wtorek, 11 lipca 2023

Trzydzieści dziewięć

 lat, Kochany Pamiętniczku, nie do wiary.

Moje młodsze dziecko, pleno titulo magister inżynier certyfikowany dodatkowo przez Apple'a rozpoczął dziś 39. rok życia.

Z tej okazji przeleciałam jego zdjęcia na FB, bo nie wszystkie mam, co się podobało, ściągnęłam sobie i tak dumałam, jaki fajny men wyrósł z mojego synka.

A niesforne to dziecię było, pełne szalonych pomysłów, panie z przedszkola po tylu latach go pamiętają, wspominają z dreszczykiem emocji jego wyczyny. Ja zaś wszystkich jego czynów na wołowej skórze bym nie spisała, zabrakłoby wołów w kraju :)

Co nie zmienia faktu, że jestem z niego wciąż dumna, aczkolwiek często się nie zgadzamy. I paskudny jest, bo mówi: matka do nogi...

Wypierdek mamuta jeden :)

A 39 lat temu szalałam z wściekłości, bo teściowa, która jednak miała nad Eksem większą władzę niż ja (nie da się ukryć, nie udało mi się go wychować), załatwiła mu wyjazd do Reichu na truskawki w momencie, gdy zbliżał się mój poród. Sama zaś w maju pojechała do swojej córki do Reichu, która też miała rodzić. Urodziła, ale teściowa nie wróciła, choć zaklinała się, że wróci, bo... córka nie chciała karmić piersią.

Każdy powód był doskonały.

Byłam więc sama z Pierworodnym, którego nie mogłam podrzucić szwagierce, mieszkającej w tej samej kamienicy, bo ona miała noworodka (z 2 czerwca, tak nam się bania z dzieciakami w rodzinie rozbiła), nie dawała sobie z nim rady, mimo że miała do pomocy mamę swą i ciocię.

Brat pojechał sobie na wczasy do Bułgarii, mówiąc mi na moje prośby, że to zadanie Eksa, nie jego. Zresztą  jak leżałam na patologii ciąży z P., przyszedł do mnie raz tylko po to, żeby powiedzieć, że Eks siedzi u teściowej non stop, a w domu nie ma ani jednej czystej szklanki, we wszystkich są spleśniałe fusy.

Zamiast posprzątać, to mi takie nowiny zaserwował.

A, powinnam już wtedy w podskokach spierdalać z tego interesu, ale jeszcze wtedy taka mądra nie byłam.

Został mój ojciec, a na samą myśl o nim i zostawieniu z nim P. dostawałam dreszczy, ojciec wszak był alkoholikiem i nie wylewał za kołnierz.

Dlatego do szpitala pojechałam na ostatniej prostej i wyszłam po porodzie następnego dnia.
Potem okazało się, że tak jak dziadek, nikt się P. nie zajął. Ale skąd miałam wiedzieć, że będzie lepszym dziadkiem jak był ojcem?

Wróciłam, oczywiście nie karmiłam piersią, bo nie mogłam, nie że nie chciałam, ale pokarmu miałam jak dla armii... I piersi jak z kamienia.
I padłam po dwóch dniach. Zwyczajnie padłam, na kanapę, leżałam w długiej, białej sukni i ojciec mówił potem, że jak wszedł i mnie taką zobaczył, to "jakbym M. widział w trumnie" - znaczy się moją mamę. Było mi wszystko jedno, nawet dzieci mnie nie obchodziły. W domu była przyszywana ciocia, która zlitowała się i przyjechała na parę dni. Ciocia na szczęście miała córkę lekarkę, raban zrobiła i zabrali mnie do szpitala. Tam lekarz, zbadawszy mnie zapytał czule: co za chuj panią z takimi piersiami wypuścił ze szpitala?
Jako że w PRL zastrzyki na zatrzymanie pokarmu dostawały tylko kobiety, których dzieci zmarły, córka ciotki je po prostu w szpitalu ukradła.
Mój kochający szwagier, tak, TEN szwagier na prośbę o pomoc w tej sprawie odrzekł słodko, że nic z tego, mam karmić, dziecko ma prawo do pokarmu matki, jego żona karmiła. Nie przyjął do wiadomości, że fizycznie nie mogę.

Szwagierka z kamienicy, umiejąca robić zastrzyki, bo opiekowała się ojcem chorym na raka robiła mi je więc. A ciotka, ta przyszywana, kobietka jak trzcinka, 150 w kapeluszu i na obcasach co wieczór pracowicie wyciskała mi te biedne piersi, znosząc moje przekleństwa i obelgi, co do końca życia mi wypominała :) 

Ale tym sposobem i pracą zespołową matka przyszłego Inżyniera ocalała...
Tak mi się to wszystko przypomniało dziś, nie żebym się użalała nad sobą. 

I przeszczęśliwa jestem, że chciałam mieć drugie dziecko.

Jakże pusty byłby mój świat bez tego egzemplarza...
Ale jest, a i mnie udało się zobaczyć, jak rośnie, cieszyć się jego sukcesami, no i mam Łobuzy.
To dopiero jest nagroda za tamte lata...

A w piątek po pracy zmobilizowałam się i do IKEA pojechałam. Już na wstępie zabłądziłam i byłam jak pijane dziecko we mgle, albowiem nad schodami, którymi zawsze schodziło się w dół wisiał napis, że wyjście dla osób bez towaru, a ja miałam w łapie dwa komplety pisaków, które na zamówienie synowej kupiłam dla Łobuzów. Innego wyjścia i przejścia zaś nie było... Uratowała mnie superuprzejma dziewczyna z obsługi, mówiąc, że jak zejdę i nie skręcę w prawo, to wszystko będzie OK. Tak też uczyniłam i chyżo przeleciałam przez cały market, albowiem wiedziałam, na której półce jest przedmiot mego pożądania, a moje stare łapy nie uniosłyby nic więcej, choć wiele mnie kusiło. Tak więc sama ściągnęłam z półki karton, nie fatygując już obsługi, a nie było to łatwe, bowiem w kapeluszu i na szpilkach mam 160 cm, a półka wysoka była, a i paczka nielekka :) Ale dałam radę i do kasy kurcgalopkiem poleciałam. A tam zonk - gros kas samoobsługowych :) Ja w IKEA byłam jakieś 2 lata temu chyba, jak nie dawniej :) Ale stały panie i zapytałam, czy jak się zatkam przy kasie, to mnie któraś z nich wspomoże? I znów młódka bardzo grzeczna wyprowadziła mnie jakoś, pomogła i wypuściła :) Z nieba lał się żar, myślałam o taksówce, paczka ważyła 5 kg, ale co, ja nie dam rady? Dałam, dojechałam do chaty cała i zdrowa, choć zmachana na maksa, ale mam dobre połączenie - bimba i autobus pod chałupę.

Obiad naszykowałam, zjadłam i zabrałam się za skręcanie mojej półeczki. Niby miała to zrobić Inżynierowa, ale zanim oni do mnie wlecą, to wiele wody w Warcie upłynie, a ja chciałam mieć półeczkę teraz, zaraz już :) Na początku przykręciłam nóżkę odwrotnie. Potem znów mi coś nie pasiło, śrubki mi wypadały, wkrętarkę zwinął Pierworodny... Piszę więc, czy mógłby mi ją dostarczyć. Stanęło na tym, że wpadnie z wkrętarką i z dziećmi. No i wleciał. Operacja skręcania półeczki w moim wykonaniu trwała już ponad dwie godziny, a to nawet nie była połowa. A ten wziął i w 20 minut skręcił wszystko, odkręcając to, co ja źle wkręciłam. Nie chcieli zostać, bo już późno było, dałam więc na lody (z górką) i polecieli, a ja mam teraz 





i wszystkim się podoba, a najbardziej mi :)

Ale jako że z drugiej strony łoża mam 


 dracenę, która odzyskała swój kwietnik, z którego kiedyś w nocy zleciała (nie słyszałam upadku), tak myślę, czy zleci mi na łeb i zabije?
Na większe mieszkanie nie mam na razie funduszy (zapisano w kajeciku - kupić jutro kupon totka), a przecież biednych badylków nie wyeksmituję na śmietnik, bo co ze mnie byłaby za matka?

Jeszcze jedna taka półeczka by się przydała, ale już nie mam jej gdzie wcisnąć. Zmieścić toby się zmieściła, ale kwiatki by tam światła nie miały.

A kosztowała tylko 79 zł, kwietniki na Alledrogo zaczynały się w tej cenie, ale miały opinie, że się rozsypują.

A i ten czerwony kolorek to fajny akcent w pokoju jest.

A jako że przesunęło się w pracy, tom wczoraj zamiast 4 godzin kiblowała 8, ale upał był, więc przeżyłam.

A dziś wkurwiłam się znów.

Bo siedzę od ubiegłego tygodnia jak ustawa i godziny przewidują, z nadgodzinami nie do odebrania of course. A jutro leci kolejny ekstras. Pani od ekstrasa poleciała sobie na Maltę na urlop. Nie zazdroszczę, pisała, że dokucza upał. Mnie dokucza tu, ale za darmo, więc no problem. Skorekcony urlopowy tekst (też tak miałam, latając do UK, na urlopie pracowałam, mój wybór) nie zapisał się (zapisanie zależy od łącza, a zagraniczne są jakie są, ja w UK miałam czasem internet "z wiaderka", znaczy się niezabezpieczony od sąsiada). A dziś pisze do mnie, do której jestem. Odpisuję, że do 13. Swoje urlopy zawsze staram się teraz układać tak, żeby nie kolidowały z pracą. Tak, nie mam małych dzieci, nie muszę ich niańczyć, ale pani ma dzieci w wieku późnoszkolnym - po maturze i po podstawówce. 
Więc, sorry Winnetou. Od poniedziałku była w pracy znów.
Wiem, że była impreza z okazji ślubu kolegi.

Ale ja na tę imprezę nie pojechałam, choć chciałam, bo... no właśnie. Dojazd zbiorkomem to co najmniej godzina, impreza, powrót - nie wyrobiłabym się z zamykaniem ekstrasa, który wczoraj jechał do druku.

Każdy z kolegów bierze urlop jak mu pasuje. Dlaczego ja mam wyrabiać nieodbieralne i nieopłacane nadgodziny w imię dopasowywania się do ich wyborów?

Dziś o 13 wyszłam z poczty (potem wlazłam, leżą materiały)... 

