piątek, 10 grudnia 2021

W stronę słońca

 aż po horyzontu kres, Kochany Pamiętniczku... Poszłabym.

Już dawno nie byłam tak zmęczona.

A dziś obudziłam się o 4 rano i już na mnie czekała praca na poczcie, którą odbębniłam, pościel zmieniłam, potem już rutynowo, kąpiel, śniadanie i poleciałam po zakupy, bo już nie było co jeść, nie licząc chińskich zupek, no i puszkowego zapasu.

Psiakrew, bo zima jest.

I o ile 


w takiej alejce to ja mogę iść w stronę słońca, to zima w mieście jest do dupy.

Co z tego, że odśnieżone i posypane solą? Jak się poślizgnę w takiej glajdzie, to mało, że mogiła, to jeszcze na czyszczenie odzieży wydam majątek, nie licząc obuwia zniszczonego przez sól. Jak rąbnę na śnieg, to o ile sobie czegoś (odpukać) nie złamię, to wstanę, otrzepię się i znów pójdę w siną dal, lewa, prawa.

Dlatego nie lubię zimy.

No ale wypisane kartki na stole leżały i darły się, żeby je wysłać. Więc poczta, piekarnia, o pierniki kupiłam, przepyszne

i 31 z groszami za kilo, a w Zagrodniczej 60 zł i bez polewy jakiejkolwiek. I wcale nie lepsze. No cóż...

Biedronka, bo kwiaty (wiem, wiem, stara wariatka ze mnie), no ale jak potem w domu mam


 

to chce się żyć w tym szaro-burym świecie, co nie?

Dziś pieścichłopy sponsorowały dzień...

I rzeźnik, wprawdzie nie za bardzo go lubię, ale time, time, bo praca i... skusiłam się na wątróbkę wieprzową. Nie wydałam dużo, bo była za 1,99 za kilo, ale ojapierdolę, wylądowała cała w kuble, bo była jak opona. I nie, że nie umiem wątróbki smażyć, nie soliłam, ale pomyślawszy, ile wywalilam na dentystę, zjadłam pyry z jabłkami i cebulą, z którymi smażyłam rzeczoną podeszwę... Smakowało, a zęby całe. 

A potem pracowałam, w pocie czoła, nie mówię, że miło nie było, bo emilki słodkie, ale zapieprz. I zmęczona byłam szalenie.

No dobra, mea culpa, w międzyczasie chałupę ogarnęłam, choć zaklinałam sama siebie: jutro to zrób, jutro...

Napisałam z zapytaniem, czy jeszcze coś, czy jestem przydasie i w sumie nie wiem, bo odpisała tylko część załogi, a reszta milczała jak zaklęta, więc i 19, jak doszły maile z HR, że mam urlop, olałam, zamknęłam i umieram do poniedziałku.

Ale luksusowo, bom wysprzątana, zakupiona, tylko jutro bym po baterie polazła, bo akumulatorki dawno szlag trafił, a ja




fazę mam, a to nawet nie połowa inwentarza... :)

Choinki jeszcze nie ma, ale to za tydzień, jak się pozamykam i zaszczepię, mam czas. Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł.

Alienek i Kalafiorkówna wylądowali na kwarantannie, bo w przedszkolu personel się zkoronawirusował,

Rodzice postanowili izolować Łobuzy do świąt i sami też - i słusznie.

Zawsze mamy Skype, a ja cichą nadzieję, że wywinę się od wigilii. I nie, że z nimi bym nie chciała, ale wigilia ma być we włościach Inżynierowej - auć. Ale Inżyniera mi żal, choć sam sobie taki los wybrał, więc...

Co ma być będzie. Ja pierniki już mam, innego ciasta nie chcę, bo nie przepadam, karp w zamrażalniku, fanką pierogów ani barszczu nie jestem, dlaczego nie może to być zwykły, spokojny weekend?

No nic, zobaczymy.

Pogadałam ze Słonkiem i tak mi kamyk wrzuciło do ogródka, że ona pracuje w knajpie, wśród ludzi i jakoś nic nie złapała. Nie zna nikogo, kto złapał. Bo napisałam, że połowa mojej załogi po forum ma koronę. Bo ma. Zapytała, jakie forum, jakby nie wiedziała z Auschwitz...

A strachu się najadłam, bo dzień po byłam w redakcji i błogosławię dziś dziewczyny, że mnie wywalały od siebie.

Ponieważ dorosłam i uważam, że ludzie mają prawo do swoich decyzji, w jęzor się ugryzłam i grzecznie powiedziałam, że znam parę ludzi, którzy to złapali, w tym moje osobiste dzieci i znam takich, którzy zmarli.  Nie oceniam, nie namawiam, ale robię, co chcę. 

I chociaż faktem jest, że to pic na wodę i fotomontaż oraz złudzenie apteczne, w następną sobotę pojadę sobie wszczepić kolejnego chipa, dzięki któremu będę się łączyła nie tylko z lodówką i piecykiem, ale dojdzie parę urządzeń, a i Bill Gates z Markiem Zuckerbergiem , siedząc przed swoim monitorkiem będą wiedzieli, że o, SJ, znana na całym świecie, zapierdala właśnie do monopolowego i za chwilę bez wglądu do paragonu będzie wiedział, czy kupiła najtańsze piwo (wiadomo, inflacja, praca bez podwyżki od 11 lat), czy może znalazła stówę koło śmietnika i sobie jakiegoś Chopina czy innego Sobieskiego plus soczek zaserwowała. Ale będą mieli radochę, wiedząc, co SJ na Dębcu pije...

A skazany na kwarantannę z siostrą (ta już awansem na niej jest) Alienek odkrywa kolejne talenta, tapetując Kalafiorkównie ścianę, albowiem nad jego łóżeczkiem miejsca na plakaty już nie ma. Mało, że mądry, to jeszcze uzdolniony technicznie jest.


 

A Papryczek 8 grudnia skończył siedem lat... Dzieli nas dokładnie 60 lat.

Życie pędzi coraz prędzej...


niedziela, 5 grudnia 2021

Nie widzę

 różnicy między 66 a 67, Kochany Pamiętniczku.

Ale gdy wstałam dzisiaj i zobaczyłam ten sypiący za oknem śnieg napisałam do Inżyniera, że ma się nie gniewać, ale zmieniamy plany.

Bo grzechem byłoby zabrać Łobuzom śnieg, a i sama myśl o Inżynierze na tych "uniwersalnych" oponach, popylającego do mnie z Łobuzami...

Nie...

Na szczęście Inżynier rozsądnym człowiekiem jest i wprawdzie nie poszli na sanki, bo ponoć za mało było śniegu (sanki od ubiegłej zimy kiblują przy drzwiach)


 ale bałwan jest całkiem piękny, co nie? I zadowolone Łobuzy co chwilę leciały do okna i cieszyły się swoim dziełem. Odmówiłam uczestnictwa w śniegowym szaleństwie, albowiem... Co ja się będę tłumaczyć.

Dojechałam do nich i w korytarzu karnie stała ekipa z najwspanialszym prezentem świata



Alienek pierwszy raz się dla mnie PERSONALNIE podpisał, a podkreślam, że dziecko z problemami...

I nawet nie pytali, co dla nich mam....

No a potem były tańce, hulanki, swawola, rechot zadowolenia, gdy stwierdziłam, że jeszcze jedna łyżka zupy pomidorowej, a pęknę i będą mnie zdrapywali ze ścian (talerz jak moje trzy), do zdrapywania babci ze ścian była chętna cała ekipa...

I jako że dostałam film z pasowania Kalafiorkówny na przedszkolaka, okazało się, że znam wszystkie piosenki z przedszkola, co wzbudziło zachwyt Łobuzów i pytanie Alienka: a do jakiego przedszkola chodziłaś i co potem robiłaś? Wytłumaczyłam, że do prowadzonego przez zakonnice (dziecko nie zna tego pojęcia, matka onego, wykwalifikowana nauczycielka nauczania przedszkolnego pracowała z zakonnicami i zna całokształt mój), potem poszłam do szkoły podstawowej, potem do średniej, następnie na studia, po nich do pracy, potem za mąż wyszłam i urodziłam wujka Pierworodnego i jego Tatę, a potem poszłam do pracy... Puenta: potem wróciłaś do domu... Wszyscy dorośli padli i już nie powstali...

