówiliśmy na randkę.
Fajnie było, rodzinnie, nie mogę narzekać. Kalafiorkówna spała, ona we wózku, wsadzona do bimby po krótkim koncercie zasypia i śpi godzinami, ideał, nie dziecko :)
A Alienek był jak psiak ze smyczy spuszczony
A w ZOO ruja i porubstwo...
... kozioł kozłową w dupsko trykał, taka tam gra wstępna po koźlemu...
... osiołki się migdaliły (kilka lat temu pisiorowa radna zgłosiła interpelację, że to nieobyczajne, bo przyłapała osiołki na otwartym sekszeniu na wybiegu)...
... a dziecko na wszystko patrzyło szeroko otwartymi oczyma, dobrze, że nie mówi, bo nie męczyło nas pytaniami, co one robią :P
A fiołki też rosły
A potem karuzela, ale tu wykpiłam się tanim kosztem, bo za dychę Alienek 3 razy jechał, a Inżynier jako obstawa VIPa też się za darmo kręcił, a i balonika dostali :) Nie wiadomo, który z nich tam się lepiej bawił :)
Były też dziewczyny i na pytanie, gdzie idziemy jeść, chórem krzyknęły: kebab, Avenida.
Jprdl, co one mają z tym kebabem?
Ja w życiu nie jadłam i żyję.
I czemu Avenida?
Byliśmy na Jeżycach, a tam są wypasione knajpy.
No nic, poszliśmy do Avenidy, choć mówiłam o sensacjach żołądkowych. Stanęło zatem na knajpie, ale że tam knajp jak na lekarstwo, zakotwiczyliśmy w Pizza Hut. Muzyka tak napierdalała, że kelnerka nie zrozumiała mojego zamówienia, a ja nie zrozumiałam, co ona mówi, potwierdzając. Zrozumiałam tylko "na grubym" i uznałam, że to moje zamówienie, bo tylko ja zamawiam na grubym, I tak zamiast Vege Manii dostałam kurczaka na boczku.
Nie awanturniczyłam się, bo szkoda mi było czasu, wszystko mi jedno, co jem, więc zjadłam :)
Alienek, zmęczony, zjadł trzy kawałki swojej pizzy i z honorem na dnie legł. Znaczy zasnął, Kalafiorkówna spała cały czas, więc była chwila spokoju.
Leciał prosto na Bałtyk, ale jakiś porządny pilot. Nie pierdalnął :)
Odlatują we wtorek, potem widzimy się w maju.
Będzie jazda, bo dostanę Kalafiorkównę na służbę na weselu, bo wciąż na cycku będzie.
No nic, zobaczymy.
I teraz znów radio Pogoda, wierny towarzysz i kombinowanie, kiedy do Umarlaków.
Jako że nie mam zamiaru wydawać kolejnej kasy, pojechałam jednak je odebrać, jako że pogoda była całkiem wiosenna.
Po drodze do lokalu wyborczego, jako porządna obywatelka głosuję we wszystkich wyborach, bo jak ja nie głosuję, to do władzy pisiory się dopychają, znalazłam takie cudo
W naszej osiedlowej sralni dla psów, bo trudno to laskiem nazwać. Chodzę tamtędy od bez mała trzydziestu lat i pierwszy raz widzę takie cuda :D
I tak sobie powoli dreptałam na pętlę, grzejąc się w słoneczku i dojechałam do starego ZOO, bo tam się umówiliśmy na randkę.
Fajnie było, rodzinnie, nie mogę narzekać. Kalafiorkówna spała, ona we wózku, wsadzona do bimby po krótkim koncercie zasypia i śpi godzinami, ideał, nie dziecko :)
A Alienek był jak psiak ze smyczy spuszczony
A w ZOO ruja i porubstwo...
... kozioł kozłową w dupsko trykał, taka tam gra wstępna po koźlemu...
... osiołki się migdaliły (kilka lat temu pisiorowa radna zgłosiła interpelację, że to nieobyczajne, bo przyłapała osiołki na otwartym sekszeniu na wybiegu)...
