poniedziałek, 13 września 2021

Odmówiłam

 przedłużenia Office, jak Inżynier kazał, Kochany Pamiętniczku.

Co roku płaciłam 300 zł bez grosza za odnowienie subskrypcji, ale że Inżynierowa potrzebuje teraz Office'a, kupili Family, droższe, ale na więcej kompów. Nie chciałam za frico, zapłaciłam swoją działkę, ale się wszystko pozajączkowało. Miał sprawdzić dziś, ale bankowe sprawy mu weszły w paradę, no cóż, są ważniejsze.

Będzie dobrze, nie chcę tylko stracić zdjęć z OneDrive, dość już potraciłam.

No nic, pozostaję z nadzieją, że uda się ocalić całokształt. 

Niby zamykanie szło dobrze, o 16 skończyliśmy, z emilkiem, że dziękujemy i uścisk dłoni...

Już mi się serce i nogi na wolność rwały, ale coś mnie tknęło... (że nie wspomnę o nadgodzinach)...

Nie, nie śledziłam już poczty, po prostu coś mnie "tkło".

Ostatni tekst Bossa, a jakże, z mea culpa, poszedł prawie spóźniony.

A, kurwa, miał iść ósmego... 

Kto opóźnił? Wiadomo, korekta. A że Puda różni się od Dudy i że to korekta wyłapała, to małe miki.

Na pocieszenie lecą dziś z YT piosenki, które kocham, bo słuchawki od iPada się ładują.

I, kurwa mać, mea culpa,mea maxima culpa... 

Dosłucham płyty Andrzeja R., gdzie znajdzie mnie, niezmienioną, tę samą (obawiam się, że już nie, ale życie płata figle i pisze zaskakujące scenariusze, więc... perhaps? quizais? maybe? peut être?).

Ale i tak dla niebogaczy są prognozy złe...

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie 

Et d'autres en plein soleil

 Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit 

Tranquilles dans leur sommeil...

 

C'est la vie...

 

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html
Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html

 

Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html
Il y a ceux qui veulent mourir un jour de pluie Et d'autres en plein soleil Il y a ceux qui veulent mourir seuls dans un lit Tranquilles dans leur sommeil

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,dalida,mourir_sur_scene.html

piątek, 10 września 2021

Piątek

 Kochany Pamiętniczku.

Życie mija na czekaniu, dobrze, że mi Boss napisał, że "jak najwięcej w piątek, ale do drukarni w poniedziałek". Nie dostałam z tego dziś nic, za to zdążyłam polecieć na Manhattan, bladym świtem, of course, pierś wystawiona do medali, ale same plusy.

Dostałam żółte pomidory na przetwory. Nie było kolejek. Nie było upału. I leciałam jak strzała, bo jako że moje nienormalne godziny to mnie przypiliło, ale się udało.

A potem leń na maksa, więc dokończyłam Castle & Castle, a co trzeba poznawać obce kultury. Inna maniera grania, dla mnie bardziej konwencja komiczna, no ale zielonego pojęcia nie mam o kulturze nigeryjskiej. Będzie 2. sezon, oglądnę.

Powidła, przecier, na obiad cut, mjut i ożeszki ziemne. Znaczy się: cebula, papryka,cukinia, czosnek, papryczka chilli, pieczarki, ziemniaczki w bryftannie, nieużywanej od roku, bo supergary zajęte na przetwory. Na jutro też mam obiad :) Tanim kosztem i małym wysiłkiem, bo się samo dusiło.

Po osiemnastej, skończywszy oglądanie, przerywane praniem, kopnęłam się w tę tłustą kubańską i błyskawicznie ogarnęłam mieszkanie gospodarczo, żeby jutro pospać... Ta, znając życie wstanę bladym świtem i nic do roboty, ale pewnie coś wymyślę.

A jako że piątek i potańcówka, więc dupa mi się rusza, zwłaszcza po


Dobre, słodkie, ale delikatną słodyczą, nie ulepek, na dokładkę koszerne, jprdl, z granatów, zagramaniczne, z USA  :)

Może uda mi się spokojnie przespać noc, nie myśląc o powoływaniu ludzi, nawet 60-letnich do wojska na ćwiczenia (serio? ilu jest wysportowanych 60-latków, na dokładkę znających się na współczesnym sprzęcie), o zapowiadanym polexicie (serio? te pojeby w Parlamencie Europejskim grubą kasę golą, uważając się za zakładników UE, zwłaszcza ta pojebana oborowa), brexit ich nic nie nauczył.O rosnących w szalonym tempie cenach, o rozpiździelu w budowlance, a Inżynier właśnie dostał kredyt i zaczyna budowę...

Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka. Spać, nie myśląc. Nie pisząc scenariuszy podczas przewracania się z boku na bok.

Kurwa.

A wydawało się już, że to, co złe odeszło i nie wróci...

Inżynier plumknął, że myślał o fotowoltaice na mojej loggii, ale mam za mało słońca. Nawet gdybym miała go dość, olać.

Jak idiotka ścibolę każdą złotówkę, której nie wydam na picie właśnie na czarną godzinę.

A to wino to z tej paczki na wycieraczce, za tomik poezji.

Może dlatego tak dobrze smakuje?


czwartek, 9 września 2021

Wrzesień

 Kochany Pamiętniczku, paskudnym miesiącem jest.

7 odszedł Eks, 11 mój brat, 12 moja Mama, co z tego, że nie w tym samym roku?

W tym roku już Tomasz Knapik, Jean Paul Belmondo (jeżu kolczasty, jak ja się w nim kochałam), Wiesław Gołas.

We wrześniu Inżynier wylądował na OiOM i wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że "w najlepszym przypadku będzie potrzebny przeszczep serca".

Uciekł kostusze spod łopaty, bo to uparty egzemplarz jest.

A dziś Pierworodny pisze, że zmarł dziadek jego żony i w sobotę pogrzeb.

Pojechali do O.

Poprosiłam o przekazanie kondolencji, nie, nie jadę na pogrzeb. Widziałam gościa raz w życiu na ich ślubie, przesympatyczny, ale...

Jego córka, a teściowa Pierworodnego zawaliła się (no wiem, jestem istotą bez serca, ale tak wyszło), więc nie sądzę, żeby obarczanie rodziny dowiezieniem mnie z W. i zajmowaniem się mną potem miało jakikolwiek sens. 

No nic. I choć jak ta żaba, co wyrzekała się błota, choć sama w nie wlazła, zapierałam się, że nie odezwę się do Synowej, uświadomiłam sobie, że jak już nie wiem, co robić, wypada być po prostu dobrze wychowanym.

Napisałam kondolencje i o dziwo, choć była w pracy, gdzie rzekomo nie może się nigdzie online ruszyć, od razu odpisała.

Nieważne. 

W mojej pamięci pozostał skromny, szczupły gość, tłumaczący mi grzecznie dokładnie 10 lat temu, że on to sobie na rower wsiada i jedzie, żeby nikomu nie przeszkadzać.

Miał 96 lat. Nawet nie wiem, jak miał na imię.

Niech mu ziemia lekką będzie, a i spotkanie z żoną da dużo radości. Stęsknili się pewno za sobą.

Wczoraj polazłam na kijki, zamknąwszy pocztę po cichu o 13, kopnąwszy się w tę kubańską dupę i...

Nie chciało mi się złazić do piątki po wodę, no przecież wrzesień i gorąc nie jest taki gorący, co nie? A picie to sikanie...

Wróciłam do domu po 40-minutowym spacerze w terenie bez cienia mokra jak siwa mysz, dysząc jak ta lokomotywa z wiersza Tuwima i padając na ten paskudny mord... Wrześniowe 25 stopni jednak daje popalić w pełnym słońcu.

Dziś już nie szarżowałam, poszłam na zakupy do Biedronki i Lidla (bo mi się serki wędzone w drzewie bukowo-olchowym skończyły), wolnym walcem i też wróciłam do domu skonana, więc mimo planów, zero kijków. Za gorąco.

Teoretycznie lodówka pełna, ale jeszcze warzyw brak, więc jutro - o ile tę leniwą kubańską w porę podniosę - Manhattan.

A, bo szef, mający się zamknąć w środę, przesunął się na piątek i nawet, jak sam Boss napisał, może i na poniedziałek...

Jako że nie będzie w weekend kolejnej akcji zawieszania plafonu, spokojnie to powinnam ogarnąć.

A i Inżynier już ma plany na październik, a jakże, z podkreśleniem, że stanięcie nad Umarlakami jest człowiekowi do szczęścia potrzebne.