Jak ja kocham te chwile.

Kotecek się z nami bawił

w tym roku Łobuzy ubierały całą choinkę, Synowa spasowała z idealnym całokształtem.

Kawkę wypiliśmy i zasadzono babcię do planszówek...

Jeżu kolczasty, jak ja nienawidzę planszówek...

Ale ubawiłam się setnie, choć sromotnie obie przegrałam, nie oszukując.

To już za mną. Przegrywanie dla świętego spokoju, tym razem uczciwie przegrałam, zachwycona całokształtem.

Przeszczęśliwa zniknęłam do chaty, w sam raz przed szklanką.

Spokojna, że Inżynier mi się nie rozwali gdzieś...

Dopieszczona, bo nawet Kalafiorkówna, na wszystko odpowiadająca nie, łaskawie mi łapką długo kiwała, a Alienek...

No dobra, to był piękny dzień.

Czasem niewiele potrzeba do szczęścia.

Dojeżdżam do końca pierwszego sezonu Brothers and Sisters.  Bo rzygam gwiazdkowymi słodyczami z Netflixa. 

Kiedyś już ten serial oglądałam.

Jest spoko.

A jutro zapowiada się ciężki dzień, ale co tam :)

Będzie dobrze, co nie?

Nie ma innej opcji...

sobota, 4 grudnia 2021

67

 Kochany Pamiętniczku. Przez następne 365 dni te dwie cyferki będą mnie sponsorować. Mam nadzieję, że i te dni będą mi darowane.

Przeszczęśliwa jestem, Kochany Pamiętniczku, że nie spełniło się powiedzenie Zmorki, że mam uważać, bo z góry widzą 66 odwrotnie.

Cały rok tkwiło mi to z tyłu tego głupiego łba, więc przez 365 dni się martwiłam, serio, chociaż wiem, że kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.

Ale jak widać, było, minęło. Może Umarlaki pilnowały, nie wiem. Ale nieważne.Jest 67 na liczniku.

I wdzięczna jestem tym, którzy dziś pamiętali, bo wyłączyłam powiadamianie na FB.

Niewiele jest pamiętających, ale są przynajmniej prawdziwi.

Ciąg dalszy nastąpi...

Albo i nie :) 

A tak między nami, ludzie tak długo nie żyją, co nie, Kochany Pamiętniczku?

Pracując w mediach, of course. Chociaż krążą legendy, że dożyli dużo więcej. Jak taki np. Giedroyć... No ale on nie pracował w polskich mediach, nie był korektorką, czyli najniższym szczeblem drabiny pokarmowej.

Ale i tak jestem z siebie dumna...

I nie poszłam na Betlejem Poznańskie, mimo tego, że serce mi się rwało do Łobuzów, które tam polazły. Wciąż jeszcze nie mam odporności poszczepiennej.

Ale ponoć dupy tam nie urywało, więc nie ma czego żałować, co nie?

Za to jutro może się podziać - no cóż, c'est la vie :) 

środa, 1 grudnia 2021

Tylko

 bez paniki, Kochany Pamiętniczku, a właściwie bez paniki, Czytaczki :)

Złego diabli tak szybko nie biorą, co już dawno udowodniono.

Jedyny skutek uboczny to boląca ręka, ale w porównaniu z bólami stawów, które od lat odczuwam codziennie, raz mocniej, raz słabiej, to jest (było) małe miki. Już nic nie boli. Przez moment zaczęłam się czuć gorzej, w sensie, że słabo mi, ale wytłumaczyłam sobie jak krowie na rowie, że mam nie histeryzować, wziąć się w garść i nie myśleć o szczepieniu i jak ręką odjął mi przeszło. A kołatanie serca i tak mam od czasu do czasu, więc jest git majonez. Starość nie radość, tralalalalala :) (I odpukać na przyszłość, albowiem szczepiła się będę jeszcze).

Z urlopem się pozajączkowało,wpisałam go do systemu, wciąż nie mam zatwierdzonego, a w poniedziałek uświadomiłam sobie, że na 1 grudnia jest ekstras, więc z urlopu nici, na co Boss napisał, że ekstrasa nie będzie w tym terminie i do czwartku nie mam na co liczyć. A że maszynki są, to i tak kwitnę, a dziś zaczęły spływać teksty, których miało nie być, ale są, więc korekcę, bo 


i zero, to gdzie się będę włóczyć, jak ślisko?

I tak mi wesoło leci.

Kaloryfery wciąż mam zakręcone, elektroniczny termometr pokazuje 20 stopni, zwykły 18, nie ubrałam się jakoś specjalnie ciepło, a jest luz. I nie wiem, czy dlatego mi ciepło, że gruba jestem, czy dlatego, że mam temperaturę, czy taki mój urok na starość? Nie wiem też, czy zaoszczędzę na ogrzewaniu, bo obliczanie zużycia to czarna magia jest, a ogrzewanie poszło w górę, ale czynsz nie, bo w spółdzielni bajzel... Więc może odkręcić kaloryfery? Ale lepiej oddycha mi się jak nie grzeją, to chociaż 50% wilgoci jest...

Wczoraj sobie zaszalałam, o

W ramach niemarnowania żywności po drodze kupiłam mięsko mielone i z papryk leżących w lodówce obiadek sobie zrobiłam (na zdjątku brakuje już jednej, zeżartej) i jeszcze na dziś mam obiadek, w sumie do soboty nie muszę wychodzić z chaupki, a powinnam, co nie? 

A Alienek wyhodował w przedszkolu


Inżynier pyta, sierota jedna, co to, bo chce to we włościach posadzić. A to dąb. Byłoby super, jakby się udało to utrzymać do momentu sadzenia na włościach, ale czy to przetrzyma? Poradziłam, żeby wystawili na korytarz, bo tam nie ma ogrzewania. A Alienek ma MOJE geny i już. Z kotami nie jest zaprzyjaźniony za bardzo :) 

I zaczął z dnia na dzień coraz lepiej rysować i pisać. Jednak pieniądze wydane na Tomatisa zwracają się z nawiązką, dziecko rozwija się jak moje badylki, oszałamiająco. Jeden z moich amarylisów za moment zakwitnie 3 raz pod rząd...

I tak (odpukać) spokojnie biegną dni przed siebie, już grudzień jest. Nie napinam się na święta, nie planuję, bo teraz z dnia na dzień wszystko jest płynne i nieprzewidywalne.

Aby do weekendu...



sobota, 27 listopada 2021

Polak

 potrafi, Kochany Pamiętniczku :)

Jako kobieta przezorna i zorganizowana, o dziwo, noc bez szaleństw przespałam, więc rano


spakowałam gacie, koszulę nocną, szlafroczek i inne tam do torby, żeby Inżynier nie miał kłopotu. 

Inżynier wszedłszy zarechotał i mówi: jeżeli mamę to uspokoi, bierzemy torbę. 

Ale nie wzięłam, bo jak coś to jeszcze ładowarka i inne zabawki, więc mówię: jak coś to sobie pojeździsz...

Jadąc (najpierw odwieźliśmy Pierworodnego, bo wleciał po naklejki dla MW), pięknych przekleństw słuchałam, albowiem dziecko me, niesłuchające matki, postanowiło słuchać GPS, a jakże, zaktualizowanego, który wywodził nas w pole, ale co ja tam wiem o objazdach, skoro nie mam samochodu...

Hahahaha...

Po drodze wpadłam na szatański pomysł, że po prostu tego wstrząsu nie zaznaczę i co? Jedziemy do szpitala, jak mnie trafi, to zabiorą na oddział i Inżynier powie prawdę wtedy.

