ma się dobrze, uczy się korzystać z cycka. Sikora też się ocknęła i uświadomiła sobie, biedna, że jest mamą :) No dobra, jest tym faktem zachwycona, choć oczywiście musi się z nim oswoić.
A ja...
Posłałam dla Małej Sówki pierwszą karteczkę i mam nadzieję, że to będzie pierwsza w jej życiu karteczka, jaką dostanie i że kiedyś patrząc na nią wspomni sfastrygowaną na amen babcię Starą Jędzę.
Bo nawet bajkę-niebajkę mam już dla Niej ułożoną...
I mam marzenie, że dostanę Małą Wiedźmę na wyłączność, bez rodziców. Że opowiem jej moją historię, w sensie, że będziemy razem chuliganiły. Chociaż tydzień.
Że Mała Wiedźminka, kochana moja, pozna Little Owl...
Że dostanę je obie w moje szpony i...
Marzenia nic nie kosztują, nieprawdaż??
Dlatego marzę...
Oj tam, oj tam, wiem, że jestem Stara Wariatka i co, wolno mi...
Ogarnęłam chaupkę, nagotowałam na pracowity tydzień i wleciał Cynober.
Dorósł.
Życie go nie pieściło, jak każdego i naprawdę dorósł.
I... super nam się gadało, co tu kryć... I... okazało się, że nie jestem taka dupa, bo nawet on, informatyk, konfigurujac Apple z PC miewał duuuuże problemy :D Ufff. jestem WIELKA :)
Może będą jeszcze z tego dzieci, kto wie, znaczy się z naszych kontaktów :) Że bez seksa?? A co, nikt o in vitro nie słyszał?? ;)
Dobrze mieć kogoś bliskiego nie tylko daleko, ale i blisko.
Dedykację mu napisałam na książce kucharskiej.
Chyba jednak Little Owl coś odczarowała...
Przeleciałam cały net, sklepy i... nigdzie nie mia miodu sosnowego w sprzedaży. Postman to wymagająca istota.
Kupiłam miód spadziowy iglasty, tego nie ma nawet w sklepach internetowych :P
Do grudnia jeszcze trochę czasu jest, więc może zdobędę oryginał, a jak nie, trudno. Wola boska i skrzypce...
sobota, 13 września 2014
piątek, 12 września 2014
Dzień dobry
Szanownemu Państwu. Wita się z Państwem Little Owl, kolejna wnuczka Starej Jędzy, oj tam, oj tam, że przyszywana, ale jakim mocnym ściegiem. Dziękuję jednocześnie za trzymanie kciuków i życzliwe wzdechy, za te 9 miesięcy. Urodziłam się dziś, o 12.20, ważę 2980 gramów (no proszę, prawie 3 tytki cukru) i mam 53 cm wzrostu (duża jestem, a Mama i Tato nie), mam na imię Dobrawa i jestem córką Sikory i Cygana. Nie pytajcie mnie, jakim cudem Sikora i Cygan mają Małą Sówkę, bo to jest słodka tajemnica :)
Proszę się napatrzeć, bo nie mam zezwolenia na publikację, a że Sikora jeszcze nic na FB nie wrzuciła, więc nie mogę Jej świństwa robić i jak coś, usunę :)
Księżniczka Dobrawa, przybrana siostrzyczka Małej Wiedźmy :)
Zatem należy czekać na dalsze wieści z Sikorzego gniazdka, ale już na spokojnie. Dobrze jest. Nawiasem mówiąc, mam takie dziwne uczucie, że Sikora odczarowała mi ten ciulaty wrzesień - Little Owl powitała ten świat w dniu, w którym przed 44 laty odeszła moja Mama... I że tak jak prosiłam na cmentarzu, obie z Ciocią Kazią pilnowały Sikory... Ciocię Sikora znała i lubiła... wiem, zabobony, ale oj tam, oj tam...
Już nie czuję się ciulato. Jest żal, ale nie ciulato.
No a wczoraj... Hmmm... Nawet mi się rozpisywać nie chcę. Zły to ptak, co własne gniazdo kala, ale jak byłam przeciwniczką imprez, tak jestem. Większość przyjechała po to, żeby się nawalić, niektórzy goście już na wstępie pionu nie trzymali. Impreza była jak skrzyżowanie wiejskiego wesela (nie mam nic do wiejskich wesel, świetnie się na nich zawsze bawiłam) z zabawą strażacką, jedzenie wyglądało pięknie tylko w menu, a było hm... nijakie w sumie, ładnie podane, ale nijakie.
Towarzystwo przy stoliku z przydziału dostałam hm... ciężki orzech do zgryzienia. Dwie dziewczyny z call center za nic nie chciały gadać, siedziały jak kołki. Jedyne co się z nich udało wyciągnąć, to nazwisko konferansjera. Kręcił się taki jeden, nawet zagadał, jak stałam po identyfikator miło, ale za cholerę nie wiedziałam, skąd gościa znam. Pytam więc dzieweczek (bo malowane, ale i tak więcej jak 22 lata nie miały), co to za gość, a one z nabożeństwem: jak można nie wiedzieć, to pan Jacek Kawalec. Przecież to znany celebryta. Ojapierdolę. A ja go nie znałam... Pochlastać się. Jeden z gości (wiedziałam, kto zacz, bo teksty od lat korekcę, choć osobiście nie znałam) miał za złe zaś wszystkiemu, co jest w Polsce, i Polakom za granicą, i w ogóle był na nie do wszystkiego, nawet do alkoholu. Nie było z kim wypić nawet lampki wina, bo sami zmotoryzowani i niepijący (i tyż piknie, Baran wie, o czym mówię) :) Zatem od 15 do 19 prawie siedziałam jak kołek, słuchając przemówień, spiczy i wstawek konferansjera, kontemplując program artystyczny, głodna jak cholera, bo wzięłam dwie maleńkie kanapki i herbatę, myśląc, żeby zostawić miejsce na obiad. Jak już doczekałam obiadu przed 19, okazało się, że zimnawy, a żurek się akurat skończył i nowego jeszcze nie dowieźli. Zjadłszy zatem to, co miałam, posłuchałam Gdzie się podziały tamte prywatki, wzruszyłam się podczas Do zakochania jeden krok i nucąc to pod nosem pożegnałam się, poleciałam "na swoje" po sweterek (a lało jak z cebra), odsiusiałam się
o... komfortowo, co, nie??