Byle wrzesień minął bez kolejnych strat i dat.

Chociaż... 12 odeszła moja Mama, za to na świecie pojawiła się pierwsza córka Sikory.

Więc jak widać, życie nie znosi próżni, są plusy dodatnie i plusy ujemne.

Bo rzeczona córka jest the best, jak moja Mama :)

poniedziałek, 6 września 2021

Operacja

 zawieszamy mamie lampę w łazience, Kochany Pamiętniczku, zakończyła się klęską (za co niebiosom dzięki, albowiem sprzątać nie musiałam). Rzeczony plafon zanabyłam na wsjakij słuczaj, jak już wszystko jebnie z hukiem, ale nie spieszy mi się. Pierworodny przybył bladym świtem, uzbrojony w narzędzia, z teczuszką z narzędziami, z wielką wiertarką w plecaku, ale okazało się, że... Ekipa, montująca lampę w łazience, bez mała 35 lat temu jakąś śrubę wkręciła tak, że jej wykręcenie jest sztuką samą w sobie. Matka zaś nie ma klucza, choć możliwe, że będzie potrzebny nawet młot udarowy. [Ojapierdole i wizja Pierworodnego usmażonego na skwarek prądem, aczkolwiek rzeczony posiada uprawnienia SEO (Stowarzyszenia Elektryków Polskich) na grzebanie w prądzie i elektryka prąd nie tyka]...

No nic, wszystko zostało wkręcone, światło jest, narzędzia zabrał, bo ponoć w domu wierci i świdruje, aczkolwiek zwinął mi wszystko do wiercenia moje (teoretycznie jego, bo to on to kupował, ale w UK dorobił się nowego, lepszego kompletu, który przywiózł, ale i tak przecież sama nie będę wierciła nic...).

I tak gaduląc, przy okazji zaklepałam sobie (a potem i Inżynierowi niechcący do ogródka wrzuciłam petycję), że jak nigdy nic nie chciałam z żadnej okazji, tak teraz byłoby miło, gdyby się dogadali, znaleźli czas i wpadli mnie przemeblować w małym pokoju.

Marzenia się czasem spełniają - a dla mnie takie coś byłoby cenniejsze od kolejnego prezentu za niepotrzebnie wydaną kasę, bo mnie nic nie brakuje, tylko rąk roboczych. Zobaczymy.

Potem polazłam z Pierworodnym na Manhattan, wykorzystując go w charakterze asysty po tej wypłacie z bankomatu w piątek i dobrze zrobiłam, bo na Manhattanie z kolei jest jebany bankomat Santandera, który też odmawiał współpracy.

A jeszcze przedtem ze szpary unijnej wyciągnęłam list z Santandera UK dla Inżyniera, adresowany 05 Donona... Jprdl... Doszło dzięki kodowi, listonosz, który to rozgryzł jest geniuszem :)  

Powiedziałam Pierworodnemu, co sądzę o jego żonie i że nie ma opcji, że będę stroną kajającą się czy płaszczącą chuj wie za co. 

Małą Wiedźmę drzwi na skutek przeciągu trzasnęły w kolano i chodzi o dwóch kulach.

Więc sensacji miałam po kokardkę i kucyki.

Wlazłam do KiK po świeczuszki, bo sezon na nie, a tam


 Gwiazdka całą gębą, mimo że w kalendarzu mamy jeszcze lato, a i Halloween nie było...

Świeczki za drogie, więc polazłam do Pepco, tam była jeszcze droższa, ale z moją ukochaną werbeną i paczulą, więc sezon światełkowy zainaugurowała



paczula i werbena za dychę :)

Jako że łaziłam sporo, bo i na autobus go odprowadziłam, zmorzyło mnie po 13 i ucięłam sobie drzemkę. Rzadko, ale sobie ucinam, bo kto bogatemu zabroni?

Wieczorem sprawdzam, czy nie trzeba doładować ajfonika i SMS znajduję: jak pani jest w domu, proszę otworzyć drzwi i smacznego życzę... Nadane o 14. 

Bez wielkiej nadziei otwieram drzwi i...

Na wycieraczce torba, a w niej


wino, kawa i herbata w wielkiej puszce.

To za te wiersze, które korekciłam. Od 14 do 20.30 nikt tego z wycieraczki nie zwinął, a łaziła tego dnia armia ludzi po korytarzu (wiem z zapisu wideowizjera, dziś okazało się, że sprzedali mieszkanie, no i wynosili stamtąd meble). Mnie nie zbudzi nawet alarm przeciwlotniczy, więc marnie zginę.

A wystarczyło w piątek z Wordem wysłać wiadomość, że się do mnie wybiera autorka... No trudno. My home is my castle i niełatwo się tu dostać.

Jestem w szoku, że tego nikt nie ukradł, ale kiedyś paczkę od Zmorki też listowy zostawił na wycieraczce i doczekała mojego powrotu z pracy. Zatem zapisać w kajeciku: nie zmieniać szczęśliwej, antykradzieżowej wycieraczki :) 

I reo zakwitło


Taka maleńka rzecz, a cieszy.

Inżynierostwo w niedzielę wybrało się całą bandą do kina, żeby dzieci w razie W i kolejnego lockdownu  wiedziały, że jest takie coś, jak kino. Wyprawa do kina we czwórkę, z popcornem, bez picia - 165 zł.

Jprdl. To nie jest cena na moje zarobki i na moją emeryturę, aczkolwiek ta wreszcie przekroczyła po przeliczeniu 1800 zł brutto. O całe dwa złote. 

Jak szaleć, to szaleć, co nie?

A w poniedziałek rano znalazłam na FB to nowe czasopismo, którego nie korekciłam, bo się nie odezwali.

Otwieram i byk na byku...

Piszę do K.i oczywiście, poszło bez korekty, bo nie mają na to funduszy.

Więc mówię, że podrzucę im Synową, pro bono, dla portfolio.

K. wniebowzięta.

Inżynier tłumaczy mi jak krowie na rowie, że nie każdy rzucony na głęboką wodę nauczy się pływać.

Inżynierowa milczy, proponuję Skype'a, ale jednak pozostajemy na MSG...

Że się boi.

Tłumaczę, że pomogę, mimo że nie ma kursu nawet zaczętego. Że nie oceniam. Że nie święci garnki lepią. Że pierwszą korektę będę nadzorowała.

Że nie zawsze trafia się taka szansa.

Dogadujemy się.

Ja wskoczyłam do korekty prosto z ulicy, na wariata. Teoretycznie miałam w programie studiów ruch wydawniczy, ale w praktyce nawet nie liznęłam korekty, egzamin zdałam na zasadzie: ZZZ (zakuć, zdać, zapomnieć). Do pracy w korekcie poszłam, wkurzona na maksa, z ulicy, absolutnie nie znając się na niczym, oprócz mglistego wspomnienia z wykładów o znakach korektorskich, na ogłoszenie w Dzienniku Poznańskim, że szukają korektorki. Na miejscu okazało się, że trzeba się znać na korekcie w komputerze (McIntosh), kompika ujrzałam wtedy pierwszy raz w życiu na oczy. No, niby na studiach miałam komputery, ale... Zajmowały większą powierzchnię niż moje mieszkanie, odgrodzone były takimi sznurami na słupkach, jak dziś najcenniejsze okazy w muzeum i pan błagał nas, żebyśmy się do nich nie zbliżali i nie oddychali, bo się zepsują.

Zanim opanowałam gryzonia, ciągnąc go od jednego rogu stołu do drugiego i cudem trafiając w cel, dzięki nieocenionemu Wojtkowi G., legendarnej postaci dla moich dzieci, który, niewiele od nich starszy, miał do mnie cierpliwość, mimo wszystko i Eli K., która za mnie poręczyła w imię solidarności niedosłyszących, aczkolwiek jako świadek Jehowy sama się sprzeciwiała swojej wierze, pracując na kompie, dzięki pięknym ludziom w moim życiu - jestem kobietą spełnioną. Życiowo i zawodowo. 

Mam nadzieję, że i moja Synowa skorzysta z tej szansy. Bo między nami mówiąc, wydała na ten kurs kupę kasy [moja psiapsióła (?) wydała kiedyś majątek ma kurs Worda, choć mówiłam jej, że naumiem ją za frico, ale nie. Worda do dziś nie ogarnia]. Ja i do kursu mam podejście jak do jeża, do osoby też, ale nieważne. Nie mówię, że jestem guru, wpisów tu nie korekcę, błędy widzę na drugi dzień, a nieważne. Każdy ma swoją drogę :) 

Ale cieszę się, że chce spróbować i ze mną. Praktyka czyni mistrza, nie kursy.