Obsługa na Szwajcarskiej jak w przedwojennym Hiltonie, rozlazła mi się chińska maseczka, to pan pospieszył z pudełeczkiem autentycznych medycznych maseczek i prosił, by wziąć dwie :)

Żeby nie Inżynier miałabym jak w ruskim czołgu, bo pani z dyżurki rejestrującej nie rozumiałam, akurat bateria siadła, no ale wiadomo - wierny tłumacz u boku, poszło gładko.

Jako że wszystko było zaznaczone na opak, chwila i byłam na krzesełku, a uprzejma pielęgniarka maseczkę zdjęła, poinstruowała, nalegając by zaraz zażyć dwa apapy i koniecznie apapy... I oczy kwadratowe zrobiła, gdym rzekła, że w ogóle nie czuję ukłucia, bo ona się panicznie bólu boi. 

Po naklejeniu plasterka


 nie dali wprawdzie odznaki Dzielnego Pacjenta, ale dali certyfikat szczepienia, a na ajfonika momentalnie wleciał SMS, że następne szczepienie już tuż za rogiem, a  że w sobotę, to I. po powrocie do domu mówi, że jedzie ze mną, bo tam dojazd jak do piekła jest.

Wysiedzieliśmy 10 minut i zarządziłam odwrót, bo mi się nudziło, a rozmowa w maseczce to o kant dupy potłuc. 

I pojechaliśmy, chociaż mówiłam: skręć w lewo, a GPS kazał w prawo, no i... utknęliśmy w korku na remontowanym od wieków rondzie Rataje... Nie słuchała myszka mamy, nie miałam nic do jedzenia oprócz cukierków z imprezy z Francuzami, a kiszki nam marsza weselnego grały... Inżynierowi cukierek wleciał, nie miałam nic do popicia, dobrze, że staliśmy w korku, bo byłaby draka (zapisać w kajeciku: wozić picie i batoniki). 

Odkorkowaliśmy i pojechaliśmy po jedzenie do Piccollo - i znów na prostej drodze GPS wywiózł nas w ślepą uliczkę. Ale co ja będę kierowcę uczyć, jak ma jeździć :) 

W Rossmannie znów przemiła panienka doprowadziła mnie do półki z lekami, bo to duży sklep był i szukałabym apapu godzinami, zabraliśmy jedzonko i do domu.

Łobuzy aż na schodach na mnie czekały, tupiąc nogami z niecierpliwości i rzucając się na mnie zespołowo, a ja tchu nie mogłam złapać, I. pękał ze śmiechu, bo sama sobie takie żmije na memłonie wyhodowałam: co masz dla nas, co masz w torbie. No, miałam, miałam, bo jak tłumaczę dziecku, miło będą wspominać, że babcia zawsze o nich pamiętała, a na razie są na etapie, że zadowoli ich wszystko.

Posiedziałam i podwózka odsapnęła, jednak chciałam do domu, bo nerwy...

I tak jak rano scenariusze pisałam z torbą w tle, tak home sweet home...




Już świątecznie, a jednak nie do końca. I zaproszenie na Wigilię na D., i tak jak nie cierpię, tak cieszę się.

A przy okazji - odbieram już nie tylko 5G, ale i mam robocze wejście do portu dla 6G i jak mi się pierdoli, to I. mówi, że tak to jest jak się bierze wersję beta, niedopracowaną ;) 

I lekturę sobie przywiozłam


Herbatka, Pogoda, książka, światełka i chce się żyć. Wprawdzie Pierworodny mnie "pocieszył", że poszczepienne szydło z worka może wyleźć później, ale... cieszę się. 

Czasem trzeba skoczyć na główkę. 

 

MW jest już po rezonansie, wyniki będą w poniedziałek. Była też na Szpitalnej w związku z podejrzeniem tła stresowego.Więc obadana od stóp do głów. I dobrze.


czwartek, 25 listopada 2021

Przeżywałam

 jak mrówka okres, Kochany Pamiętniczku.

Sobota - cisza.

Niedziela - cisza.

Inżynier Skype proponuje, seksimy aż miło, a tu dzwonek. A jakże, Pierworodny z Papryczkiem, zdziwiony, że ja jestem zła.

No a jak, ani be, ani me, ani kukuryku, Patryk w niedzielę i co ja, kurwa, sroce spod ogona wyleciałam, czy co?

Ale jako osoba pisząca scenariusze rosołek nagotowałam, albowiem Papryczek rosołek jada. 

To nie są normalne dzieci, które przyjdą, zjedzą, co babcia da i podziękują, nie tematem przewodnim dokarmiania moich wnuków jest "on tego nie zje".

Kurwa.

Mała Wiedźma miała zablokowane jelita, mimo wlewów z trudem odblokowali. Miała zostać w szpitalu do wtorku.

A synowa (a pizda) miała w niedzielę... zebranie rady rodziców w przedszkolu, jest skarbnikiem i musiała na tym zebraniu być bezapelacyjnie. A ponoć ostatnio takie zebranie trwało 8 godzin. Nosz, cuda wianki, panną byłam, dzieci miałam, ale o takim numerze nie słyszałam, ale co ja tam wiem. W tygodniu rozmawiałam z Inżynierową, pytając, jak to możliwe, a ta kwadratowe oczy i mówi, że nie ma opcji, żeby państwowe przedszkole otworzyło w niedzielę podwoja na zebranie rodziców. I żeby takie zebranie trwało cały dzień roboczy. (Wie, co mówi, pracowała w przedszkolu, jest nauczycielką). Nie muszę mówić, że śmierdzi mi to na kilometr, ale co ja tam wiem, głupia jestem i tyle.

Papryczek niby bezobsługowy, broić nie broi, ale jak to dziecko, długo się czymś nie zajmie, więc zabawiać trzeba, a ciężki w obsłudze jest, bo ani książeczki, ani bajeczki, ani wierszyka, ani malować nie chce, to co ja mam z takim fantem zrobić? Strip-tease odpada, za mały, a i ja warunków nie mam. Na głowie nie stanę, więc nie ukrywam, że mimo że złego słowa powiedzieć nie mogę, po 5 godzinach miałam dość. Pierworodny przywlókł się, widać, że zmęczony, więc me serce się ulitowało i dostał resztę rosołku, nie będę dziecka głodziła, a i dla Papryczka druga porcja się znalazła.


I błogosławię, że nie oddałam za grosze starych zabawek, bo bez drżenia serca dawałam do łapki i był moment świętego spokoju, aczkolwiek piski, jakie wydają gierki dla dzieci doprowadzają mnie do białej gorączki.

No nic.

A, Papryczek kaszlał jak stary gruźlik, a na moją uwagę, że kaszle, usłyszałam, że on tak ma. We wtorek już go Pierworodny wywoził do O., do teściów. I nikt nie myśli, że teściu po zawale, że nie wiadomo, co dziecko z przedszkola przynosi? Serio? Nie wzięłabym dziecka tak na dłużej. A i traci przedszkole, a już nie przeszedł do zerówki. 

Dlaczego znów on i dlaczego w nocy, po pracy, wracał w środę i nawet nie mógł wlecieć do mnie po naklejki dla MW (szał Swojaków), bo... musiał iść do domu po kokardy (kokardy?chyba że mu słownik coś jebnął, bo w życiu nie widziałam MW z kokardką i zeszyty dla niej). A dlaczego jaśnie hrabina, idąc do pracy, nie zabrała tego i dlaczego on ma latać ze wszystkim.

Nic, morda w kubeł, ale coraz mniej mnie to bawi.

Warzywka w poniedziałek zamknęłam, a Inżynier, gadzina uparta jak mało kto, zadzwonił na Szwajcarską i zawiezie mnie (znów long story z tym małpiszonem). Mam obiekcje po kaszlącym Papryczku, sama też pokasłuję, ale raz kozie śmierć, a on mnie straszy tym, jak będzie żył z wyrzutami sumienia, gdyby... no swój scenariusz pisze.

