Kochany Pamiętniczku, była dniami nicnierobienia do n-tej plus nieskończoność.
Prócz oglądnięcia komedii odmóżdżających nie robiłam nic, nie licząc podtrzymywania mojego cielska przy życiu.
Ale i pogoda miała wyjebane na wszystko, choć w mojej wiosce nie było aż takich ekstremów, to mimo braku alkoholu nie znalazłam w sobie, mimo parcia na szkło, tyle entuzjazmu, żeby zleźć po coś do piątki.
Nie zaszkodziło mi to.
We wtorek obudziłam się z mocnym postanowieniem polecenia na Manhattan, ale jak mi pizgnęło na balkonie, przeszło mi.
Zgodnie z zapowiedzią Inżynierostwo podrzuciło mi potomstwo na czas nieokreślony.
Najbardziej bałam się histerii Kalafiorkówny, która ponoć bez matki minuty nie przeżyje.
Fakty mówią co innego.
Dzieci wparowały, a że babcia gapa zapomniała, że obrus, badyle to wróg, na pierwszy ogień poszły badyle i woda na obrusie. Moje obrusy i serwetki mają jakiś feler - nie ma gości, leżą nawet miesiącami, są goście, idą pierunem :)
Dzieci z plecaczków wypakowały domowe żarcie (a pytałam, co kupić i podać), ale spoko, wszystko co ja zanabyłam, łącznie z trzema bananami i wielgachnym przecierem jabłkowym, oraz leżącym od Wielkanocy na tacce dekoracyjnym chlebkiem poszło, jakby dzieci były permanentnie głodzone. (W domu Alienek odmawia rzeczy, które u mnie wcinał, aż mu się uszy trzęsły).
Jako że w perspektywie była pizza (bo to dzieci jedzą, niezależnie od nastroju, a ja nie wyobrażałam sobie gotowania z oczami dookoła głowy, zwłaszcza że Kalafiorkówna to mistrzyni, dorwawszy jajko ze styropianu, które ktoś mi kiedyś prezentował, wiecie: styropian, cekiny i szpilki, szybkim i zdecydowanym ruchem pozbawiła jajo kokardki, ze szpilką, a jakże, gestem damy rzucając to na podłogę, na szczęście stara babcia ma bystre oko), więc nie dawałam całej paczki herbatników do rączki, ale po jednym. Poszło 6 paczek petit beurre. Nie, żebym żałowała :)
Resztę schowali do plecaczków, bo "wezmą do domu".
Alienek zażyczył sobie siku. No dobra, operacja logistyczna, nakładka, sadzanie Alienka, mycie łapek. W międzyczasie Kalafiorkówna zwiała do przedpokoju, gdzie pod byłą maszyną do szycia kwitnie słój, w którym są ukiszone jabłka. Słój 10-litrowy. Mój radar mówi, że coś się dzieje i faktycznie, kruszynka ściągnęła słój z podłoża i gotowa była nim jebnąć o podłogę.
Alienek wyje, bo rzuciłam go, nie wytarwszy mu łapek, ale słój ocalał, a Kalafiorkówna nie została poraniona pękającym szkłem...
Ojacierpiedolę...
Mała tylko patrzyła, by prysnąć do małego pokoju, gdzie kusiła: pracowa, nowa drukarka, bo światełko miga, fotel, bo karuzela, naparstki w gablotkach, bo każdy inny, zwisające perły i inne korale...
Namawiam na zmianę gaci, bo wonieją mi siki, ale walcz z panienką...
Dzwonek.
Rodzice.
Powitanie level hard. Jakby babcia ich wykończyła, a to oni ją wykończyli. Poniekąd.
Kalafiorkówna ma kupę monstrum, o dziwo, mimo węchu psa gończego nie poczułam? Może jakiś bezobjawowy koronawirus (za nieszczepienie i niezapisanie się na nie oberwałam, auć, moja biedna dupa).
Zamawiamy pizzę. I czas miło płynie.
Pizza dojeżdża, ale nie z Pizza Hut, więc dupy nie urywa, ale Alienek niejadek, żrący pizzę (oczy przecierałam), ledwo doleciał do kibelka :) No, posrali się ze szczęścia, że są u babci. Wraca i zjada CZTERY kawałki pizzy :)
Więc z głodu u mnie nie umarnęli.
