piątek, 19 maja 2017

Za tym pustym

stepem miasto jest ogromne,
dla nas dwojga tam zbuduję piękny dom...
Kochany Pamiętniczku...

Księżyc swoją złotą twarz pochylił nisko, niech nie słucha, nie zrozumie naszych słów...

Wiem, wiem, kicz i banał, ale cóż.
Życie jest kiczem, nie da się ukryć.

Bladym świtem kurcgalopkiem poleciałam wczoraj na Libelta i nie czekałam nawet dwóch minut w kolejce.
Alienek umiejscowiony jest. Poprawki załatwię w wolnej chwili, nie pali się.
Później ruszyłam na plac Wolności i ta przemiła pani załatwiła mi Alienkowy PESEL w 10 minut, choć ponoć trzeba czekać tydzień. Chwała jej i cześć, com jej rzekła wprost. Za jeden uśmiech załatwiła.
Ale paszport na Wujka, a tego już nie dałam rady ogarnąć.
Do pracy spóźniłam się 20 minut, co u nas przechodzi bez echa, nawet nikt nie zauważa.
Ale oczywiście, nie wyrobili się jak należy, poniekąd też przez łamaczkę, która ileś tam czasu przebumblowała, a gdy powiedziałam, że idę na dworzec i wrócę jak będę, scenę balkonową zrobiła.
W dupie to miałam i poszłam, lewa, prawa.
Raz na siedem lat mogą na mnie godzinę poczekać :D
Oburzona była na maksa.
Dorwałam Barana i ochoczo pojechał ze mną do pracy.
Łojezoo, ci, co wiedzieli, inspekcję robili :)
Opinię mam zepsutą, ale rybka mi to. Siedział grzecznie i grał, nawet kawy nie chciał, bo i to D. proponowała :)
Gazetkę zamknęłam, jak zazwyczaj w dobrych miesiącach o 16.30, więc nie widzę problemu.

Jako że nie miałam czasu na gotowanie, a u boku przystojniaka, to poleźliśmy do knajpy.
Chodziłabym częściej, ale samej to jednak niehalo, a tu taki dar niebios :)
Żurek za nim chodził, więc poleźliśmy do Chatki Babuni, ale okazało się, że Chatkę zlikwidowali, a w nowej knajpie żurku nie ma.
A on nic, żurek :D
Na Starym Rynku kolejna nowa knajpa, Pod Niebieniem, w menu jest żurek. Klapnęliśmy.
Personel z lekka nieogarnięty, ale jedzenie dobre, choć żurek na talerzu wyglądał jak grochówka, nie jak żurek, ale skoro zamawiający nie narzekał, nie widziałam problemu :)


Przed drugim daniem bronił się rękami i nogami, ale zamówił deser

... wciągnął i padł :)
Znając jego moce przerobowe przeszłam nad tym do porządku dziennego, to jest ideał do karmienia :)
Sama wzięłam jakiegoś kurczaka z soczewicą i innymi groszkami i marchewkami.

Przepyszne było, o dziwo, nie byłam głodna, ale... nocą moje brzucho jednak pamiętało, co jadło. Nie, nic mnie nie bolało, ale to jednak potrawy, których zazwyczaj unikam :)
Dwóch saksofonistów grało, nawet całkiem całkiem, kręciły się różne malownicze typy, ot, Stary Rynek piątkowym wieczorem...

Nie zrobiliśmy rajdu po knajpach i nie odwiedziliśmy Brovarii tradycyjnie (to z Baranem ją odkryłam), bo i on był zmęczony podróżą, a i ja miałam dość wrażeń...
W domu czekała na niego w lodówce zamówiona Fortuna, a i innych wynalazków nie brakowało :)
I znów nam czas leciał jak zawsze, nawet lampki gwiazdkowe zapaliliśmy i było tak, jakbyśmy się wczoraj rozstali...
Norma.
Ani się nie obejrzeliśmy, jak było grubo po północy.
Mnie rano wywaliło słońce, napieprzające o 6 w moje nóżki, tak że niech schowa się Kuba wyspa jak wulkan gorąca.
Miałam duszę na ramieniu, bo u mnie drzwi nie ma, a nie chciałam go budzić, ale animrumrał :)
Ogarnęłam się, ogarnęłam warzywka, co mi dosłali.
Wstał, polecieliśmy na Manhattan, bo miał tam interes, a żeby mi zazdrościł, przewlokłam go przez cały, bo jak sam mówił, nic mu tam nie brakuje prócz tej feerii, która u nas teraz jest na straganach, bo tam manhattany są takie nijakie, a i daleko do nich.
Szybciorem ugotowałam obiad, za to go też kocham, że jest łatwy w obsłudze, nie grymasi i je (prawie) wszystko. Młode, polskie ziemniaczki pożarliśmy, ten smak :) Kapustkę pochwalił (młodą, sama kwasiłam), jajka sobie sam posadził, bo tylko swoją rękę uznaje w tym momencie o już lecieliśmy na dworzec.
I dobrze, bo kolejka jak świński ogonek, dojście do peronu wymagało od nas sprytu detektywa. Miejscówki nie dostał, ale nie dał mi jojczyć.
I pojechał, miałam nie płakać, kiedy odjedzie, ale coś mnie pod powiekami tarło...
No cóż. Nóżki mam jak u kaczuszki, nawet do ziemi na dworcowym stołku nie sięgałam, a o jego kopyta się potykali...
Kaczuszko, wiesz maki są tak duże, duże, duże, a ty masz krótkie nóżki.