taką szybę na ścianie mamy w kibelku, poszlam na tramwaj, bo późno, a ja obładowana byłam książkami, które dostaliśmy... Kurzej ślepoty dostałam, pojechałam do domu okrężną drogą, bo ślepa w deszczu, trzeźwa, przegapiłam przystanek, ale dotarłam :D
Rano znów włączyłam Endomondo i sruuu do pracy, ale później, bo i tak - nie da sie ukryć, ubaw miałam. Wszyscy chodzili na paluszkach, nie zamykali drzwi, więc wywiesiłam karteczkę z uprzejmą prośbą o zamykanie drzwi, zmuszając jednocześnie skacowanego informatyka do podłączenia mi drukarki. Zaklinał się, że podłączona, ale nie była, bo nie drukowało rzeczonej kartki. No cóż, człowiek trzeźwy i bez kaca jest okrutny. Nie jestem wrogiem alkoholu, piję, lubię pić, ale zachowuję odrobinę zdrowego rozsądku. Nie piję tylko dlatego, że jest "za darmo", jeśli nie mam warunków na następny dzień w spokoju. Nie ma wytłumaczenia :)
No i w międzyczasie o 12.20 Sikora została najszczęśliwszą istotą na świecie, więc pogoniwszy wszystkich poszłam sobie w gorących promieniach słońca do domu, zakupy częściowe zrobiłam (w Biedronce fajne astry za 4,99), obiadek mlask upichciłam (duszone zmieniaczki, kaszaneczka świeżutka zasmażana z cebulką i kwaszona kapustka z marchewką, czosnkiem, zieloną pietruszką, omniomniomniom, żadenm catering tego nie przebije) i oblewając Małą Sówkę piwkiem, co by nie płakała rodzicom, piszę tę notkę ku pamięci.
I wolałabym premię jak imprezę, ale nie moja kasa...
No nic :)
Życie jest piękne :)
W spiczu Boss rozpływał się nad naszą stroną netową i facebookową, rzucając: to zostawiam młodym, bo jestem już dinozaurem. Właśnie skończył 48 lat :) Więc jak przylazł do naszego stolika, nadęłam się jak ropucha i mówię: proszę mnie od dinozaurów nie wyzywać, ja fejsbuczka mam nawet w telefonie :) Zacukał się i mówi: ale ja nie mam czasu na ogarnianie tego... A ja: brak czasu nie jest usprawiedliwieniem (dodam, że go w tym momencie cytowałam). Wredna jestem niesłychanie :P
A oto fotki
Prawie jak wiejskie wesele pod namiotem to było :)
i cyrk, w środku kokonu była
... baba...
... szarfę do przecięcia zrzuciła :)
I umpa umpa było :) A swoją szosą, chciałabym mieć taką pensję, jak ci "celebryci" i gwiazdy...
I czekoladowa fontanna.
Menu jak malowanie. Na papierze :)
Jedyne, na czym można było oko oprzeć, to te ciągniki :) Tak wygląda droga, którą chodzę ;)
Proszę się napatrzeć, bo nie mam zezwolenia na publikację, a że Sikora jeszcze nic na FB nie wrzuciła, więc nie mogę Jej świństwa robić i jak coś, usunę :)
Księżniczka Dobrawa, przybrana siostrzyczka Małej Wiedźmy :)
Zatem należy czekać na dalsze wieści z Sikorzego gniazdka, ale już na spokojnie. Dobrze jest. Nawiasem mówiąc, mam takie dziwne uczucie, że Sikora odczarowała mi ten ciulaty wrzesień - Little Owl powitała ten świat w dniu, w którym przed 44 laty odeszła moja Mama... I że tak jak prosiłam na cmentarzu, obie z Ciocią Kazią pilnowały Sikory... Ciocię Sikora znała i lubiła... wiem, zabobony, ale oj tam, oj tam...
Już nie czuję się ciulato. Jest żal, ale nie ciulato.
No a wczoraj... Hmmm... Nawet mi się rozpisywać nie chcę. Zły to ptak, co własne gniazdo kala, ale jak byłam przeciwniczką imprez, tak jestem. Większość przyjechała po to, żeby się nawalić, niektórzy goście już na wstępie pionu nie trzymali. Impreza była jak skrzyżowanie wiejskiego wesela (nie mam nic do wiejskich wesel, świetnie się na nich zawsze bawiłam) z zabawą strażacką, jedzenie wyglądało pięknie tylko w menu, a było hm... nijakie w sumie, ładnie podane, ale nijakie.
Towarzystwo przy stoliku z przydziału dostałam hm... ciężki orzech do zgryzienia. Dwie dziewczyny z call center za nic nie chciały gadać, siedziały jak kołki. Jedyne co się z nich udało wyciągnąć, to nazwisko konferansjera. Kręcił się taki jeden, nawet zagadał, jak stałam po identyfikator miło, ale za cholerę nie wiedziałam, skąd gościa znam. Pytam więc dzieweczek (bo malowane, ale i tak więcej jak 22 lata nie miały), co to za gość, a one z nabożeństwem: jak można nie wiedzieć, to pan Jacek Kawalec. Przecież to znany celebryta. Ojapierdolę. A ja go nie znałam... Pochlastać się. Jeden z gości (wiedziałam, kto zacz, bo teksty od lat korekcę, choć osobiście nie znałam) miał za złe zaś wszystkiemu, co jest w Polsce, i Polakom za granicą, i w ogóle był na nie do wszystkiego, nawet do alkoholu. Nie było z kim wypić nawet lampki wina, bo sami zmotoryzowani i niepijący (i tyż piknie, Baran wie, o czym mówię) :) Zatem od 15 do 19 prawie siedziałam jak kołek, słuchając przemówień, spiczy i wstawek konferansjera, kontemplując program artystyczny, głodna jak cholera, bo wzięłam dwie maleńkie kanapki i herbatę, myśląc, żeby zostawić miejsce na obiad. Jak już doczekałam obiadu przed 19, okazało się, że zimnawy, a żurek się akurat skończył i nowego jeszcze nie dowieźli. Zjadłszy zatem to, co miałam, posłuchałam Gdzie się podziały tamte prywatki, wzruszyłam się podczas Do zakochania jeden krok i nucąc to pod nosem pożegnałam się, poleciałam "na swoje" po sweterek (a lało jak z cebra), odsiusiałam się
o... komfortowo, co, nie??