Jutro i tak będę siedziała do usranej śmierci, zanim nie wyślą tego cuda do drukarni.

Z samej gazety nie mam prawie nic, co podkreślił  Boss w emilku ponaglającym do roboty.

A potrzebowałam dziś tych chwil dla siebie.

Na powspominanie, na zamyślenie, na przeżycie jeszcze raz.

Bo to moje życie. 

I to, co w nim cieszy, i co boli, to moje.

Więc sorry Winnetou, business is business i nie zastąpią tego żadne słowa i emilki, jaka to jestem cudowna i jak źle beze mnie będzie.

Ano będzie. I nie ma na to rady.

Ale dziś cieszę się dniem, z nadzieją, że dożyję do niedzieli, gdy spotkamy się na grillu i...

Znów będę wśród moich bliskich, bo tak, wbrew mylącym pozorom i pogłoskom, jakobym żyła tylko pracą, mam życie osobiste. 

Całkiem udane.

Skusiłam się dziś na Dziewczyny z Dubaju, bo odkąd mam streaming z napisami, to i polskie filmy strawię i stwierdzam, że jednak to, że pazurami wyrywałam po kawałku to, co mam dziś - było warto. Ale i tak bym w tamtej branży kariery nie zrobiła. Brak warunków fizycznych.

Za co niebiosom dzięki.

Ament :) 

Ale biedne te dziewczyny w sumie. 

 



czwartek, 6 lipca 2023

I zapanowała

 cisza w eterze, Kochany Pamiętniczku, za co dzięki bogu i partii :)

Co się będę licytowała i wyciągała stare gówna, kiedy ja już jestem w innej rzeczywistości.

Jestem z siebie bardzo dumna.

Tym dumniejsza, że powlokłam się do lekarza i o dziwo, tym razem trafiłam na młodego, ale z rozmowy z nim wynika, że bardzo kompetentnego lekarza.

No cóż, lata żyłam w lekarskiej rodzinie, lata pracowałam w medycynie, więc potrafię ocenić.

Wypisał mi skierowanie do okulisty, ale decyzję podejmę po rozmowie z Inżynierem, bo to na niego będę liczyć w razie W, jakbym ślepa do domu trafiła (bo chciałabym od razu oboje oczu zoperować, a wtedy sama nie ujadę).

O Lutyckiej, zalecanej przez koleżankę są bardzo niepochlebne informacje w necie. Taż koleżanka poleciła mi firmę do wymiany okien, do końca nie jestem z niej zadowolona, więc spasuję.

Za to Puszczykowo ma dobre opinie w necie. Problemem jest to, że muszę się zarejestrować do poradni telefonicznie, a to w moim przypadku nie takie hop-siup, bo raczej nie chcę nawet na badania wstępne iść w czasie zamykania ukochanej gazetki, więc wybranie terminu to też niezła łamigłówka. Biedny Inżynier...

Jeszcze żeby Inżynierowa dzwoniąca była, ale ona też do telefonu jak do jeża, a nie chcę jej wykorzystywać.

Wprawdzie bez szemrania załatwia moje zakupy na Alledrogo, ale też paczkomat ma pod nosem i po drodze, a z domu wychodzi, więc nie jest to wielkie poświęcenie, ma już konto w tym banku co ja i przekaz idzie błyskawicznie. A zakupy lubi robić.

No nic, zobaczymy, do Inżyniera wybieram się w następnym tygodniu na grilla, to będzie grill urodzinowy, mój mały synek będzie miał już 39 lat. nie do wiary, taki stary grzyb, a ma taką młodą i kwitnącą matkę :) Jak ten czas zapinkala.

A 4 lipca, urodzony 4 lipca mój brat miałby 64 lata, żeby tak głupio sobie życia nie zjechał.

I znalazłam artykuł w Polityce, który niejako potwierdza, że podejmując w swoim życiu dwie decyzje, które mnie kurewsko bolą - odejścia od Eksa i niebrania na swoje barki konsekwencji lat niefrasobliwości i nałogu mojego brata - tak naprawdę ocaliłam i siebie, i moje dzieci.

Wciąż czuję się winna, że jak to - nie było jak w amerykańskim filmie, że rodzina, że tylko to się liczy, że... sranie w banie.

Mną nikt z mojej rodziny się tak naprawdę nie przejmował, w zasadzie do wszystkiego doszłam sama, wyszarpując pazurami co się dało. Nawet Ciocia w którymś momencie, w przypływie szczerości powiedziała, że ma sobie za złe, że wtedy mi te 50 zł pożyczyła, a nie dała. Było ją stać na danie mi o wiele więcej kasy, ale nie dała. Uśmiechnęłam się, przytuliłam ją i powiedziałam, że ma sobie z tego powodu wyrzutów nie czynić, bo te pożyczone 50 zł pomogło mi dojść do samodzielności w życiu :)
Może gdyby mi je dała, nie ogarnęłabym się tak błyskawicznie?

Teraz liczą się moje dzieci. A i to nie tak do końca, bo ile bym nie stawała na głowie, to Pierworodny jest specyficzny.

Tak w zasadzie mogłabym tu umrzeć i skisnąć, czyniąc kłopot sąsiadom, a on nawet by tego nie zanotował.

Po pamiętnych lodach, kiedy mówiłam, że chcę mieć kontakt z wnukami, a nie wiedzieli jeszcze jakie plany mają na wakacje, zapadła cisza w eterze.

Nie będę się wyrywała przed orkiestrę, jestem niemuzykalna.

I też ciężko pracuję, jak na swoje lata.

Od Łobuzów mam prawie codziennie raporty, zdjęcia i jestem na bieżąco.

Stąd wiem, że Kalafiorkówna już odpisuje, co jej mama napisze, ale przecież ona ma dopiero 4 lata


więc tak, jestem z niej dumna, jest mądrą dziewczynką.

I jak pięknie napisała babcia :)

A, Łobuzy na zakończenie przedszkola po raz drugi przyniosły do domu pamiątkę.

Wszy.

Zaskakuje mnie to, bowiem ja, chowana w zabitej dechami wiosce dziewucha, w której domu nie było łazienki nigdy, wodę nosiliśmy lata całe z pompy na podwórku, urodzona w latach 50. nigdy nie miałam wszy.

Do dziś pamiętam słowa mojej wychowawczyni, która do koleżanki, już nieżyjącej, mówiła: Ty, W...ówna (opuszczę nazwisko), pamiętaj, żeby co dzień szyję myć, bo łatwiej szyję umyć, niż co dzień kołnierzyk prać i prasować. Mycie to podstawa. Dziewczyna była z bardzo biednej rodziny, bieda tam aż piszczała. Ale pani M. była bezlitosna i co dzień sprawdzała nam kołnierzyki przy fartuszkach.

Nie mieliśmy nigdy wszy.

Pierwszy raz ze wszami zetknęłam się... u moich dzieci.

A i to nie wiedziałam, że mają wszy.

Bo ja w życiu nie widziałam tych zwierzątek.
Chłopcy w piątek poszli do fryzjera karnie. W sobotę pojechaliśmy już na dłużej do teściowej, bo zaczynały się wakacje, wiadomo, Basia nie ma co robić, to i chatę ogarnie, obiad ugotuje, w warsztacie pomoże, a dzieci będą miały świeże powietrze. Dzieci drapały się po główce i na ten widok teściowa kazała sobie okulary przynieść i orzekła, ledwo okiem rzuciwszy: jedziecie do domu, dzieci mają wszy. 

Dzieci, które co dzień myją łebki? Tak, wszy lubią czystych ludzi. Dostałam grzebień rogowy jeszcze z czasów wojny, specjalny, naftę miałam w domu (do lampy naftowej). To były koszmarne dni, dzieci miały popalone łebki, ale pozbyliśmy się paskudztwa i na szczęście ani Eks, ani ja, nie złapaliśmy żyjątek.

Łobuzy mają wszy już drugi raz. U Pierworodnego też były, jeszcze w UK.
Nosz, kurwa, technika, loty w Kosmos, łazienka prawie w każdym domu, półki w drogeriach uginają się od szamponów, a tu wszy?

Mnie wszy kojarzyły się z okupacją, znałam je tylko z książek o wojnie, o obozach koncentracyjnych.

A tu pacz pani Popiołkowa, XXI wiek, a ludzie na stronach przedszkoli (strony przedszkoli - kto o czymś takim w ogóle myślał w mojej wiosce?) piszą, że wszystkie dzieci nasze są i wszystkie mają wszy.

Albo i owsiki - to już doczytałam z jakiejś gazety, gdy drążyłam temat.

Owsiki i owszem, przerabiałam sama.

Ale...

Szkoła miała rząd sławojek.

Sławojki opróżniał co jakiś czas pan Walenty. Przyjeżdżał wozem z beczką, miał taki czerpak na długim kiju, wybierał zawartość sławojek i... wywoził na okoliczne pola.

Może jakieś niedomyte warzywa zjadłam? Bo nie ukrywam, nie byłam taką wariatką jak teraz i zdarzało mi się zjeść niemytą marchewkę czy rzodkiewkę, otarte o spódniczkę :)

Owsiki tępiono jedzeniem śledzi. Nie pamiętam już dokładnie jak, bo mała byłam.

Wiem, że teraz są genialne preparaty i na owsiki, i na wszy.

Ale wciąż nie ogarniam - jak to?

Ja, na stare lata, nie zjem nic nieumytego, nawet gdy na Manhattanie sprzedawca zachęca: pani spróbuje. Mówię, że wygląda pysznie i nie ruszę. Kupię, a nie ruszę.

Wracając do domu (lub wchodząc do pracy - z czego się ludzie śmiali i to bardzo) lecę do łazienki i myję ręce. Robiłam tak zawsze przed pandemią też. Zostało to Inżynierowi, Pierworodnemu trzeba przypominać. Wnuki dostają zawsze swoje małe ręczniczki. Goście też. Czy z nich korzystają, nie wnikam. Po gościach od razu zawsze piorę.

No wiem, starą wariatką jestem :) 

Ale i takie mają prawo do życia ;) 

Więc nie ogarniam. 

Nie rozumiem.

Staram się z tym żyć.

Do fryzjera wleciałam dziś z duszą na ramieniu, ale siwe, rozwiewające się na łysej główce kłaki.