Dziękuję, Przyjacielu, że znalazłeś dla mnie czas.
Dziękuję, że jesteś.
Szmat czasu, uwierzysz, że na jesieni stuknie nam trzynaście lat, a dzieli nas przecież wiele.
I to jest takie piękne, że wciąż nam dobrze ze sobą :)


I nikt mi nie przemówi do rozumu, żeby praktykować zapominanie o świecie i trenować oddech.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.


środa, 17 maja 2017

Myślałam

Kochany Pamiętniczku, że nic mnie już w życiu nie zaskoczy.
Po dzisiejszym dniu stwierdziłam, że jednak mam zaniżoną samoocenę.
Idę rano na roboty, a tu dziewczyna (dziewczyna, bo w wieku Inżyniera) za mną ciągnie jak mucha do miodu, a musiałam ją przystopować, bo Boss o 6 (sic!) emilka wysłał z prośbą o korektę, więc najpierw robota, a potem buzi-buzi.
Skończyłam i coś mnie tknęło, lecę po nią, zapraszam do pokoiku.
I...
Dziewczyna rzecze w słowa te: będę za pięć miesięcy mamą. Nikt jeszcze o tym nie wie, oprócz Bossa, któremu dzisiaj powiedziałam, bo chciałam, żeby pani się pierwsza dowiedziała...
Zatkało mnie.
Uściskałam, bo szczerze się ucieszyłam, dziewczyna jak malina, a nigdy nie wspominała o  żadnym menie...
Trochę jak ja: odrobić pracę, do domu, zamknąć drzwi i być u siebie.
Nie mówiła nic o ojcu, a ja nie pytałam, nie moja broszka.
Dotąd zawsze sobie poplotkowałyśmy, na wiele rzeczy mamy tak samo wyjebane, ot, jak zwykle dogaduję się z młodymi.
Widać było, że chce się wygadać, więc słuchałam.
Cieszę się, że jest szczęśliwa. I tak się głupio złożyło, że pracowała parę lat na śmieciówce, a ja ją buntowałam, no i niedawno podpisała umowę o pracę, bo chodziła z mojego podpuszczenia i się upominała.
Ale mniejsza z większym.
Że właśnie ja pierwsza? :)
Miło, nie da się ukryć :)

I pachniało dziś u mnie do bólu głowy, konwaliowo, bom rano przez targ leciała. A teraz pachnie w domu. Konwaliowo, majowo, do utraty tchu...


I jak to u mnie - gotowe na wszystkie święta :P

Wczoraj dzwonił jakiś telefon, wyleciałam i wciskam w press roomie gościowi, prosząc, żeby odebrał. Polewkę ze mnie zrobili, że nie umiem odbierać telefonu, a ja po prostu myślałam, że może dzwonią z urzędu w sprawie tego aktu urodzenia, a to jakaś akwizycja była. Więc kolejny ubaw ze mnie. Trudno, śmiech to zdrowie. Ale wyświetlało mi Poznań, Wielkopolska...
Dziś znów coś Poznań, Wielkopolska dzwoni, ale odrzuciłam, bo co będę cyrk znów robić.
Dwie minuty później SMS od Sikory, że jest akt Alienka gotowy :)
Kochana :) Podałam jej telefon nie pytając, bo czasu nie było i jak zawsze idealnie załatwiła. jeszcze pani powiedziała, że tak, to jej mama :)

Więc tam mną miota od lewa i prawa, sama już nie wiem, przydasie czy nie przydasie...

A kolega dziś mówi, na moją groźbę, że odejdę: nam by pani brakowało, ale i pani by nas też brakowało.
A ja bezczelnie: a jak odejdę, to do Abrahama na piwo, bo mnie tu wykończycie...

A jutro, jak dobrze pójdzie, będę pić piwo.
Nie, nie z Abrahamem, nie znam gościa.
Z Baranem :D

wtorek, 16 maja 2017

Przyjedzie

Kochany Pamiętniczku.
Pod wrażeniem jestem, bo na jeden dzień, nawet nie cały wlatuje, a tłuc się będzie pociągami godzinami.
No ale wie, że Go kocham, to jedzie :)
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Jeszcze będę się urywała w dzień zamykania, będzie się działo.