... a dziecko na wszystko patrzyło szeroko otwartymi oczyma, dobrze, że nie mówi, bo nie męczyło nas pytaniami, co one robią :P
A fiołki też rosły
A potem karuzela, ale tu wykpiłam się tanim kosztem, bo za dychę Alienek 3 razy jechał, a Inżynier jako obstawa VIPa też się za darmo kręcił, a i balonika dostali :) Nie wiadomo, który z nich tam się lepiej bawił :)
Były też dziewczyny i na pytanie, gdzie idziemy jeść, chórem krzyknęły: kebab, Avenida.
Jprdl, co one mają z tym kebabem?
Ja w życiu nie jadłam i żyję.
I czemu Avenida?
Byliśmy na Jeżycach, a tam są wypasione knajpy.
No nic, poszliśmy do Avenidy, choć mówiłam o sensacjach żołądkowych. Stanęło zatem na knajpie, ale że tam knajp jak na lekarstwo, zakotwiczyliśmy w Pizza Hut. Muzyka tak napierdalała, że kelnerka nie zrozumiała mojego zamówienia, a ja nie zrozumiałam, co ona mówi, potwierdzając. Zrozumiałam tylko "na grubym" i uznałam, że to moje zamówienie, bo tylko ja zamawiam na grubym, I tak zamiast Vege Manii dostałam kurczaka na boczku.
Nie awanturniczyłam się, bo szkoda mi było czasu, wszystko mi jedno, co jem, więc zjadłam :)
Alienek, zmęczony, zjadł trzy kawałki swojej pizzy i z honorem na dnie legł. Znaczy zasnął, Kalafiorkówna spała cały czas, więc była chwila spokoju.
Leciał prosto na Bałtyk, ale jakiś porządny pilot. Nie pierdalnął :)
Odlatują we wtorek, potem widzimy się w maju.
Będzie jazda, bo dostanę Kalafiorkównę na służbę na weselu, bo wciąż na cycku będzie.
No nic, zobaczymy.
I teraz znów radio Pogoda, wierny towarzysz i kombinowanie, kiedy do Umarlaków.
sobota, 23 marca 2019
Życie
mnie przerasta, Kochany Pamiętniczku.
I nie chcę się czuć, że się wywnętrzam, że wszystko mi nie pasuje, że już na śmietnik i apiać takie tam.
Tak, wiem, mam żyć swoim życiem, nie wtrącać się w cudze.
Ale czasami witki mi opadają z wielkim hukiem i z trzaskiem, kiedy na to wszystko patrzę.
Randka w Avenidzie to ojapierdolę.
Oczywiście, jak zwykle, byłam punktualnie i czekałam, ale...
Dzięki temu odkryłam tor pociągu, na którym zbankrutowałam, ale tyle szczęścia w Alienkowych oczkach warte było wydanej kasy.
Nie jestem w stanie zaspokoić marzeń wnuków, gdybym miała całą czwórkę tu na miejscu na co dzień.
To znaczy, jak najbardziej jestem w stanie, ale nie łażąc po galeriach i...
No znów wylałabym wiadro pomyj, ale po co?
Że moja Synowa ma nie po kolei we łbie, bo...
Nie rozumiem niewiast włażących do każdego sklepu i macających wszystko.
Nawet, gdy nie mają swojej kasy, a mąż zarabia już ostatnim rzutem na taśmę i miota się jak karp w przerębli?
Że dziecko MUSI mieć kolejny pierdalnięty w chuj gryzak, za całe trzydzieści parę złotych (kupiłam, stać mnie na to, parę piw mniej), bo wszystkie pojebane mamuśki na jakimś forum go polecają? Że dziecko jest po nim jak cót, mjut o ożeszkurwa, sorry, orzeszki laskowe?
Oddychamy głęboko.
Kupiłam sobie kolejne DKNY w czasie tej łazęgi, bo kurwa, musiałam :) Ochroniarz z Douglasa, gdy po raz setny jeździłam tym podwójnym wózkiem koło wejścia listy gończe za mną słał, a one, znaczy się Synowa i jej siostra pierdyliard ciuchów przymierzały, przewalały i KURWA, ani jednego nie kupiły.