Nie będę już cudem (patrząc w lustro podczas strzyżenia myślałam, jaką idiotką byłam, zamartwiając się zmarszczkami - kurwa, jakie zmarszczki wtedy, krzywym nosem - jaki krzywy nos, mam całkiem fajny nos, a godzinami gapiłam się w lusterka ustawione pod różnym kątem, odstające uszy, które kazałam zasłaniać włosami w czasie strzyżenia - jakie odstające uszy, mam fajne uszyska, a aparaty słuchowe wyglądają w nich seksi - czego ja, do jasnej ciasnej od siebie wtedy chciałam, chcę wrócić i wypierdolić z pamięci te wyimaginowane wady i problemy...), ale ostrzyżona, nawet  tym łysym łbem wyglądam lepiej.

I tak upewniłam się w spółdzielni, że dwa miesiące mogę nie płacić czynszu (taką mam nadpłatę i zamierzam z tego skorzystać, nie będę nieustannie sponsorować spółdzielni), a i tak trochę drobnych zostanie mi na koncie. Po wejściu do apteki opadły mi witki - zostawiłam tam prawie 100 zł za nic, no ale na coś trzeba wydawać emeryturkę, co nie?
I odsiedziawszy dziś uczciwie 4 godziny bez roboty, poleciałam na zakupy i od razu portfel mi zelżał.

Sezon lelujowy się zaczyna


  Mieczyki ukochane były jeszcze na Manhattanie koło 14, ale klapnięte, więc odpuściłam, 5 zyla za klapniętego badyla nie kalkuluje się absolutnie...

Polecę jutro rano, jak wstanę...

A zaraz po 13 (w dupie mam siedzenie po godzinach, nic nie jedzie do drukarni) chcę się urwać do IKEA (a jawi mi się to jak zdobywanie Kilimandżaro, SKS, kiedy ja tam byłam), bo od dawna szukam kwietnika, wciąż płacząc nad kwietnikami z domu rodzinnego, które w mrokach dziejów przepadły, bo taki kwietnik to skarb, a na Alledrogo i w sklepach szajs za miliony monet, a w IKEA - jak dojadę i zdobędę, to się pochwalę :)

I dzięki Inżynierowej zaszalałam, obkupiłam się w Yardleya (Pewex, Yardley, szaleństwa młodości), śmieszne, wydać na siebie trochę własnej kasy i czuć się winną rozrzutności...

I pieczątkę zamazującą dane kupiłam, zobaczymy, czy się sprawdzi, bo mam tony papierów, których nie wyrzucam, bo dane wrażliwe, a kupiona kiedyś w Lidlu niszczarka na dnie z honorem legła i nie wstaje. 

I tak się toczy dzień za dniem, spokojnie (odpukać, oby tak zawsze) Kochany Pamiętniczku...

Więcej grzechów - tfu, zdarzeń - nie pamiętam :)

środa, 28 czerwca 2023

Jebło

 to jebło, na chuj drążyć, Kochany Pamiętniczku, jak mówią internetowe mądrości?

A jednak dziś w spamie znalazłam drążenie tematu:

Całe szczęście, ja również nie mam się z czego tłumaczyć 

z ubolewaniem,

Piotr 


I nie, nie odpisałam. Nie widzę sensu, poza tym dla mnie to zamknięty rozdział mojego życia. Czasem sobie z Eksem do poduszki pogadam, mam nadzieję, że w tamtym świecie wiedzie mu się lepiej, że opuściły go jego demony i ma się dobrze. I niech sobie znajdzie lepszą żonę - nie widzę przeciwwskazań.
Tak podejrzewam, że szwagier ma syndrom Kaczora (nie będę wnikała w detale, bo kryminał wyjdzie, a jak wiadomo, w internetach nic nie ginie, a ja nie mam zamiaru być ciągana po sądach). Niech sobie miesięcznice nawet odprawia, na mszę daje i robi wszystko, żeby zamazać swoje winy.
Mnie to rybka.
Ja nie kupowałam sobie butów za 700 zł na rachunek brata, którego pieniędzmi się opiekował.
Walić to.

A teraz ciąg dalszy polekarzowy.
Zwlokłam się wczoraj i musiałam bardzo mocno kopać w tę tłustą kubańską dupę, żeby na pracowy memłon pojechać i papiery oddać.
Jejku, jak potem się cieszyłam, że pojechałam.
Bossa nie było i atmosfera była super, nawet maleńki piesek koleżanki urzędował i jak każdy jebany sierściuch nie chciał się ode mnie odczepić.
A koleżeństwo - to obecne, bo pół załogi było na urlopie i na wyjazdach?
Nie witali mnie z taką radością nawet jak wróciłam po miesiącu urlopu w UK.
Jakby mieli czerwony dywan, to rozwinęliby go :)
Tak im się mordy do mnie śmiały i opowiadali sobie (zrobiliśmy nasiadówkę w kuchni), jakie to ja piękne emilki piszę i jak ich na duchu podnoszę, jak im źle beze mnie, aż mi wstyd było, że taka świnia ze mnie i już nie wrócę.
Obiecałam, że jak mi napiszą, że chata wolna to wlecę po zamknięciu kolejnego numerku, żeby nie pousychali z tęsknoty za mną :) 
A i dobrze, że pojechałam, bo szewc bez butów chodzi. Taka byłam zła na to badanie kontrolne, że zapytałam kadrową, dlaczego mnie ganiają co roku? Czy ze względu na wiek (tak mi mówił lekarz w ubiegłym roku). A ta patrzy na zezwolenie na harówkę i mówi: ale następne badanie ma pani za 3 lata :)
YUUUUUPI :)
Nie wiem, czy to lekarz się pomylił, czy cuś, ale mam 3 lata spokoju :) 
Jak nie chodzę to lekarza, nie choruję.
Nadciśnienie wykryli mi w takim badaniu w Auschwitz, a tak przychodziła taka rozsypująca się ze starości babka, która badała nam ciśnienie, osłuchiwała i podpisywała papiery. Całej załodze.
A ja wtedy wcale nie miałam takiego wysokiego, dodając do tego stres (straszny tam był) i nadciśnienie białego fartucha, niepotrzebnie się w to wplątałam, tym bardziej że mieliśmy swoją przychodnię i do kardiologa dostałam się od ręki. EKG zawsze miałam OK, no ale teraz jest jak jest i lepiej  nie będzie.
A zaćma? Pogadałam z koleżanką, ona mówi, że mam nie robić scen. Jej rodzice mieli operowaną zaćmę na ostatni dzwonek, a są już po 90. Ja mam początki, więc na spokojnie to ogarnę. I powiedziała gdzie, jak coś. Że poleca :) 
Więc nie jest źle.

Po skierowanie pójdę w przyszłym tygodniu, bo wtedy zlikwidują już te namordniki i nie będę musiała liczyć na dobrą wolę personelu, że ktoś maseczki uchyli.
A z okularami poczekam, bo jeśli będzie operacja, to i tak po niej będę musiała je zmienić, a to droga zabawa, bo ja mam astygmatyzm, no i potrzebuję szkła z bajerami, znaczy się antyrefleks i inne cuda wianki.
A na razie jest cudnie. Jest OK i niech żyje wpadanie do pracy.
A i jeszcze okazało się, że kadrowa zapomniała zmienić mój przydział na stały home office i nie dostałam 20 zł (hahahahahaha) rekompensaty. Ale teraz powinnam już dostać, choć za Chiny Ludowe tego nie sprawdzę, bo co miesiąc mam inną kasę przez te jebane reformy podatkowe.
No nic. Jeszcze nie jest źle i będę pracowała.
Będę się starała załatwić to wszystko zimą, ale pomyślę o tym jutro, nie dziś :) 
A dziś w ulewie poszłam na Manhattan w płaszczu przeciwdeszczowym. Zmokłam mniej, niż pod parasolem, a i obie ręce miałam wolne, co na targu robi różnicę, jak się z daszków leje... Nie wiem dlaczego miałam całe włosy pod kapturem mokre, jakbym wyszła spod prysznica, więc to też nie jest wyjście.
Ale przeleciałam się, a w ramach pierdalca umyłam (wreszcie) lodówkę, bo wołała w środku o pomstę do nieba już. I ogarnęłam szafę, bo nie wiem jakim cudem, ale miałam w niej taki misz-masz, że pierdalnik był niesamowity. I przeszło mi kupowanie nowych ciuchów, bo starych do śmierci nie zdążę wynosić.
I tak minęło mi pół wolnego tygodnia.
Nice.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Pojebało

 ze szczętem co poniektórych, Kochany Pamiętniczku.

Na maksa pojebało.

Bo ja, po zakończeniu wszelkich spraw po śmierci Eksa, grzecznie zapisałam w telefonie numery, na "serdeczne": jak coś potrzebujesz, to dzwoń, odpowiedziałam: zadzwonię. I z ulgą zamknęłam ten rozdział mojego życia.

Może i biedniejsza, ale spokojniejsza.

To, co było z Eksem, to tylko moja bajka. 

Rozłączyła nas mineralogia i termodynamika, poszło nam o to, kto ma nosić węgiel do piecyka.

Ale już wtedy, gdy jeszcze różowe okulary nie spadły z mojego nosa, gdy zakochana byłam, z motylami w brzuchu wciąż, gdy ojciec mówił mi: spierdalaj stąd, ja byłam. Przez 23 lata. Tyle wytrzymałam. Ale potem czara się przelała, bo cierpiały na tym dzieci.

Moja teściowa wciąż powtarzała, że "rozwiodła się ze starym dla dobra dzieci".

No cóż, poszłam w jej ślady, aczkolwiek nie rozwodziłam się, bo i dzielić nie było czego - znaczy się, w tle była ta chata za milion, ale na drugiej szali był spokój w domu. I dzieci.

Więc wybrałam tak jak ona - dzieci. 

Że straszył odejściem i odszedł - wolna wola, wolna droga.

Wychowałam do końca dzieci bez alimentów.

Z pensją 2600 netto, czynsz 500 zł.

Taka ze mnie matka Polka, ale co tam.

Wróćmy jednak do naszych baranów. 

Na poczcie znów emilek, że pozwolę sobie zacytować.

A przyszedł w momencie, gdy mnie olśniło, że to "utrzymanie porządku w bibliotece i w bieżących sprawach w gabinecie" to wcale nie musi być posadka dla jaśnie pani magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, ale zwykłe sprzątanie.