Zobaczymy.

U Inżyniera już grzeją, u mnie nie ma jeszcze komunikatu, że odkręcać kaloryfery.

Jako że okna mam od wschodu, siedzę owinięta w kocyk i...

Mieszkanie obok mnie sprzedali.

Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy martwić, ale na razie biorę na wstrzymanie.

Co ma być, będzie.

 


 


piątek, 3 września 2021

Spokojnie

 tydzień minął, Kochany Pamiętniczku.

W niedzielę tylko Inżynierostwo wleciało całą bandą na chwilę, bo handlowa niedziela była i...

Za darmo dawali Słodziaka czy Swojaka, czy co tam znów leci w Biedronce, Synowa miała dwie karty, a dziadek stanowczo odmówił robienia zakupów, bo wszystko ma.

No a ja, jak ta głupia cipa, polazłam rano z wózeczkiem do galerii...

Internety mówiły, że Biedronka czynna od 8 jest, na całe moje szczęście wyszłam z domu o 8.30, ale pod sklepem poczułam się młoda i piękna, albowiem kolejka była jak za PRL.

Stał jeden dziadek, a właściwie nie stał, tylko łaził i stukał laską tak, że echo szło, myślałam, że dziada zamorduję. 

Ale okiełznałam złe moce w sobie. Biedronkę otwarto dwie minuty przed dziewiątą i dziki tłum ruszył... no gdzie?

Po Swojaki. Jednego wyceniają na 49,90, żeby zaś uzbierać punkty trzeba też sporo kasy wydać. Zgodnie z poleceniem wzięłam po bitwie raczka Romka, a że pisałam z Synową, dostała małpiego rozumu, sama już nie wiedziała, co mam brać, wpadła w panikę, że ich Biedronka mała...

Napisałam, że mają wziąć dupę w troki i przyjechać do mnie. I w ten chytry sposób Inżynier z Łobuzami zlądował u mnie, a Synowa poszła na zakupy, szczęśliwa jak żaba w błocie. 

Łobuzy wykazały niewielkie zainteresowanie raczkiem Romkiem i książeczką, Alienek ogarnąwszy kuwetę zażyczył sobie kotka. Mam w starym ajfonie takiego jebanego sierściucha, jak się do niego mówi, to on to powtarza. Najbardziej lubię mówić do niego: nauczyć gówniarza, to chodzi i powtarza. Sierściuch mówi to i to bardzo wyraźnie :) No ale przy Łobuzach nie mogę, ale oczywiście - dałam ajfonika (ja, dająca dziecku ajfonika) Alienek był w siódmym niebie, ale jako grzeczny brat, Kalafiorkównie też pokazywał. Niestety, dzieci klikają jak klikają i co rusz włączały się reklamy, ale z nimi odsyłałam do Inżyniera, którego to wpieniło. Chciał kupić aplikację bez reklam, namęczył się, ja też, bo hasła do wszystkiego i tym sposobem po raz pierwszy po tylu latach kupiłam apkę :) Wprawdzie burczał, że zapłaci, ale stać mnie jeszcze, żeby wydać 14 zł na wnuki :)

Synowa wróciła ze Swojakami, ale dzieci nie wpadły w euforię (to bardziej jej hobby, jak dzieci, ale co tam, co jej będę żałowała), posiedzieliśmy, kawkę wypiliśmy i pojechali, bo mieli obiad w domu. Nie, nie zabrali mnie, bo mają tak w Kosmos wyjechane foteliki, że nikt się już do auta nie mieści. I dobrze, bezpieczeństwo dzieci najważniejsze. A i ja, po zlikwidowaniu pozostałości huraganu, resztę dnia nabierałam sił na tydzień.

Olewając emilki o pyrach do środy. 

Łobuzy poszły do przedszkola 1 września, Alienek niechętnie, Kalafiorkówna z entuzjazmem. Synowa martwiła się, ale Alienek się zaaklimatyzował w nowej grupie, a Kalafiorkówna... Nieodrodna córeczka tatusia, cała grupa stała na baczność, a ona, najdrobniejsza i najmłodsza w przedszkolu, zarządzała tą bandą (tak przekazała  pani, Synowa bała się wnikać w szczegóły). Następne dni wykorzystała na łażenie po centrach handlowych i dobrze. Od czterech lat ma non stop, nie licząc nielicznych chwil, kiedy Łobuzy są na służbie u kogoś. dwójkę szalonych małolatów na głowie. 

A ja? Mam się dobrze. To był fajny tydzień.


Lało tak, że nie mając nic słodkiego, z nudów ciasto na oleju upiekłam, bo nie miałam masła w domu i...

Przepyszne wyszło :) 


A że jesień już jest, a pogoda cudna, bo NIE JEST GORĄCO, skoczyłam na Manhattan

i


miał być przecier i powidła śliwkowe, ale śliwki były jakieś niewydarzone, więc do pomidorów dałam paprykę, wpieprzyłam te powidła z jabłkiem i...

Ponoć to jest ketchup albo chutney. Nieważne, jak to się zwie, wsadziłam w małe słoiczki i jak coś samo łyżeczką wyżrę, bo jest przepyszne, prosiła nie będę, żeby ktoś brał.

I koniec w tym roku, jeszcze tylko na żurawinę czekam, bo do sera jest idealna.

A, ser odkryłam - niebo w gębie.


I jaja z kasą.

Nie zapisało mi do dziś na koncie zakupów z poniedziałku za jakieś 48 zł. Następne po nich tak, ale tych nie.

Dziś chciałam wypłacić w bankomacie Euronetu stówę, bo za mniej biorą prowizję, a wybieram się jutro na Manhattan. Wklepuję kwotę i bankomat mówi mi, że tej karty nie obsługuje. Jak to ja - dreszcze na plecach mam, ale nic, lecę do Biedronki, karta działa, kurcgalopkiem do domu, włażę do banku (mimo namów Inżyniera i tłumaczenia, że w ajfoniku bank bezpieczniejszy jak w kompie, stanowczo mówię NIE, aczkolwiek z mTransferu już skorzystałam), ale git majonez - bankomat nic nie pobrał, Biedronka tak, ale poprzedniej kasy wciąż nie ściągnęli.

Dla mnie to frustrujące jest, choć powinnam się naumieć już dawno, że to tylko algorytmy.

Ale wciąż mam z tyłu głowy momenty, gdy miałam na koncie 20 zł... I kilka dni do pierwszego.

Chyba nigdy nie pozbędę się tego lęku.

Jutro ma wpaść Pierworodny powiesić tę lampę. Zobaczymy. Miał 10. rocznicę ślubu, złożyłam mu życzenia, słowem się nie zająkując o jego żonie (ale to nie tak, że nie życzyłam dobrze). A do niej się nie odzywałam, bo przecież nie istnieję, co nie?

Ja do mojej teściowej dzwoniłam nawet z pyskiem. Ona do mnie z pyskiem i pretensjami też.

Życie nauczyło mnie, że najgorsza jest obojętność.

Żal mi syna, ale niby dlaczego mam się płaszczyć?

Nic złego nie zrobiłam i nie robię. A że nie po chrześcijańsku? Trudno. 

Staram się nie pisać scenariuszy politycznych, bo nie wygląda to ciekawie.

Staram się, aczkolwiek zakłóca mi to sen.

No nic... 

Nadchodzi moja ulubiona pora roku, o 20 już ciemno.

Dni światełek, świeczuszek, muzyki...

Zamyślenia, wspominania...

I ta myśl, kołacząca zawsze z tyłu głowy: czy zobaczę jak znów pokrywają się zielenią drzewa pod oknem? Czy znów zakwitną bratki na balkonie?

Czas pokaże.

Mija tak szybko.

Już życia, psiakrew, popołudnie.

Ale jest cudnie...

A z podrzuconego czynu społecznego wynika, że w przyszłym roku będzie 16 ekstrasów.

Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne (takie tam, prywatni doktorzy z PZU, za które płaci zakład) mnie już nie obejmie, bo... obejmuje osoby do 67. roku życia. Więc się nawet nie zgłaszam. 

Kiedyś chciałam się ubezpieczyć, miał być cót, jut i ożeszki laskowe, ale gdy się okazało, że mam więcej niż 55 lat składka tak wzrosła (a ubezpieczenie grupowe w zakładzie, dopytywałam i wiek nie przeszkadzał), że pół pensji by na nią poszło. Więc niech mi nikt nie mówi, że to nie jest ageizm.