I...
A nieważne.
Ważne są chwile :)

sobota, 13 maja 2017

Samobójstwo

popełniłam, Kochany Pamiętniczku.
Zakupy zrobiłam, balkon ogarnęłam, bo komarzyce nieposadzone od tygodnia. Okna umyłam. Pokój przemeblowałam. Obiad ugotowałam. Łózko polowe kupiłam. No w sumie łóżko do opalania, ale może robić za polowe, jest z materacem. Inżynier powiedział, że mam kasy nie wydawać, że się na karimacie prześpi. Sklerotyk, zapomniał, że karimaty już dawno przepili. Poza tym jedno łóżko i tak nie rozwiąże sprawy, jak przyjadą Pierworodni, bo ich już czworo jest.
Młodą kapustę zakisiłam, choć czort wie, co z tego wyjdzie, bo soku nie chce puścić.
Oszacowałam szkody po "majstrach". Spore są. Kuchni przydałoby się malowanie, jak zdejmę okulary nie widzę nic, ale w okularach i owszem. A mówiłam, nie malować sufitu na biało, ale się dziad pieprzony uparł. I margines też zrobił. Kij mu w oko i żeby go swędziało.
Jeszcze pranie i legnę, ale czy wstanę, nie wiem.
Łupie mnie w krzyżu. I stópek nie nakleiłam, bo obawiam się, że zlecę z drabiny.
Jeszcze nigdy mnie tak krzyż nie bolał.
A palce u rąk bolą tak, że ojapierdolę.
No nic, boli, znaczy się żyję.
Czyli nie jest źle :D

Konwalie pachną jak głupie. Konwaliowo...
I Radio Pogoda gra.
Cóż więcej trzeba do szczęścia.

sobota, 6 maja 2017

W mordę

jeża, Kochany Pamiętniczku.
Spać nie mogłam, scenariusze pisząc, jak na złość za nakablowanie do mnie nie przyjdą, poleciałam już bladym świtem na Manhattan, choć lało jak z cebra.
Jeszcze drzwi nie zamknęłam, a już stał w nich ten majster, którego najbardziej polubiłam, bo rzeczowy i grzeczny. Może dlatego, że z lekka garbaty, a wbrew temu, co mówiła moja teściowa, że wszystkie kaleki (przepraszam za niepoprawność polityczną, sama jestem kaleką, a nie niepełnosprawną, bo sprawna to ja jestem w całości) są wredne :)
I że za chwilę ktoś wleci.
Chwila trwała dwie godziny z hakiem, ale powiedział w którymś momencie, że o 12 ktoś będzie, jak się umawialiśmy.
I faktycznie, 12.02 wkroczył kierownik, ten rzygający moim blokiem. Grzecznie w drzwiach się ukłonił i o dziwo zagadał. I pracował starając się nie nabrudzić, nawet płyty, którymi zatykali dziurę ciął na korytarzu, na zewnątrz, nie u mnie. Ale szpary zatykał pianką montażową, mistrzostwo, co nie? Była ściana jest jakaś szemrana płyta i pianka, ale trzymałam mordę na kłódkę, bo chciałam, żeby sobie już w piiiiiizdu poszli. I tak za szafkę nie widać, jak będę miała kasę, zrobię to po mojemu.
Pogawędziliśmy, sam się przyznał, bez bicia i ciągnięcia za jęzor, że z poprzedniej pracy go dyscyplinarnie zwolnili. Ponoć niewinnie. Nie wnikam. Też bym zwolniła, ale cicho sza... :)
Jednak moje awanturniczenie się dało efekty.
Mam wodę. Mam spokój. Jeszcze tylko podłogi ogarnę i dwie pralki, i na listku bobkowym z piwkiem legnę.
Nie sprzątam wszystkiego detalicznie, w sensie że po szafach nie skaczę, ale jestem wykończona. Okna poczekają na next time, nie jest tak źle. Mieszkanie wywietrzone, ni smrodu po nich nie zostało.
I wisienka na torcie. Gość podłącza mi zlewozmywak w kuchni. Pytam: a silikon? Nie mają. Mówię, że ja mam. Ale nie mają pistoletu. Mówię, że mam. Ale jak poszłam na balkon po silikon po fachowcu śladu nie było.
Silikon okazał się zaschnięty, więc jutro pojadę do Castoramy po nowy, kolejny wydatek.
Chcieli jeszcze robić w łazience, ale podziękowałam, powiedziałam, że zrobi gość ze spółdzielni. I dobrze zrobiłam, bo już im się paliło w rękach, o drugiej widziałam, jak maszerują w siną dal.
Nie dziwię się im, też by mnie szlag trafiał, jakbym musiała pracować w sobotę. Ale z drugiej strony - 2 maja był dniem pracującym, więc jednak powinni się przyłożyć odrabiając, bo mieli wolne.
Patrząc na stan uzębienia tych fachowców i słuchając, co mówili o pensjach, nie dziwię się, że firma jest gówniana. A niby w tej branży są dobre zarobki.
I jakie gównozjadowstwo musi być we firmie, która zajmuje się hydrauliką, że nie mają poziomicy, gównianego pistoletu za 20 zł i silikonu? Kleju do kafelków i innych drobiazgów? Nie wiem, jak pan Nowak, ale obawiam się, że będę jeszcze musiała kupić i klej, i fugę. A miała mnie ta wymiana nic nie kosztować, bo płacę na fundusz remontowy. Tak wygląda "na koszt spółdzielni". Lekko licząc, dołożyłam do tego interesu ok. 150 zł. Tyle potrzebuję na nowe słuchawki. No i oczywiście, za czas spędzony na warowaniu w mieszkaniu nikt mi nie zwróci. Gdybym jeszcze pracowała w Auschwitz, byłaby mogiła, bo musiałabym to urlopem pokrywać. No i nerwy, bo te mam zszarpane, choć tłumaczyłam sobie, jak krowie na rowie, że nie warto...
Wracając do domu, koło Galerii na parkingu widziałam maszerującego gościa, z wiaderkiem, ze sprzętem, takim jak u "moich" majstrów. W drugiej ręce dzierżył czyściuteńką miotłę i szufelkę. Nie, że nówka nieśmigana, ale czysta. A i gość jak z reklamy polskiego hydraulika. Młody. Widać można... Głupio było pytać, ale wyglądało, że idzie na fuchę do Red Parku, bo raczej do domu by nie zasuwał z miotełką.
Piszę scenariusz? Maybe. Ale można? Można...
I tak jestem w bloku szczęściarą, mam wodę, ogarniam powoli tę kuwetę, sąsiedzi nie mają wody dalej i niektórzy myślą o wyniesieniu się na działkę.
Ale też się nie awanturniczyli :)
Awanturnicy górą zatem.
I jedyna pociecha, że za mojego życia już nie będą wymieniać pionów.
No chyba, że dożyję do dziewięćdziesiątki tu :)
Ojapierdolę, ale chyba mi to nie grozi.