W środę wleciałam do redakcji, książkę dla G. zaniosłam. Na wejściu fanfary, czerwony dywan i... odganianie mnie na bok, bo "wczoraj to forum było, my w takim tłumie, pełno ludzi, kupa lekarzy i weterynarzy, nie wiadomo, czy ktoś nam świństwa nie sprzedał, więc boimy się o panią". Nice, co nie? I oburzenie, że informatyk mi papieru nie zawiózł, że sama po niego przyjechałam, że ręka boska mnie broni, żebym dźwigała, że lecą mu manto spuścić. Ostudziłam, że jakbym nie jechała po papier, toby mnie nie zobaczyli. Że wizyta informatyka to droga przez mękę, a będzie musiał mi przywieźć niedługo toner, to napiszę emilka do wiadomości i Bossa, i M., więc spoko, potem mogą go zabić.

Krótka pogawędka z M., krótka, bo mieli zebranie poforumowe, a jakże, zakrapiane i Boss wpadłszy na mnie na korytarzu, bo szłam się pokazać, że żyję, serdecznie zapraszał, ale wizja kilkugodzinnego pierdolenia o Szopenie pozwoliła mi odżałować to winko i wykręcając się, że ja po papier tylko, bo maszynki, zwiałam. A wkurzył mnie, bo znów pytał o szczepienie, mówię, że w sobotę idę, a on: trzecia dawka. Nie, pierwsza... I gały wielkie, że jak to, jakbyśmy dwa miesiące temu nie rozmawiali o tym, dlaczego nie jestem zaszczepiona. Czasami ludzie mnie pod tym względem wkurwiają. I to maksymalnie.

Po drodze info od Inżynierowej, że jest już w domu (nie chciałam lecieć, jak jej nie było, bo Inżynier prawie non stop na słuchawkach), więc wleciałam po te naklejki.

Pokazałam jej książkę dla korektorów z 1950 r., bo przehandlowałam z M. za papirusa (nie będę jednak brała z pracy badyli do domu, po prostu nie mam miejsca, a tam się ktoś nimi opiekuje, bo żyją).

I pokazała mi orzeczenia Alienka - piałam z zachwytu. Jednak psycholog poparł to, co ja zawsze mówiłam, że to jest genialne dziecko. Tak, ma zahamowania, nie mówi wyraźnie, jest nadpobudliwy, ale reszta była idealna - wyprzedza rówieśników co najmniej o trzy kroki. Będzie dobrze. Będziemy łajzę tomatisować i logopedować i będą z niego jeszcze ludzie ;) Poniekąd kamień mi z serca spadł. Ale porównując 4-letniego Alienka i 7-letniego Papryczka, który nie poszedł jeszcze do zerówki, bo pani w przedszkolu stwierdziła, że nie jest motorycznie rozwinięty (do psychologa nie poszli, przyszli nad tym do porządku, bo Papryczek grudniowy jest, no i co z tego, ja też grudniowa). Ja sama, porównując chłopców z bólem serca stwierdzam, że jest problem.

Ale co mam zrobić?

Zwracałam już uwagę i jak grochem o ścianę.

Ale, ale, we wtorek MW miała, biedna, kolonoskopię, albowiem wciąż nie doszli do tego, co spowodowało problem. Podobno je OK (w co wątpię, znając ich kuchnię i odbierając mnóstwo słoików po gotowcach), nie wypróżniała się tylko dwa dni (serio, po dwóch dniach takie cyrki, że ląduje w szpitalu i jedzie na przeciwbólowych non stop), więc kolonoskopia.

Nic nie wykazała, ponoć to na tle nerwowym. A moje pierwsze pytanie do Pierworodnego, jak pisał, że ją brzuch boli i nic nie pomaga było: może to stres. Niechętnie, ale post factum przyznał: mówiła mama.
Więc tylko potwierdza się moje czarnowidztwo. 

Ogarniam się, bo spać nie mogę. Ale za bardzo nic nie pomaga, szpikuję się ziołowymi uspokajającymi, ale nawet po 6 pigułach (dozwolona dawka dzienna) jestem jak sowa - nie śpię. Nie chcę teraz eksperymentować przed tym jebanym szczepieniem, bo zioła też mają uboczne działania, więc nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

A dziś rano pinkowy zaszalał i strzelił


a na skarpie jakiś różowaty pełno kwiatków ma


a jutro ma padać śnieg.

Na poczcie emilek od Bossa, że do końca grudnia trzeba wykorzystać urlop (fakt, mogłam olać, mam dni niepracowe). No, w moim przypadku wzięcie go jest nierealne i nie, nie wypiszę mu po raz kolejny urlopu za dni, kiedy nie pracuję. Ponoć była z tym chryja na zebraniu z prezesem, na którym nie byłam.

Więc napisałam, że sorry Batory, wezmę na początku grudnia (bez sensu, bo 1 i 2 zamykam maszynki, więc też mi urlop, ale maszynki tak jakby nieetatowe, a i z nimi sobie spokojnie pourlopuję), a że będą mieli znów mało korekty? Trudno. Gdybym chciała wziąć wszystko, to i tak by mi przeszło na styczeń, a w grudniu musieliby płacić komuś innemu. Co on, do chuja wafla ma z tymi urlopami, jak zaległy mam prawo wykorzystać do końca września następnego roku? Nie chcę co miesiąc brać, bo może się tak zdarzyć, że będę więcej potrzebować, nie zapisuję już nawet nadgodzin, bo miałabym pół roku wolne..

Wracając do MW, myślę, że to się stało, żeby gorzej nie było. Jeszcze jest w szpitalu, czeka na rezonans, bo w tym stłuczonym kolanie ma wodę. Tak o nią dbają. Mówiłam mu, że za długo utyka, a on mi na to, że on ponad dwa miesiące kulał po tym skoku z dachu...

I tak, kurwa mać, to wszystko się toczy.

Zobaczymy, jak to będzie po sobocie.

Jutro ogarnę, czyste gacie uszykuję, nie że na co dzień w brudnych latam i będę silna, zwarta i gotowa. Co ma być, będzie.

A na serio? Nie jestem antyszczepionkowcem. Moje życie zawodowe nauczyło mnie, że to loteria. A jeżeli młodzi ludzie po 3. dawce lądują w szpitalu i umierają, to zastanawiam się, jaki to ma sens. Życie to loteria jednak. Zatem nie podnosić rabanu, albowiem co ma być, będzie ;)


piątek, 19 listopada 2021

Nie odzywałam się

 Kochany Pamiętniczku, to i zero informacji o stanie zdrowia MW mam.

Tak się zastanawiam, czy to czasem nie jest endometrioza. Ale tę, wiem z lat pracy w Auschwitz, zdiagnozować nie jest łatwo, podlega pod kategorie jednorożców srających tęczą, a i leczenie to na dwoje babka wróżyła.
MW może ją mieć, no ale co ja się będę pchała przed orkiestrę i grała na akordeonie?

Zadeklarowałam, że zapłacę za prywatnego ginekologa, a stawki są ponoć powalające obecnie, nie wiem, nie znam się, od lat nie byłam u żadnego, do dentysty mogę chodzić co drugi dzień, a do gina po moich traumach - podziękuję. Wiem, niehalo, ale w dupie to mam.

Bardzo głęboko. Nikt już mnie nie będzie klepał po dupie, albo mówił, że nie założy mi spirali, bo nie ma narzędzi wysterylizowanych. 

Uprasza się o nienawracanie mnie...

Właśnie synowa dosłała mi zdjęcie MW, dzielnie kroczącej za kroplóweczką... 

I co ja mam, kurwa, zrobić?

Dialog:

 

Przyjęli mnie niedawno

D.

Patryk w niedzielę?

D.

Jeśli mogę prosić

D.


Mi się zaraz telefon rozładuje

Wysłano

Ok, wezmę Patryka, ale uprzedzam, że mogę mu coś sprzedać. Jestem przeziębiona

D.


Ok
 
No i po bajce. 