Ale i tak warto żyć.

Na złość.



piątek, 27 sierpnia 2021

Ogarnęłam

 rano tę kuwetę, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek w nocy spałam jak zając pod miedzą, oczami duszy widząc kucie ścian, bo przewodu jebły.

Jestem idealną autorką tragicznych scenariuszy.

Wstawszy skoro świt, nawet siku nie zrobiwszy, wskoczyłam na drabinkę i co się okazało w świetle dnia? Przepuściłam przepalony bezpiecznik od górnego światła. Wiem, co przepala - w ostatnim remoncie, który robiłam z chłopacami, gdy na błysk remontowana była łazienka, gość zamontował w wannie luksfery, podświetlane na czerwono. Takie tam do seksu... Nie wiem, czy chłopcy kiedyś z tego korzystali, ja nie, w sensie, że nie seksiłam (nie żałuję, absolutnie), a i kąpać się z tym nie kąpałam, bo nie kręci mnie moczenie się godzinami w czerwonym świetle. Transformator od czasu do czasu jebie i ja mam akcję. 

Bezpiecznik udało mi się wymienić, ale wkręcić nowej żarówki już nie, albowiem gdy Pan Bóg wzrost rozdawał, stałam w kolejce po rozum. A i mój błędnik mówi takim akrobacjom nie, a ponieważ 


gwint jest ukruszony, a mi brakuje centymetrów, więc nie udało się. Pierworodny jednak przyjechał, wkręcił, ale powiedział, że mam kupić nową lampę do łazienki, bo dziw, że to jeszcze mi na ten głupi łeb nie spadło. Plafon. Zatem, rzeczony zanabyłam, a jakże, w promocji, w LM, on line... Rwał się, żeby ze mną po to jechać, ale ja, martwiąca się o Te Bez Dżemora, zostawione samopas (wersja oficjalna, wiem, że matka ma urlop), kazałam mu spadać do domu po krótkiej kawce, mówiąc, że odbiorę rzeczony plafon sama. Założy, prawdopodobnie jutro, ale jak nie, to się nie pogniewam, na razie jest żarówka, która nie łączy się z transformatorem, więc nie powinno nic jebnąć (odpukać).

I aczkolwiek żaliłam się i Pierworodnemu, i Inżynierowi, że jestem stara, niedołężna, uważam, że jestem mądrą kobietą, że nie wkręcałam nic na siłę, bo w łazience mam tyle opcji rozbicia głupiego łba, że głowa mała :) Ostatecznie mogłam lampkę nocną podłączyć do kontaktu i też bym miała światło. A te skunksy, dzieci moje, odmówiły przerobienia mnie na kamień w razie W, argumentując, że transport mych zwłok do USA by je zrujnował. Niewdzięcznicy bez serca, co nie? Ani słowem się nie zająknęli, że mam się trzymać, tylko od razu, że za drogo.

Ale wracając do naszych baranów... Pogoda jest jaka jest, dla nie idealna. Wczoraj nie pojechałam do LM po ten plafon, bo lało, ale dziś polazłam w świat, bo i jakiś nowy gang jest w Biedronce (bez którego Łobuzy nie mogą żyć, hahahaha, gdyby nie ich mama nic by nie wiedziały o gangu, ale nic to, ostatnią książeczkę w Biedrze za 9,90 zdobyłam, bo kupiona za naklejki kosztowałaby mnie pewno z 500 zł), Manhattan, gdzie złapała mnie ulewa o, taka, krople deszczu jak sople leciały

I tu Achtung, wnimanije, uwaga, attention, pozor, budu triskat, a nie, wróć, to nie czeski pornol :) 

Ale 


 

zamawiałam pietruszkę w tabletkach, ale panie z zielarni twierdzą, że nigdzie tego nie ma. Wzięły za to jedno opakowanie tego, zawiera: skrzyp, pietruszkę i inne chuje muje

https://www.izielnik.pl/inwent-herbs-nefro-herbs?cd=7613134975&ad=86768599131&kd

Dawkowanie: 2 łyżeczki od herbaty dziennie.

A, sikam po tym aż miło. Smaczne.

Jak będzie tak dalej, polecę, zamówię next. Zielarnia musi cienko przęść, bo zamawiają na sztuki, ale oby dalej przędła, bo można kartą płacić, w przeciwieństwie do starej i panie nawet ostatni Ivana czaj z hurtowni zdobyły, a pani w starej twierdzi, że czegoś takiego nie ma :) 

Pani podkreśliła, że cena promocyjna, ale widzę, że rzecz warta grzechu. Podaję jako ciekawostkę, bo zawsze łatwiej te dwie łyżeczki wmelić, niż chrzanić się co dzień z pietruszką.

A, szkoda że nie wiedziałam o tym wszystkim, zanim zaczęli mnie na to nadciśnienie leczyć...

No nic :) I tak dziś nogi mnie tak nie bolą, więc może bez pomocy lekarza, który moje skargi jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał i nie reagował na nie, sama sobie pomogę. Dzięki wujkowi Google :) 

 



Pojawiły się już dyńki ozdobne, więc jesień blisko, pora myśleć o światełkach, zmrok teraz też coraz wcześniej zapada. Wszędzie są wrzosy i wrzośće. Moja ulubiona pora roku, pora dojrzała, jak ja, zadumy, zatrzymania, zwolnienia.

Pora wspomnień  i - mimo wszystko - marzeń...

Piękna. 

Wiem, że wielu się to nie podoba, bo jeszcze sierpień, lato, powinien być upał i inne takie.

Ale dla mnie to powrót do dzieciństwa - takie były już sierpniowe dni, chłodnawe, a i ranki całkiem zimne. Maj i wrzesień to były wojny z mamą o podkolanówki...

A teraz jest mi ciepło i z lekkim politowaniem patrzę na ludzi w pikowanych kurtkach.

Dla mnie jest OK :) Jest cudnie.

No cóż, taka ze mnie wielka egoistka.

A Alienek był dziś u fryzjera i wygląda po strzyżeniu jak młody bóg :) 

Moja krew :) 

Pomidory zasłoikowane wyszedł  koncentrat olaboga, papryka zakiszona, mieszkanie po dniu gospodarczym. Żyć, nie umierać, no chyba że jutro okaże się, że zakładamy plafon...

Pomyślę o tym jutro, otwierając ajfonika rano...

 

I tak jakoś wyszło, słuchawki od iPada się rozładowały. A na YouTube  chór Aleksandrowa, więc wieczór popierdolony jest

 



Jasno widać, że jestem już starą wariatką :) No cóż...

 


środa, 25 sierpnia 2021

Kolejny

 dobry dzień, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek z cmentarną nutą w tle.

Zaskoczeniem było pojawienie się bandy Pierworodnego, bo mimo że nasze kontakty są prawie zerowe, wyściskana zostałam, postraszona jeżem, a Mała Wiedźma (odszczekuję wszystko, co powiedziałam), mimo niemeldowania się, jednak wie, co babcia lubi i od proga wręczyła mi


więc jednak pamiętała, więc cóż mam rzec :) Podziękowałam serdecznie i wyściskałam. A wyrasta na piękną i mądrą dziewczynę, sama z własnej i nieprzymuszonej woli uczy się: rosyjskiego, niemieckiego i holenderskiego.

Jestem pod wrażeniem.

Papryczek jak to Papryczek, rozkapryszony, wychuchany przez dwa miesiące przez babcię J., roszczeniowy i rozmemłany, ale i tak kochany.

Pierworodny kuleje i z trudem chodzi, ale cóż, dołożyłam maści do plecaka, ciesząc się, że kręgosłup mu nie jebnął po tym skoku.

W autobusie tradycyjnie, szukają mnie...

I... Hahahaha, korektę robię na telefonie, ojapierdolę, opisowo, bo inaczej się nie da, ale zyskuję tym uznanie. Swoje też. Jestem więc zdolna do wszystkiego, a i nawet jak cała stawka z teatru nie wleci, to chociaż część. I to już coś, bo myślałam, że mnie stamtąd wykreślili :) 

O dziwo, grób wyglądał porządnie, jakiś nowy stroik stał, całkiem, całkiem, tyle że płyta brudna jak diabli, ale może ogarniał ktoś, kto nie miał siły albo czasu myć? Umyliśmy, wywaliliśmy znicze, bo na cholerę pięć zniczy, dołożyliśmy stroik od siebie, bo tam leżą: prapradziadek, pradziadek i dziadek moich wnuków, więc dlaczego nie, znicz zapaliliśmy, dzieci pograbiły ścieżynki i poszliśmy w M.