A potem dołączyła A.Wszyscy niejako żywimy podejrzenia, że A. jest partnerką siostry Synowej. Ale to nie moja bajka :P I nie, nie idziemy do knajpy, bo szkoda kasy. Spoko, ja, zawsze wyrywna, nie pcham się do knajpy ani do płacenia, bo niby dlaczego za cztery osoby ja mam płacić? Oprócz Synowej, wszystkie pracujemy, a ostatnio w knajpie płaciłam ja. Wybór: kebab. Kebab, kurwa, na dworcu? Marudzę. Ale najpierw Smyk. W Smyku budzi się Alienek. Kalafiorkówna dalej śpi jak zabita.
Budzący się Alienek na mój widok mówi rytualne: babcia, ojapierdolę, wie, gówniarz, jak mnie przekupić. Po swojemu mówi, ale to tylko tak do mnie mówi. Nie trzeba mu tłumaczyć: szał ciał. Jest babcia. A babcia cała happy. Bywa. Wychodzimy ze Smyka z dwoma balonami, bo i puppy, puppy i ap, ap, nie wiem, jak to zapisać, mlaskanie ustami, bo rybka.
Lżejsza - ja - o 20 zeta za dwa balony, ale ten błysk w oczach, tego się nie da na kasę przeliczyć. I na to, że mój czekista wie, że ja to ja.
Od Pierworodnego nigdy nie stanęło żadne dziecko na baczność na mój widok.
A oswajanie trwało godzinami.
Dziś Mała Wiedźma wie, kim jestem, ale... Ona za chwilę będzie miała 9 lat. A Alienek ma niecałe dwa i na ojca mówi mama :)
A na mnie bezbłędnie: brr... :)
Jedzenie w bufetach: gdzie każdy, a na dworcu, bo Avenida to dworzec, przechodząc przy tych bufetach rozsiewa swoje DNA, kaszle, kicha, ma nieumyte ręce i nakłada...
KURWA MAĆ.
Alienek dostał paluszki rybne i frytki.
O, zdrowy i wyjebany w Kosmos obiad dla dwulatka.
Przedtem starał się, czekając na swoje danie wyżebrać u osób już jedzących chociaż jedną frytkę, ale babcia, Stara Jędza, sprowadziła go do pionu, mówiąć tym swoim tonem: Alienek, nie żebrz, chodź do babci, zobacz, co ma. Marchewką pogardził, brokułem i kalafiorem też. Na szczęście nadciągnęła matka A. z paluszkami rybnymi i frytkami. Paluszki nawet koło ryby nie leżały, ale oczywiście, co komu to przeszkadza? A jeszcze się, kurwa, zastanawiały, czy resztek do domu nie zabrać.
Ja, osobiście, następnego dnia zaliczyłam niezłą sraczkę.
Dobrze, że byłam w domu. Nigdy więcej jedzenia z otwartych bufetów, bo taniej. Zapłaciłam tyle, co w knajpie.
Nie będę opisywala radości na tej jebanej kolejce i na karuzeli.
I innych takich tam.
A potem dni, kiedy myślałam, że kurwa w Kosmos wylecę.
Bo pracowałam.
Jak zwykle. I niezwykle.
Boss uznał, że jestem znakomita, gdy w jego (JEGO!) tekście błąd merytoryczny nakryłam. A on, kurwa, takich nie robi.Od niego wróbelki odnoszą :P
A co ja będę sobie sama bębenek podbijała.
Jestem dobra, jestem najlepsza i chuj.
Chociaż nic z tego nie mam.
Odchorowałam zamykanie, a Synowa mi na to: bo ty zawsze jak masz się z nami spotkać, jesteś chora.
Tak, kurwa mać, biorę lewe L4, którego od 20 lat nie brałam :P
Naszpikowałam się wszystkimi możliwymi środkami i dziś stawiłam się karnie na drugich urodzinach Alienka.
I ojapierdolę...
