piątek, 3 września 2021

Spokojnie

 tydzień minął, Kochany Pamiętniczku.

W niedzielę tylko Inżynierostwo wleciało całą bandą na chwilę, bo handlowa niedziela była i...

Za darmo dawali Słodziaka czy Swojaka, czy co tam znów leci w Biedronce, Synowa miała dwie karty, a dziadek stanowczo odmówił robienia zakupów, bo wszystko ma.

No a ja, jak ta głupia cipa, polazłam rano z wózeczkiem do galerii...

Internety mówiły, że Biedronka czynna od 8 jest, na całe moje szczęście wyszłam z domu o 8.30, ale pod sklepem poczułam się młoda i piękna, albowiem kolejka była jak za PRL.

Stał jeden dziadek, a właściwie nie stał, tylko łaził i stukał laską tak, że echo szło, myślałam, że dziada zamorduję. 

Ale okiełznałam złe moce w sobie. Biedronkę otwarto dwie minuty przed dziewiątą i dziki tłum ruszył... no gdzie?

Po Swojaki. Jednego wyceniają na 49,90, żeby zaś uzbierać punkty trzeba też sporo kasy wydać. Zgodnie z poleceniem wzięłam po bitwie raczka Romka, a że pisałam z Synową, dostała małpiego rozumu, sama już nie wiedziała, co mam brać, wpadła w panikę, że ich Biedronka mała...

Napisałam, że mają wziąć dupę w troki i przyjechać do mnie. I w ten chytry sposób Inżynier z Łobuzami zlądował u mnie, a Synowa poszła na zakupy, szczęśliwa jak żaba w błocie. 

Łobuzy wykazały niewielkie zainteresowanie raczkiem Romkiem i książeczką, Alienek ogarnąwszy kuwetę zażyczył sobie kotka. Mam w starym ajfonie takiego jebanego sierściucha, jak się do niego mówi, to on to powtarza. Najbardziej lubię mówić do niego: nauczyć gówniarza, to chodzi i powtarza. Sierściuch mówi to i to bardzo wyraźnie :) No ale przy Łobuzach nie mogę, ale oczywiście - dałam ajfonika (ja, dająca dziecku ajfonika) Alienek był w siódmym niebie, ale jako grzeczny brat, Kalafiorkównie też pokazywał. Niestety, dzieci klikają jak klikają i co rusz włączały się reklamy, ale z nimi odsyłałam do Inżyniera, którego to wpieniło. Chciał kupić aplikację bez reklam, namęczył się, ja też, bo hasła do wszystkiego i tym sposobem po raz pierwszy po tylu latach kupiłam apkę :) Wprawdzie burczał, że zapłaci, ale stać mnie jeszcze, żeby wydać 14 zł na wnuki :)

Synowa wróciła ze Swojakami, ale dzieci nie wpadły w euforię (to bardziej jej hobby, jak dzieci, ale co tam, co jej będę żałowała), posiedzieliśmy, kawkę wypiliśmy i pojechali, bo mieli obiad w domu. Nie, nie zabrali mnie, bo mają tak w Kosmos wyjechane foteliki, że nikt się już do auta nie mieści. I dobrze, bezpieczeństwo dzieci najważniejsze. A i ja, po zlikwidowaniu pozostałości huraganu, resztę dnia nabierałam sił na tydzień.

Olewając emilki o pyrach do środy. 

Łobuzy poszły do przedszkola 1 września, Alienek niechętnie, Kalafiorkówna z entuzjazmem. Synowa martwiła się, ale Alienek się zaaklimatyzował w nowej grupie, a Kalafiorkówna... Nieodrodna córeczka tatusia, cała grupa stała na baczność, a ona, najdrobniejsza i najmłodsza w przedszkolu, zarządzała tą bandą (tak przekazała  pani, Synowa bała się wnikać w szczegóły). Następne dni wykorzystała na łażenie po centrach handlowych i dobrze. Od czterech lat ma non stop, nie licząc nielicznych chwil, kiedy Łobuzy są na służbie u kogoś. dwójkę szalonych małolatów na głowie. 

A ja? Mam się dobrze. To był fajny tydzień.


Lało tak, że nie mając nic słodkiego, z nudów ciasto na oleju upiekłam, bo nie miałam masła w domu i...