Po drodze zapytaliśmy o lodziarnię, pokazano nam dwie. Ale w pierwszej roiło się od os i miejsca do przycupnięcia nie było, więc poszliśmy do drugiej, gdzie po ceregielach ze strony dzieci, wkurzona, sama zamówiłam sobie trzy kulki Nestle i uwaga, uwaga, lody o smaku gumy balonowej :) A kto bogatemu zabroni na stare lata?

I to był dobry wybór, lody były przepyszne, co potwierdzam ja, istota nielodowa kompletnie.

Spacerkiem przeszliśmy na przystanek, a i tak siedzieliśmy na nim godzinę, czekając na autobus (taki rozkład jazdy). Pogoda była wymarzona na spacer, ale Pierworodny mocno kuleje, a i mi sandały, mimo całolatowego używania na kostce obtarły znów, a że nie miałam torebki, to nie miałam i plastra:)

A jesień już za rogiem


 a po drodze w M. taki ogród, gdzie jest mnóstwo kiczu


Flip i Flap, krasnoludki,jeże, chuje muje i


piękna żyrafa z wikliny.

Dzieci w autobusie padły


Papryczek z jeżem w objęciach...

Miałam rosołek i mielone wołowe w papryce i cukinii, więc się najedli, łapówkę pieniężną zainkasowali, bo naprawdę nie wiem, co im jest potrzebne, więc niech przepijają sami. Papryczek na słowa, że ma przepić kasę najeżył się i oburzony odrzekł, że on nie jest alkoholikiem i nie pije alkoholu :)

Jak nie moje wnuczę :) 

Pierworodnego zaś zgwałciłam, zmuszając go do zadzwonienia do dentysty. Psuje mu się dwójka, a pojechał do UK z niewyleczonymi trzonowcami, a tam go nie było stać na leczenie, a, long story, jego zęby to naprawdę long story. Zgwałciłam, powiedziałam, że w dupę nakopię, że zapłacę za tę dwójkę, bo kurwa, on ma dopiero 41 lat. I tak, tak dodupnie sobie życie układa, że na dentystę nie ma. Jego żona, mogąca latać do PL, wyleczyła sobie wszystkie zęby. Nevermind. Sama miałam leczone zęby do 16. roku życia, póki żyła mama. Potem na studiach, kiedy sama na to znajdowałam kasę. A po wyjściu za mąż ważniejsze były priorytety i pomysły Eksa (bo zdaniem teściowej on też musiał coś z życia mieć, chociaż nie pracował), niż moje zęby, więc jest jak jest.

Termin na 3 listopada, ojapierdolę. Ale nieważne. Jest popierdolony do szpiku kości, wmelał mi, że jego gospodarz (landlord) przy okazji naprawiania wanny wspomniał, że z niego fajny facet, jakby miał prawo jazdy (na całe moje szczęście nie ma, jest jak jest), to zatrudniłby go w Holandii za 15 tys. Prawie mu oczy wydrapałam: nasrane masz? W tych czasach, gdy nie wiadomo, kiedy będziesz mógł z domu dupę ruszyć, jedziesz do Holandii? Ze świeżym prawem jazdy (a kierowca z niego jak z koziej dupy trąbka), płacisz na rodzinę w PL, ale musisz żyć tam za tamte ceny. Zejdź z obłoków dziecko. Skoro nie ogarnął się przez 15 lat w UK, nie ogarnie się i teraz, taka prawda. Bolesna, ale realna. I tak już go pojebało, bo pracę w LM zamienił na inną, a firma przenosi się na dniach do Gądek. Gdzie będzie dojeżdżał - no właśnie jak? Pociągiem. I nie, nic nie zyskał nawet na tym, że ma weekendy wolne.

Jak bardzo okrutną matką jestem, w skali od 1 do 10, wciąż się zastanawiam.

Jego posrane pomysły jednak trafiają we mnie rykoszetem. I nie, że mu skrzydła podcinam, nie. Lata całe akceptowałam wszystko i to wcale nie było OK.

Więc jest jak jest. Co nie znaczy, że gada nie kocham i się o niego nie martwię.

U mnie przesuwamy stół, nogi się chwieją, bo stół za grosze jest... Dokręca mi nogi od stołu (nie, że moje kopyta) i mówi, że w jego sklepie internetowym można za grosze dostać zwroty. I bla, bla...

Kurwa. Na chuja mi zwrócony mebel za grosze z wadami? Teraz mogę sobie kupić wypasiony stół, ale...

Na co dzień nie korzystam w ogóle ze stołu, bo jem na biurku. Wiem, dziadostwo, ale moje dziadostwo. Stół wykorzystuję tylko, gdy zwala się któraś z ekip,klnę w duchu, przesuwając, dosuwając, dostawiając i wzdychając, gdy dzieci skaczą mi po meblach, a nadal skaczą wszystkie. Jedząc niechlujnie. Ale zaciskam mordę i...

Szkoda mi kasy na wspaniały stół (a taki wydałam, bo głupia byłam).

Pieniądze w tych szalonych czasach mogą być potrzebne na ważniejsze rzeczy, a stół spełnia swoje zadanie.

A na firmowej poczcie teksty do pyrów od gościa, który zawsze z wyprzedzeniem wysyła teksty, a potem je chyba w czarną dziurę wrzuca, bo do II korekty daje jak już wszystko na gwałt jedzie do drukarni. Więc grzecznie odpisałam, że do pyrów wracam 1 września. I tyle w temacie.  Chyba że termin wyjazdu do drukarni się zmienił, ale na razie cisza w eterze.

Ale i tak, pomijając moje jojczenie, to był całkiem udany dzień. I Mała Wiedźma dostała jeża, którego kiedyś przywlókł w ramach swoich fantazji zakupowych jej ojciec.

Karma wraca i jest suką :) 


UPDATE

No i jebło. Nie mam górnego światła i wymiana bezpieczników nic nie daje. A wymiana bezpieczników w moim wykonaniu, ojapierdolę, dobrze, że z drabiny nie spadłam.Pierworodny wpadnie jutro, bo nie mam gwałtu, skoro wszystko inne działa, łącznie z lodówką (i internetem, olaboga, ważne, że internety są). Nic nie dzieje się bez przyczyny - powinnam zakładać, że jutro rano będzie akcja reanimacja? :) W nocy sikanie na ślepo będzie, bo górnego światła nigdzie nie ma :) Dobrze, że sikam na siedząco,nie powinno być źle ;) 


wtorek, 24 sierpnia 2021

Sama

 dziś siebie podziwiałam, Kochany Pamiętniczku :) 

Tak bladym świtem się zerwałam i poleciałam na Manhattan, że nawet musiałam czekać, aż Pan od Pomidorków towar wyładuje.

Ale za to dowlokłam do chaupki siedem kilo dupomirków


które przerabiane na dwa gary, ostatecznie się zmieściły w jednym, ale ich smak to wyjazd w Kosmos w porównaniu z limą.

A będzie się jeszcze działo :)

Na samym soku z nich wyszła na starym rosołku z soboty wyjechana pomidorówka.

No co będę się przechwalała :)

Spis streści zastał mnie w momencie powrotu z Manhattanu.

I nie ma mnie w pracy, co najmniej do pierwszego września.

Vivat, semper, wolny stan.  

Z teatru nic nie ma, co mnie jakoś nie martwi, moje zdrowie ważniejsze.

Grona gniewu ogarnęłam, o jeży kolczasty, jak bardzo to aktualne jest. Aż dech zatyka.

Dupę w troki wzięłam i pojechałam znów wózeczkiem.

Ziemi mi brak :) 

Ile litrów już jej dowlokłam? Dawno powinnam spaść do sąsiada. Kolejne 20  litrów zlądowało.

Zanabyłam również


i popieram AgroUnię, mamy kryzys, na maksa, skoro u rzeźnika szynka z myszów jest :) 

No dobra, ale jest, zamiast ze świń ;) 

Loggię ogarnęłam, bo bajzel był, w miarę, ale zawsze, badylki przesadziłam. Pozostaje masa śmieci do wyniesienia, ale to next time.

Jutro jazda do Eksa.

Nawet gar rosołku ugotowałam. Nakarmię, jak coś. Jutro będzie się działo, ale to jutro.

A dziś,oglądając FB widzę, że się nie myliłam w ocenie.