Jakoś wszystkim padają wszystkie urządzenia.
Smarkam już w dodupny papier, bo chusteczek nie nastarczam. I nie, nie czuję się źle, po prostu mam katar. Nie grzeję w domu, bo mi ciepło, elektroniczny pokazuje 22, zwykły 19, więc nic mi do szczęścia nie brakuje. 
A MW na zdjęciu wygląda kwitnąco, ale podłączona do kroplówki, no i to jebane polskie szpitalne żarcie na stoliku...
Hrabina zbudziła się i pojechała z córką do szpitala.
Ale zaraz, zaraz, dlaczego jej wielka przyjaciółka nie wzięła Papryczka pod opiekę? Bo sześciolatek jest zbyt marudny, zwłaszcza, jak jest tak rozpieszczony jak mój wnuk?
No nic, wszystko wyjaśni się w odpowiedniej chwili. 
Zamknęłam dziś i moją gazetkę, i warzywka, w miarę bezboleśnie, bo o 16.53 (czarną kredą w kominie), w międzyczasie ogarnęłam bajzel mieszkaniowy, kończąc podłogi przed 17.20.
Piękny czas.
Jest czysto, gra radio...
Rano pogadałam ze szwagierką, co jej niedawno mąż zmarł, a na ten pogrzeb nie dojechaliśmy. Bo śnił mi się w nocy, razem z teściową, czyli swoją matką i Eksem. Eks miał spodnie wysadzane kryształkami Swarowskiego, więc pytałam, co mu odjebało, a szwagier był dla mnie tak miły, że to było niemożliwe, a i teściowa była OK. Znaczy się, mam się na tamten świat szykować w podskokach? Co ma być, będzie. Wszyscy w moim śnie byli dla mnie tak mili, że nie chciałam się obudzić, kiedy już wiedziałam, że to tylko sen.
Nie męczę Inżyniera, bo szkoda mi chłopaka.
A Kalafiorkównę cofnęli dziś w połowie dnia do domu z przedszkola, bo biegunki dostała. Alienek właśnie swoją zakończył.
Więc podsumowując - jak nie urok, to sraczka i jak tu żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Taak zwyczajnie, po prostu, żeby, kurwa już nic nie bolało?
Gdybym miała jakąś gwarancję, że w alternatywnym świecie jest luz i hasta manana, nie zastanawiałabym się nad przeniesieniem.
Ale takiej gwarancji nie ma.
A tu kuszą dni z tymi wkurwiającymi ludźmi i z...
A, nevermind... 
Pojebana jestem i tyle w temacie.
Jutro będzie bolało...

Pracuję w gazecie, a nawet w trzech, więc jestem groźna.



czwartek, 18 listopada 2021

Ja to mam

 zezowate szczęście, Kochany Pamiętniczku.

Pytam wczoraj Pierworodnego, jak Mała Wiedźma, bo oczywiście nie odzywa się. Odpisuje, że tak samo jak we wtorek, jak się nie poprawi, idzie w czwartek do szpitala. On jest w pracy. Magluję, dlaczego nie pomyśleli o wysłaniu jej do mnie, chociaż szklankę wody bym je w razie czego podała, ale jest w pracy i nie ma czasu.

Ok, ja też czasu nie mam, we wtorek padłam na mordę z hukiem, a wczoraj pracowałam non stop do 22, ale mniejsza z większym, co tam ja...

Dziś pukam znów i pytam i słyszę, identycznie to samo co wczoraj, że bez zmian i jak się nie poprawi, to jutro do szpitala...

Jako że sklerozy nie mam, a i na piśmie to mam, pytam, co znów kombinuje i odpowiedź: mamo, jestem w pracy.

W pracy, w której rzekomo ma luz. A poza tym ludzie w pracy wykonują prywatne telefony, a ja nie pytam, co jadł na śniadanie, tylko o zdrowie wnuczki.

Więc chuj ci w plecy, synku, bo w dupę byś jeszcze miał przyjemność.

Piszę do MW na MSG, wysyłam SMS na jej telefon i nic, zero, null.

Tłumaczył mi jak krowie na rowie kiedyś, że MSG nie działa (jak, kurwa nie działa, jak ma FB?), że telefonu to ona nie ładuje...

To jak ona utrzymuje kontakt z całym światem, bo ma znajomych nawet w Japonii, UK, Holandii i chuj wi gdzie, skoro nie korzysta z tych komunikatorów? Jeśli korzysta z innych, wystarczy mi dać znać, zainstaluję sobie.

Nie mam więc kontaktu z wnuczką. Do jej matki nie piszę, bo pizda jest i też "nie może w pracy odpisywać, a po południu jest zmęczona i ją boli głowa".

To co mam zrobić, Kochany Pamiętniczku? Z jednej strony martwię się o Małą Wiedźmę, z drugiej nigdy do niczego się nie wtrącałam (bo zawsze jest "ale mamo, ale mamo"), jestem przecież najgorszą teściową i babcią na świecie, bo nie ofiarowałam się, że będę się opiekowała wnukami, gdy wrócili do PL.

Tak, kurwa, tylko że ja wciąż pracuję i to ciężko pracuję, no ale co to za praca, poczytać przed komputerkiem albo na wydrukach, co nie? To jeszcze można przy okazji jedną ręką obiad ugotować, a drugą zaspokoić potrzeby rozkapryszonego P., ryczącego o byle co, bo MW jest prosta w obsłudze i na wszystko mówi: obojętnie.

I tak we mnie złość szarpie się z troską o MW.

Powinnam wsiąść w autobus, pojechać do nich? Serio? Nie dali adresu, to znaczy wiem, gdzie mieszkają, ale... za każdym razem (ba, przez ponad 2 lata dwa razy) byłam z obstawą, nie pamiętam ani nr domu, ani mieszkania, pamiętam tylko, że 6 piętro, a osiedle bloków jak ze sztancy stawianych). 

Wziąć na wstrzymanie - jedyna możliwa rzecz. Jak się będzie coś działo, jak działo się, gdy myślał, że to sprawy kobiece, to znów znajdzie do mnie drogę.

Jak będzie coś potrzebował.

Ale przyjdzie dzień, kiedy się po prostu nie odezwę.

Bo już mnie nie będzie.

No nic.

Za mną dziesięcio-dwunastogodzinne dni pracy, ale cóż, tak jest co miesiąc. Coraz gorzej to znoszę, ale cóż, pecunia non olet. No i jestem z domu.

Zmarł Durczok. Lubiłam gościa, mimo jego ekscesów. Nie był głupi. Jako że z branży, bo nieważne, jakie media, ale branża, rozumiem gościa. Tam pracują sami wariaci, mało komu uda się z tego kręgu wyrwać. Znałam odznaczanych, poważnych, po pijaku (a pije się tam bez wylewania za kołnierz, u mnie w redakcji, gdybym powiedziała, że muszę się napić, zaraz by mi nalali, a gdybym sama chciała się napić, w lodówce zawsze coś do picia jest) kładących się na dywanie i nie, że pijani w trzy dupy, nie, życie ich przerasta.

I umierają tak szybko, i tak młodo...

Mam nad nimi przewagę - nie mam rozterek dotyczących jazdy po pijaku, niezmotoryzowana jestem od zawsze i bez prawa jazdy.

To niekiedy jest luksusem... I błogosławieństwem.

Jeszcze tylko jutro, zacisnę zęby i dam radę... (nie cierpię tego zwrotu, to kalka - dam radę oznacza dla mnie - poradzę komuś).

A moje badylątka kochane - amarylis, ten sam, co ostatnio znów jest gotowy


i znów wybuchnie.

Grudnie zaś szaleją powoli, na raty


a róziowy czai się z maleńkimi pąkami w kącie, bo czeka na bal... Na bal, na bal, na bal, bo to życie to bal jest nad bale...

wtorek, 16 listopada 2021

Moja

 bajka, moje zasady, Kochany Pamiętniczku.

Nie pasowałam do bloga, którego adresu nie wolno wymieniać, autorstwa niejakiej S., której imienia też nie wolno wymieniać, a z którego oprócz mnie, jako osoby nieprawomyślnej usunięto również kilka innych czytaczek mych wypocin, więc gdy jedna z fanek owego, zresztą bardzo przeze mnie lubiana, ośmieliła się najechać personalnie niepokorną, a przy okazji kopnęła mnie w dupę, bo i ja czytam nieprawomyślne gazety...