Przepyszne wyszło :) 


A że jesień już jest, a pogoda cudna, bo NIE JEST GORĄCO, skoczyłam na Manhattan

i


miał być przecier i powidła śliwkowe, ale śliwki były jakieś niewydarzone, więc do pomidorów dałam paprykę, wpieprzyłam te powidła z jabłkiem i...

Ponoć to jest ketchup albo chutney. Nieważne, jak to się zwie, wsadziłam w małe słoiczki i jak coś samo łyżeczką wyżrę, bo jest przepyszne, prosiła nie będę, żeby ktoś brał.

I koniec w tym roku, jeszcze tylko na żurawinę czekam, bo do sera jest idealna.

A, ser odkryłam - niebo w gębie.


I jaja z kasą.

Nie zapisało mi do dziś na koncie zakupów z poniedziałku za jakieś 48 zł. Następne po nich tak, ale tych nie.

Dziś chciałam wypłacić w bankomacie Euronetu stówę, bo za mniej biorą prowizję, a wybieram się jutro na Manhattan. Wklepuję kwotę i bankomat mówi mi, że tej karty nie obsługuje. Jak to ja - dreszcze na plecach mam, ale nic, lecę do Biedronki, karta działa, kurcgalopkiem do domu, włażę do banku (mimo namów Inżyniera i tłumaczenia, że w ajfoniku bank bezpieczniejszy jak w kompie, stanowczo mówię NIE, aczkolwiek z mTransferu już skorzystałam), ale git majonez - bankomat nic nie pobrał, Biedronka tak, ale poprzedniej kasy wciąż nie ściągnęli.

Dla mnie to frustrujące jest, choć powinnam się naumieć już dawno, że to tylko algorytmy.

Ale wciąż mam z tyłu głowy momenty, gdy miałam na koncie 20 zł... I kilka dni do pierwszego.

Chyba nigdy nie pozbędę się tego lęku.

Jutro ma wpaść Pierworodny powiesić tę lampę. Zobaczymy. Miał 10. rocznicę ślubu, złożyłam mu życzenia, słowem się nie zająkując o jego żonie (ale to nie tak, że nie życzyłam dobrze). A do niej się nie odzywałam, bo przecież nie istnieję, co nie?

Ja do mojej teściowej dzwoniłam nawet z pyskiem. Ona do mnie z pyskiem i pretensjami też.

Życie nauczyło mnie, że najgorsza jest obojętność.

Żal mi syna, ale niby dlaczego mam się płaszczyć?

Nic złego nie zrobiłam i nie robię. A że nie po chrześcijańsku? Trudno. 

Staram się nie pisać scenariuszy politycznych, bo nie wygląda to ciekawie.

Staram się, aczkolwiek zakłóca mi to sen.

No nic... 

Nadchodzi moja ulubiona pora roku, o 20 już ciemno.

Dni światełek, świeczuszek, muzyki...

Zamyślenia, wspominania...

I ta myśl, kołacząca zawsze z tyłu głowy: czy zobaczę jak znów pokrywają się zielenią drzewa pod oknem? Czy znów zakwitną bratki na balkonie?

Czas pokaże.

Mija tak szybko.

Już życia, psiakrew, popołudnie.

Ale jest cudnie...

A z podrzuconego czynu społecznego wynika, że w przyszłym roku będzie 16 ekstrasów.

Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne (takie tam, prywatni doktorzy z PZU, za które płaci zakład) mnie już nie obejmie, bo... obejmuje osoby do 67. roku życia. Więc się nawet nie zgłaszam. 

Kiedyś chciałam się ubezpieczyć, miał być cót, jut i ożeszki laskowe, ale gdy się okazało, że mam więcej niż 55 lat składka tak wzrosła (a ubezpieczenie grupowe w zakładzie, dopytywałam i wiek nie przeszkadzał), że pół pensji by na nią poszło. Więc niech mi nikt nie mówi, że to nie jest ageizm.

Ale i tak warto żyć.

Na złość.



4 komentarze:

  1. Spokoj jest ponoc najwazniejszy, czyli dobrze, ze spokojnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. hej mam takie znaczki na te potworki z owada, podesłać Ci ?
    bo ja , jak dają to bierę a jak każą płacić to spierdalam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, kochana jesteś. O, muszę przyjąć Twoją taktykę,chociaż ze spierdalaniem u mnie nie będzie lekko, chyba że deskorolkę albo inny wózek kupię :)

      Usuń