Kiedy, kurwa, zlazła po schodach i pindrząc się do Barana, pytała, jak wygląda. Gdy szliśmy na sylwestra i tekst: nieważne, jak Pieroworodny wygląda, ważne, że za mną się będą oglądali. A,  nie zadziałało, nikt się za nią nie oglądał, bo nie było za czym.

Jakby nie mogła zapytać swojego mena. Pierworodnego.

Kurwa.

Nawet nie wiem, czy będę chciała o niej jutro rozmawiać.

Nie jest łatwo być matką. Ano...



poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Rankiem

 przekonana byłam, że spełniło się krakanie Gallów i niebo spadło na ziemię, Kochany Pamiętniczku.

Zwlokłam zwłoki z wyrka, ale nawet nie miałam ochoty się wykąpać i wszystko szło jak krew z nosa.

Ale kopnąwszy się w tę kubańską, tłustą dupę, jakoś przebrnęłam, zgrzytając zębami, bo M., śląca wszystko hurtowo znów zgubiła tekst i kazało się, że szybciej skorekcę na nowo (a korekciłam, bo pamiętałam błędy), niż szukając korekty w 31 wysłanych plikach :)

Jak nie urok, to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich z chińskimi, ale spoko, przeżyłam.

W kuchni skończyłam pierwszą turę, tu zdjęcie familijne

 


 Dla powideł mam zastosowanie: mam ekspandowany amarantus, jagły i coś tam jeszcze, to się tam powidła da i będzie git majonez.

Pomidory z papryką, zblendowane, a jakże, żeby Alienkowi w ząbki nie właziło, pojadą do Inżynierostwa. Używają i nie grymaszą :)

Jutro postaram się polecieć na Manhattan po kolejną porcję, bo sytuacja różowo nie wygląda. Mało, że pogoda zupełnie niesierpniowa - co oznacza, że pójdzie się jebać wiele warzyw i owoców, to jeszcze mają być przymrozki.

Kurwa.

Jak mówiła moja teściowa, panie świeć nad jej duszą, najważniejsze w domu są zapałki, świece i słoiki. Możecie się ze mnie śmiać, sama się z tego śmieję, ale skoro to nie zaszkodzi, to dlaczego nie, skoro lubię?

Znam głód. Tak wyszło, choć moja kubańska dupa przeczy tym doświadczeniom.

Ale wracajmy do naszych baranów...

Łobuzy się zareklamowały



 Rasowo, co nie? Kupili im kalosze i parasole, na dostarczenie w razie W do przedszkola. Godzina W nadeszła już dziś, Inżynierowa wywaliła je na podwórko, gdyż roznosili chałupę na strzępy. Potwierdziły się fakty, że w czasie deszczu dzieci się nudzą oraz, że dziecko to stworzenie, które chodzi po kałużach, zamiast je omijać (mają to po tatusiu,wracając ze szkoły właził pod rynnę, żeby być bardziej mokry, o czym zaraportował usłużnie sąsiad, który to widział, bo rynna była koło jego balkonu) :) 

A mnie się deklinacja przypomniała:

ja noszę kalosze,

ty nosisz kalosisz,

on nosi kalosi,

my nosimy kalosimy, 

wy nosicie kalosicie,

oni noszą kaloszą.

Polska język - trudna język :) 

 A ja, czekając cały dzień na tekst, który ogarnęłam z palcem w dupie (taka przenośnia, moja dupa zbyt cenna, by w niej palec trzymać), filmik głupi sobie oglądnęłam i skusiłam się na  5. sezon


chociaż po odcinku jest na tydzień, czego nie lubię, ale... Krajobrazy piękne i takie duszaczypatielne, że ojapierdolę... :) 

Dla Kitty, personalnie: 

taki pokal?


 

ten od Stella Artois?

Wiem, mój jest od Fortuny :) Też mam pokali od metra, choć nie kolekcjonuję i nigdy mi to do głowy nie przyszło. Ale Pierworodny był zawsze szajbnięty na takie akcje, a i Inżynier coś tam przywlekał. Mam całą szafkę pokali, zarastają brudem i kurzem, bo raz, że nie ma kto z nich pić, dwa, nie mam siły (boję się, że zlecę) latać po drabinie, ściągać je i myć. Więc tak sobie spokojnie kwitną, zarastając... Młodzi ich nie chcą, bo też nie mają miejsca na ich składowanie, może wezmą, może wypierdolą, rybka mi to.

I okazało się, że pomylili daty i to jednak dziadek zostanie wrobiony w opiekę nad Łobuzami nie ja.

Przykro mi, ale trudno. 

Kotek ze starego telefonu musi poczekać na Alienka:)

I już wiem, dlaczego radio nie działa mi tak, jak chcę...

Nienawidzę zmian, ale są one częścią życia, nic nie może wiecznie trwać.

Dziś Eks miałby 71 lat.



niedziela, 22 sierpnia 2021

Znienacka

napadł mnie Inżynier, Kochany Pamiętniczku, zapraszając na niedzielę na zupę pomidorową i na kawę.

Ale za późno się ogarnął, albowiem ja byłam już po wyprawie na Manhattan skąd przytargałam we wózeczku (błogosławione niech będą wózeczki, tako rzecze mój kręgosłup, maltretowany bezlitośnie przez Alienka,  mimo ostrzeżeń, że zepsuta babcia nie będzie działała)



Pięć kilo limy, trzy kilo śliwek (jeszcze nie węgierki, ale wychodzi z nich coś oszałamiającego), kilo papryki i trochę ponad kilo pomidorków w cenie nie do przerobienia - 19,90 za kilo, to nie ma opcji, żółte bawole serca i pomidorki tygrysie, prężące się w tle, oszałamiający smak lata, wart swojej ceny... Jako że chodził za mną rosołek, włoszczyznę również zanabyłam... Umawiając się z Panem od Pomidorków na wtorek rano, ale nie odłoży mi pomidorków, pewno już komuś obiecał, mam polować :) Więc będę musiała się bladym świtem zwlec, przetwory z jego pomidorków są bezapelacyjne...

I tak na kuchence wylądowały śliwki, obok w garnku rosołek wołowy, bo skitrany kawałek wołowiny rosołowej znalazłam, zaczynam być ekologiczna, zużywam zapasy, a nie że wywalę, jak nową lodówkę kupię


i pomidorki już podduszone


 Jako że powidła smażę trzy dni, a paprykę wrzucam drugiego dnia, o


zatem za obiad podziękowałam, nie, że niedobry u nich, ale mój by poszedł do kosza. Albowiem w sobotę zapełniłam się rosołkiem, ale zostało dużo o kupione z rozpędu boczniaki. Zatem zrobiłam kartoflankę, bo akurat Młynarski o kartoflance śpiewał, w modyfikacji Starojędzowej, z boczniakami. No i... mam obiad jeszcze na jutro :) 

Ale pojechałam na tę kawę. Alienek aż na schody wyleciał, żeby mnie przywitać, Kalafiorkówna do końca fochy stroiła, aczkolwiek pozwalała się zjadać wielorybowi, młodzi składali szafę z Ikea, atakowały mnie Ninjago, węże i inne chuje muje, nawet jakaś mucha osobista Alienka... Francuskie ciasteczka smakowały wszystkim, mnie zależało tylko na puszce i tę dostałam z powrotem.

I gratis


pokal trzymający zimne piwo. Miałam dostać dwa, ale jako że Kalafiorkówna pozwoliła sobie ojcowski stłuc, dostałam jeden. Z zastrzeżeniem, że jak mi przypasuje... Jest super, piwo cały czas jest w nim chłodne, wiem, bo złamałam zasady i wlazłam do Żabki i kupiłam dobrze schłodzone, ale problem polega na tym, że nie mam już miejsca na żadne skorupy, a żal mi jakiekolwiek wyrzucać, bo każda ma swoją historię.

Tak jak i każda puszka.

Wycałowana przez Alienka, aczkolwiek broniłam się ręcami i nogami, bo upiera się na całowanie w usta, a ja w życiu nie całowałam dzieci w usta, nawet swoich, taka fobia, faceci to inna bajka, do Łobuza nie dociera tłumaczenie, że babcia cukrzycy dostanie, co on tam wie o cukrzycy, wydrapany zwichrowaną skórką od mojego palca (to jego ulubiona rozrywka). Mały zboczuch, co nie? Ale gdy mówię do niego, że jest mały, prostuje, że jest już duży, dodając: duży Alienek :)

No ba...

To tylko kilka godzin. Ale wyszłam oszołomiona krzykami, akcjami.