Dobra, żadna praca nie hańbi, byłam 10 miesięcy na bezrobociu i jeździłam na lewo na mopie, zanim znalazłam znów pracę w zawodzie.

Tyle że... miałam wtedy niecałą czterdziestkę, byłam szczupła, energiczna.

Teraz sprzątnięcie mojej ciupy to dla mnie jednak wysiłek, chociaż całość ogarniam zazwyczaj w dwie godziny co tydzień.

Ale mniejsza z większym :) 

Wracając do emilka, nieszanowany chuj odpisał mi:

Basiu.
Przykro mi, że moja dobra intencja spowodowała Twoją tak wrogą reakcję. Szkoda.
Bez komentarza zostawiam Twoje przyznanie  się , że ani Ty, ani Synowie Twoi i W. nie byliście w naszej rodzinie.
Dlaczego nie byliście w naszej rodzinie?
Byłaś żoną mojego brata, a obecnie jesteś byłą żoną mojego brata.
Basiu, czujesz się skrzywdzona "przemową nad grobem W.", który przecież po wyrzuceniu z Waszego małżeństwa i domu przez 20 lat miał u mnie dom i pełną opiekę jakiej wymagał.
Bez komentarza pozostawiam fakt Twojej reakcji przy ustanawianiu mnie opiekunem prawnym W.

z pozdrowieniami ,
Piotr  
 Ktoś musiał mu to pisać, bo w porównaniu z poprzednim emilkiem błędów nie było.

A mój wkurw wystrzelił w Kosmos.

Pomijając fakt, że prawda jest jak dupa i każdy ma swoją, ja się, kurwa, o żadne dobre intencje z jego strony nie prosiłam.

I nie, nie byliśmy w tej rodzinie, bo gdy zbierali się wszyscy, to ja zawsze słyszałam od teściowej: wy i tak nie przyjedziecie, bo kładziecie wcześnie dzieci spać. A potem okazywało się, że na komunie w rodzinie też nas nie zapraszano, bo nie dawaliśmy kopert, tylko symboliczne prezenty.
I jakkolwiek moje dzieci mają 8 kuzynostwa stamtąd, nigdy się nie spotykali w zasadzie i nie utrzymują z żadnym z nich stosunków.

Spotykają się na pogrzebach i rączka, rączka, buzi, buzi i obyśmy się spotkali w lepszych okolicznościach.

Syn Piotra, na pogrzebie swojej ciotki, a mojej szwagierki, poproszony przeze mnie o pomoc w niesieniu wieńca, wzruszył ramionami i udał, że nie słyszy.

Moje dzieci nie dostały nigdy żadnego prezentu od wujostwa, a są to wszyscy ludzie sytuowani i to dobrze. Nikt nie zapytał nigdy, jak żyję, co z dziećmi. Nawet gdy Inżynier leżał w szpitalu umierający. Wiedzieli, że leży.
Nie odwiedził go nikt, nikt z tej lekarskiej rodziny nie pomógł.

Nie muszę się tłumaczyć, ludzie, którzy byli z nami wtedy znają NASZĄ prawdę.

Więc nie, kurwa, nie miał tej opieki, Eks na pogrzeb swojej matki przyszedł w garniturze wyciągniętym z pralki bez prasowania. Co mnie, lecącej co dzień ze świeżymi gaciami w zębach, zatkało dech. Bo Eks na propozycję wzięcia gaci ze swojej półki, gdzie stały w karnym słupku, odpowiadał: nie wiem, gdzie są. Na co ja: w lodówce. Wracał i mówił; tam nie ma. I nie, to nie były małżeńskie przekomarzania się, on już wtedy miał odchyły...

I wiele innych takich historii... Ale po co?

Piszę do Inżyniera. Ten rozsądnie odpowiada: niech się mama z koniem nie kopie.

Ale we mnie zagrała ta krew chłopów pańszczyźnianych i szewców, od których pochodzę i nie, moje musiało być ostatnie.

Więc odpisałam:

Piotrze, winny się tłumaczy. Ja nie muszę.
I nie jesteśmy ani nie byliśmy nigdy w Waszej rodzinie.
Za tę "opiekę" nad W. wziąłeś to, co chciałeś - willę. Nie jestem byłą żoną. Jestem wdową po Twoim bracie.
A do sprzątania zatrudnij sobie Ukrainkę, są tanie. Na mnie Cię nie stać.
Daj mnie i moim dzieciom święty spokój.

Barbara 

Ha... I ulżyło mi do końca, gdy Inżynier powiedział mi, że emilki też można zablokować.

Pokombinowałam i zablokowałam.

Bo nie będzie byle chuj pluł mi w twarz.

Brałam ślub z Eksem, nie z jego rodziną.  Choć miałam nadzieję, że będziemy jedną wielką rodziną, patrząc na ten 24-osobowy stół w jadalni i marząc, by teściowa zastąpiła mi mamę, bo bardzo mi matki brakowało.

Gdybym zaczęła wywlekać wszystkie brudy z tej rodziny, mogłabym scenariusze pisać.

Ale nie, nigdy nie byłam jej członkiem pełnoprawnym ani ja, ani moje dzieci.

Byłam do roboty, do pomocy, do ogarniania.
A teraz okazuje się, że jeszcze powinnam być byłą żoną brata mojego szwagra i tańczyć tak, jak on mi zagra.

Gość, który skrzywdził i swojego brata, i swoich bratanków. I jeszcze mu chatę sprzątać? Nie wiem, co chciał osiągnąć, może go kurwica bierze, że nie ma już się kogo czepiać i kim dyrygować?

Nie umiem zablokować na maksa, emilki powinny lecieć do spamu.

Na razie spam mam czysty.

Drogi Piotrze, chuj ci w plecy, bo w dupę byś jeszcze miał przyjemność. I mam zapisane wszystkie jego telefony, wiem, czego nie odbierać.

Bo na serio, mam się czuć winna, że gość wziął willę za milion, obiecując bratu, że to dla niego, potem go ubezwłasnowolnił, a teraz stara się we mnie wmelić winę za to, że nie opiekowałam się mężem? Serio?
Więc z proletariackim pozdrowieniem: chuj ci w oko, jak nie w plecy.

Bo tak, bo mogę.

I tyle w temacie, jak nie znajdę nic w spamie, mam nadzieję, że się szwagier ode mnie odpierdolił raz na zawsze.

Ament :)

A dziś zerwałam się bladym świtem i doczekawszy godziny, pomaszerowałam do POLMEDU na badania. Klnąc na namordniki, bo co za różnica w tych namordnikach ten tydzień?

Dla mnie ta cala medycyna pracy w przypadku osób na takich stanowiskach jak ja, to wyciąganie kasy od pracodawców.

I tu się jeszcze wycwanili, teraz dostaję formularz, gdzie sama muszę wszystko zaznaczać. Znaczy się, swoje dolegliwości, nie pyta o to lekarz, zaoszczędzają dosłownie minuty, bo tam taśma jest. A ja miałam rozpisane na cały dzień (no i cały dzień miałam z głowy). Laboratorium odmówiłam. Okulista pół godziny po terminie, wykryła, że mam początki zaćmy jądrowej. Mam ogarnąć. OK. Ogarnę, bo pracuję oczyma. Termin w wiosce na NFZ jakieś 3 miesiące, nie jest źle. Prywatnie chyba nie pójdę, bo operacja ponad 10 tys., a za coś przecież kurwa tyle lat płacę składki. W razie W wyprawa do Czech, koszty pokrywa NFZ.

Zobaczymy, nie wpadam w panikę, czułam, że coś się kićka z oczami, ale spoko :) 

Wracam do domu, bo lekarz ogólny o 15, a dojazd mam niecałe 40 minut.

Do Lidla lecę, pierożki azjatyckie na obiad kupuję (Inżynierowa polecała, faktycznie, nie są złe, choć dupy nie urywają i na pewno nie będą w mym jadłospisie na stałe).

Gierka, fejsik, podlewanie badylków, ogarnianie i pora znów do POLMEDU.

Lekarz medycyny pracy jak zwykle z opóźnieniem. Ale nawet ja mogłabym tak pacjentów odprawiać. Pyta, a jakże. Ale co z tego, że pyta o wzrost i wagę? Przecież to powinno być zbadane, a nie, że ja sobie odjęłam 5 kilo...

Mam nadciśnienie, w gabinecie nie ma śladu ciśnieniomierza. I na słowo harcerza przyjmuje wiadomość, że ciśnienie mam uregulowane i biorę leki.

Takie to tam badanie. 

Tylko zakład pracy kosztuję, bo morfologia i OB oraz mocz raczej nie wykazują przeciwwskazań do pracy takiej, jak moja.

Ale nieważne, doktor był uprzejmy, namordnik zdjął, tym razem nawet nie chciał oglądać orzeczenia o inwalidztwie, gdy pokazałam mu zżółkły ze starości świstek, zmęczył się, szukając piszącego długopisu w kosmetyczce z pierdyliardem długopisów, po czym znalazłszy piszący, upragniony przeze mnie papierek podpisał...

Więc wyjąwszy aparaty z uszów, włożywszy słuchawki w nie w rytm rozdzierającego duszę Amado mijjjjo w wykonaniu Pink Martini poszłam, wolna, zdolna...

Podjechała bimba jadąca na Heimat, więc super, cudnie...

W tym upale szłam jak pijana, "mój" żul, któremu lata temu podrzucałam puszki, siedział na ławce w Alei Żula i lał pod siebie, a ja doszłam do poczty z awizem, że mam do zapłacenia 8,50 za przesyłkę, na Dorotę, więc nic urzędowego...

Ale przesyłki jeszcze nie było więc do domu polazłam, na progu padłam, wstałam, ogarnęłam się i znów...

Polazłam na pocztę i tadam :)

Tak jak myślałam :)



Od Barana naparstek był. Cudny. Kochany Baran, wojażuje i zawsze moją kolekcję powiększa. Tu z Mauritiusa naparsteczek jest :)
A 8,50 do zapłacenia? No cóż, Poczcie Polskiej coś nie pasowało, a jakże, standardowa pieczęć, że przesyłka nadeszła uszkodzona, blebleble... Oclili, bo spoza UE. Pani, cytująca paragrafy mówi, że blablabla, albo płacę i biorę, albo odsyłają. 

Brałam...

:) 

Takie to wszystko pojebane jest, począwszy od przepisów, skończywszy na ludziach.

