czwartek, 25 listopada 2021

Przeżywałam

 jak mrówka okres, Kochany Pamiętniczku.

Sobota - cisza.

Niedziela - cisza.

Inżynier Skype proponuje, seksimy aż miło, a tu dzwonek. A jakże, Pierworodny z Papryczkiem, zdziwiony, że ja jestem zła.

No a jak, ani be, ani me, ani kukuryku, Patryk w niedzielę i co ja, kurwa, sroce spod ogona wyleciałam, czy co?

Ale jako osoba pisząca scenariusze rosołek nagotowałam, albowiem Papryczek rosołek jada. 

To nie są normalne dzieci, które przyjdą, zjedzą, co babcia da i podziękują, nie tematem przewodnim dokarmiania moich wnuków jest "on tego nie zje".

Kurwa.

Mała Wiedźma miała zablokowane jelita, mimo wlewów z trudem odblokowali. Miała zostać w szpitalu do wtorku.

A synowa (a pizda) miała w niedzielę... zebranie rady rodziców w przedszkolu, jest skarbnikiem i musiała na tym zebraniu być bezapelacyjnie. A ponoć ostatnio takie zebranie trwało 8 godzin. Nosz, cuda wianki, panną byłam, dzieci miałam, ale o takim numerze nie słyszałam, ale co ja tam wiem. W tygodniu rozmawiałam z Inżynierową, pytając, jak to możliwe, a ta kwadratowe oczy i mówi, że nie ma opcji, żeby państwowe przedszkole otworzyło w niedzielę podwoja na zebranie rodziców. I żeby takie zebranie trwało cały dzień roboczy. (Wie, co mówi, pracowała w przedszkolu, jest nauczycielką). Nie muszę mówić, że śmierdzi mi to na kilometr, ale co ja tam wiem, głupia jestem i tyle.

Papryczek niby bezobsługowy, broić nie broi, ale jak to dziecko, długo się czymś nie zajmie, więc zabawiać trzeba, a ciężki w obsłudze jest, bo ani książeczki, ani bajeczki, ani wierszyka, ani malować nie chce, to co ja mam z takim fantem zrobić? Strip-tease odpada, za mały, a i ja warunków nie mam. Na głowie nie stanę, więc nie ukrywam, że mimo że złego słowa powiedzieć nie mogę, po 5 godzinach miałam dość. Pierworodny przywlókł się, widać, że zmęczony, więc me serce się ulitowało i dostał resztę rosołku, nie będę dziecka głodziła, a i dla Papryczka druga porcja się znalazła.


I błogosławię, że nie oddałam za grosze starych zabawek, bo bez drżenia serca dawałam do łapki i był moment świętego spokoju, aczkolwiek piski, jakie wydają gierki dla dzieci doprowadzają mnie do białej gorączki.

No nic.

A, Papryczek kaszlał jak stary gruźlik, a na moją uwagę, że kaszle, usłyszałam, że on tak ma. We wtorek już go Pierworodny wywoził do O., do teściów. I nikt nie myśli, że teściu po zawale, że nie wiadomo, co dziecko z przedszkola przynosi? Serio? Nie wzięłabym dziecka tak na dłużej. A i traci przedszkole, a już nie przeszedł do zerówki. 

Dlaczego znów on i dlaczego w nocy, po pracy, wracał w środę i nawet nie mógł wlecieć do mnie po naklejki dla MW (szał Swojaków), bo... musiał iść do domu po kokardy (kokardy?chyba że mu słownik coś jebnął, bo w życiu nie widziałam MW z kokardką i zeszyty dla niej). A dlaczego jaśnie hrabina, idąc do pracy, nie zabrała tego i dlaczego on ma latać ze wszystkim.

Nic, morda w kubeł, ale coraz mniej mnie to bawi.

Warzywka w poniedziałek zamknęłam, a Inżynier, gadzina uparta jak mało kto, zadzwonił na Szwajcarską i zawiezie mnie (znów long story z tym małpiszonem). Mam obiekcje po kaszlącym Papryczku, sama też pokasłuję, ale raz kozie śmierć, a on mnie straszy tym, jak będzie żył z wyrzutami sumienia, gdyby... no swój scenariusz pisze.