Jak cudnie jest we własnym domu...
Z Radiem Pogoda.
Niech nawet pada deszcz...
 

piątek, 5 maja 2017

Chujnia


z grzybnią i patatajnią, Kochany Pamiętniczku.

Pan Zawodny, bo tak się nazywa właściciel tej bajzelowni, wali mnie ochrona dóbr osobistych, powiedział, że w piątek u mnie skończą i ani dnia więcej.

Nie skończyli, ponoć jutro przyjdą o 12.

Bo sobota. Oni łaskę robią, że w sobotę pracują. A ja w sobotę nie pracuję, więc mi pogrzebią i ją spierdolą.
Więc będę silna i się nie dam. Nie dałam dziadom satysfakcji, jęcząc, że miało być dzisiaj. Karma wraca, zatem i do nich wróci.
Bo w ten sposób wykończyli taką fajną osiedlową krawcową, pieprząc się z remontem tak, że zbankrutowała, bo miała pracownię w piwnicy, tam gdzie rury kończą swój bieg. Teraz jest tam biuro rachunkowe, drugie z kolei na osiedlu. Biura nie potrzebuję, a krawcową czasem na gwałt. Więc... Nie będę jęzora strzępiła, bo nie takie jest zadanie jędzy.

Opcji, że zostanę w poniedziałek w domu, nie ma.

Najwyżej będę miała niepodłączone i chuj.

Wystąpię o odszkodowanie.

Byłam dziś u prezesa apiać i ponoć przyjdzie pan Nowak, który wszystko zrobi, co trzeba. Kiedy będzie mi pasowało.
Nie mam brać kogoś. No bo przecież robotnicy mają już zapłacone. Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. W sumie, jak Nowak mi się nie spodoba, też wywalę, fakturę poślę do spółdzielni, a kasę sobie odliczę z czynszu. Ile to będzie? Stówa? Za to mnie nie eksmitują, a jak podadzą do sądu, to mam zdjęcia, jak mi zdemolowali melinę, a i wpisy z bloga jako dowód się nadadzą :D
Znaczy się, kafelki dla Nowaka zostaną, bo mam nadzieję, że jednak mi tę wodę jutro podłączą w kuchni. A jak nie, to emilek do prezesa i... We wtorek po pracy, jak już będę wiedziała co i jak, pan Nowak MOŻE mi podłączy. Miło by było ;)

Na razie żyję w burdelu, bo część rzeczy z kuchni na podłodze w małym pokoju, a i kuchnia nietenteges.

Ale to minie.



W sumie przemęczyłam się dwa tygodnie i na serio, jestem tak zmęczona, że to nieporozumienie.

A jeszcze generalne porządki przede mną.

Ale to minie.

Przyjdą lepsze dni, bez żadnych majstrów.

Kuchnia prowizoryczna, ale jest, ściągnęłam już te folie, mogę otworzyć szafki i włączyć gaz.

Piwko sobie kupiłam, a co, odstresować się muszę.