I nie, że się bronię.

Moja teściowa twierdziła, że Piotr to najuczciwszy z lekarzy na świecie. Moja znajoma mówiła, że zawsze brał łapówki aż furczało. Za dawnych lat. A moja inna znajoma, chodząca do niego teraz, prywatnie, nie wystawiła mu laurki. Nawet nie wiedziała, że to mój szwagier, zapytała, bo zbieżność nazwisk.

Ja w sumie używam panieńskiego (w pracy tylko takie znają). Dzieci się z tym pogodziły, nie chcą zmieniać. A ja żałuję, że nie zapisałam, że mają nosić moje albo podwójne. Na mnie się moje nazwisko kończy.

Są inne linie, ale to już inna bajka.

Bo ja jestem JEDYNA I NIEPOWTARZALNA :)

A jutro do pracki z wynikami i niech się na zapas nie cieszą.

Ale ja się cieszę, że wciąż mogę pracować.

Co ma być, będzie.

Na razie idzie potężny burz.

Już do mnie pisał Inżynier, żeby mu powiedzieć, że nie ma nas w domu.

Taki stary bon mot...

I to jest piękne, że je mamy :)





piątek, 23 czerwca 2023

Niepotrzebnie

 się nakręciłam wczoraj, Kochany Pamiętniczku.

To i duchota na maksa (znów wróciłam do spania w dużym pokoju, w małym się duszę), no i natłok myśli - gdzieś do drugiej w nocy układałam emilki w myślach, pławiąc się, niepotrzebnie, bo obiecywałam sobie, że nigdy więcej, w tym, co wywalę...

No bo jak na dłoni wychodziła cała hipokryzja ich wszystkich: jak podjudzali mnie, że nie mam odpuścić swojego, że mam walczyć w sądzie z tym chujem. Nikt tylko nie powiedział mi, skąd mam wziąć pieniądze na adwokata, skoro z jednej pensji utrzymywałam cały dom i dzieci, bez grosza alimentów. Bo tak, bo mieliśmy ambicję stanąć na nogach sami, bez łaski. Co nam się zresztą udało, łatwo nie było, ale co tam. Byliśmy razem i mieliśmy święty spokój :)
A potem, już na pogrzebie Eksa, gdy TEN odczytał ten obrzydliwy list, szkalujący mnie i dzieci, odsądzający nas od czci i wiary, za który jego osobiste dzieci przepraszały na tymże cmentarzu mnie i Inżyniera.
I szwagierka, sytuowana, a jakże, lekarka z DE, żona lekarza, mówiąca spokojnie, że to grosze były ten zachowek, ale dała to synowi na mieszkanie.

I nie, nie czuła zażenowania, mówiąc to do mnie i do Inżyniera, a przecież to my byliśmy w tym wszystkim okradzeni bezczelnie, albowiem teść w testamencie napisał, że willę dostaje Eks, jako najbiedniejszy i najmniej z nich zaradny, żeby mógł wychować dzieci spokojnie.

Ani on, ani jego dzieci nie widziały z tego ani grosza.

Ale mam superdzieci.

Po tych wszystkich krętactwach i korowodach ze spadkiem, już tylko naszym, willi już dawno nie było, niebiosom dziękowaliśmy, że mieszkanie jest spółdzielcze i temu chujowi nic do tego, a i to chciał mi odebrać.

Cóż, nie wyszło, a mieszkanie mam własnościowe już.

O całą resztę mógł się bić, jedyne co zostało po Eksie, to encyklopedia Meyersa i komoda biedermaier. 

Ale i to dałoby się podciągnąć pod wspólnotę małżeńską, jako że kupił to już za czasów małżeństwa, a komodę teściowa darowała nam, nie jemu, ale nam :) 

A moje przekochane dzieci od razu powiedziały, że pierdolić to wszystko, najważniejsze, że matka ma dach nad głową, one sobie poradzą, zrzekły się swojej części spadku na moją korzyść bez drgnienia oka.

To, co się udało wyrwać, a były to dosłownie grosze, podzieliłam po równo.

I tak sobie to kulaliśmy spokojnie do wczoraj, a raczej do telefonu od tego chuja. I ciągu dalszego.

I mojej nieprzespanej nocy.

Bo gdy już zasnęłam, to rozpętała się taka burza, że musiałam wszystko zamknąć - mnie burza rzadko budzi, ale ta mnie zbudziła.

I gdy rano wstałam wpółprzytomna, ogarnęłam się i 


 po skorekceniu jednego zabłąkanego tekstu, czekałam cierpliwie na prackę.

A to pograłam, a to na fejsika wskoczyłam i tak czas leciał...

Aż nagle... jebut.

Nie ma prądu.

Co robimy?

Wchodzimy na fejsika, a jakże, na grupę osiedlową i okazuje się, że nie ma prądu na całym osiedlu.

Mogiła, bo dziś wszystko musi iść do drukarni, a ja jestem jedyna i niezastąpiona.

Okazuje się, że... naładowany jest tylko laptop, no i super.

Z ajfonika mam internet, a że mam jakieś 40 parę GB, to spoko.

Ale... tragedia.

Telefon ledwo zipie.

Lecę po ładowarkę i hahahahahahahaha... przecież nie ma prądu.
W panice piszę emilka do pracy, że sorry Batory, trup i mogiła i robi mi się coraz goręcej.

Cisza, nie ma odpowiedzi na emilka, moja panika sięga zenitu, piszę do Inżyniera, żeby dzwonił do Enea, że...

Inżynier odsyła mi linka, że to planowe wyłączenie prądu. Do 15.

A ja już spakowana, ubrana, kontroluję: aparaty, zęby, baterie do aparatów, biust gumowy, sztuczna noga.... ostatkiem sił wzywam taksówkę SMS, ale nie ma odpowiedzi od nich.

Piszę SMS do ludzi z pracy i nic, cisza.

Moja panika sięga zenitu, gdy wtem...

TADAM.

Z obłędem w oczach rzucam się do szafki  i jest :)

JEST :) 


 Wyciągam drżącymi rękami, pot się ze mnie leje.

Kupiłam to cudo, gdy wybuchła wojna w Ukrainie i gdy z Inżynierem przeprowadzaliśmy akcję gromadzenia rzeczy do przetrwania w razie W.

Jakoś tak z nudów naładowałam to pół roku temu i wsadziłam do szafy.

Wyciągam dziś, podłączam zdychającego ajfonika i TADAM :) 

Jest naładowany wciąż na maksa (powerbank), ładuje mi i ajfonika, i iPada padającego, no i mam internety, wszędzie :) 

Piszę więc emilka do pracy, że nie jadę, nie zaszczycę ich swoją obecnością, że korekta tylko w Wordzie i na PDF, ale damy radę.

O dziwo, godzą się, a ja powoli uspokajam drżące dłonie i żałuję, że nie mogę wina otworzyć, że może wieczorkiem...

Prąd włączają godzinę przed terminem, dobrze, że nie pojechałam do redakcji, dostałabym na łeb bez jedzenia, nie wiem, jak z moim pokojem, bo Boss powiedział, że go zlikwiduje.

Gazetkę ukochaną zamknęłam spokojnie przed 20 (szlag by mnie w redakcji trafił), nic się z mojej winy nie spóźniło.

W międzyczasie chaupkę posprzątałam, ze Spotify szło to śpiewająco.

Pranie też zrobiłam, awansem.

I kocham od dziś powerbank miłością wielką, jak cały świat, będę pamiętała, żeby nie oszczędzać prądu i zawsze mieć naładowanego lapka i powerbank, reszta to pikuś. Żeby zużyć te mobilne gigabajty musiałabym się starać, a starać.

I tak warto żyć.

A w międzyczasie spłodziłam emilka do tego chuja.

Dużo mnie to kosztowało, bo ą, ę, bułkę przez bibułkę.

Bo ja, chociaż taka kurwa (a tak, tak mnie kiedyś w rozmowie telefonicznej teściowa nazwała, na co odpowiedziałam: tak, ma mama rację, co do dziś powoduje niepowstrzymane wybuchy radości u moich niecnych dzieci), to jednak klasę mam. A co.

I tak poleciał emilek, choć chciałam go wysłać po niedzieli, ale nie chcę w weekend podskakiwać na każdy dzwonek do drzwi, więc poszło: 

Dzień dobry :)
Nie umówię się z Tobą, bo ta rozmowa nie ma absolutnie sensu. Nie jestem zainteresowana pracą u Ciebie, nawet za wynagrodzeniem. Mam swoją pracę, swoje życie. Nigdy nie byłam ani ja, ani moje dzieci częścią Waszej rodziny. Skrzywdziliście nas tą przemową nad grobem W. i to bardzo. Nie widzę najmniejszego powodu do zmieniania status quo teraz, po latach. Pozdrawiam, zdrowia życzę Basia

No bo taka ze mnie zwykła dziwka.

A tak nawiasem mówiąc, zastanawiam się, co kombinowali znów?

Bo nawet druga żona mojego teścia, która miała prawo do zachowku, niezbite, do zachowku, o który upominała się moja teściowa, będąca już 10 lat po rozwodzie, została nazwana tą pojebaną babą. Dwanaście lat się procesowali. Adwokaci w wiosce kochają tę rodzinę. A gdy ja załatwiałam swoje sprawy, ten chuj skomentował: o masz dobrego adwokata. Znam jego starego, a skąd ty znasz syna?

Nie wyjaśniałam, że syn pracuje w mojej firmie. I że zapłaciłam za jego usługi jak za zboże, żeby tylko moje dzieci mogły spokojnie spać.

No może i ja z leksza jestem pojebana, ale jak coś...

Alienek będzie wózeczek pchał z babcią, a Kalafiorkówna będzie witką muchy odganiała...

Tfu, tfu, utinam falsus vates sim. 

Jak coś, most blisko i to mniejsza trauma, niż taka opcja.

Bo w tym państwie wszystko jest pojebane i nawet spokojnie zejść się z tego padołu łez nie da.

Ament :)


czwartek, 22 czerwca 2023

Zemsta

 jest rozkoszą bogów, Kochany Pamiętniczku, to prawda, ale o tym w dalszym ciągu.