taką szybę na ścianie mamy w kibelku, poszlam na tramwaj, bo późno, a ja obładowana byłam książkami, które dostaliśmy... Kurzej ślepoty dostałam, pojechałam do domu okrężną drogą, bo ślepa w deszczu, trzeźwa, przegapiłam przystanek, ale dotarłam :D
Rano znów włączyłam Endomondo i sruuu do pracy, ale później, bo i tak - nie da sie ukryć, ubaw miałam. Wszyscy chodzili na paluszkach, nie zamykali drzwi, więc wywiesiłam karteczkę z uprzejmą prośbą o zamykanie drzwi, zmuszając jednocześnie skacowanego informatyka do podłączenia mi drukarki. Zaklinał się, że podłączona, ale nie była, bo nie drukowało rzeczonej kartki. No cóż, człowiek trzeźwy i bez kaca jest okrutny. Nie jestem wrogiem alkoholu, piję, lubię pić, ale zachowuję odrobinę zdrowego rozsądku. Nie piję tylko dlatego, że jest "za darmo", jeśli nie mam warunków na następny dzień w spokoju. Nie ma wytłumaczenia :)
No i w międzyczasie o 12.20 Sikora została najszczęśliwszą istotą na świecie, więc pogoniwszy wszystkich poszłam sobie w gorących promieniach słońca do domu, zakupy częściowe zrobiłam (w Biedronce fajne astry za 4,99), obiadek mlask upichciłam (duszone zmieniaczki, kaszaneczka świeżutka zasmażana z cebulką i kwaszona kapustka z marchewką, czosnkiem, zieloną pietruszką, omniomniomniom, żadenm catering tego nie przebije) i oblewając Małą Sówkę piwkiem, co by nie płakała rodzicom, piszę tę notkę ku pamięci.
I wolałabym premię jak imprezę, ale nie moja kasa...
No nic :)
Życie jest piękne :)
W spiczu Boss rozpływał się nad naszą stroną netową i facebookową, rzucając: to zostawiam młodym, bo jestem już dinozaurem. Właśnie skończył 48 lat :) Więc jak przylazł do naszego stolika, nadęłam się jak ropucha i mówię: proszę mnie od dinozaurów nie wyzywać, ja fejsbuczka mam nawet w telefonie :) Zacukał się i mówi: ale ja nie mam czasu na ogarnianie tego... A ja: brak czasu nie jest usprawiedliwieniem (dodam, że go w tym momencie cytowałam). Wredna jestem niesłychanie :P
A oto fotki
Prawie jak wiejskie wesele pod namiotem to było :)
i cyrk, w środku kokonu była
... baba...
... szarfę do przecięcia zrzuciła :)
I umpa umpa było :) A swoją szosą, chciałabym mieć taką pensję, jak ci "celebryci" i gwiazdy...
I czekoladowa fontanna.
Menu jak malowanie. Na papierze :)
Jedyne, na czym można było oko oprzeć, to te ciągniki :) Tak wygląda droga, którą chodzę ;)
Sikora
pojechała w nocy na porodówkę.
Na razie brak więcej wieści, cisza.
Proszę o dobre myśli dla dziewuszek.
Na razie brak więcej wieści, cisza.
Proszę o dobre myśli dla dziewuszek.
czwartek, 11 września 2014
Przeżyłam
ale mało brakowało.
Dopiero wróciłam i mam dość.
Trzeźwa w trzy dupy, za to reszta lepiej nie mówić.
W sumie jutro nie za bardzo mam po co iść, bo skoro nie zrobili nic do imprezy, to nie zrobią na kacu.
Wychodziłam po angielsku po 19, ale wpadłam na Bossa.
Mam nadzieję, że jutro nie będzie pamiętał :P
Głodna jestem, jedzenie dobre, ale mało, dopchać się nie można i obiad o 19??
Śmiech na sali.
Nie piłam, bo picie na pusty żołądek mi nie służy.
Reszta jutro, idę zmęczone kosteczki wymoczyć :)
Dopiero wróciłam i mam dość.
Trzeźwa w trzy dupy, za to reszta lepiej nie mówić.
W sumie jutro nie za bardzo mam po co iść, bo skoro nie zrobili nic do imprezy, to nie zrobią na kacu.
Wychodziłam po angielsku po 19, ale wpadłam na Bossa.
Mam nadzieję, że jutro nie będzie pamiętał :P
Głodna jestem, jedzenie dobre, ale mało, dopchać się nie można i obiad o 19??
Śmiech na sali.
Nie piłam, bo picie na pusty żołądek mi nie służy.
Reszta jutro, idę zmęczone kosteczki wymoczyć :)
środa, 10 września 2014
Bałam się
tej nocy, bo nie lubię pełni.
A miał być superksiężyc.
Przed pójściem spać pstryknęłam więc fotki, a potem zamknęłam szczelnie okna, drzwi, szafy i szuflady (rodzinny szlagwort).
Zaś w pracy przesadzanie było na całego, roboty tyle, co kot napłakał. Jutro impreza.
Między deszczami przeleciałam w te i z powrotem, co mnie niezmiernie cieszy.
Tylko chyba piosenkę muszę zmienić :D
Sikora już coraz bliżej finału i trochę się nerwuję...
Jutro jest rocznica śmierci mojego brata.
Pojutrze Mamy.
Nie przepadam, jak wiadomo, za wrześniem.
Ciulaty jest...
I doszły mnie słuchy, że kolejny zjazd się kroi w październiku...
A miał być superksiężyc.
Przed pójściem spać pstryknęłam więc fotki, a potem zamknęłam szczelnie okna, drzwi, szafy i szuflady (rodzinny szlagwort).
Zaś w pracy przesadzanie było na całego, roboty tyle, co kot napłakał. Jutro impreza.
Między deszczami przeleciałam w te i z powrotem, co mnie niezmiernie cieszy.
Tylko chyba piosenkę muszę zmienić :D
Sikora już coraz bliżej finału i trochę się nerwuję...
Jutro jest rocznica śmierci mojego brata.
Pojutrze Mamy.
Nie przepadam, jak wiadomo, za wrześniem.
Ciulaty jest...
I doszły mnie słuchy, że kolejny zjazd się kroi w październiku...
wtorek, 9 września 2014
Do znudzenia
Więc jak zaczynam sama sobie jojczeć, cytuję :)
I tak obudziłam się wczesnym rankiem i mnie niosło, że teraz, zaraz już, że idziemy, że taka piękna mgła i...