Dyskutujemy wpłacenie Pierworodnemu kasy dla dzieci. Ja przy każdej okazji wpłacałam na konto Inżyniera funty i dla Papryczka, i dla MW. Inżynier dopłacał jeszcze raz tyle. A, wiem, świnia jestem, ale Pierworodni by wszystko przepili. Uzbierało się kilka tysięcy złotych dla każdego z nich przez te lata. No ale teraz wpłacilismy Pierworodnemu na konto i u mnie nic, nawet dziękuję, kciuka w górę na MSG.
Inżynier dziś zamienił funty na złotówki (bo płaciliśmy w funtach, jako że byli w UK, ja dawałam Inżynierowi gotówkę w funtach do łapy, on na subkonto dzieci wpłacał ze swoich) i poszło. Parę godzin temu, napisałam do MW, ma konto na FB, a jakże, temat na inną notkę, Inżynier do Pierworodnego napisał, że mu wpłaca, ponoć się dogadali, a ja?
No nic, czekam na jedno małe słowo.
Do synowej nie piszę, mam focha jak chuj. I nie, nie chcę, żeby mi pampersy zmieniała. Mam mieszkanie własnościowe, jak coś, starczy na opiekunkę zmieniającą mi pampersy. Bez łaski.
Jak się nie doczekam, też mi rybka.
Jestem dobrą osobą i tyle.
Nawet Kalafiorkówna tak twierdzi, uciekając z takim szelmowskim błyskiem w oku, że wiem, że ją to bawi.
Ponoć ma charakterek po mnie, ale to są tylko pomówienia Inżyniera. Ma wybujałą wyobraźnię :)
A na poczcie (wiem, mam urlop), ponaglenie z teatru od K., że zapomniała wziąć ode mnie dane.
Wiersze od pani K., za dodatkową opłatą do skorekcenia.
A ja?
W pierwszym odruchu lecę...
Piszę emilka do pani K., wysyłam SMS. Cisza. Więc mówię sobie: miej wyjebane. Da mi góra stówę. Stówa mnie nie zbawi. Jej zależy, a ja nie mam tu żadnych zobowiązań. Nie odpisała? Poczekam, odpisze, zrobię. Na serio zmęczona jestem użeraniem się z Łobuzami, nie że źle było, bo bawiłam się przednio i wiem, że biedactwa nie mając innej babci mają jedną opcję kochania mnie, ale i tak jestem zmęczona. Po prostu.
A teatr? Jak nie zapłacą od razu, zapłacą za dwa miesiące hurtem. Mnie się nie pali, to nie te czasy, że stówa była dla mnie ogromną różnicą.
Mam urlop. Wszystko mogę, nic nie muszę.
Cieszę się, budząc się rano.
Mogąc przytulić Alienka. Poszantażować Kalafiorkównę.
Pierścionki dziś pokazałam. Te moje, z lat dziecinnych. Ten, z błąkitnym oczkiem, za którym ojciec trzy razy piaskownicę przekopywał, gdy zgubiłam.
Bo srebro w tamtych czasach miała wartość.
Inżynierowa: Kalafiorkówna za mała, pierścionek za duży.
Real: Kalafiorkówna ma za grube palce na pierścionek po babci :) No cóż, złoty pierścionek odhaczony :) No dobra, nie był złoty, był srebrny, ale z niebieskim oczkiem, z błękitnym niebem na szczęście.
I nie, nie będę ich na siłę wciskała nikomu. Rozumiem, że są inne czasy, inne idee, inne priorytety.
Jeżeli zapamięta mnie, że mówiłam nie na wszystkie jej zachcianki, łącznie z włażeniem pod starą maszynę do szycia, o którą ja kaleczę sobie palce, ścierając z niej kurze, bo pod spodem ma drzazgi, a ja nie widzę sensu odnawiania jej, bo sprzedawać jej nie chcę, a szyć na niej nie zamierzam, stoi u mnie, bo to maszyna po mojej cioci, a ja mam takie wspomnienia, a nie inne, że kierowałam się miłością do jej chuligaństwa, to już będzie coś.
Jedna moja babcia była chłopką folwarczną, żoną powstańca wielkopolskiego, ale i pijaka, urodziła trzynaścioro dzieci.
Druga moja babcia była żoną majstra szewskiego, zmarła w ciąży z czwartym dzieckiem, będąc macochą dziecka z pierwszego małżeństwa męża (nic więcej o niej nie wiem)...
Jak zapamiętają mnie moje wnuki?
Mam nadzieję, że dobrze. Nawet nie staram się być idealna, bo to się po prostu nie da.
Jestem jaka jestem.
Babcia Yoda ;)




