Udało mi się jednak ogarnąć z Inżynierem nurtujące mnie problemy, z Inżynierową też miło pogawędzić (odnosząc przy tym wrażenie, że przekonuje się ona do tego, że teściowa, choć żmija, nie gryzie, że ona też jest w jakiś sposób, jak ja, samotna), więc chyba wszystko zmierza w dobrym kierunku?

Ciasteczka smakowały wszystkim, a mnie, choć zjadłam najmniej, a byłabym w stanie wrąbać całą puszkę w okamgnieniu, smakowały najlepiej.
Bo szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli.

A w czwartek będę pilnowała całej bandy, wprawdzie krótko, ale zawsze. Bo matka rodu idzie na zebranie, a ojciec pracuje.

Zabiorę tego jebanego kotka z mojego starego ajfonika, bo on pacyfikuje całą bandę.
Trudno...

Technika wspiera stare babcie w opiece nad zwariowanymi wnukami...

A teraz lecę posłuchać Elvisa.

Pokal jest rewelacyjny, polecam :) 

Jeśli ktoś lubi piwo :) Zimne, bo wątpię, że byliby fani ciepłego piwa i spoconych kobiet :)


piątek, 20 sierpnia 2021

Jednak

 jestem starą wariatką, Kochany Pamiętniczku, nie da się już tego ukryć.

Bo jak bardzo trzeba mieć nakładzione, żeby płakać, gdy w radiu leci 


Mam 66 lat.

Oprócz mojej Mamy, nauczycielki, miałam w życiu mnóstwo dobrych, ba, wręcz idealnych nauczycieli i profesorów, którzy w tamtych czasach, gdy nikt nie słyszał o opiece nad niepełnosprawnymi (ja wolę słowo kaleka, ale nie będę się kłóciła, to moje osobiste odczucie) w normalnej klasie, nie integracyjnej, bez żadnych ustaw i innych cudów wianków dostosowali się do uczennicy, która musiała widzieć ich usta. Nie chodzili po klasie, stali koło tablicy.

Więc płaczę. Bo mogę, bo zawdzięczam tym ludziom piękne życie, jakie mam. 

I jak babcię w kapcie, jak bardzo pojebana jestem, nie przypominam sobie ani jednej chwili, żeby koledzy w czasie mojej edukacji jakoś mi dali znać, że jestem inna. 

Za to już w dorosłym życiu tak. Moja osobista teściowa, niekumająca ironii jakiegoś stwierdzenia, aczkolwiek głupia nie była, podsumowała mnie: bo ty jesteś złośliwa jak wszystkie kaleki.

Ale i tak ją kocham, choć ostatni raz na jej grobie byłam wieki temu. I nie zanosi się na jakieś odwiedziny - stara jestem, a dla mnie, mimo że to moja wioska to wyprawa na co najmniej 4 godziny. 

Trudno.

Czekam na październik już, po drodze będą pyry vel kartofle i szef.

A, long story, dostałam do I korekty teksty tak, że oczy przecierałam, będąc pewna, że do drukarni pojedziemy o 19 rano (co byłoby rekordem wszech czasów), ale nie, G. ostudził mnie, mówiąc, że Dark Master już grzebie.

No i kurwa, ciągnęło się do 17, chuj wie po co, bo o kant dupy to wszystko, ale nic.

Przed pracą w pięknych okolicznościach przyrody, jak nie ja, pościel zmieniona, kąpiel wzięta, śniadanie przygotowane (no dobra, bez bicia, nie gniłam w łóżeczku, grzebiąc w iPadzie, to co zazwyczaj grzebię)

do Lidla poleciałam, bo tak :) 



Od niedzieli na krok nie ruszałam się z domu, no, do śmietnika szłam :) 

A lato jest piękne tego roku, takie jak pamiętam z dzieciństwa, że w sweterku latałam, bo było ciepło, aczkolwiek chłodnawo ;)

Teraz czuję, że żyję pełną piersią i żeby tak trwało i trwało.

Zakupy jak zakupy - pyry się skończyły, a dwa dni ma kaszy to już tragedia, ale super, że się zmobilizowałam, aczkolwiek i tak jutro na Manhattan lecę.... I kurde 109 zł poszło się jebać nie wiadomo za co. No dobra, kupiłam włoskie szyneczki, które uwielbiam, w końcu na co tyram? Chociaż mam wyrzuty, że szaleję, bo jednak Inżynier nie dostanie takiego kredytu w jaki celował, ale... 

Zaczyna u mnie brać górę egoizm.

Chociaż...

W czwartek znienacka odzywa się Pierworodny. Że jedzie do M. Jako dobrze wychowana matka nie wspominam o żalach,  zdając sobie sprawę z tego, ile go kosztowało odezwanie się do mnie. I tak, w tygodniu pojedziemy na cmentarz. 23 sierpnia Eks miałby 71 lat. Stara dupa z niego, nie da się ukryć. 

Ale dobrze, że się poczuł sam z siebie, że wreszcie (!) jego dzieci zobaczą, gdzie leży dziadek.

Dziadek oszalałby ze szczęścia, gdyby je mógł mieć.

A miał tylko fotki...

I: będę ich kąpał, bo ja umiem kąpać, gdy pępuszki są niezagojone...

Fakt, umiał, idealnie... Tam, gdzie ja umierałam ze strachu, działał, lekceważąco mówiąc, że trenował na młodszym o 9 lat bracie...

No dobra, zapas łez na dziś wyczerpany :)  

Warzywka leżą na stosiku, miały być robione poniedziałek-wtorek i w sumie w dupie mam..

3/4 zrobiłam już, za tę kasę, co mi płacą, zmienianie terminów, jak im pasuje - olać.

Tak, wiem,nie mają lekko, ale też naczelna palcem nie kiwnie, bo nic nie może. Zrobię jutro, dziś delektuję się już tylko muzyką i winem.

Nie jestem niewolnikiem i nie jestem robotem.

A w południe dostaję


taką fotkę. Z komentarzem, że Kalafiorkównie się coś pokićkało w kalendarzu (znaczy się, myślała pewno biedna, że znów w moje szpony wpadnie) i wzorem Alienka znalazła badyla dla babci Oloty :)

Byłam już babcią Yodą, jestem Olotą, ojapierdolę, jak słodkie to jest.
A ta, smarkata, Skubana, niedająca się pomizia kwiatki dla mnie zbiera? Mimo tego Kalafiorkówna NIE?

Ojapierdolę... Cuda wianki się dzieją ;)

Jestem przeszczęśliwą szczęściarą :) 

Nie da się tego ukryć.

Bo wstając rano wciąż mam dach nad głową.

Pełną lodówkę, nawet gdy jest w niej światło, bo zawsze z resztek i z zachomikowanych w szafie rzeczy da się coś skombinować, mimo że smaku chleba już nie pamiętam, ale dobrze mi z tym.

Bo mam ciepłą wodę, a jak coś, to kociołek mam i gaz, żeby sobie wodę nagrzać. 

Bo mam swój kibelek.

Bo nie muszę kiblować na granicy. Aczkolwiek w stosunku do tam siedzących mam MIESZANE uczucia. Oczywiście, nikt nie jest nielegalny. Każdy ma prawo do życia. Moje dzieci też szukały miejsca na ziemi. 

Ale w tym temacie nic nie jest proste jak drut sprężynowy.

Kiedyś, gdy młodym, niewinnym dziewczęciem byłam, wydawało mi się, że wystarczy żyć tak, by nikogo nie krzywdzić, ciężko pracować, a wszystko zostanie nagrodzone. 

Ale to tak nie działa.

Więc szczęśliwa jestem, budząc się, sięgając po iPada...

Jestem szczęściarą...

Pssttt... Niech tego nie usłyszy szczęście... Niech się nie odwraca...




środa, 18 sierpnia 2021

Umarnięta

 Kochany Pamiętniczku od poniedziałku, dziś zdechłam na amen.

Praca non stop od 8 do 20.30, z przerwą na siku, śmieci organiczne leżą na balkonie i dzięki temu, że jest od dwóch dni tylko 17 stopni i piździ jak za cara na Skieletczyźnie, nie wonieją, dała mi w kość. SKS jednak, a zewsząd atakuje mnie ssanie, ssanie na byki, ssanie na jałówki, ssanie na mleko. A nie powiem już, z czym mi się to ssanie zaczyna kojarzyć. No dobra,  z seksem, bo ile można bezproduktywnie ssać. Poprawiam uparcie to ssanie na popyt, ale...na wydruczku znów ssą, bo... nie ma update.

I chuj.