Poleciałam... w tę mgłę, nie martwiąc się w ogóle, że mgieł jest i że lecę nie w stronę słońca, ale we mgieł, na trzeźwo na dokładkę ;)
Jestem podatna na wszelkie nałogi, jak każde DDA :)
Po drodze wpadłam na starszą panią [starszą, bo ma około 80 (ciekawe, czy jak nieszczęśliwym trafem dożyję, to nie rzucę się z pazurami za tę starszą), jak nie więcej, ale trzyma się skubana chciałabym tego wieku dożyć w takiej kondycji!], parę dni temu jak leciałam sprzątała liście, a jej mąż (no, może kochanek, może mieć bogate życie erotyczne, zazdroszczę), w takim białym podkoszulku na ramiączkach (kto jeszcze dziś takie pamięta? Mój ojciec nosił, Eks takoż, moje dzieci już nie), oparty o słupek pilnował sprzątania i kobiety, of course. Jakoś tak samo mi się wyrwało: dzień dobry, szczęść Boże, bo ja z tych gorszych, no wiecie, rozumiecie, a już broń buk liściasty, szczęść Boże. Ale jakoś tak wyszło, para się wyszczerzyła, jak sroka do sera, a co, nie wiedzieli, że Stara Jędza walnięta i pojebana jest?? No i ta pani dziś listeczki po jednym zbierała, więc powitawszy Ją, ucięłam sobie krótką pogawędkę na temat, że... gdzie indziej jest mniej liści... I takie tam... Miło się zrobiło. Dawno, oj dawno nie zawierałam znajomości na ulicy, ostatni to chyba Baran był ;)
Więc mi coś piknęło pod pikawką, ale oj tam, oj tam, poleciałam, rejestrując z kronikarskiego obowiązku.
Kotecek jak malowanie, znajdzie ktoś??
A tu
kotecek jak byk, ale oj tam, oj tam, że nie czepię się pomniejszych kociąt typu spacja i takie tam, bo to już ZBOCZENIE.... No ale tak mam :)
Inna para kaloszy, że co mijam ten banner przypomina mi się wiersz Tuwima, jak facet przed wojną (a co, pamiętam te czasy, hahahaha) podrywając babkę mówi: "Co?? Szanowny tatuś pani powiększył grono aniołków?? A kto wspomaga matkę?? Stryjo?? No, no..." Kiedyś była taki banner ze żłobkiem Opiekacz, też mi się kojarzyło, żłobek ten jest vis a vis mojego bloku (jak zdjęli te płoty), to oni wożą dzieci w tych czerwonych wózkach. Ale do aniołkowa nie dałabym dziecka, nie opieką, ale... no właśnie, powiększy grono aniołków :)
Powinnam się leczyć na nogi, bo na głowę już za późno, kojarzy mi się :D
A w pracy czekała na mnie niespodziewajka, mam przesympatyczną koleżankę od jakiegoś czasu, w typie Barana, co kij posadzi, to jej kwitnie i proszę państwa, oto Marysia :)
Wyrośnięta, piękna i jak pachnie... W całym pokoju pachnie, aż w nosie kręci. Wzięłam do domu odnóżkę, odnóżek Marysia ma dużo, bo mam w domu egzemplarz zwany Stefcią, ale jak pierwowzór - Stefcia Rudecka - wątłe to i na gruźlicę chyba schodzi :) A Marysia jest jak rzepa :) Mój pokój coraz bardziej przypomina oranżerię, ale primo po pierwsze: wpasowuje się w profil firmy, a primo po drugie: kto Starej Jędzy zabroni??
Kolega w pokoju swoim powiesił karykaturę swą i... zachorowałam.... Chcę mieć swoją karykaturę...
Please...
Ogarnąwszy wszystko szybko, bo ludzie nie pracują, tylko żyją czwartkową imprezą (pójdę, nie będę żebrać u Bossa o dyspensę, w kieckę włażę wciąż, więc mnie zapamięta, że byłam, chałat do kiecki mam jak będzie chłodniej, torebka nowa zielona, oczojebna pasuje, a że w starych sandałach??, trudno, pęcherze mam takie, że żadnych innych butów nie założę, nie ma opcji, więc pokręcę się, a potem pstryk i znikł, w końcu w Anglii często bywam, więc po angielsku, ale tym razem na tramwaj, a nie w stronę słońca. Problem z gara). Jestem ciekawa, kto im wszystko zrobi, jak oni nie pracują, a zamykamy w przyszłym tygodniu ;) Koleżanka od Marysi swój ekstras zamknęła, ale zostal ekstras od Purchawki... Będzie się działo, bo Purchawka asekuruje ass...
No i poleciałam do domu, okrężną droga, bo bankomat na Manhattanie wciąż nieczynny i tym sposobem nawet na piwo nie mam jak coś...
A po drodze najpierw jakiś motocyklista (mam do nich szczęście ostatnio, ale tym razem nie ścigacz, tylko taki co to wolno jedzie, a rączki ma tak w górze, że ojapierdolę i taki hitlerowski hełm, puścił mnie, a tak grzeczny był, że żebym tak była 30 kilo mniej, z dala zmarszczek nie widać, to hycnęłabym mu na siodełko i pojechała :)
I tak lecąc do bankomatu na ekologiczną jabłonkę wpadłam, bo roiło się tam od robali
co gołym okiem było widać, ale... Okolica zaspalinowana, więc... :) wszystko jest szkodliwe, choć Postman wierzy w eco ;)
Wypłaciwszy kaskę z bankomatu zanabyłam 1,5 kilo pomarańczowych pomidorów na Manhattanie (są ojapierdolę i jeszcze trochę), dokulałam się do domu, zjadłam, ogarnęłam i jeszcze po okolicy polatałam, bo mleka dla grzybka zabrakło.
A w okolicy wróbli jak mrówków, SPA sobie zrobiły
i jak na złość miałam tylko ajfonika, a nim... hmmm... aparaty w ajfonie są przereklamowane, chyba że ktoś lalki fotografuje :P
A tak prysnęły, skubane...
Jutro będę przesadzać, jako że jestem Przyjaciółką Ogrodnika :)
PS (bez kropek dla Zmorki) Przelazłam dziś 10 km, choć Endomondo przekłamało do 12, bo coś się w systemie zatło i liczyło leżenie na biurku w czasie ładowania, przez co wyszło 6 godzin łażenia. Aż tak nie zwariowałam. Zatem ufamy pedometrowi i zaliczamy dziś uczciwie 10 km z haczykiem :)
poniedziałek, 8 września 2014
Mam nowego
lokatora.