A na dole na tablicy, rozgarnięty jak kupa gnoju, zarząd mojej spółdzielni na kartce formatu A4 informuje, że GOAP (to coś, co śmieciami zarządza w wiosce) samowolnie wprowadza uchwałę, że musimy osobno zbierać śmieci biodegradowalne. Też już o tym myślałam, bo u Barana podobało mi się zawsze skrobanie wszystkiego do miseczki i potem sruuu do osobnego pojemnika. Gdy wracałam do domu, denerwował mnie brak miseczki.
Ale... Inżynier tak nie segreguje, bo Inżynier mieszka w budynku wielorodzinnym. Barani pojemnik mały, w kąciku na ogródku stoi, można go spokojnie umyć. Takiego kolosa, jaki muszą postawić dla dziesięciopiętrowego bloku, liczącego 45 mieszkań nie da się umyć ot tak...
I tu zaczynają się schody. Pojemnik ma kosztować 30 tysięcy. Ojapierdolę, że złota będzie, wysadzany brylantami. A kto za to zapłaci. Wiadomo, lokator.
Tu się zgadzam ze spółdzielnią. Apelują o podpisywanie protestu, ale ni kreseczki nie ma, gdzie ten protest jest.
No, wiem już, nad czym tak pracowicie radzili, gdym na prezesa czekała pokornie i wiernie. Jedyne co z tego wyjdzie, to brud, smród, wylęgarnia insektów i gryzoni. I chorób.

I taką mam zagwozdkę, no bo KB. Podejrzewam, że szwankuje mu myślenie przez jaranie. Od wieków mnie na to namawia, a ja zawsze mówię, że będę, jak los mnie (ODPUKAĆ) zmusi. Nie neguję właściwości leczniczej maryśki, ale do zwykłej nie mam przekonania. Wiem, że nie wywołuje schizofrenii, ale może być jej katalizatorem. I to się sprawdza, bo kolega Pierworodnego, bardzo fajny chłopak, którego wspominam z sentymentem, już w podstawówce ostro jarał. I właśnie na to zachorował. Obecnie spotykam go na przystanku czasami, nalany taki, bo tak działają leki, które podają w PL, z nieobecnym spojrzeniem i nie poznaje mnie wcale. Wiem, zmieniłam się, ale on nie poznaje mnie dlatego, że jest chory.
Wiem, co mówię.
A KB ma coraz bardziej nieobecne spojrzenie i chudnie w oczach.
Przerabiałam ten scenariusz. Nie chcę pisać tego jego żonie, ale chyba jej powiem przy okazji.
I KB też mówiłam, czym to grozi, ale mnie zawsze wyśmiewał.
A na serio – wolę się upić.
Wiem, że jak przeholuję, to padnę, bo mój organizm tak działa. Wiem, że mogę zrobić coś głupiego, ale dlatego staram się pić do swojej miary, którą dobrze znam.
Kac to kara za picie, słuszna kara.
Po maryśce cuda wianki. Wiem, bo koledzy chłopców jarali i znam wszystkie ekscesy. I wiem, że moje dzieci nie ruszyły. Mają w tym istotny interes, a Inżynier po matce specjalizuje się w alkoholu.

I jak na razie wszystko nie tak: te pieprzone piony, KB, pogoda.

Ale kiedyś karta się odwróci, co nie, Kochany Pamiętniczku.
A moje róże, po ponad dwóch tygodniach straciły trochę listków, ale trzymają się dzielnie :)