Piszę do sympatycznej koleżanki, że jak puści ssanie na mleko w tytule, to się zabiję. Odpisuje dosłownie:

Wy po tych UAMach to się wcale nie znacie…
Ssanie to termin techniczny😊
 
I tak się to wszystko kręci.
Przez trzy dni jedyna wyprawa jest ze śmieciami do śmietnika, więc najpierw bio wyniosłam, potem makulaturę, a na końcu plastik. Ot, taka rozrywka, jakby ktoś pytał.
Jedzenie: kasza gryczana na dwa dni, karkówka z zamrażalnika [starczy do końca tygodnia, wraz z zimnem przeprosiłam się z mięsem, świńskie zdjęcia maszerują w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, zamrażalnik sam się nie opróżni, jedno mnie pociesza, że bigosu na Gwiazdkę (a ta już niedaleko) gotować nie będę, bo mam zamrożony] i buraczki, głodna nie chodziłam :) 
 I tak leci...
W poniedziałek nogi spuchły mi tak, a była chujowa pogoda, że myślałam, że już pora do urenki, co w sumie w tym momencie rozwiązuje wszystkie problemy moich dzieci, nie, żeby sobie takiego rozwiązania życzyły, ale bolało mnie jak kurwa mać, na boso chodziłam, bo w nic się noga nie mieściła (uprasza się uprzejmie o niedoradzanie, wszystko jest w sumie niewiele warte, poradziłam sobie sama, po swojemu, a co)... Spanie to był dopiero rollercoaster, o dziwo, nie padłam.
Więc dalej alleluja i do przodu.
Zdradziłam radio Pogoda, wkurzona, że w czasie czytania Przeminęło z wiatrem, które leci w godzinach, kiedy mogę go słuchać, a nie daje się ostatnio przełączyć na wybraną listę, wyskakują mi propozycje od czapy. Odkryłam radio Nostalgia, nikt tam nie gada, a lecą piosenki, przy których odstresowuję się na maksa. Nienawidzę audiobooków, czytania mi czegokolwiek. Jestem stuprocentowym wzrokowcem i nawet w Kosmos wyjechany lektor, czytający cokolwiek, wkurza mnie do gorącości, a z treści nic nie zapamiętuję. Co zapisane i przeczytane - zapamiętuję na wieki, co usłyszane, niezapisane, ginie w pomroce dziejów. 
Na egzaminie z ekonomii kapitalizmu (a jakże, coś takiego było), zapytana o to, co to jest terms of trade, oczami duszy widziałam numer strony i akapit, w którym była definicja, ale... nie pamiętałam treści :) Szlag :) Ale egzamin zdałam, mimo tego. Po powrocie do akademika sprawdziłam: strona i akapit się zgadzały, a także napis terms of trade kursywą. Z egzaminu dostałam 4+ :) 
Więc jak dla mnie audiobooki nie istnieją, są moim wrogiem i... 
Niech wróci moje radio Pogoda, zanim zakocham się bez pamięci, do ostatka, do szału, do dna w radiu Nostalgia :)

sobota, 14 sierpnia 2021

Na urodzinach

 mamy nowego wnuka - T. byłam dziś, Kochany Pamiętniczku.

Wyszłam objedzona do wypęku, ale T. nawet nie potrzymałam, bo... jest wg jego mamy małym wrednym terrorystą.

Mama zestresowana na maksa, odniosłam wrażenie, że momentami żałuje macierzyństwa, ale może się mylę.

Inżynier niańczący T. wyglądał idealnie, ale na moją sugestię, żartobliwą, od course, że z niemowlęciem mu do twarzy, prawie oberwałam w łeb, no, żartuję, ale niewiele brakowało, więc nie drążyłam tematu.

Nie wiem, co jest z dziećmi dzieci z pokolenia moich dzieci, ale wszystkie są noszone, hołubione, niańczone, karmione na żądanie i wciąż są z nimi jakieś problemy.

Rrozmawialiśmy o tym długo (o ile można nazwać rozmową wrzeszczenie, żeby przekrzyczeć ryczącego T. i wariujących i dziadka Alienka i Kalafiorkównę, którym tam wszystko wolno, gdyby im przyszło do głowy wejść na żyrandol i skoczyć, to dziadek pewno poparłby pomysł...

Nie owijam w bawełnę, mówię, co myślę, wypunktowałam. Rozumiem, że każde dziecko jest inne, że czasy są inne, po prostu sądzę, że to kwestia luzu. Inżynier wymaga, wrzeszczy zniecierpliwiony, niby tłumaczy, ale widać, że nerwy mu puszczają.

Na ciasto dzieci rzuciły się jak szczerbaty na suchary, a wybór był szalony. I tak każde z nich miało na talerzyku pierdyliard ponadgryzanych, niezjedzonych do końca słodyczy. 

Pod koniec Kalafirkówna wróciła do stołu i... łapki łapią kolejne dwa makaroniki z patery, a obok talerzyk. Spojrzałam jadowicie (wiem, że mam wzrok żmii, co nie musi kąsać, żeby zabić) i powiedziałam dwa słowa: Kalafiorkówna, NIE. Dziadek wziął ją w obronę, wzrokiem zabiłam dziadka i powtórzyłam: Kalafiorkówna NIE, odłóż na talerz... Spojrzała wzrokiem zagłodzonego dziecka, konającego łabędzia i wyszeptała: do domu... Dziadek znów został zabity, próbując interweniować.

Chcesz do domu? Odłóż. Na swoim talerzu masz mnóstwo niezjedzonych ciastek. Dostaniesz do domu, ciocia ci zapakuje...

I co zrobiło dziecię?

Karnie odłożyło makaroniki, umyło łapki.

1 : 0 dla mnie.

Wystarczy być twardym, a ona wie, że ze mną nie ma żartów :)  I tak jak mnie omijała kołem, żegnając się, podziękowała pięknie za łapówkę (dostała przed wyjściem, bo słodkiego było dość, karnie odniosła łapówkę do matki), nie rwałam się do pieszczot, bo rano mam olbrzymi katar, więc bez pieszczotek :) 

A Alienek przyszedł znów z badylkiem, ale badylek zginął w całym tym zamieszaniu, ale odnotowujemy ku pamięci, że badylek był.

I teraz clou dnia.

Inżynierowa przymierza się do pójścia w moje ślady.

Stwierdziła, że bycie korektorką to też sposób na życie, może nie na rozpustne i hulaszcze, ale zawsze.

Zapisała się na kurs, wiem, do kogo,  nie wiedziałam, że tyle goli. Będę jej kibicować, pomogę, w czym będę mogła. Nie podjęłabym się uczenia, nie mam ani talentu, ani cierpliwości. Nie mam kierunkowego wykształcenia, jestem pleno titulo: magistrem bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, korektorskim samoukiem :) Ale pomóc, pokazać triki, podeprzeć - mogę, dlaczego nie :)

I nie pamiętam, żebyśmy kiedyś tak gadały jak najęte...

I tak, mam z Inżynierową kontakt, nawet jak mnie czasem sprowadza do parteru.

Pomogę w miarę możliwości. 

Nie jestem w stanie ocenić, czy się nada, pisze bez błędów, na komunikatorach stara się bardziej niż ja. I tu na blogu się nie wysilam, bo za to mi nikt nie płaci.

Ale to jest idealny zawód dla kogoś, kto nie chce pracować na etacie, a dorobić, by pomóc mężowi.

Podoba mnie się ta decyzja.

I tak minął kolejny szalony dzień, nogi mam spuchnięte od upału i siedzenia, mimo że przeszłam dziś, olaboga, 8014 kroków, mimo nieliczenia kroków w domu :) 

 Odmówiłam jutrzejszy seans na Skype, bo bez sensu, skoro widzieliśmy się i w czwartek, i dziś, czasem trzeba odpocząć od dzieci.

Nawet tych dorosłych i kochanych...

Niech i on ma luz...

Bo stanęłam dziś tak jakoś koło drzwi i słyszę tik, tik, tik... 

Ki diabeł...

A włożyłam do wiszącego na nich zegara baterię i... pierwszy raz w życiu usłyszałam tykanie zegara.

I tak dziwnie się to plecie ;) 

Po powrocie z imprezy z ulgą wyjęłam aparaty, włączyłam słuchawki, radio i... błogosławione niech będą nutki...

Aczkolwiek coś się spsuło w radiu Pogoda, nie mogę w czasie czytania Przeminęło z wiatrem, nienawidzę audiobooków włączyć tego, co słuchałam, włącza mi się radio W pracy, a ono nie gra tego, co lubię...

No cóż, tak już jest, że nie wszystko jest IDEALNIE :)