Niekłopotliwy, spokojny, rano nie budzi, do łóżka się nie pcha, sierści nie sieje, jedzenia nie wymusza, ideał :)
Ma na imię Marek.
Proszę, oto Marek :)
Mój Nadworny Osobisty Ogrodnik, notabene wielbiciel storczyków od razu mi napisał, żeby Marka podlewać przegotowaną wodą. Zastosuję się ściśle do Jego wskazówek, bo jak dotychczas nie udało mi się nacieszyć żadnym storczykiem.
Może Marek będzie wyjątkiem....
Inżynierowi padł komp, poszła płyta główna. I... nie naprawi, bo nie ma kasy. Poniekąd to moja wina, bo posłał mi na bilet, ale... Kupują sierściucha i jest już akcja, łacznie z szukaniem weterynarza. A weterynarz w UK bierze za wizytę 300 funtów. Tak, wiem, jestem okrutna, ale... Osobiście, mając do wyboru kota i komputer, wybrałabym komputer :) A przynajmniej odłożyłabym kota na później. I nie, że bierze kota ze schroniska, nie, kupuje rasowego, co jest wydatkiem rzędu 500 funtów, czyli więcej jak średnia pensja w PL. Fakt, nie moja kasa, nie mój cyrk. Ale w planach jest drugi kotek...
Nevermind.
Na głupotę niie ma rady i nikt w tym przypadku nie przekona mnie do sierściucha za grubą kasę, skoro tyle kociej biedy po świecie łazi. Bo ponoć chodzi o miłość, nie o wygląd. Panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce, jak mówił przed wojną strażak do kucharki ;)
Nie moje pchły.
Wydawało mi się, że zostało mi jeszcze jedno opakowanie baterii, ale diabeł ogonem nakrył albo Miśki się znów bawiły. Jako że w czwartek ta nieszczęsna impreza i nie wiem, czy uda mi się wymigać, poleciałam do miasta po baterie. Od roku jest promocja, 18 zł za opakowanie, więc wzięłam dwa i proszę o wymianę wężyków, łaczących aparat z wkładką douszną. Dostaję rachunek na 53,50 i pytam WTF?? Dotąd wężyki wymieniane były za darmo, teraz zapłaciłam 17,50 za kawałek rurki, mającej w sumie niewiele więcej jak 5 cm obie.... W Niemczech i w UK aparaty są bezpłatne, baterie też. U nas NFZ refunduje 1400 zł, a całość kosztuje ponad 5 tys. już... Czyli lekką ręką na nowe potrzebowałabym 3600, co mnie przerasta. Zatem nie daj borze liściasty, wracam do starej metody czytania z ust. Dopłata z MOPS mi nie przysługuje, za dużo zarabiam :) Raty to ok. 360 zł miesięcznie, też odpada. Postęp, że NFZ refunduje obecnie na oboje uszu, przedtem refundował ludziom po sześćdziesiątce i niepracującym tylko na jedno ucho... Piękny kraj...
Wpadłam też do P&P, bo wieki nie byłam i co ja paczę?? Mało, że cytryny z choinki się urwały, to imbir po 31 zł za kilo!!! A jeszcze nie tak dawno płaciłam 9 zł z groszami za kilo... No nic, pora się przeprosić z jabłkami, choć i te nie są tanie.
Zrobiłam dziś 18 tys. kroków, przeszłam do pracy i z powrotem per pedes, a potem jeszcze rundka po mieście. Wielka jestem, coraz więcej mnie do kochania :)
Sikora przeżyła wesele szwagierki, nie rodząc Little Owl, więc jest postęp. Jutro będzie kolejny meldunek z linii frontu...
A Boss ziemię dał. Znaczy się, nawiózł łaskawie ziemi do kwiatków i w czwartek będziemy przesadzać :D I dobrze, bo nijak nie miałam dotachać ziemi do pracy :)
Niekłopotliwy, spokojny, rano nie budzi, do łóżka się nie pcha, sierści nie sieje, jedzenia nie wymusza, ideał :)
Ma na imię Marek.
Proszę, oto Marek :)
Mój Nadworny Osobisty Ogrodnik, notabene wielbiciel storczyków od razu mi napisał, żeby Marka podlewać przegotowaną wodą. Zastosuję się ściśle do Jego wskazówek, bo jak dotychczas nie udało mi się nacieszyć żadnym storczykiem.
Może Marek będzie wyjątkiem....
Inżynierowi padł komp, poszła płyta główna. I... nie naprawi, bo nie ma kasy. Poniekąd to moja wina, bo posłał mi na bilet, ale... Kupują sierściucha i jest już akcja, łacznie z szukaniem weterynarza. A weterynarz w UK bierze za wizytę 300 funtów. Tak, wiem, jestem okrutna, ale... Osobiście, mając do wyboru kota i komputer, wybrałabym komputer :) A przynajmniej odłożyłabym kota na później. I nie, że bierze kota ze schroniska, nie, kupuje rasowego, co jest wydatkiem rzędu 500 funtów, czyli więcej jak średnia pensja w PL. Fakt, nie moja kasa, nie mój cyrk. Ale w planach jest drugi kotek...
Nevermind.
Na głupotę niie ma rady i nikt w tym przypadku nie przekona mnie do sierściucha za grubą kasę, skoro tyle kociej biedy po świecie łazi. Bo ponoć chodzi o miłość, nie o wygląd. Panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce, jak mówił przed wojną strażak do kucharki ;)
Nie moje pchły.
Wydawało mi się, że zostało mi jeszcze jedno opakowanie baterii, ale diabeł ogonem nakrył albo Miśki się znów bawiły. Jako że w czwartek ta nieszczęsna impreza i nie wiem, czy uda mi się wymigać, poleciałam do miasta po baterie. Od roku jest promocja, 18 zł za opakowanie, więc wzięłam dwa i proszę o wymianę wężyków, łaczących aparat z wkładką douszną. Dostaję rachunek na 53,50 i pytam WTF?? Dotąd wężyki wymieniane były za darmo, teraz zapłaciłam 17,50 za kawałek rurki, mającej w sumie niewiele więcej jak 5 cm obie.... W Niemczech i w UK aparaty są bezpłatne, baterie też. U nas NFZ refunduje 1400 zł, a całość kosztuje ponad 5 tys. już... Czyli lekką ręką na nowe potrzebowałabym 3600, co mnie przerasta. Zatem nie daj borze liściasty, wracam do starej metody czytania z ust. Dopłata z MOPS mi nie przysługuje, za dużo zarabiam :) Raty to ok. 360 zł miesięcznie, też odpada. Postęp, że NFZ refunduje obecnie na oboje uszu, przedtem refundował ludziom po sześćdziesiątce i niepracującym tylko na jedno ucho... Piękny kraj...