Bez pytania, bez niczego, po swojemu na mój widok wrzasnął babcia.
I...
Rzucił się na mnie, zupełnie niezainteresowany wielką paką prezentów :)
Wytulił, wymiział i zrobił mi dzień.
Potem Kalafiorkównę uśpiłam, mam tę moc.
I z Jubilatem się pobawiłam, ale zatykało mnie, bo i kanarki, i kupa luda, i pies, i okna zamknięte, bo wieje.
Jednak nie umiem tak żyć.
Zapiera mi dech od smrodu, zresztą dziadek Alienka zasypiał za stołem, prababcia też, w sumie jej się nie dziwię (update: zero alkoholu było), brylował wujek, który kupił DROGĄ zabawkę i chciał, żeby wszyscy to docenili, pies za chuja nie chciał wyjść z łazienki, kiedy ja musiałam do niej wejść. Dzieci się biły w myśl modnego hasła: bunt dwulatka, a jak dla mnie, z aparatami, to był armageddon. Potem Alienek dorwał bezpański telefon i do mnie zadzwonił. I znów gadalismy jak czekista z czekistą.
Czasami rodzina jest przereklamowana i najlepiej jak człowieki są same, prawda Kochanie Moje?
Kochany Pamiętniczku, nie da się ukryć, że jestem na maksa pojebana, co nie?
Bo po dwóch godzinach spieprzałam stamtąd w podskokach, żegnana rozdzierającym wyciem Alienka, który chciał ze mną "papa", mimo protestów osobistych rodzicieli.
Mimo jego całej miłości do wszelkiego rodzaju sierściuchów, myślę, że...
A w sumie nieważne, co ja myślę, co nie?
Odchorowałam kolejne zamykanie.
Dosłownie. A Synowa na moje, że jestem chora i nie wiem, czy przyjdę, by nie pozarażać dzieci odpowiedziała: ty zawsze chorujesz, jak masz przyjść.
No pewno, bo ja tak specjalnie, szukam wymówek.
Kurwa.
Mam za niedługo 65 lat.
I byłam dziś na Bema, pytam o cenę pieścichłopów.
Za taaaaki wielki bukiet.
Gość: 25 zł.
Wyciągam 30.
Jak dla pani 20.
Nie targowałam się, bo nie umiem :)
Ma fajne bukiety dla Umarlaków. Bo zbieram się na porządki tam.
Muszę.
Kurwa, jestem pojebana na maksa i niech nikt nie odważy się zaprzeczyć, bo zabiję.
I zmarł mój profesor od fizyki i chemii. Dożył osiemdziesiątki. Jeden z najlepszych nauczycieli, jakich miałam. Jeden z tych, którym tak wiele zawdzięczam, jako antytalent z nauk ścisłych. Dziś, jako dorosła kobieta widzę go inaczej.
Nie ja, bo ja nieatrakcyjna fizycznie zawsze byłam, ale niektóre koleżanki, nastoletnie seksboginie...
Nie wnikam, czy był gejem.
Był wspaniałym nauczycielem i szczęściarzami są ci, którzy byli jego uczniami.
I nie chcę się czuć, że się wywnętrzam, że wszystko mi nie pasuje, że już na śmietnik i apiać takie tam.
Tak, wiem, mam żyć swoim życiem, nie wtrącać się w cudze.
Ale czasami witki mi opadają z wielkim hukiem i z trzaskiem, kiedy na to wszystko patrzę.
Randka w Avenidzie to ojapierdolę.
Oczywiście, jak zwykle, byłam punktualnie i czekałam, ale...
Dzięki temu odkryłam tor pociągu, na którym zbankrutowałam, ale tyle szczęścia w Alienkowych oczkach warte było wydanej kasy.
Nie jestem w stanie zaspokoić marzeń wnuków, gdybym miała całą czwórkę tu na miejscu na co dzień.
To znaczy, jak najbardziej jestem w stanie, ale nie łażąc po galeriach i...
No znów wylałabym wiadro pomyj, ale po co?
Że moja Synowa ma nie po kolei we łbie, bo...