Wyszło, jak wyszło.

Nie tłumaczę się, ale długo pracowałam nad tym, by być sobą, nad moją asertywnością, nad cenieniem siebie, bo tak. Bo nie zmienię świata, jestem inna, dziwna, biedna, jestem DDA z całym tego bagażem, jestem AA, nie da się tego ukryć. 

Nie jestem ideałem, swoje za uszami mam, a i nagrzeszyłam, gdzie się tylko dało i nie dało. Nie żałuję, bo lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło.

Nie byłam dobrą żoną, a już na pewno nie byłam dobrą matką, co nieraz mi potomstwo wypominało.

I wypomina do dziś, ale nie zamierzam się z tego tłumaczyć :)  Muszą z tym żyć, nie ma innej opcji, zawsze mogą się odciąć, mnie to rybka, choć nie ukrywam, że będzie bolało.

Bo założenia były inne: jestem idealna.

A wyszło jak zawsze :)

Ale kochane czytaczki, weźcie na wstrzymanie. Bo ja nie zgadzam się tak do końca ani z Jaskółką, ani z Kitty, ani z żadną inną z Was, co nie oznacza, że spisuję Was na straty, jest mi miło, że czytacie i się wypowiadacie.

Nie zamierzam jednak likwidować kostki brukowej po drodze, żebyście się nią nie obrzucały.

Moje wpisy o blackoucie to nie żadne tam polityczne czy ekonomiczne, czy  inne chuje-muje, jest po prostu znów mroczny czas.

Od lat nie czułam potrzeby gromadzenia czegokolwiek, bo i tak co jakiś czas znajdowałam coś przeterminowanego i w bólem dupy wywalałam na śmietnik, nie że do kubła. Na murek, na zasadzie, może ktoś zaryzykuje.

W niedzielę Inżynier zapytał o czarną porzeczkę, bo Alienek sraczkę miał, na co ochoczo skoczyłam i co? Nektar ważny do stycznia 2021... A kupiłam go, bo na zapas, bo lek na biegunkę... Wzdech, wypiłam i nic mi nie było. Przynajmniej nic się nie zmarnowało ;) 

Nie oceniam ludzi przez pryzmat tego, co czytają, jakie mają wykształcenie czy hobby. Jedna z bardzo bliskich mi osób odeszła daleko, choć wydawało się, że to niemożliwe, traumę przepracowuję do dziś, ale cóż, takie jest życie, nie oceniam, może nie jestem jej już potrzebna do szczęścia, fajnie, że mieliśmy te kilkanaście lat wspólnych.

Życie.

A dziś z rana odzywa się do mnie Pierworodny, więc czuję pismo nosem i już wiem, że jest coś złego, ale udaję sama przed sobą, że jest jak najbardziej OK.

Nie jest.

Mała Wiedźma była wczoraj dwa razy w szpitalu, strasznie boli ją brzuch. Dwa USG, doktor stwierdza 17-mm torbiele na jajniku, operują od 40 mm. Kurwa. Z ojcem do ginekologa, jak matka pracuje w szpitalu położniczym? Jedenastolatka? Ale trzymam mordę na kłódkę, dalej ją boli, więc jadą znów na dyżur, kurwa mać.

Jedenastolatka z ojcem do ginekologa, ma wspaniałego ojca, ale kurwa, gdzie jest matka?

Na ginekologii nic nie znajdują, sama w międzyczasie, lawirując między zawalającą mnie pracą (te dni, plus coś na forum, auć), informuję Inżynierostwo, Inżynierowa ma gina, ale dla kobiet, nie dla nastolatek, a to podobno teraz różnica jest (a mówiłam, szukać lekarza, gdy MW mając 9 lat zaczęła miesiączkować, to mnie wyśmiano, że teraz tak jest), pytam w pracy i mam namiary od ręki, ale to nie sprawy kobiece, jadą do szpitala dziecięcego znów, ja zawalona robotą, okienka mylę na MSG, na szczęście nie romansuję przecież i jestem w domu, badania na Krysiewicza nic nie stwierdzają, ale zaraz: kamica nerkowa, kroplówka z przeciwbólowym, niewiele pomaga, Pierworodny ma dość mojej inwigilacji, pada po całym dniu w szpitalach, MW wciąż boli, synowa, w dupę jebana, wrzuca na FB post, że jak nie urok to sraczka, bo to ona, kurwa jest najbardziej poszkodowana...

Jeżeli MW nie poprawi się do jutra, ląduje w szpitalu, tyle zdołałam wydusić z zestresowanego Pierworodnego.

A ta pizda nawet słowem mnie nie poinformowała, że z moją wnuczką jest coś nie tak.

Inżynier chce wejść do mojego kompa zdalnie, bo coś jebło, ale okazuje się, że coś jebło w Microsofcie, ale zanim to do mnie dotrze, dostaję ataku paniki i...

Kurwa mać...

Tekst od "następcy" G., jebłam, po prostu jebłam. 

Ale resztki zdrowego rozsądku nakazują mi zamknąć ryj i tylko emilka do G. piszę, z prośbą o nr telefonu, okazuje się później, że mam jego prywatny nr, więc mu piszę, co myślę, kopię go w dupę, że ma wierzyć w siebie, że jest dobry...

A emilki pracowe lecą, lecą.

Inżynier, gdy przesyłam wreszcie znalezione pliki pociesza, że nie jestem idiotką (a co miał rzec).

Otwieram piwo, wchodzę na bloga.

Piszę, jak jakiś Hemingway, co nie? 

Może Nobla dostanę?

I tak miło minął mi, kurwa, dzień.

Tak, życie nie składa się z oddychania, czekam kiedy mi zaprze na amen i już niczym nie będę musiała się martwić...


poniedziałek, 15 listopada 2021

Jak widać

 na obrazku, Kochany Pamiętniczku, usunęłam komentarze. Wkurwiły mnie maksymalnie.

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy. Ale mój blog nie jest blogiem, gdzie chcę się spierać o politykę (tak, czytam Wyborczą i Politykę, Newsweeka czasami, jestem taką kretynką, ale mam prawo nią być), nie mam zamiaru walczyć ani z Billem Gatesem, ani z koncernami farmaceutycznymi, ani ze smokami. Nie będę tu toczyła wojny z całym światem, bo za ciężko pracuję na swój wewnętrzny spokój.

Moje osobiste dzieci zaszczepiły się, bo chciały. Ja jeszcze nie, ale kto bogatemu zabroni?

Nie dzielę ludzi na szczepanów i nieszczepanów, każdy ma prawo do życia po swojemu.

Są blogi, gdzie można toczyć spory polityczne, opowiadać się za opcjami i pluć do woli. Więc jeśli ktoś odczuwa taką potrzebę, proszony jest o wyniesienie się tam.

To jest mój Pamiętniczek i mój kawałek podłogi.

Mam prawo myśleć jak chcę - a jeśli ktoś chce wylewać swoje frustracje, niech założy swojego bloga i pisze.

Nie lubię się babrać w błocie.

Moje życie jest zwyczajne, ubogie.  Ale jest moje.

I będę robiła to, co chcę. I nie, nie znudzi mi się usuwanie komentarzy :)

A w sobotę takie zakupy zrobiłam


mając koszyk pełen rzeczy, których nie kupowałam od lat, bo nie jadam tego, ale to w ramach "przydasię w razie W".

W niedzielę zaś znienacka wleciał Inżynier, okazało się, że kupił mi


z czym będzie problem, albowiem nawet w aparatach nie słyszę ani syknięcia, ani kliknięcia, a gazu się boję. Więc umówiliśmy się, że jak coś to wleci i uruchomi to ustrojstwo.

A na pierwszy ogień mam

W komórce zaś znalazłam zestaw turystycznych garnków z  aluminium, idealnych do gotowania na spirytusie. 

Jeszcze tylko zapas wody, ale to się nie pali.

I nie, nie szykuję się na koniec świata.