Wpadłam też do P&P, bo wieki nie byłam i co ja paczę?? Mało, że cytryny z choinki się urwały, to imbir po 31 zł za kilo!!! A jeszcze nie tak dawno płaciłam 9 zł z groszami za kilo... No nic, pora się przeprosić z jabłkami, choć i te nie są tanie.
Zrobiłam dziś 18 tys. kroków, przeszłam do pracy i z powrotem per pedes, a potem jeszcze rundka po mieście. Wielka jestem, coraz więcej mnie do kochania :)
Sikora przeżyła wesele szwagierki, nie rodząc Little Owl, więc jest postęp. Jutro będzie kolejny meldunek z linii frontu...
A Boss ziemię dał. Znaczy się, nawiózł łaskawie ziemi do kwiatków i w czwartek będziemy przesadzać :D I dobrze, bo nijak nie miałam dotachać ziemi do pracy :)
niedziela, 7 września 2014
To say I love You....
Sierściuch będzie brytyjczykiem, kawa z mlekiem kolor.
A ja...
No flowers bloom
... jak nie, jak kwitną pięknie, choć nie wiem, co to, Baran nieuchwytny, pewno pogłębia okopy :)
(znalazł się, zimowit jesienny) :) Kocham Mojego Ogrodnika :)
Drzewka karnie rosną w szeregu, a to na przodzie ma czapeczkę nawet i pilnuje porządku :)
A dzieci rysują jak za dawnych lat... I w dupie mają gender i inne takie ;)
Mój sweet dream, już od przedszkola nosiłam do domu kamienie. Oszlałabym mając tyle kamieni...
Skojarzyło mi się, a co?? :)
To już jest posrane. Ideał sięgnął bruku... Biedny JPII w grobie się przewraca...
To say I love You...
... chociaż nie mam już włosów jak kasztany...
Za to koszulkę miałam taką, że ojapierdolę :)
Dałam z siebie więc wszystko.
Proszę, jest dowód w wersji satelitarnej również. Jako że mitenki kwestionowała moją szybkość, zapytałam Inżyniera, a ten mi dokładnie wytłumaczył, na czym to polega. GPS kłamie czasami - w skrócie, bo nie powtórzę tego uczonego wywodu... :)
Zatem wracając do pracy jutro, żegnam się z Tobą, kochany pamiętniczku, mówiąc Ci I love You...
sobota, 6 września 2014
Ku pamięci
Bo mi się zapomniało, jak pisałam notkę, za dużo się dziś działo. Stoję na bezświatłowym przejściu dla pieszych i jak myślicie?? Stoję, stoję, korzenie mi zaczynają kotwiczyć, ale nie, panie i panowie w swoich wielkich i wypasionych maszynach nie widzą takiej mrówki jak ja... Chyba, że niedaleko policja stoi, to się zabijają i hamują nawet jak nie trzeba, bo jak jedzie jeden to niech jedzie, przejdę sobie po nim, korona mi z głowy nie spadnie,,,
Ale dziś, jak mówiłam, korzenie zapuściłam i nic. Z lewej jedzie motocykl, ścigacz dokładnie, pruje tak, że ojapierdolę. I co ja paczę?? Prawie się zarył, ale stanął przed pasami grzecznie. Myślicie, że ci z prawego pasa wyhamowali??? Ale gdzież tam, jeszcze trzech mi przed nosem śmignęło, ale mądrą Starą Jędzą będąc nie egzekwowałam mojego pierwszeństwa na pasach, ale zatrzymałam się przed połową i przeszłam dopiero, jak kolejny samochód stanął. A motocyklista czekał, aż przeszłam. Wiem, bom spojrzała i jeszcze raz wdzięcznie podziękowałam...
A mówią, że na motorach to tylko wariaci jeżdżą. Maybe. Ale czasem z sercem...
Anioły na dwóch kołach,
Kiedyś taki jeden rowerzysta życie mi ocalił :) Przed rozjechaniem przez konie uchronił :)
Ale dziś, jak mówiłam, korzenie zapuściłam i nic. Z lewej jedzie motocykl, ścigacz dokładnie, pruje tak, że ojapierdolę. I co ja paczę?? Prawie się zarył, ale stanął przed pasami grzecznie. Myślicie, że ci z prawego pasa wyhamowali??? Ale gdzież tam, jeszcze trzech mi przed nosem śmignęło, ale mądrą Starą Jędzą będąc nie egzekwowałam mojego pierwszeństwa na pasach, ale zatrzymałam się przed połową i przeszłam dopiero, jak kolejny samochód stanął. A motocyklista czekał, aż przeszłam. Wiem, bom spojrzała i jeszcze raz wdzięcznie podziękowałam...
A mówią, że na motorach to tylko wariaci jeżdżą. Maybe. Ale czasem z sercem...
Anioły na dwóch kołach,
Kiedyś taki jeden rowerzysta życie mi ocalił :) Przed rozjechaniem przez konie uchronił :)
Obszarnik jeden
dziedzic, psiakostka, ledwo wieczorem trochę czasu wyskrobie.... :) Ale kochany ;) Na samym początku już mu się papa śmiała i oczka chytrze paczyły, jak mówił Starej Jędzy, że już ma klucze do domu, choć jeszcze o tym nie wie, ale ma :) Jędza, znaczy się, nie On, bo on tam mieszka :)
Chytry plan uknuli...
Okopią się, wszystko zaminują, drutem kolczastym owiną, gdzieniegdzie podrzucą minę przeciwpancerną, zasieki i takie tam, i polecą do pracy. A Inżynier niczego się niespodziewającą Starą Matkę podwiezie, podrzuci na progu i sruuuu z powrotem. Chytrze zapewniał: wejdź i czuj się jak u siebie w domu, a przecież chodzi o to, li i jedynie, żeby mnie w powietrze wysadzić.
No ale ja szpakami karmiona jestem i rzekłam, że po co Inżynierowi i im kłopot robić w tygodniu, przyjadę w niedzielę.