Nie rozumiem niewiast włażących do każdego sklepu i macających wszystko.
Nawet, gdy nie mają swojej kasy, a mąż zarabia już ostatnim rzutem na taśmę i miota się jak karp w przerębli?
Że dziecko MUSI mieć kolejny pierdalnięty w chuj gryzak, za całe trzydzieści parę złotych (kupiłam, stać mnie na to, parę piw mniej), bo wszystkie pojebane mamuśki na jakimś forum go polecają? Że dziecko jest po nim jak cót, mjut o ożeszkurwa, sorry, orzeszki laskowe?
Oddychamy głęboko.
Kupiłam sobie kolejne DKNY w czasie tej łazęgi, bo kurwa, musiałam :) Ochroniarz z Douglasa, gdy po raz setny jeździłam tym podwójnym wózkiem koło wejścia listy gończe za mną słał, a one, znaczy się Synowa i jej siostra pierdyliard ciuchów przymierzały, przewalały i KURWA, ani jednego nie kupiły.
A potem dołączyła A.Wszyscy niejako żywimy podejrzenia, że A. jest partnerką siostry Synowej. Ale to nie moja bajka :P I nie, nie idziemy do knajpy, bo szkoda kasy. Spoko, ja, zawsze wyrywna, nie pcham się do knajpy ani do płacenia, bo niby dlaczego za cztery osoby ja mam płacić? Oprócz Synowej, wszystkie pracujemy, a ostatnio w knajpie płaciłam ja. Wybór: kebab. Kebab, kurwa, na dworcu? Marudzę. Ale najpierw Smyk. W Smyku budzi się Alienek. Kalafiorkówna dalej śpi jak zabita.
Budzący się Alienek na mój widok mówi rytualne: babcia, ojapierdolę, wie, gówniarz, jak mnie przekupić. Po swojemu mówi, ale to tylko tak do mnie mówi. Nie trzeba mu tłumaczyć: szał ciał. Jest babcia. A babcia cała happy. Bywa. Wychodzimy ze Smyka z dwoma balonami, bo i puppy, puppy i ap, ap, nie wiem, jak to zapisać, mlaskanie ustami, bo rybka.
Lżejsza - ja - o 20 zeta za dwa balony, ale ten błysk w oczach, tego się nie da na kasę przeliczyć. I na to, że mój czekista wie, że ja to ja.
Od Pierworodnego nigdy nie stanęło żadne dziecko na baczność na mój widok.
A oswajanie trwało godzinami.
Dziś Mała Wiedźma wie, kim jestem, ale... Ona za chwilę będzie miała 9 lat. A Alienek ma niecałe dwa i na ojca mówi mama :)
A na mnie bezbłędnie: brr... :)
Jedzenie w bufetach: gdzie każdy, a na dworcu, bo Avenida to dworzec, przechodząc przy tych bufetach rozsiewa swoje DNA, kaszle, kicha, ma nieumyte ręce i nakłada...
KURWA MAĆ.
Alienek dostał paluszki rybne i frytki.
O, zdrowy i wyjebany w Kosmos obiad dla dwulatka.
Przedtem starał się, czekając na swoje danie wyżebrać u osób już jedzących chociaż jedną frytkę, ale babcia, Stara Jędza, sprowadziła go do pionu, mówiąć tym swoim tonem: Alienek, nie żebrz, chodź do babci, zobacz, co ma. Marchewką pogardził, brokułem i kalafiorem też. Na szczęście nadciągnęła matka A. z paluszkami rybnymi i frytkami. Paluszki nawet koło ryby nie leżały, ale oczywiście, co komu to przeszkadza? A jeszcze się, kurwa, zastanawiały, czy resztek do domu nie zabrać.
Ja, osobiście, następnego dnia zaliczyłam niezłą sraczkę.
Dobrze, że byłam w domu. Nigdy więcej jedzenia z otwartych bufetów, bo taniej. Zapłaciłam tyle, co w knajpie.
Nie będę opisywala radości na tej jebanej kolejce i na karuzeli.
I innych takich tam.