czwartek, 4 maja 2017

Jeżu

kolczasty, Kochany Pamiętniczku, działo się.
Przyszli, a jakże, tym razem prawie punktualnie, Kochany Pamiętniczku.
Zrujnowanie mojej ściany zajęło im niecałe pół godziny.
Zapytałam, o której wrócą.
O pierwszej.
Powiedziałam NIE, że idę do pracy i nie wiem, kiedy wrócę.
W dupie to mam.
I poszłam po tłumaczenie aktu Alienka.
Nie było, a pani była zdziwiona, że przyszłam. Miałam być w czwartek. Byłam w czwartek, więc w czym problem? Akt będzie za 15 min. Poleciałam więc na Libelta, zapytać jak z PESELEM. Pani kazała iść mi na Wujka, do biura paszportowego, bo doczytałam się, że o PESEL można wystąpić przy okazji paszportu za jednym zamachem.
Wróciłam po akt i zonk... Za ten arkusik musiałam dopłacić kolejne 50 stron, bo było więcej znaków, aczkolwiek... wszystko mieściło się na jednej stronie, a za stronę liczą 50 zyla. Rozbój na prostej drodze.
Poleciałam na Wujka, w ulewie. Na Wujka nowy urząd paszportowy i... dupa :) Gorszy jak stary, ludzie kiblują na korytarzu, duszno i chyba cały Poznań składał podanie o paszport i odbierał.
Pani w informacji oczy kwadratowe i mówi, że oni tu tego nie załatwiają, że mam iść do starego urzędu. Że tam to załatwię. Mówię, że przecież Alienek jest Polakiem, a nie cudzoziemcem, a tam jest urząd dla obcokrajowców, ale upiera się, że mam iść na Wolności.
Obliczając opcje, a lało dalej, poszłam per pedes, bo tramwaje jadą naokoło, na nogach, choć daleko, było blisko.
Po drodze baterie do aparatów kupiłam i zonk, tak tanio jeszcze nigdy nie miałam. Zobaczymy, jakie będą, bo tej firmy nie miałam.
Docieram na plac Wolności, a tam Sodoma i Gomora, w maleńkim pokoiku koczują tabuny ludzi.  I trudno się dogadać po polsku, bo większość to obcokrajowcy. Największa kolejka, beznumerkowa jest do okienka 9, do informacji. I w tejże utknęłam. Obsługiwała dziewoja młoda, hoża, ale... z tego co widziałam, języki obce nie były jej mocną stroną. Kolejka posuwała się jak żółw po amputacji wszystkich kończyn.
Pięć osób przede mną odeszło z kwitkiem, więc podchodziłam z duszą na ramieniu. Dziewoję w tym momencie zmieniła pani, która zęby w urzędach zjadła. Oczy jak spodki miała i mówi: na Wujka. Zaparłam się kopytami, bo właśnie przyszłam z Wujka i...
Zadzwoniła.
Jeśli ktoś widział ten film z leniwcem w biurze, to wie, o czym mówię.
Po telefonie mówi: komputer say no.
Ojapierdolę.
Więc gdzie, skoro na Libelta nie, na Wujka nie, na Wolności nie.
Telefon z aktem prawnym podtykam jej pod nos.
Zadzwoniła w jedno miejsce.
Znów w zwolnionym tempie.
Kreśląc misternie na kartce PESEL. I kwiatek.
I kółeczko.
A mnie cholera brała.
Pyta mnie, czy mam akt urodzenia umiejscowiony. WTF? Mam oryginał angielski i tłumaczenie przysięgłe, ale co to jest umiejscowienie. Nie wie. A ja, kurwa, mam wiedzieć?
Zadzwoniła w kolejne miejsce i pisze na kartce Anna Nowak (znaczy się imię i nazwisko). Wszystko w tempie leniwca, widzę, jak kolejka pioruny miota, stało już za mną co najmniej dwadzieścia osób.
I nagle z piętra wyżej spłynął Anioł w postaci pani Anny.
Kompetentna, wiedząca, jasno się wyrażająca.
Akt umiejscowiony to znaczy, że muszę mieć polski akt urodzenia. Ojapierdolę.
A załatwię to na... Libelta.
Jak już to załatwię, mam wrócić na Wolności.
Umarłam i jęknęłam, że jak, co, gdzie, w ten szalony obcojęzyczny tłum?
Nie, nie, bocznym wejściem, na I piętro, do niej.
Ojapierdolę. A wystarczyło tabliczkę zawiesić. Mam się nie dać spławić, mam się do niej dostać, a ona już mnie pokieruje dalej.
Prawie że rzuciłam się ją po rękach całować.
I o mało nie zemdlałam, bo od 8 nie miałam kropli wody w ustach, a była 12.30.
Poleciałam na Libelta. Numerek, pierwsze piętro.
Znów kiblowałam.
I... Okazało się, że nie ma aktu ślubu rodziców Olka. Na całe moje szczęście pani zadowoliła się bazą danych, w których ów akt widnieje. Ale... Na angielskim akcie urodzenia nie ma nazwiska rodowego ojca Olka. Tłumaczę, że nigdy nie zmieniał. Nie szkodzi. Musi być. Mimo tego, że akt urodzenia ojca Olka jest w PZ i w bazie, bo się tu urodził (Inżynier, znaczy się). Wobec tego będzie to skrócony akt urodzenia, bo ja nie mam pełnomocnictwa na dopisywanie. Mam pełnomocnictwo na paszport i PESEL. Ale już rodowego nazwiska WŁASNEGO I RODZONEGO syna dopisać nie mogę.
Będę mogła, jak dostanę pełnomocnictwo. Daje mi wzór pełnomocnictwa. Ale ma podpisać tylko Inżynier, Synowa już nie, bo każdy podpis kosztuje... 17 zł.
Ojapierdolę.
Przystaję na taki deal, bo kobieta mówi, że warto mieć cały polski akt urodzenia, bo nigdy nic nie wiadomo. Znając świętego polskiego Biurokracego (w UK załatwili większość online i pocztą), płacę 67 zł. 50 zł za skrócony akt i 17 awansem za pełnomocnictwo na zmianę danych.
Akt będzie gotowy za 3 tygodnie.
Bez PESELU. PESEL wyrabiam na Wolności.
I zadzwonią. Mówię, że nie rozmawiam (na dokładkę słuchawki do ajfonika zdechły, a nawet nie mam ich kiedy kupić).
Mogę podać inny telefon, bo oni nie mają z czego wysłać SMS. Emilków nie wysyłają.
Podaję Sikorczy, modląc się, by mnie nie zatłukła.
Oszczędziła, ludzka ptaszyna, a mogła zatłuc :)
Wychodzę. Ulewa. Słabo mi. Kalkuluję, że nawet jak łyknę sobie, dojadę do domu, kupię po drodze obiad i nie posikam się.
Tak też uczyniłam, choć obiad jadłam trzęsącymi się rękoma, tak że zupa mi się rozlewała.
Była godzina 15.30.
Ręce latały mi jeszcze i sztywniały przez godzinę, ale powoli wszystko wróciło do normy.
Cały czas wyła wiertarka i jakieś młoty kuły, więc siedziałam w aparatach, bo jak znikałam, to facet powiedział, że będą do mnie dzwonić...
Przyszli.
O 18.
Nabałaganili i na dziś już poszli.
Nie jest najgorzej. Ale łazienki nie zrobią (co jutro zamelduję w spółdzielni). Nie wiadomo, kiedy wodę puszczą, a zanim nie puszczą, nie zamurują dziury. Może w poniedziałek.
Powiedziałam NIE.
Dużymi literami. I powiem to jutro w spółdzielni. Blok zostanie bez wody, ja też, ale kurwa mać, to są kpiny na maksa.