No i chytry plan Barani spalił na panewce, hahahahahahahahahahahahaha :)
I teraz sobie uświadomiłam, że nie mam hasła do wifi ani do Baranowego kompa, więc nie ze mną takie numery. A jeszcze sąsiedzi wlecą i będą szwargotali po anglikańsku, a ja ani be, ani me, ani kukuryku :)
No dobra, wszystko się jeszcze wyklaruje.
Pogadaliśmy sobie serdecznie, jednocząc się w bólu, bo...
Na Gwiazdkę Dziewczyna Inżyniera chce przywieźć kota!!!
Sierściucha!!!
Jebanego.
Jeszcze nie wiadomo, jakiego będą mieli, ale moim zdaniem to nie jest w porządku.
To, że ktoś ma kota i go kocha nie dowód, że może go na parę dni do kogoś wozić.
Takie jest moje osobiste zdanie. Wiem, narażę się 90% znajomych, ale wcale nie uważam tego za słuszne. I będę się starała to odkręcić, bo poniekąd.... to też kot Inżyniera będzie (skoro już mu tak miłość na mózg padła), a więc to znaczy, że go źle wychowałam. Dreszcze mam, jak o tym pomyślę. Moi gospodarze nie są fanami kotów, jak już, to psów. Nie mają zwierząt, bo są odpowiedzialni. Wyjeżdżają na wakacje i komu wcisnąć sierściucha czy kundla?? A jeszcze jest opcja, że będą już dwa sierściuchy.
Z kolei jestem rozerwana, bo planowaliśmy te święta od dawna, bo tak, bo od lat jesteśmy razem, a mnie się na razie nie da sklonować. Ale nie było opcji futer. Nie chcę zranić Inżyniera, ale Gwiazdka bez Barana to dla mnie... hmm... abstrakcja, bo z kim ja będę w kuchni urzędować??? No nic, dziś jest jakaś impreza sąsiedzka, może uda się kota sprzedać... :)
Zobaczymy, nie będę pisać scenariuszy.
A tak w ogóle to nam się gawędziło, choć Baran na pysk padał, bo wstaje po 4 niebożę.
Ogólne zarysy wiadome, a reszta wyjdzie w praniu...
Dziś doszłam do wniosku, że jednak mam zakaz wstępu do niektórych obiektów. Ale o tym w dalszej części, kochany pamiętniczku.
Obudziłam sie pięknym wczesnym rankiem i postanowiłam działać zgodnie z mądrą zasadą, zakładając, że jestem już old and wise :)
Na moje nieszczęście na Manhattanie nie było żadnych badylków ładnych i niedrogich, tylko chryzantemy złociste (bez kryształowego wazonu), ale one w nocy strasznie śmierdzą, nie lubię ich zapachu, jak się budzę, czuję, jakbym w otwartej trumnie leżała w grobowcu :) Więc skierowałam swe nóżki na pętlę i dojechałam, i doleciałam na giełdę, co widać na wykresie, choć wyłączyłam Endomondo, ale ono dziwne jest :P
A tam, hulaj dusza, piekła nie ma...
Najpierw kupiłam
... mam pomysł, nie wiem czy dobry, okaże się :)
... kapustka taka słodka...
... a papryczki rozkoszne (były jeszcze inne kolory, ale nie miałam jak udźwignąć, a i kasy zabrakło ;) )...
... i Baran mnie opierdolił, że kupiłam, bo mam zamówione, ale oj tam, oj tam.... Żyworódka pierzasta, mi też przydasie, jak poczytałam, a tu piękny egzemplarz :) Coleusy już z domowej kolekcji, posadzone, czekają na eksmisję do pracy :)
I słoneczniki, pewno już ostatnie w tym roku, mniejsze jak poprzednio, ale gość zapewniał, że się rozwiną. Na targu też były, ale już opadające, a te - mam nadzieję - wytrzymają chociaż tydzień.
No i tak sobie zaszalawszy, napoiłam się u wodopoju, jako że gorąc był, a nic nie zabrałam i pod koniec nieźle mną telepało. Na ławeczce, jak czekałam na autobus dosiadły się dwie panie i po krótkiej pogawędce, informując co to za kwiatek i po ile słoneczniki zaczęłam z nimi parle française i dobrze, że autobus nadjechał, bo... dostosowałam się do rytmu i niezła ze mnie była moherówa :) Narzekałyśmy, a jakże, na synowe :D :)
I na służbę zdrowia, w związku z żyworódką, która jak wiadomo, nie pomaga tylko na śmierć. Ale na śmierć to nic nie pomaga :)
Zatem nawodniwszy się, zmieniłam obuw i poleciałam, w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w siną dal...
Na moment zatrzymałam się, bo wciąż gdzieś pędzę i poobserwowałam piękno wrześniowego południa, jeszcze letniego, jeszcze niezszarganego szarością i smętkiem późnej jesieni...
Ludzi, o dziwo, było mało, tylko na brzegu siedzieli ci sami wędkarze, co wczoraj, choć żadnej ryby nie widziałam :) Mają zdrowie.
Więc na koniec trzasnęłam sobie selfie, a co
Wszyscy mają, mam i ja :)
Dzisiejszy urobek wygląda tak :) Nieźle.
Przesunęłam też randkę z Inżynierem, bo o 6 latała nie będę, a polatać chcę.
Teraz gazetka, filmik i tym pięknym sposobem o jeden dzień bliżej do inwazji :)
To się nazywa udany weekend, bez sprzątania, roboty i takich tam.
Tylko jak po obiedzie ucinałam pół godzinki dla słoninki, to F16 latały jak głupie. Ale miałam takiego lenia, że nawet mi się nie chciało sprawdzić na onecie, czy to już.
Niech będzie niewiadome...
Niech latają, skoro ma to pomóc.
Bo jakoś nie widzę naszego noblisty z szabelką, broniącego granic własną piersią. Mocny w gębie i pierdoły gada. A nieciekawie jest, więc cieszę się chwilą...
Update
Facebook wszystko wyjaśni :) Kolega właśnie wrzucił fotki z Krzesin, więc faktycznie, nie przywidziało mi się, że latają, impreza dziś była :)
Chytry plan uknuli...
Okopią się, wszystko zaminują, drutem kolczastym owiną, gdzieniegdzie podrzucą minę przeciwpancerną, zasieki i takie tam, i polecą do pracy. A Inżynier niczego się niespodziewającą Starą Matkę podwiezie, podrzuci na progu i sruuuu z powrotem. Chytrze zapewniał: wejdź i czuj się jak u siebie w domu, a przecież chodzi o to, li i jedynie, żeby mnie w powietrze wysadzić.