A potem dni, kiedy myślałam, że kurwa w Kosmos wylecę.
Bo pracowałam.
Jak zwykle. I niezwykle.
Boss uznał, że jestem znakomita, gdy w jego (JEGO!) tekście błąd merytoryczny nakryłam. A on, kurwa, takich nie robi.Od niego wróbelki odnoszą :P
A co ja będę sobie sama bębenek podbijała.
Jestem dobra, jestem najlepsza i chuj.
Chociaż nic z tego nie mam.
Odchorowałam zamykanie, a Synowa mi na to: bo ty zawsze jak masz się z nami spotkać, jesteś chora.
Tak, kurwa mać, biorę lewe L4, którego od 20 lat nie brałam :P
Naszpikowałam się wszystkimi możliwymi środkami i dziś stawiłam się karnie na drugich urodzinach Alienka.
I ojapierdolę...
Bez pytania, bez niczego, po swojemu na mój widok wrzasnął babcia.
I...
Rzucił się na mnie, zupełnie niezainteresowany wielką paką prezentów :)
Wytulił, wymiział i zrobił mi dzień.
Potem Kalafiorkównę uśpiłam, mam tę moc.
I z Jubilatem się pobawiłam, ale zatykało mnie, bo i kanarki, i kupa luda, i pies, i okna zamknięte, bo wieje.
Jednak nie umiem tak żyć.
Zapiera mi dech od smrodu, zresztą dziadek Alienka zasypiał za stołem, prababcia też, w sumie jej się nie dziwię (update: zero alkoholu było), brylował wujek, który kupił DROGĄ zabawkę i chciał, żeby wszyscy to docenili, pies za chuja nie chciał wyjść z łazienki, kiedy ja musiałam do niej wejść. Dzieci się biły w myśl modnego hasła: bunt dwulatka, a jak dla mnie, z aparatami, to był armageddon. Potem Alienek dorwał bezpański telefon i do mnie zadzwonił. I znów gadalismy jak czekista z czekistą.
Czasami rodzina jest przereklamowana i najlepiej jak człowieki są same, prawda Kochanie Moje?
Kochany Pamiętniczku, nie da się ukryć, że jestem na maksa pojebana, co nie?
Bo po dwóch godzinach spieprzałam stamtąd w podskokach, żegnana rozdzierającym wyciem Alienka, który chciał ze mną "papa", mimo protestów osobistych rodzicieli.
Mimo jego całej miłości do wszelkiego rodzaju sierściuchów, myślę, że...
A w sumie nieważne, co ja myślę, co nie?
Odchorowałam kolejne zamykanie.
Dosłownie. A Synowa na moje, że jestem chora i nie wiem, czy przyjdę, by nie pozarażać dzieci odpowiedziała: ty zawsze chorujesz, jak masz przyjść.
No pewno, bo ja tak specjalnie, szukam wymówek.
Kurwa.
Mam za niedługo 65 lat.
I byłam dziś na Bema, pytam o cenę pieścichłopów.
Za taaaaki wielki bukiet.
Gość: 25 zł.
Wyciągam 30.
Jak dla pani 20.
Nie targowałam się, bo nie umiem :)
Ma fajne bukiety dla Umarlaków. Bo zbieram się na porządki tam.
Muszę.
Kurwa, jestem pojebana na maksa i niech nikt nie odważy się zaprzeczyć, bo zabiję.
I zmarł mój profesor od fizyki i chemii. Dożył osiemdziesiątki. Jeden z najlepszych nauczycieli, jakich miałam. Jeden z tych, którym tak wiele zawdzięczam, jako antytalent z nauk ścisłych. Dziś, jako dorosła kobieta widzę go inaczej.
Nie ja, bo ja nieatrakcyjna fizycznie zawsze byłam, ale niektóre koleżanki, nastoletnie seksboginie...
Nie wnikam, czy był gejem.
Był wspaniałym nauczycielem i szczęściarzami są ci, którzy byli jego uczniami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