W środę wleciałam do redakcji, książkę dla G. zaniosłam. Na wejściu fanfary, czerwony dywan i... odganianie mnie na bok, bo "wczoraj to forum było, my w takim tłumie, pełno ludzi, kupa lekarzy i weterynarzy, nie wiadomo, czy ktoś nam świństwa nie sprzedał, więc boimy się o panią". Nice, co nie? I oburzenie, że informatyk mi papieru nie zawiózł, że sama po niego przyjechałam, że ręka boska mnie broni, żebym dźwigała, że lecą mu manto spuścić. Ostudziłam, że jakbym nie jechała po papier, toby mnie nie zobaczyli. Że wizyta informatyka to droga przez mękę, a będzie musiał mi przywieźć niedługo toner, to napiszę emilka do wiadomości i Bossa, i M., więc spoko, potem mogą go zabić.

Krótka pogawędka z M., krótka, bo mieli zebranie poforumowe, a jakże, zakrapiane i Boss wpadłszy na mnie na korytarzu, bo szłam się pokazać, że żyję, serdecznie zapraszał, ale wizja kilkugodzinnego pierdolenia o Szopenie pozwoliła mi odżałować to winko i wykręcając się, że ja po papier tylko, bo maszynki, zwiałam. A wkurzył mnie, bo znów pytał o szczepienie, mówię, że w sobotę idę, a on: trzecia dawka. Nie, pierwsza... I gały wielkie, że jak to, jakbyśmy dwa miesiące temu nie rozmawiali o tym, dlaczego nie jestem zaszczepiona. Czasami ludzie mnie pod tym względem wkurwiają. I to maksymalnie.

Po drodze info od Inżynierowej, że jest już w domu (nie chciałam lecieć, jak jej nie było, bo Inżynier prawie non stop na słuchawkach), więc wleciałam po te naklejki.

Pokazałam jej książkę dla korektorów z 1950 r., bo przehandlowałam z M. za papirusa (nie będę jednak brała z pracy badyli do domu, po prostu nie mam miejsca, a tam się ktoś nimi opiekuje, bo żyją).

I pokazała mi orzeczenia Alienka - piałam z zachwytu. Jednak psycholog poparł to, co ja zawsze mówiłam, że to jest genialne dziecko. Tak, ma zahamowania, nie mówi wyraźnie, jest nadpobudliwy, ale reszta była idealna - wyprzedza rówieśników co najmniej o trzy kroki. Będzie dobrze. Będziemy łajzę tomatisować i logopedować i będą z niego jeszcze ludzie ;) Poniekąd kamień mi z serca spadł. Ale porównując 4-letniego Alienka i 7-letniego Papryczka, który nie poszedł jeszcze do zerówki, bo pani w przedszkolu stwierdziła, że nie jest motorycznie rozwinięty (do psychologa nie poszli, przyszli nad tym do porządku, bo Papryczek grudniowy jest, no i co z tego, ja też grudniowa). Ja sama, porównując chłopców z bólem serca stwierdzam, że jest problem.

Ale co mam zrobić?

Zwracałam już uwagę i jak grochem o ścianę.

Ale, ale, we wtorek MW miała, biedna, kolonoskopię, albowiem wciąż nie doszli do tego, co spowodowało problem. Podobno je OK (w co wątpię, znając ich kuchnię i odbierając mnóstwo słoików po gotowcach), nie wypróżniała się tylko dwa dni (serio, po dwóch dniach takie cyrki, że ląduje w szpitalu i jedzie na przeciwbólowych non stop), więc kolonoskopia.

Nic nie wykazała, ponoć to na tle nerwowym. A moje pierwsze pytanie do Pierworodnego, jak pisał, że ją brzuch boli i nic nie pomaga było: może to stres. Niechętnie, ale post factum przyznał: mówiła mama.
Więc tylko potwierdza się moje czarnowidztwo. 

Ogarniam się, bo spać nie mogę. Ale za bardzo nic nie pomaga, szpikuję się ziołowymi uspokajającymi, ale nawet po 6 pigułach (dozwolona dawka dzienna) jestem jak sowa - nie śpię. Nie chcę teraz eksperymentować przed tym jebanym szczepieniem, bo zioła też mają uboczne działania, więc nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

A dziś rano pinkowy zaszalał i strzelił


a na skarpie jakiś różowaty pełno kwiatków ma


a jutro ma padać śnieg.

Na poczcie emilek od Bossa, że do końca grudnia trzeba wykorzystać urlop (fakt, mogłam olać, mam dni niepracowe). No, w moim przypadku wzięcie go jest nierealne i nie, nie wypiszę mu po raz kolejny urlopu za dni, kiedy nie pracuję. Ponoć była z tym chryja na zebraniu z prezesem, na którym nie byłam.