W urzędach trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Fachowcy jak z koziej dupy trąba.
A na dokładkę pogoda najgorsza od lat.

Ale i tak życie jest cudne, co nie? :)

środa, 3 maja 2017

Umówieni

byliśmy na dziś w Botaniku, Kochany Pamiętniczku, ale nie miałam fazy.
Jednak po naleganiach załamałam się, stwierdzając, że jak zakleję chaupkę folią od rana, to dostanę na łeb i skoczę z balkonu. A siatki szkoda, co nie?
Tradycyjnie, czekałam. Chociaż jechałam MPK, a oni samochodem. Korków nie było, ale znalezienie miejsca parkingowego graniczyło dziś z cudem..
Ten model tak ma, że się nie spóźnia, ale wkurwia, czekając :)
Ale za to majówka była udana, mimo Kierownika Budowy nie w formie.
Po drodze widziałam przygotowania wojska na placu Wolności, ale trudno, może next year, nie rozdwoję się, a jeszcze mnie nie sklonowali (choć powinni).
Za to mam piękne komarzyce, mam nadzieję, że wyrosną tak, jak planuję, ale na razie nie mam jeszcze korytek, a nie wiem, kiedy się wyrwę.
Ale do brzegu...
Nadęty był jak indor i warczał, tak że gratulowałam sobie, że jednak pojechałam, bo wyżywałby się na biednej Kierownikowej.
Po mnie to spływa, jak woda po gęsi.
I zastanawiam się, jak bardzo trzeba mieć nasrane, żeby sobie dać mózg wytrzepać do tego stopnia. Bez dystansu, bez zastanowienia.
Bo jednak życie nie polega na osiąganiu nirwany, życie jest życiem, albo wegetacją. Osiąganie nirwany jest wegetacją.
Co z tego, że jesteś szczęśliwy nie myśląc i wyłączając mózg? Jaka w tym doskonałość?
Jeśli jest, to takie osobniki powinny iść do jakiegoś eremu i tam kątem pluć.
A nie zakładać rodzinę i potem pluć jej na głowę.
wiem jedno: "mój" KB by wyśmiał to, że sama będę owijać kuchnię w folię. Ten obcy nawet na to nie zareagował. Więc...
Amen.
Ale ze mnie mądra kobitka, nie ma co :D

No a tu się wiosna rozhulała na całego

 Wars wita was... Tfuj :) Botanik. Tradycyjnie, bratkowym kobiercem...
 A to fantastyczny, moim zdaniem, pomysł na kwietniko-ławeczkę :)
 A tu Kierownik Budowy w cyklu: znajdź kotecka :P
 I barwinkowy kobierzec...
 Magnolie...
 Konwalie...
 i kosz na śmieci, piękny, co nie?

Nieulubiona figura Inżyniera, tradycyjnie. kobieta nietrzymająca moczu ;)


 Wiała, aż się kurzyło. Zawsze pod prąd, zawsze swoimi drogami, zawsze wie, czego chce, a czego nie chce...
I co takiej zrobisz?



 Łamałam się przy pelargoniach, ale nie uległam pokusie. Żadnych kwiatów, oprócz bratków. Żadnych mszyc!


 Nie to, nie szczotka do butelek, choć w pierwszej chwili tak myślałam. To Callistemon citrinus - przecudny, ale cena powaliła na kolana. 150 zł. Pas...

 Jak maj, to i bez. Nie ma innej opcji. Bez lilaków żyć się nie da :D

 Rzut dzieckiem jako nowa dyscyplina olimpijska. Na szczęście nie rzucił...