Szykuję się na przetrwanie wariactwa, kiedy może jebnąć.

Bo może jebnąć znienacka w obecnej sytuacji.

To są moje zabawki i mój wybór.

Zatem kto chce, niech tu wpada i czyta, jeśli zaś ktoś chce się wyżywać na innych, wypraszam - tam są drzwi.

czwartek, 11 listopada 2021

Satysfakcję

dziś miałam, Kochany Pamiętniczku, albowiem okazało się, że "moje" rogale są lepsze. 

Bo Inżynier sam to bez bicia przyznał :) Kręcił, że zmienił się właściciel budki na skrzyżowaniu Głogowskiej i Hetmańskiej, a na moje, że rzut beretem ma Zagrodniczą, parsknął, zażerając się rogalem stamtąd. Lepszym. Ha, niech sobie nie myśli, że co roku będę podrzucała dobre rogale, hahahaha.

I tak, rogale mają swoje notowania. 

Długo byłam fanką Faworu, ale mi przeszło po zjedzeniu rogala z Zagrodniczej. Tę miałam na trasie do pracy, a teraz mam niedaleko fyrtla.

Alienek, gdyby mu pozwolono, zjadłby wszystkie rogale.

(Ironia losu, w kwestii nazwiska...)

Przyniosłam też keksa, wsuwali aż miło, Kalafiorkówna analizowała wnikliwie każdą część keksa, domagając się wyjaśnienia, co to jest.

A i zachwycona była, bo jak otworzyli mi drzwi, nie chciałam wejść, odgrywając jej certolenie się, gdy do mnie przyjeżdża. Weszłam dopiero, gdy Inżynier na mnie huknął...

Hahahahaha.

A Alienek po pożarciu 1,5 rogala, kawałka keksa i jogurtu z Psiego Patrolu (a jakże, babcia wie, co lubią dzieci, Kalafiorkówna też była wygrańcem, bo dostała breloczek do plecaczka), siadł babci na kolanka i zbombardował je tak, że dziurę w spodniach babci zrobił, a smród był zapierający w piersiach dech...

Ponoć było to strzelanie artylerii przeciwpancernej.

Hahahahahaha...

Zatem jak widać na obrazku, bawiliśmy się znakomicie, poruszając w międzyczasie tematy trudne i bolesne, związane z blackoutem. Bo jednak Inżynier mnie nie wyśmiał. Kupi na Alledrogo maszynkę na gaz, z tych droższych (zasada: kupuj drogo, boś biedny działa), przeanalizował opcje i opinie i jak się sprawdzi, to i dla mnie taką sprowadzi. 

Puszki. Całkiem niedawno wywaliłam stertę przeterminowanych, albowiem puszek nie jadam, a kupiłam je w przypływie małpiego rozumu. 

Ale jak mus, to mus. Kupi mi szynkę, bo w Selgrosie jest, ja tam nie kupuję, bo za daleko ode mnie, a szynkę z puszki, i owszem, zjem.

Na Alledrogo są nawet suchary wojskowe, bo i o tej opcji rozmawialiśmy, ale na razie pozostanę na sucharkach z Faworu i na pieczywie chrupkim. A, radocha będzie, chińskie zupki kupię. 

Co ja za tortury przeżywałam, gdy Inżynier, będąc na studiach, w momencie, kiedy ja już zasypiałam, kując do egzaminu, chińską zupkę zalewał. Nie, że jedzenia w domu nie było. Chińska zupka pomagała w nauce, a jej zapach skutecznie wytrącał mnie ze snu. Węch wciąż mam jak pies gończy. I co, że chińska zupka niezdrowa?

Oni nawet latarki w domu nie mają, więc kupili...

I tak powoli przygotowujemy się na koniec świata, jeszcze z wisielczym humorem. Nie wiem, jak przetrwam odcięcie od neta, bo jestem, niestety, uzależniona, czego nie ukrywam.

To jebnie, nie ma innej opcji, musi jebnąć.

A z lepszych wieści:

Ajpadzik dostał koszulkę


 

 przecudnej urody, ale szkło hartowane pękło, więc będzie powtórka z rozrywki.

Kupiłam z pomocą Inżynierowej prezent dla piątego wnuczka, małego T. Co z tego, że przyszywany, prezent musi być. Nie ma lepszych i gorszych wnucząt. Mały T. nie ma żadnej żywej babci, więc lepsza przyszywana, niż żadna, co nie?

I zachód Słońca widziałam


co mi się rzadko zdarza...

A, taka jedna fotka u Inżynierostwa i jej historia natchnęły mnie, co do mojego pochówku.

Będzie trochę kosztował, ale na pewno mniej niż miejsce na cmentarzu i pomnik, Inżynier obiecał przemyśleć.

W UK zawsze fascynowały mnie ławki ku pamięci, fotografowałam je namiętnie.

I zażyczyłam sobie takąż ławkę, pozostawiając inskrypcję potomnym.

O ileż częściej będę wspominana, mając swoją ławkę, niż leżąc pod zimnym kamieniem na cmentarzu?

Tylko Inżynierowa odmówiła wystawiania urenki do garażu.

Chyba mnie nie lubi, co nie?

A tak się starałam...


środa, 10 listopada 2021

Szybko

 biegną dni przed siebie, Kochany Pamiętniczku.

I tak nastał ostatni dzień urlopu, bo jutro to już święto, a w piątek do pracy marsz. To chyba pierwszy mój urlop, na którym nie tęsknię za pracą, a mało tego, mam na poczcie kolejkę emilków i ni chuja mnie to nie rusza.

Asertywność level hard.

I na nic łkania w emilkach. Jest urlop? Jest? Boss podpisał? Podpisał. HMR na stronie też ma? Ma. Emilek, żem urlopowana jest? Jest.

Więc tak jak koledzy i koleżanki - mam urlopowane, nam wyjebane.

I już.

A wczoraj na kijkach



delektowałam się innym obliczem jesieni, też pięknym, a nogi mnie niosły, a Steve tylko dla mnie śpiewał "I just called to say i love you". Włóczyłam się dwie godziny, a potem kretyńskie gwiazdkowe filmy ze stajni Netflixa i nie wiem, co za cholera mnie brała, że zasnąć nie mogłam i dopiero po przeniesieniu się na nieposłaną kanapę zasnęłam, ale snem wariata, bo nierozłożona i o mało nie wylądowałam na podłodze (niefajne, nie mam pojęcia, jak wyglądają moje kości).

A dziś rano już prawie przymrozek i morze słońca, i...

sterty liści, już po złotym dywanie...

... a my Shadow and me w kolejce się ustawiliśmy

Kupiłam tylko cztery, ale cena powala na kolana 49 zł za kilo, w zeszłym roku było 38. A potem Inżynier zaprosił na kawę, więc w sumie powiedziałam, że wlecę z rogalami, bo...

... jedna taka cholera ma 1200 kalorii, razem 4800, to ile musiałabym łazić, żeby to spalić?



Podejrzewam, że apka kłamie w kwestii kalorii (zawyża), ale to jutro obejrzy fachowiec.

Fachowiec też ubierze nowego Aj w ubranko i za szybkę wsadzi i już nie będę się nerwowała, że coś się maleństwu stanie :)

No łaziłam, łaziłam, bo i z zakupami do domu i potem znów poszłam w siną dal, z kijkami już. I jako że likwidują moje ukochane gospodarstwo domowe, gdzie jest (było) wszystko, sklep, nawet w czasach komuny zaopatrzony w cuda wianki, bo właściciele idą na emeryturę, a chętnych na przejęcie nie ma (wieści z FB, z grupy fyrtlowej, coraz więcej życia w necie, coraz mniej w realu - tyle ile dowiedziałam się w tydzień z grupy, nie dowiedziałam się przez 30 parę lat w realu), wlazłam tam, albowiem zauważyłam, że kolejny wózek podarł mi się, jeszcze moment i jadąc na zakupy (kółko trze o worek) będę je zbierała z ziemi, o ile zauważę, że się wysypują.

