z dołka, Kochany Pamiętniczku, dość szybko nawet i dobrze.
Tak że w skrócie: niedziela.
Poszłam na kijki, a tu zonk. Za zakrętem już na mnie czekali, ale jeszcze nie złapali.
A Dębina naładowała mi akumulatory tak, że mimo dołka poradziłam sobie.
A tygodniu zaś
takie cudo w okolicy odkryłam, już drugi rok rośnie.
Potem
moje ukochane irysy przed szkołą Pierworodnego i Inżyniera.
A potem spokojnie zamknęłam maszynki i w sobotę rano poleciałam na Manhattan, po drodze kontemplując
i ciemne irysy w ogródku, ale w tym roku tylko jeden jest i się pokłada
Może witamin im brak?
Manhattanowe zakupy to teraz szaleństwo
A czasem wpada mi taki rodzynek
jak ten francuski ptyś. Po francusku wprawdzie nie gadał, ale był tak smaczny, że zaczęłam nałogowo wpadać do Faworu, ale był i znikł, drugi raz już na niego nie trafiłam. Może to i dobrze.
W sobotę zaś, zgodnie z umową, pojechałam do K. z Inżynierem i Pierworodnym. I jak zawsze była to fantastyczna wyprawa, aczkolwiek naśmiewali się z moich metod wychowawczych, grożąc mi wysadzeniem ze samochodu. Popłakałam się ze śmiechu i przeprosiłam za to, czego bym teraz nie zrobiła, ale fakt faktem - to były inne czasy. A i moje dwa mercedesy mogły gorzej trafić. Polityka, rodzinne popierdułki, żarty i śmiech - darowane od życia chwile.
Jako że miałam dwóch junaków na stanie, sprzątanie poszło nam błyskawicznie, bo z doskoku moja nieodceniona E. wciąż te groby szmatką przeciera. Nawet chłopcy narzekali, że mają mało roboty. Z rozpędu doprowadzili do porządku też grób pierwszego męża cioci, choć nim opiekuje się jego rodzina, Ciocia nie mówiła o nim wiele, ale nie wspominała go mile. Inżynier krótko uciął: ciocia by się cieszyła. Dobrze ich wytresowała w sprzątaniu grobów. A pora była kwiaty zmienić, bo już wołały o pomstę do nieba. Następna tura będzie pewno przed Wszystkimi Świętymi, nie sądzę, żeby w tym napiętym harmonogramie Inżyniera znalazł się jeszcze jeden weekend na taki wyjazd.
I utwierdziłam się w przekonaniu, że bardzo dobrze zrobiłam, że nie dałam L. pod opiekę grobu cioci (tak chciała, myślę, że widziała tam miejsce dla swojej mamy, no i porządny pomnik gotowy). Już byłam skłonna ulec, chłopcy byli jeszcze wtedy w UK i sama się męczyłam z dwoma grobami, ale gdy powiedziałam, że OK, tylko niech sprząta, a przed samymi Wszystkimi Świętymi na grobie był syf i malaria, powiedziałam twardo nie.
I dobrze. Obok moich Umarlaków leży jej mama (siostra L. też mieszka w K., obie mają dzieci w wieku moich), a na grobie ich mamy nie było śladu sprzątania po Wszystkich Świętych, a na cmentarz mają rzut beretem. Nawet kwiaty były bardziej zniszczone niż moje.
Nie jestem fanką szorowania pomników i dyskoteki na grobie, ale zaniedbany na maksa grób tuż pod nosem to jednak coś nie tak.
I mam list Cioci, że na L.w tej sprawie nie może w ogóle liczyć. L., tak jak i ja była jej chrześniaczką.
I tak, usprawiedliwiam siebie, bo nie mam połączenia ani autobusowego, ani kolejowego (dzięki ci, o nierządzie), choć to tylko trochę ponad 100 km. I nie mogę wymagać od Inżyniera, który ma na głowie wiele, żeby mnie woził.
Amen.
Zatem zostawiliśmy posprzątane kwatery Umarlaków
skromnie, jak najmniej plastiku, ale czysto, jeszcze napisałam do kuzynki, że proszę o gościa, który odnawia napisy, bo u Cioci trzeba już o tym pomyśleć.
I polecieliśmy do Cristalu na obiad, ale pocałowaliśmy tam klamkę, więc podskoczyliśmy do Duetu (a mnie się natrzaskały kroki) i takie cuda na kiju tylko w K. :)
I pyry, pyry smakujące jak w moim dzieciństwie, nigdzie w PL nie ma takich pyr...
Najedzeni i zrelaksowani wracaliśmy na wioskowe łono, tym razem nawigacja wywiozła nas na bory, lasy, ale nie staliśmy dzięki temu wielkim w wahadle.
Szybki skok do mnie, bo miałam fanty dla chłopaków i Inżynier poleciał, bo jeszcze musiał na festyn z okazji Dnia Dziecka z Łobuzami skoczyć...
A ja czym prędzej wyłączyłam aparaty, bo i na osiedlu festyn był
i wrzaski rozsadzały czaszkę.
Bez aparatów zapanowała błoga cisza.
A ja, kontemplując moją hodowlę 800+
i gotując rosołek na młodej włoszczyźnie (już jest!) na nadchodzący tydzień, pławiłam się w urokach tego dnia. Rosołek wyszedł boski :)
Za dzień dziękuję ci, życie.
Zaakceptowali, że mogą ze mną zrobić, co chcą, ale powiedziałam, że zamiast tabliczki bardziej kręciłaby mnie tabliczka na ławeczce, taka jakie widziałam w UK.
I nie, że chcę umierać, ale kiedyś o tym trzeba pogadać.
Bo wszystko w życiu ma swój czas.
A tydzień powinien być OK, bo mamy długi weekend.
Aczkolwiek zanosi się na desant Łobuzów na noc, ale nie takie rzeczy przetrzymywałam... :)






























