A na razie powspominajmy minione dni, bo były piękne, oczywiście zanim nie zaczęły się te piekielne upały :) 


Szparagi się pięknie kisiły, albowiem co rano szłam na Manhattan z pieśnią na ustach i wracałam okrężną drogą, tak że statystyki kroków pięknie rosły. Za to Inżynier, biorący udział w pracowym challenge krokowym do szału doprowadzał małżonkę, albowiem na dworze było mu za gorąco, więc łaził po ichnim salonie, żeby nabijać kroki i chwalił mi się, że łazi jak ojciec...

Inżynierowa zęby zaciskała i cierpiała w milczeniu, wychodząc z założenia, że challenge minie...

I tak mi spokojnie i pracowicie dni mijały, aż tu znienacka Inżynier wyskoczył z zaproszeniem na grilla, nie odmówiłam, bo w końcu po to te włości postawił, by na nich bywać.

A jako że Pierworodny znów jak kamień w wodę wpadł, tom się nie opierała i zamarynowawszy karkóweczki i nakupiwszy innych specjałów, czekałam na niedzielę...


 Prawie kilo groszku kupiłam, nie, nie zbankrutowałam, choć tani nie był, ale radość Kalafiorkówny i jej ojca to był miód na moje serce. Kalafiorkówna już oswojona i łazi za mną jak za swoją :)
Alienek groszku nawet wzrokiem nie omiótł, za to smerfose jajko niespodziankę pochłonął, a na końcy stanęła między nami umowa, że jak będą swoje pokoje sprzątać bez animrumrania (jakiż rozkoszny tam bajzel panuje), to będę zawsze miała smerfowe jajo niespodziankę. Nie obawiam się bankructwa. Ale też wciąż mam z tyłu głowy moje dzieci, karnie ścielące co rano łóżko, jakie by ono nie było, a kilka modeli się przewinęło. No cóż, na 46 metrach kwadratowych każde nieposłane wyro to był bajzel. Ale nawet w tych sypialniach niczym z amerykańskich filmów nieposłane wyro jest... hmmm... Nikt mi nie przetłumaczy, że nieschowana pościel czy też niezasłana jest piękna. Mnie ani nikt nie pilnuje, ani nikt nie krytykuje, nie ocenia, ale nie wyobrażam sobie nieposprzątania legowiska po nocy.
Zobaczymy. Nie mój cyrk, nie moje małpy, morda w kubeł. Dla mnie mniejszym bałaganem jest artystyczny nieład na moim biurku, niż rozbabrane wyro, nawet za zamkniętymi drzwiami.

Tak że niedziela minęła cudnie, bo i z Inżynierem miałam pół godzinki sam na sam, no i potem z resztą towarzystwa, a i podwózka do domu była zacna, bo podwiozły mnie mamy Elfika :) 



Taki zacny drinek z martini dostałam od dziecka...


A i dąb Alienkowy, zagryziony przez sarnę wykazuje niesamowity hart ducha i rośnie wciąż :)


A na ogrodzie, gdzie nic nie wolno robić, bo... sranie w banie, pięknie rośnie morze maków :) 


A potem zaczął się pracowity pracowy TEN tydzień i chociaż miał miłe chwile, jak ta, gdym bzyga dorwała w loggii, albowiem nie miał odwagi wlecieć w oberwanie chmury


przeżycie kolejnej tragedii Bossa, szukającego ofiary do złożenia na ołtarzu, bo jak wiadomo, wszystkiemu winni są zawsze Żydzi, cykliści i korekta...

Doszłam do dziś. Nie, jeszcze nie meta, jeszcze jeden dzień. Jutro, ale spoko, wdech, wydech, tytka, emilek od D., że Boss to mnie na rękach powinien nosić za to, co zrobiłam, ale odpisałam, że nie ma opcji, boby mu kręgosłup siadł...

I perspektywa zawalonego poniedziałku, bo znów muszę iść na badania okresowe, co jest zwykłym wyciąganiem kasy z kieszeni pracodawcy, bo jeżeli nie muszę mieć badań sanitarnych, pracuję z domu, to jakie znaczenie ma mój wiek? Że trafię znów na palanta, który nie będzie mi chciał podpisać zdolności do pracy, bo ze względu na słuch mam orzeczenie: praca nie wymagająca kontaktu z ludźmi? Kontaktuję się z nimi mailowo, a głuchota nie zaraża, ale cóż. I jeszcze taki palant potrafi mi tłumaczyć, że to dla mojego dobra nie podpisuje mi zdolności do pracy, że mnie chroni...
Tylko raz jeden mądry gość spojrzał na orzeczenie i zapytał: co za chuj to pani napisał...

Ale to dopiero w poniedziałek, pomyślę o tym w niedzielę :)

A dziś na poczcie, po dwóch tygodniach milczenia, co spisałam już na niebyłe, emilek od szwagra, TEGO szwagra.

Cytat dosłowny, bez korekty: 

Droga Basiu, Dziękuję za wiadomość . Przepraszam, że nie od razu odpowiadam. Nawał pracy nie pozwolił mi na szybszą odpowiedź. Bardzo proszę o osobisty kontakt,abyśmy razem omówili moją propozycję pracy, która polegałaby na utrzymaniu porządku w mojej bibliotece i w utrzymaniu porządku w bieżącej pracy. Chciałbym omówić również warunki finansowe ewentualnej twojej pracy. Proponuję abyśmy spotkali się na nowej dębinie . Może w sobote od rana godziny 8 oo ........Proszę wyznaczyć godzinę . Będę o określonej i wyznaczonej godzinie.

 No serio? Mam w sobotę rano się zrywać i gościć chuja, który okradł moje dzieci, a i opluł i je, i mnie na pogrzebie mojego męża?

 Żeby gość, którego stać na płacenie mi za pracę, pchał się do mojej chaty na rozmowę? A nie łaska na kawę do kawiarni mnie zaprosić albo na obiad do knajpy? Ja mam latać, podawać, zmywać i dyskutować o warunkach zatrudnienia? A co, jego żona, która wszystko wie lepiej i zawsze wiedziała, nie ogarnia mu biblioteki i gabinetu? Jak okradła moje dzieci z roweru, poradziła sobie znakomicie.

Ale nie, to już nie te czasy, gdy rodzina męża uważała mnie za nic, bo "takie tam te twoje studia".

Takie tam te moje studia i moja praca, którą miałam dzięki nim, wyprowadziła moje dzieci, a w zasadzie też członków ICH rodziny na ludzi, porządnych ludzi, żyjących ze swojej pracy i nie potrzebujących do życia okradania innych. 

Nic im nie zawdzięczamy i niech się od nas odjaniepawlą. 

BTW, syn drugiego szwagra urodził się bez moczowodów. Walczyliśmy o niego wszyscy, udało się, chłopak dziś jest dobrze po czterdziestce, choć ma jedną nerkę. A gdy byłam w drugiej ciąży, opłotkami doszła do mnie rozmowa, że jak to, ja jestem w ciąży, jak śmiem w niej być, skoro jestem taka biedna? Na to TEN szwagier, sam mający wówczas już czwórkę dzieci (a long story, kto jest ojcem, dziś ma ich więcej) powiedział bratu: nigdy nie wiesz, od kogo nerka przyda się twojemu dziecku.

Ja, mająca swoje lata (on jest ode mnie jakieś 10 lat starszy) mam jeździć na drugi koniec miasta i ogarniać mu prywatny bajzel?
Całe życie wszystko ogarniali mu jego pacjenci. Pacjent stolarz dostał zlecenie na tyle prac w jego domu, że gdyby zapłacił za kurację, mniej by wydał.

Ni chuja.

Ni chuja i ni chujenki.

Żałuję tylko, że nie zobaczę jego miny, jak będzie czytał mojego emilka, że nie.

Bo teraz jest czas na moje życie, na wnuki i na starość.

Mam pracę, w której jestem ważna, bo dziś na wieść o tym, że idę w poniedziałek na badania i mogę polec, dziewczyna odpisała mi, że nie ma takiej opcji, bo nie takie góry zdobywałam.

Ale zemsta jest rozkoszą bogów i znakomicie smakuje.

Na zimno. 



piątek, 9 czerwca 2023

Już

 bardziej szalone to chyba być nie może, Kochany Pamiętniczku.

Dopiero dzięki Spotify odkryłam, że piosenka, którą z lubością nucił mój ojciec po pijanemu to Most na rzece Kwai.

A melodia ta prześladowała mnie przez lata w snach.

No cóż.

I tak tydzień pracowy leniwie płynął, bo wszyscy mają wszystko w dupie, więc i ja spokojnie pooglądałam Synów Anarchii, kiedyś ogarnęłam jeden sezon, ale teraz chyba wszystkie przelecę.

Zawsze marzył mi się gość na harleyu, chociaż moja pierwsza wielka i niespełniona miłość woziła mnie jawą. Gdy to wyszło jak szydło z worka, moje dzieci wpadły w histerię,  że jak to, mama na motorze jeździła, a im nie wolno nawet o tym pomarzyć?

Hahahahaha :) 

Spuśćmy zasłonę milczenia na moje jeżdżenie na motorach, bo trochę tego było :P 

Gdy po latach zapytałam Pierworodnego: a motor? Spojrzał na mnie jak na wariatkę i powiedział: mamo, ja mam dzieci do odchowania :)

Ha!

Jako że budzę się teraz o 5 rano, bo jasno, jak za dawnych, dobrych młodych lat, gdy z motorkiem w dupie popylałam na Manhattan, wkurwiając dzieci, bo nie wstawały, żeby iść ze mną po zakupy, a nie miałam wózeczka i potem ich sumienie gryzło, że matka siaty dźwiga :) Teraz nie dźwigam, nawet sobie nie wyobrażam dźwigania tego, co wtedy lekko niosłam, a wózeczek dla mnie jednej po brzegi załadowany i ledwo go ciągnę.

Ale to dla zdrowotności, te rajdy poranne, bo się kroczków nastuka, a potem jest tak gorąco, że chuj :) 

A są

dycha za jednego, ale warto, zjadam potem


taki obiadek, liście od tego kalafiora są przesmaczne...

Żeby jeszcze dupa spadała po tej diecie, ale nie, tkwi twardo na swym posterunku, kubańska :)


Albo takie truskaweczki, kupione dla Łobuzów...

A bo Łobuzy to osobna bajka.

Zapowiedziano ich podrzucenie na Boże Ciało. Bo rodzice chcieli primo po pierwsze iść do kina, primo po drugie odetchnąć.
Przeprowadziłam więc akcję stawania na głowie, że co biedne dzieci zjedzą, jak je nakarmić, że przez okno mogą wypaść, że sranie w banie...