Więc napisałam, że sorry Batory, wezmę na początku grudnia (bez sensu, bo 1 i 2 zamykam maszynki, więc też mi urlop, ale maszynki tak jakby nieetatowe, a i z nimi sobie spokojnie pourlopuję), a że będą mieli znów mało korekty? Trudno. Gdybym chciała wziąć wszystko, to i tak by mi przeszło na styczeń, a w grudniu musieliby płacić komuś innemu. Co on, do chuja wafla ma z tymi urlopami, jak zaległy mam prawo wykorzystać do końca września następnego roku? Nie chcę co miesiąc brać, bo może się tak zdarzyć, że będę więcej potrzebować, nie zapisuję już nawet nadgodzin, bo miałabym pół roku wolne..

Wracając do MW, myślę, że to się stało, żeby gorzej nie było. Jeszcze jest w szpitalu, czeka na rezonans, bo w tym stłuczonym kolanie ma wodę. Tak o nią dbają. Mówiłam mu, że za długo utyka, a on mi na to, że on ponad dwa miesiące kulał po tym skoku z dachu...

I tak, kurwa mać, to wszystko się toczy.

Zobaczymy, jak to będzie po sobocie.

Jutro ogarnę, czyste gacie uszykuję, nie że na co dzień w brudnych latam i będę silna, zwarta i gotowa. Co ma być, będzie.

A na serio? Nie jestem antyszczepionkowcem. Moje życie zawodowe nauczyło mnie, że to loteria. A jeżeli młodzi ludzie po 3. dawce lądują w szpitalu i umierają, to zastanawiam się, jaki to ma sens. Życie to loteria jednak. Zatem nie podnosić rabanu, albowiem co ma być, będzie ;)


10 komentarzy:

  1. Ja właśnie przyjęłam trzecią dawkę, na razie spoko-, zobaczymy, co będzie dalej. Biedna MW, pamiętam, jak pisałaś o jej wizycie u Ciebie, wyprawie do ZOO, odwiedzinach u nich, gdy była malutka. Tak, los dzieci zawsze zależy od rodziców. Ale żeby az tak olewać sprawy zdrowotne? Nigdy nie przesadzałam w tej kwestii, ale takie zaniedbania wydają się karygodne. A z tym zebraniem to ściema, Fajnie, że Alienek O.K. Trzymaj się ciepło, w obliczu nadchodzących śnieżyc i mrozów!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Jakie mrozy, jakie śnieżyce. U nas tylko mgła była rano, a tak to pogoda angielska, jest cudnie :)

      Usuń
  2. Trzymam oczywiscie kciuki, mam nadzieje, ze bedziesz pod dobra opieka i odczekasz swoje dla pewnosci.
    Dobrze, ze wnusia ma juz postawiona diagnoze, zle, ze w ogole choruje.
    Z przedszkolakami trzeba bardzo uwazac, moja corka jest juz z dzieciakami po raz trzeci na kwarantannie, tym razem jednak skonczylo sie pozytywnym wynikiem testu u corki i wnuka, wnuczka negatywna, ale wszystko przed nia, skoro ma kontakt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tylko to w sumie popchnęło mnie do tego kroku, żeby się załamać, bo co z tego, że mam ich pod nosem, jak się boję, bo na zmianę to jedno, to drugie, trzecie albo czwarte na coś chore. A tak to w razie W nikt nie będzie miał do nikogo żalu. Tak, żal mi chorującej, ale cóż, to już nie moja odpowiedzialność. Śmiejemy się, że jak moi byli mali, to do każdego kataru było konsylium, ale też i o hartowanie dbałam,o inne rzeczy i nie chorowali jak szaleni. Może to też wina czasów, nie wiem.

      Usuń
  3. Trzymam kciuki za powodzenie akcji "Szczepienie" :) Z MW faktycznie niewesoło, miejmy nadzieję, że lekarze prawidłowo ją zdiagnozowali i będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Będzie gut, myśl pozytywnie, a przynajmniej się staraj. I dawaj znaki życia, pisz jak się czujesz. Całuski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę jak najbardziej pozytywnie, po raz pierwszy w życiu spakowałam się do szpitala, nawet rodząc jechałam niespakowana (po terminie, hahahahaha. Ty też się trzymaj :)

      Usuń
  5. A ja tak myślę , czy już wróciłaś ze Szwajcarskiej i jak się masz? czip już działa? Mam nadzieję, że bez przygód!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dostałam w ramach wyróżnienia port eksperymentalny do 6G, więc jestem pionierem. Z telefonem złączona jestem już nierozłącznie, a nawet lodówka do mnie przemawia czule. Jest cudnie :) Mam się nieźle - na razie, odpukać :)

      Usuń