 Facet pod muchą jest zawsze seksi, co nie?
 Wielki brat czuwa wszędzie. Nawet w botaniku. A ludzie i tak giną, jak kamień w wodę...

 Kwiaty mojego dzieciństwa. Kochane. Od lat niewidziane.
 Domek dla pszczół :)
 I kamień, który mi kiedyś z serca spadł ;)
 Tai-chi. No comment... Wróciłam z ulotką i z zaleceniem skorzystania. jest w mojej dzielni. Ale na samą myśl o staniu i machaniu łapami mam odruch wymiotny :) Serio? Wolę dupsko na fotelu wywalić i coś oglądnąć. Ten model tak ma :p
 Ostatnie już w tym roku pieścichłopy.

I drewniany rower. Nie stać mnie :)


I bonusik :) Gdzie jest Kradziejka? Zasnęła błyskawicznie w tym miejscu. Jak aniołyszek :)

Dotachali mnie na miejsce, za co wdzięczna byłam, bo 6 doniczek to nie pestka.
Obiad zjadałam, mieszkanie okleiłam i opatuliłam, śmierdzi wszędzie tą folią, jak cholera.
Teraz muszę te dwa dni przeżyć.
Jak nie wrócę, to wspominajcie mnie dobrze, albo wcale, bo nie czuję się super.
Sama nie wiem, czy to zawał, czy po prostu stres.

Bo już nie miało być NIGDY remontu i znów mój dom nie jest moją twierdzą...

No cóż, Kochany Pamiętniczku.

Life is brutal and full of zasadzkas and kopas w dupas...

PS Błędów jak mrówków, ale piję, żeby spać. I nie chce mi się szukać okularów. Więc wybacz, Kochany Pamiętniczku...

wtorek, 2 maja 2017

Znów

ruszyłam w wioskę, bo miałam interes, Kochany Pamiętniczku.
I tak sobie tuptałam, kontemplując piękne okoliczności przyrody.

 Bratki

 Kasztanki
Wiśnie

 Całokształt
 Spacerowiczów z dziećmi owiniętymi flagami...
 Samotnego pana, który po raz kolejny zmienił garderobę...
 Włoskie klimaty...
 Inwazję z Azji ;)

 Squot, zasłonięty płachtą, ale wciąż widać ten bajzel/ A to centrum przecież...
 Najbardziej oflagowana ulica
 Piżdziło zaś tak, że mało kto odważył się rozstawić parasole. Zresztą ludzi dziś, jak na lekarstwo na Starym Rynku...
Kwiaty wszędzie, wszak to wiosna.

 I znów bratki, bo bez bratków nudne życie :D
 I cel mojej wyprawy. Hiacyntowo mi, najarałam się do bólu głowy, cała alejka w dół też w hiacyntach, aczkolwiek w mniejszej ilości. Szłam, wąchając, cała w skowronkach....

 Golem
 Pięknie odnowiona kamieniczka :)

 I morze tulipanów przy Placu Wolności.
 I refleksja taka. W Dniu Flagi widziałam rodziny z dziećmi z flagami, parę starszych osób. Nie było za to tych silnych, zwartych, gotowych, bojowych, co to są Polakami przez ogromne "P". Czystej rasy Polakami. W pojedynkę jakoś nie kwapili się wyjść na ulicę z flagą w dłoni. Żenua...


 Serce wioski.

 I Kasia, niezmiennie w tym samym miejscu. I wspomnienia kolędowania tu w kolejkach, bo jak byłam na studiach były tu wtedy do zdobycia towary z "lepszej półki". Paluszki pomarańczowe w czekoladzie, Prince Polo, czasami cytrusy, herbata Yunan. Takie to były rozpusty w tamtych czasach...
 I Ciszak. Jedyna w okolicy dekoracja. Brawo...
 Nie za bardzo udało mi się to uchwycić, ale odbijały się jeszcze biało-czerwone pachołki drogowe, potęgując efekt.
 Padałam. Obok tej rury...
 Pierwszy raz widziałam takie autko wycieczkowe.
A fontanna przed Operą w tym roku wypadła blado. Kaponiera zaś zapieścichłopowana, ale jechałam już tramwajem i nie chciało mi się wygrzebywać aparatu...
I potem jeszcze moje  ukochane



A teraz siedzę na dupie i szlag mnie, bo powinnam zacząć przygotowania do czwartkowej apokalipsy, ale nie chce mi się. Odwlekam chwilę, gdy mój dom znów będzie nieprzyjaznym dla mnie miejscem.

Ściągnęłam sobie taką książeczkę, jaka oni Olkowi pokazują i po oglądnięciu tych obrazków szlag mnie trafił. Serio. Wkurzają mnie i działają na mnie jak płachta na byka. Gdybym musiała to na co dzień oglądać, ryczałabym wniebogłosy :P

Coś czuję, że malec spakuje jednak plecaczek i pryśnie do babci ;)