Więc zaopatrzona byłam, by rzeczone Łobuzy nakarmić, a jakże. Standardowo: pomidorowa.

Co ja będę na głowie stawała i tupała uszami, jak wiadomo: pomidorówka rządzi i wymiata.

I tak było.

Po spacyfikowaniu kłótni o to, która książka jest czyja, kto wziął pierwszy pinkową kredkę, po uspokojeniu pytań, kiedy pójdziemy na lody i czy teraz zaraz można wziąć cukierka, po zachwyceniu się kolejnymi połączonymi numerkami i po stanowczym zarządzeniu opróżnienia jedynego stołu na tej kwaterze, pomidorową podano.

W trakcie konsumpcji, kiedy SJ wcinała kolorowe kalafiorki, budzące odrazę w ekipie pomidorowej i odpowiadała na pytanie, dlaczego je kalafiorki, które są be, Alienek zgłosił konieczność natychmiastowego udania się tam, gdzie król chodzi na piechotę i bez asysty. I poprosił o dokładkę. Pomaszerował, a że miał na talerzu jeszcze pomidorówkę, wyszłam z założenia, że jak zje, to dostanie dokładkę. Dopilnowany do umycia rączek wrócił do stołu i teatralnym gestem wskazując talerz, zapytał: to ma być dokładka? Prosiłem o dokładkę.

Padłam :)

Ale zjedli całą pomidorówkę (a nie było tego mało), makaron, a i spenetrowawszy lodówkę poprosili o kabanosy.

Dostali :)

Co będę im żałowała.

Bo byli głodni na lody, a lody były daleko, daleko...

I tak nam miło dzień płynął, książeczka, o której matka Łobuzów była zdania, że nie trafi w ich gusta, zachwyciła ich tak, że nauczyliśmy się w trymiga wierszyka:

Na stoliku w pokoiku stało mleczko i jajeczko...

Książeczka powędrowała później na włości. A Kalafiorkówna co rusz z wierszykiem wyjeżdżała... I z innym, i z mizianymi wierszykami (znaczy się, babcia mówiła i miziała) i nagle stała się tak przywiteczna, że ojapierdolę, prawie tak jak jej rodzony ojciec, a mój syn :)

No i zdjęcia, oglądanie zdjęć i niedowierzanie, że babcia też mogła być małą dziewczynką, ale portret mojej mamy to już dla nich świętość, wiedzą, że to prababcia Miecia, choć znają tylko prababcię Czesię, ale to ich prababcia, mama babci i babcia taty...

Będą z nich jeszcze ludzie :)

I filmik z karconym kotem, strącającym fiolkę z forteklapy, niepedagogiczny, ale ile było z tym radości, tym bardziej że filmowy kot to jest jak ich domowy sierściuch.

Ale nadeszła pora wyjścia z nory. Umówiliśmy się z Pierworodnym i jego bandą na lody, na zasadzie babcia stawia.

Przestudiowałam przedtem wszystkie okoliczne kościoły i procesje, ale coś poszło nie tak.

Wybrałam dłuższą trasę, bo byliśmy do przodu, ale na zakręcie


 pienia się rozległy i cały pogrzeb na nic.

Poszliśmy więc inną trasą, co okazało się strzałem w dziesiątkę, albowiem Łobuzy, heretyki jedne, załapały się na 


odpust i poznańskie rury :) 

Biedne dzieci, w pogańskiej wierze chowane, pojęcia nie mają, co to jest odpust i inne cuda wianki, ale nie wnikałam w detale, to już problem rodziców, nie mój (ojciec był ministrantem i lektorem, a matka nałogowo chodziła na pielgrzymki i była w oazie).

Rury okazały się strzałem w dziesiątkę, aczkolwiek babcia stanowczo odmówiła kupna pozostałych gadżetów odpustowych :) Nie, że kasy brak, ale bez przesady.

Za to policji było więcej niż przez cały miesiąc na dzielni.


Zlądowaliśmy w Cytrynowej, przed umówionym czasem i dostali lody, po szopce przed kasą, ale udało się, i czekoladowe z pomarańczą, i śmietankowe uspokoiły zamieszanie na chwilę konsumowania. Ale okazało się, że Pierworodny i jego ekipa się spóźnią. O 15 minut, spóźnili się o godzinę, co wywołało taki atak wścieklizny u mnie, że musiałam Małą Wiedźmę i Papryczka uspokajać, że nie mam nic do nich, ale ich ojciec i matka to...

Kalafiorkówna oszalała. Nie chciała iść nawet z Alienkiem, ale tylko ze mną, a do każdego podchodziła jak żaba do jeża. 

Postawiłam lody wszystkim, bo obiecałam, ale uważam, że zamówienie ekipy Pierworodnego "po dwie kulki" w obliczu spóźnienia i ceny w lodziarni, to jednak lekkie przegięcie.

Dzień wcześniej miał urodziny i mimo tego, że dopłaciłam wtedy niemało do okularów i miało być to na urodziny awansem, dostał też niemało grosza. Później okazało się, że miał i wypłatę wczoraj, zaraz też pojechali na zakupy i cała rodzina ma na sobie nowe ciuchy.

No cóż, nie była to moja kasa.

Ale ja ciuchy po kupieniu najpierw piorę, potem noszę.

Fotka wyszła przecudnej urody, a i ja się na nią wtranżoliłam, mówiąc, że w sumie jak wyciągnę kopyta, to wnuki nie będą mnie pamiętały.

Poszliśmy w kierunku mojego domu, ale nie zapraszałam (świnia jestem, ale mnie też nie zapraszają), no a ja miałam jeszcze wytresowane co do minuty Łobuzy do kąpieli i do kolacji, a sama na ten mord padałam.

Ich autobus nadjechał wcześniej, złapali i było po bólu.

Nakarmiłam Łobuzy ostatkiem sił, dobrze, że kolacja: płatki i zimne mleko była prosta (płatki dowieźli, mleko miałam). Alienek zalewa płatki mlekiem, Kalafiorkówna je suche, mleko w kubeczku.

Kąpiel - uwielbiam kąpać dzieci. Takie zboczenie.

Był szał ciał, bo...

Mają w domu prysznic.

A tu było więcej piany niż wody :) 

Bajka na dobranoc, buzi, buzi, buuuuuuzi...

Poszłam się wykąpać, wracam do wyrka z iPadem, oglądam film, gdy nagle wyrasta Alienek, że Kalafiorkówna go udrapnęła i krwawi obficie (było zadrapanie bez kropli krwi), że umrze...

Więc przenosiny, sublokator ze mną.

Kalafiorkówna, ugłaskana, uspokojona zasypia, Skubana, luksusowo.

A ja mam sublokatora. Takiego, jak jego ojciec. Tyle że wtedy nie miałam iPada. Głaskany po główce sublokator zasypia po chwili, z tak błogim uśmiechem na ustach, że rekompensuje mi to brak miejsca we wyrku...

Jedna z tych rzadkich nocy, którą przesypiam bez latania do kibelka. To jednak u mnie jest na tle stresowym chyba.

Bladym rankiem zaopiekowałam Simpsonów, ułożyłam pasjanse, gdy wtem lekko ktoś pociągnął zgodnie z instrukcją obsługi babci bez aparatów kordełkę.

Pająk.

Myślałam, że Kalafiorkównie pająk się śnił, ale poleciała na kibelek i wróciła: pająk.

Zwlokłam więc zwłoki z łoża i poszłam do jej wyrka. Fakt. Na ścianie pająk jak chuj. Kątnik. Każę Kalafiorkównie oddychać i lecę po szklankę i kartkę. Wspólnie eksmitujemy Zyzia na balkon, Kalafiorkówna zachwycona, że taka dzielna jest :)

Śniadanie dla niej jest bezproblemowe, je wszystko, a najbardziej lubi zielone, jak babcia :)

Alienek wstaje pół godziny później i na wieść i pająku wpada w panikę.

Spacyfikowany, dostaje chleb z dżemem z rokitnika, mam na szczęście zapas. Jego ulubiony :) 

Ogarnięci, pozmywane, lecimy na targ.

I po drodze okazuje się, że Alienek ma muchy w nosie, bo nie ma lodów.

Nie ma z tego prostego powodu, że o tej porze żadna lodziarnia nie jest otwarta :) Ale to do niego nie dociera i cała wyprawa na Manhattan to jak koszmar. 


Kalafiorkówna z wózeczkiem (tania siła robocza) popylała jak Zatopek, a gdy lamentujący Alienek dostał wózek, tamował ruch.

Dobrze jednak, że poszłam, bo chyba Pan od Pomidorków ma początki demencji - przypomniał sobie, że miał mi zostawić towar (już drugi raz) dopiero na mój widok. Kalafiorkówna dorzuciła do zakupów dwa ogórki, które sama wybrała, a jej brat z obrzydzeniem patrzył na wszystkie stoiska,a  w kolejce po szparagi, która ciągnęła się obok kiosku z plastikowanymi badziewiami, odstawił scenę balkonową, że jest biednym dzieckiem, które nie ma w domu ani jednej zabawki, jak jego wujek kiedyś, choć Kalafiorkówna mówiła mu, że babcia kupiła trampolinę i nie ma więcej pieniędzy (cytując tatę Łobuzów, dziadek za prawie tę samą kasę kupił badziewia w hurtowni, gros się rozwaliło z tego po godzinie).

Po przebrnięciu przez Manhattan był plac zabaw, o co marudzili od rana. Alienek miał na ręce taśmę odblaskową z mojej pracki i za Chiny Ludowe nie chciał się podzielić z Kalafiorkówną. Żeby zażegnać konflikt, powiedziałam, że jak się nie będzie kłóciła, dostanie ją na zawsze. Na placu zabaw K. wskoczyła w delfina, a chwilę po tym A. odstawił wielką scenę balkonową...

Inżynier pisał, że będą za pół godziny...

K. zlazła z delfina, ale A. uparł się, że na niego wlezie.

Bałam się, że tam utknie. Udało się, nie utknął.

Ale do autobusu doszliśmy tylko dlatego, że K. poszła przodem,

W domu K. zabrała RESZTKI po naklejce A...

Ten rzucił się na nią z ołówkiem w ręku...

I Kochany Pamiętniczku, jak żyję, nie widziałam takiej bitwy. O jebane pozostałości po naklejce, leżącej w pudełku po butach od wieków.