No ale ja szpakami karmiona jestem i rzekłam, że po co Inżynierowi i im kłopot robić w tygodniu, przyjadę w niedzielę.
No i chytry plan Barani spalił na panewce, hahahahahahahahahahahahaha :)
I teraz sobie uświadomiłam, że nie mam hasła do wifi ani do Baranowego kompa, więc nie ze mną takie numery. A jeszcze sąsiedzi wlecą i będą szwargotali po anglikańsku, a ja ani be, ani me, ani kukuryku :)
No dobra, wszystko się jeszcze wyklaruje.
Pogadaliśmy sobie serdecznie, jednocząc się w bólu, bo...
Na Gwiazdkę Dziewczyna Inżyniera chce przywieźć kota!!!
Sierściucha!!!
Jebanego.
Jeszcze nie wiadomo, jakiego będą mieli, ale moim zdaniem to nie jest w porządku.
To, że ktoś ma kota i go kocha nie dowód, że może go na parę dni do kogoś wozić.
Takie jest moje osobiste zdanie. Wiem, narażę się 90% znajomych, ale wcale nie uważam tego za słuszne. I będę się starała to odkręcić, bo poniekąd.... to też kot Inżyniera będzie (skoro już mu tak miłość na mózg padła), a więc to znaczy, że go źle wychowałam. Dreszcze mam, jak o tym pomyślę. Moi gospodarze nie są fanami kotów, jak już, to psów. Nie mają zwierząt, bo są odpowiedzialni. Wyjeżdżają na wakacje i komu wcisnąć sierściucha czy kundla?? A jeszcze jest opcja, że będą już dwa sierściuchy.
Z kolei jestem rozerwana, bo planowaliśmy te święta od dawna, bo tak, bo od lat jesteśmy razem, a mnie się na razie nie da sklonować. Ale nie było opcji futer. Nie chcę zranić Inżyniera, ale Gwiazdka bez Barana to dla mnie... hmm... abstrakcja, bo z kim ja będę w kuchni urzędować??? No nic, dziś jest jakaś impreza sąsiedzka, może uda się kota sprzedać... :)
Zobaczymy, nie będę pisać scenariuszy.
A tak w ogóle to nam się gawędziło, choć Baran na pysk padał, bo wstaje po 4 niebożę.
Ogólne zarysy wiadome, a reszta wyjdzie w praniu...
Dziś doszłam do wniosku, że jednak mam zakaz wstępu do niektórych obiektów. Ale o tym w dalszej części, kochany pamiętniczku.
Obudziłam sie pięknym wczesnym rankiem i postanowiłam działać zgodnie z mądrą zasadą, zakładając, że jestem już old and wise :)
Na moje nieszczęście na Manhattanie nie było żadnych badylków ładnych i niedrogich, tylko chryzantemy złociste (bez kryształowego wazonu), ale one w nocy strasznie śmierdzą, nie lubię ich zapachu, jak się budzę, czuję, jakbym w otwartej trumnie leżała w grobowcu :) Więc skierowałam swe nóżki na pętlę i dojechałam, i doleciałam na giełdę, co widać na wykresie, choć wyłączyłam Endomondo, ale ono dziwne jest :P
A tam, hulaj dusza, piekła nie ma...
Najpierw kupiłam
... mam pomysł, nie wiem czy dobry, okaże się :)
... kapustka taka słodka...
... a papryczki rozkoszne (były jeszcze inne kolory, ale nie miałam jak udźwignąć, a i kasy zabrakło ;) )...
... i Baran mnie opierdolił, że kupiłam, bo mam zamówione, ale oj tam, oj tam.... Żyworódka pierzasta, mi też przydasie, jak poczytałam, a tu piękny egzemplarz :) Coleusy już z domowej kolekcji, posadzone, czekają na eksmisję do pracy :)
I słoneczniki, pewno już ostatnie w tym roku, mniejsze jak poprzednio, ale gość zapewniał, że się rozwiną. Na targu też były, ale już opadające, a te - mam nadzieję - wytrzymają chociaż tydzień.
No i tak sobie zaszalawszy, napoiłam się u wodopoju, jako że gorąc był, a nic nie zabrałam i pod koniec nieźle mną telepało. Na ławeczce, jak czekałam na autobus dosiadły się dwie panie i po krótkiej pogawędce, informując co to za kwiatek i po ile słoneczniki zaczęłam z nimi parle française i dobrze, że autobus nadjechał, bo... dostosowałam się do rytmu i niezła ze mnie była moherówa :) Narzekałyśmy, a jakże, na synowe :D :)
I na służbę zdrowia, w związku z żyworódką, która jak wiadomo, nie pomaga tylko na śmierć. Ale na śmierć to nic nie pomaga :)
Zatem nawodniwszy się, zmieniłam obuw i poleciałam, w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w siną dal...
Na moment zatrzymałam się, bo wciąż gdzieś pędzę i poobserwowałam piękno wrześniowego południa, jeszcze letniego, jeszcze niezszarganego szarością i smętkiem późnej jesieni...
Ludzi, o dziwo, było mało, tylko na brzegu siedzieli ci sami wędkarze, co wczoraj, choć żadnej ryby nie widziałam :) Mają zdrowie.
Więc na koniec trzasnęłam sobie selfie, a co
Wszyscy mają, mam i ja :)
Dzisiejszy urobek wygląda tak :) Nieźle.
Przesunęłam też randkę z Inżynierem, bo o 6 latała nie będę, a polatać chcę.
Teraz gazetka, filmik i tym pięknym sposobem o jeden dzień bliżej do inwazji :)
To się nazywa udany weekend, bez sprzątania, roboty i takich tam.
Tylko jak po obiedzie ucinałam pół godzinki dla słoninki, to F16 latały jak głupie. Ale miałam takiego lenia, że nawet mi się nie chciało sprawdzić na onecie, czy to już.
Niech będzie niewiadome...
Niech latają, skoro ma to pomóc.
Bo jakoś nie widzę naszego noblisty z szabelką, broniącego granic własną piersią. Mocny w gębie i pierdoły gada. A nieciekawie jest, więc cieszę się chwilą...
Update
Facebook wszystko wyjaśni :) Kolega właśnie wrzucił fotki z Krzesin, więc faktycznie, nie przywidziało mi się, że latają, impreza dziś była :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)









