Więc, żeby nie kupować u Chińczyka (wózek jebnął po 2 miesiącach, paragonu nie miałam) ani u tego obrzydliwego dziada na Manhattanie (kupiłam wózek dla koleżanki, szybko poszła rączka, w czasie reklamacji dziad zgrywał głupiego, że u niego nie kupowałam, a zna mnie odkąd powstał Manhattan), zatem kupiłam w tym sklepie ostatni już, bo nie sprowadzają nowego towaru, wózeczek


drogi, ale mam nadzieję, że długo posłuży. Ma fajną kieszonkę z przodu, na portfel,okulary, klucze i inne pierdoły :) Wprawdzie nie ma na nim ani Paryża, ani jebanych sierściuchów, ale trudno...

Wózek zanabyłam, zostawiłam w sklepie, jako że kijki miałam, pan nie miał nic przeciw i poszłam w siną dal, lewa, prawa, w siną dal. A słoneczko jechało jak głupie, a że gdzieś świchnęłam mp3, leciało ze starego telefonu i darło się, w większości po angliczańsku, ale nie szkodzi, Gloria Gaynor jest idealna do takiej zabawy :)

I tak mnie nogi poniosły w miejsce, w którym zaczynałam na tym fyrtlu...

A tam takie cuda...


... w pierwszej chwili myślałam, że to fiefiurek, ale nie...


... a tu kiedyś był rzeźnik, pod którym kolędowałam godzinami za kartkowych czasów (płotka nie było)...


... dom pani dr B. (już nie żyje, była gdzieś w moim wieku), który był cały widoczny z ulicy - wersja z dziś...


... nasze pierwsze mieszkanie po ślubie. Na strychu. Teściowa, właścicielka rzeczonej kamienicy mieszkała w suterenie. My na strychu mieliśmy 16 m kw., nie licząc oczywiście przyległości strychowych, ale lokatorzy mieli tam pralnię i suszarnię i to było nietykalne. Dwa piętra po 150 m kw. lokatorzy z kwaterunku, za Chiny Ludowe nie chcieli się wyprowadzić do bloków, choć dawaliśmy mieszkanie.


Wejście do mieszkania teściowej, wersja z dziś. Za płotem po lewej, którego wówczas nie było, był warsztat. Tę działkę teściowa sprzedała (pierwszy powód kłótni z moim Eksem, że nie walczę o działkę, żebyśmy się mogli budować)...


Gość jednak dokończył budowę, a może to sprzedał dalej? Nie wiem, skrzynka pocztowa przeżyła ;) 

Te zakratowane okna to od pokoju niedawno zmarłego szwagra to pierwsze, a drugie od salonu teściowej...



A tam, na dachu, z ulicy widać ledwo ledwo, drzewa tak urosły, nasze mieszkanie i balkon... Widać zarysy wieżyczki naszego mieszkania...

I tak sobie polazłam w kraj wspomnień, podleciałam do sklepu, odebrałam wózeczek i...

...przeszczęśliwa wylądowałam 


... w okolicach mojego miejsca na ziemi, które miało być rotacyjne, a jest tak jakby stałe, 35 lat tu przeżyłam, zakotwiczyłam i "choć już życia, psiamać, popołudnie, jest cudnie". 

Nie zamieniłabym go na żadne inne, choć oczywiście nigdy nie mówię nigdy.

A wczoraj wieczorem być może nakręciłam się wiadomością, że rządy Szwajcarii i Austrii filmik obywatelom ślą o blackoucie. Na moje nieszczęście rzeczony filmik oglądnęłam, Marca Elsberga Blackout już dawno ogarnęłam i w powiązaniu z tym, co się dzieje na granicy, zaczęłam myśleć (a, kurwa, jestem Strzelcem, a nie myśliwym). Nawet do Inżyniera zalamęciłam, usprawiedliwiając się i mówiąc, że może rechotać ile chce. No i skunks jeden przed północą odpisał (a, tak, bez bicia, grałam w łóżku jeszcze), że nie śmieje się, że moje obawy są uzasadnione poniekąd.

Tranzystor, palnik, świece, zapałki. 

Jakbym, kurwa, moją teściową słyszała, co zawsze trzeba w domu mieć. 

I wiem, że mądrą kobietą była.

Świec to ja mam sporo skitranych, ale dla pewności zanabyłam dziś


kolejne, kto bogatemu zabroni? Będą jak znalazł na święta, w razie gdyby blackoutu nie było. Zastanawiam się, gdzie kupić takie zwykłe, białe, nie za miliony monet?

Bo mam również


Jak widać, pięknie kurz zbiera. Ale nafty nie mam ni kropelki i zastanawiam się, gdzie ją kupić? Kiedyś były sklepy chemiczne, a teraz ni chuja.

(Ta lampa to pierwsze, co widzę rano, więc jeden problem rano był z głowy).

Allegro przeryte było, są gazowe kuchenki turystyczne, Inżynier optuje za tym, ale co ja będę kartusze z gazem w domu gromadziła, żeby w powietrze się wyjebać? Boję się gazu.

Ale jako że ranek jest mądrzejszy od swej matki nocy, pogrzebawszy w szafkach na balkonie znalazłam


a myślałam, że wyjebałam w czasie remontu. Denaturatu gdzieś mam na dnie butelki. I pytanie, gdzie kupić denaturat, kiedyś był wszędzie, nawet w monopolowym (piękne wspomnienie o żulu kupującym denaturat, z klasą, a jakże, choć woniało jak ojapierdolę)... Kuchenka odczyszczona, jest OK. Gdzieś powinnam mieć aluminiowy komplet do gotowania na niej, pora na wyprawę do komórki.

Radio tranzystorowe mają w chińskim sklepiku. Bo jak jebnie, to żadna apka nie pomoże, co nie?

I Eureka.

Szuflada i jest :)


Radio i walkman w jednym, ma jakieś 20 lat, ale chodzi jak złoto, nawet walkman, choć ma nieco wytarte łożyska... I pasują słuchawki od iPhone'a - chichot historii..

Zatem z grubsza blackout ogarnięty. Na moim małym, minimalnym poziomie. Były już kolega chwalił się, że ma na działce schron, no ale zwykły człowiek, taka niepotrzebna nikomu korektorka nie zarabia takich kokosów, by być preppersem całą gębą.

Tak, wiem, jestem pojebana, choć Inżynier, głaszcząc (co jest zakazane) mówi, że nie tak do końca. 

Bo patrząc na to, co dzieje się na granicy, na to, co może wydarzyć się jutro (o Koziołkowo się nie boję, bo my tu make rogal, not war), młodnieję.

I nie, nie w dobrym tego słowa znaczeniu.

Budzą się koszmary mojego dzieciństwa i młodości.

Koszmary zimnowojenne, aczkolwiek wtedy mieszkałam w tak niecywilizowanych warunkach - woda z pompy, noszona wiadrami, wychodek na podwórku, piece, w których można było napalić wszystkim (ale nie wrzucać tam pojemników po dezodorancie - mój ojciec, paląc śmieciami, bo węgla nie kupił, wrzucił tam pojemnik po moim pierwszym dezodorancie, jaki to był wspaniały widok, jak płyta kuchenna uniosła się majestatycznie pod sufit, a potem z gracją spadła na swoje miejsce - piec ocalał)...

Dzisiaj, kiedy wszystko jest na prąd i na gaz - utinam falsus vates sim. 

Bo nawet ekologiczny jebany akumulatorek do radia nie spełni swojego zadania, bo czym go naładować, jak nie ma prądu?

Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak jesteśmy bezradni i bezbronni.

Kurwa mać.

Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku.
I obym nigdy nie musiała Cię zamieniać na papierowy, bo nienawidzę pisania. 

No ale w szafie mam maszynę do pisania...

Trzeba przy okazji sprawdzić taśmę.

Utinam falsus vates sim...

A w tle dramat w rodzinie Smerfa Marudy i jojczenie Inżyniera, że się martwi.

Kurwa, dożyłam czasu, że dziecko się o mnie martwi.

Po 20 listopada załatwię. 

Albo siebie, albo dziecko ;)