Dobrze, że byłam w pokoju, bo na wrzaski babcia, babcia już nie reaguję.

A ołówek wycelowany w oko i bitwa jak Bruce Lee.

I oznajmił, że nie chce mieć siostry.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku? Jak żyć?

Odebrali całych, nietkniętych, odetchnęłam z ulgą.  

Korytarz umyłam.

Przebrałam się za Gwiazdora, bez dydkoświcha, pranie zrobiłam, obiad zeżarłam, Synów dalej oglądam...

A...

Inżynier mnie szuka. Od godziny.

Skype...

Mdleję.

Skype na ostatnim działającym tylko tam ustrojstwie po aktualizacji odpowiada, że za stary system żeby się uruchomić.

Łażę po suficie, ale może być MSG.
Działa. 

Umieram.

Dzwonił do Inżyniera wujek.

Kurwa, skąd ma jego nr telefonu?

Pytając, co u mnie, bo nie mógł się do mnie dostać, choć próbował, a UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, budut triskat, jak w czeski pornolu: ZAŁATWIŁ mi pracę.

WTF?

Inżynier delikatnie obgadał sprawę, było tam dwóch wujków jego: TEN, co moje dzieci okradł ze wszystkiego i ten drugi, który zawsze mówił, że ja nic nie robię...

Ale spoko.

TEN szwagier, którego moje znajome, leczące się u niego oceniły niepochlebnie.

I ten drugi, który zawsze w moją stronę kurwami rzucał, choć nieraz mu dupę ratowałam.

 No, załatwili mi pracę.

Że nie kontaktujemy się z rodziną.

Jakby to, kurwa, rodzina była.

Ale spoko, oko a la Maroko. 

Inżynier przesyła mi emilka, ja po kilku godzinach na emilka odpisuję, z zapytaniem, w czym mogę pomóc i że do mnie można się dostać jak do Elżbietki, za protekcją i sposobem, więc jak coś (a wiem, że oni nie są biegli w te klocki)...

Pisałam, bo nie jestem ciekawa, ale lubię wiedzieć.

I chcę mieć satysfakcję z powiedzenia nie, że nie będę już dla nich pracowała.

Są agencje do sprzątania, do innych takich, stać ich na to.

A jeżeli chodzi im o korektę (a plumkali coś Inżynierowi o klasyfikowaniu książek), to owszem, ale dostaliby stawkę taką, że posraliby się.

A bibliotekoznawstwo? To już nie jest moja bajka. Umrę jako młodszy bibliotekarz.
Śledztwo przeprowadziłam, a co, mądra jestem, telefon Inżyniera dostali od szwagierki, która wyniosła się z tej kuwety w dzicz. Do której jechałam z Inżynierem na pogrzeb jej męża, dwa lata temu, i nam auto wysiadło po drodze.

Serio? Wtedy cała ekipa jadąca z Koziołkowa nie znalazła czasu, żeby mnie zapytać, mnie, niezmotoryzowaną, czy mnie nie zabrać tam na pogrzeb?

Mieli wolne miejsca w samochodach.

Tak czasem marząc, myślałam o tym, na pogrzeb którego z nich pójdę.

I dziś wiem, że na nikogo. 

Byłam tam zawsze służącą i gorszym sortem.

Jak i moje dzieci. Nikt z nich, bogatych, biorących po latach sądowych walk "należący się im zachowek" po swoim ojcu, a który ja z moim mężem nie walczyłam, bo miałam do wyboru - wychować dzieci, albo wydać całą pensję na adwokata, na kilkanaście lat walki - dać im wykształcenie, co też uczyniłam, bo jestem taką starą wariatką.
Więc teraz mogą mnie w dupę pocałować.

Nic więcej mi nie zabiorą.

Nic więcej mi nie dadzą.

Zapraszają na kawę.

Inżynier jak zechce, pojedzie.

Ja już nigdy nie pojadę tam autobusem (szwagier przed laty: ty serio do nas autobusem jedziesz? Ja bym tak w życiu dupy nie ruszył), a na taksówkę mi szkoda, choć mnie stać.

Wolę wydać na dobre wino.

I nie, już nigdy w życiu nie będę pracowała po nocach za Balcerków, wysyłając transport elektrod EKG na Ukrainę (jak oni śmieli iść na urlop)...

Takie tam optymistyczne zapisy.

Mam nadzieję, że Inżynier,  bo jak ja kopyta wyciągnę, to wlezie, chyba że mu czasu nie starczy, będzie ze mnie dumny :)




sobota, 3 czerwca 2023

Wykopałam się

 z dołka, Kochany Pamiętniczku, dość szybko nawet i dobrze. 

Tak że w skrócie: niedziela.

Poszłam na kijki, a tu zonk. Za zakrętem już na mnie czekali, ale jeszcze nie złapali.






A Dębina naładowała mi akumulatory tak, że mimo dołka poradziłam sobie.

A tygodniu zaś

 



 takie cudo w okolicy odkryłam, już drugi rok rośnie.

Potem


moje ukochane irysy przed szkołą Pierworodnego i Inżyniera.

A potem spokojnie zamknęłam maszynki i w sobotę rano poleciałam na Manhattan, po drodze kontemplując 


i ciemne irysy w ogródku, ale w tym roku tylko jeden jest i się pokłada


Może witamin im brak?

Manhattanowe zakupy to teraz szaleństwo


A czasem wpada mi taki rodzynek


jak ten francuski ptyś. Po francusku wprawdzie nie gadał, ale był tak smaczny, że zaczęłam nałogowo wpadać do Faworu, ale był i znikł, drugi raz już na niego nie trafiłam. Może to i dobrze.

W sobotę zaś, zgodnie z umową, pojechałam do K. z Inżynierem i Pierworodnym. I jak zawsze była to fantastyczna wyprawa, aczkolwiek naśmiewali się z moich metod wychowawczych, grożąc mi wysadzeniem ze samochodu. Popłakałam się ze śmiechu i przeprosiłam za to, czego bym teraz nie zrobiła, ale fakt faktem - to były inne czasy. A i moje dwa mercedesy mogły gorzej trafić. Polityka, rodzinne popierdułki, żarty i śmiech - darowane od życia chwile.

Jako że miałam dwóch junaków na stanie, sprzątanie poszło nam błyskawicznie, bo z doskoku moja nieodceniona E. wciąż te groby szmatką przeciera. Nawet chłopcy narzekali, że mają mało roboty. Z rozpędu doprowadzili do porządku też grób pierwszego męża cioci, choć nim opiekuje się jego rodzina, Ciocia  nie mówiła o nim wiele, ale nie wspominała go mile. Inżynier krótko uciął: ciocia by się cieszyła. Dobrze ich wytresowała w sprzątaniu grobów. A pora była kwiaty zmienić, bo już wołały o pomstę do nieba. Następna tura będzie pewno przed Wszystkimi Świętymi, nie sądzę, żeby w tym napiętym harmonogramie Inżyniera znalazł się jeszcze jeden weekend na taki wyjazd.

I utwierdziłam się w przekonaniu, że bardzo dobrze zrobiłam, że nie dałam L. pod opiekę grobu cioci (tak chciała, myślę, że widziała tam miejsce dla swojej mamy, no i porządny pomnik gotowy). Już byłam skłonna ulec, chłopcy byli jeszcze wtedy w UK i sama się męczyłam z dwoma grobami, ale gdy powiedziałam, że OK, tylko niech sprząta, a przed samymi Wszystkimi Świętymi na grobie był syf i malaria, powiedziałam twardo nie. 

I dobrze. Obok moich Umarlaków leży jej mama (siostra L. też mieszka w K., obie mają dzieci w wieku moich), a na grobie ich mamy nie było śladu sprzątania po Wszystkich Świętych, a na cmentarz mają rzut beretem. Nawet kwiaty były bardziej zniszczone niż moje.
Nie jestem fanką szorowania pomników i dyskoteki na grobie, ale zaniedbany na maksa grób tuż pod nosem to jednak coś nie tak.
I mam list Cioci, że na L.w tej sprawie nie może w ogóle liczyć. L., tak jak i ja była jej chrześniaczką. 

I tak, usprawiedliwiam siebie, bo nie mam połączenia ani autobusowego, ani kolejowego (dzięki ci, o nierządzie), choć to tylko trochę ponad 100 km. I nie mogę wymagać od Inżyniera, który ma na głowie wiele, żeby mnie woził.

Amen.

Zatem zostawiliśmy posprzątane kwatery Umarlaków



skromnie, jak najmniej plastiku, ale czysto, jeszcze napisałam do kuzynki, że proszę o gościa, który odnawia napisy, bo u Cioci trzeba już o tym pomyśleć.

I polecieliśmy do Cristalu na obiad, ale pocałowaliśmy tam klamkę, więc podskoczyliśmy do Duetu (a mnie się natrzaskały kroki) i takie cuda na kiju tylko w K. :) 





I pyry, pyry smakujące jak w moim dzieciństwie, nigdzie w PL nie ma takich pyr... 

Najedzeni i zrelaksowani wracaliśmy na wioskowe łono, tym razem nawigacja wywiozła nas na bory, lasy, ale nie staliśmy dzięki temu wielkim w wahadle.

Szybki skok do mnie, bo miałam fanty dla chłopaków i Inżynier poleciał, bo jeszcze musiał na festyn z okazji Dnia Dziecka z Łobuzami skoczyć...

A ja czym prędzej wyłączyłam aparaty, bo i na osiedlu festyn był

i wrzaski rozsadzały czaszkę.

Bez aparatów zapanowała błoga cisza.

A ja, kontemplując moją hodowlę 800+


i gotując rosołek na młodej włoszczyźnie (już jest!) na nadchodzący tydzień, pławiłam się w urokach tego dnia. Rosołek wyszedł boski :)

Za dzień dziękuję ci, życie.

Zaakceptowali, że mogą ze mną zrobić, co chcą, ale powiedziałam, że zamiast tabliczki bardziej kręciłaby mnie tabliczka na ławeczce, taka jakie widziałam w UK.

I nie, że chcę umierać, ale kiedyś o tym trzeba pogadać. 

Bo wszystko w życiu ma swój czas.

A tydzień powinien być OK, bo mamy długi weekend.

Aczkolwiek zanosi się na desant Łobuzów na noc, ale nie takie rzeczy przetrzymywałam... :)