sweet home, Kochany Pamiętniczku :)
A wyjechałam tylko na parę godzin.
Dokładnie 2 miesiące temu jechaliśmy do K. do Umarlaków i padliśmy pod Jarocinem :) Naprawa się ciągnęła, bo i termin przeglądu wypadał, i po mieście auto jeździło bez problemu, za miastem padało (coś tam coś tam od szybkości zależało), no i w piątek Inżynier pisze, że autko gotowe, czy możemy jechać w niedzielę. Oczywiście, tym bardziej, że miała to być jazda próbna, bo na urlop chcą jechać do Wrocka do ZOO.
A że i przy okazji fotelików nie było, do kompanii zwerbowaliśmy Pierworodnego. No, wypas - ja i moi (już nie moi, ale co tam) chłopcy. Żeby nie było, kupiłam każdemu z nich po butelce wina dla małżonek, żeby mogły sobie osłodzić ich nieobecność... A, pierdolę, chłopcy podziękowali, żadna z nich nie pisnęła słówka, no ale Inżynierowa chociaż słodkie fotki Łobuzów dosłała :)
Było cudnie, aczkolwiek piździło jak za cara na Skieletczyźnie, było zimno (no dobra, ciepło, aczkolwiek chłodnawo, ale lepsze to niż nadchodzące afrykańskie upały), towarzystwo znakomite, znów chwile jak za dawnych lat... Dziękuję ci za nie, życie.
Do miejsca padnięcia jechaliśmy z duszą na ramieniu, aczkolwiek Inżynier brzydkie słowa mówił tylko wtedy, gdy było to absolutnie uzasadnione, wariatów na drogach pełno (w nocy w wiosce spłonął lexus z dwoma osobami w środku, na torach tramwajowych, Pierworodny dzięki temu był w domu po 1 w nocy, wracał z pracy, dobrze, że w tramwaj nie jebło)...
Dojechaliśmy, ale na cmentarzu nam coś nie pasowało... Okazało się, że zlikwidowany jest grób wujka Janka, tego co był z ciocią 16 lat. Nie mam zielonego pojęcia, czy zlikwidowała go jego rodzina, czy po prostu nie była odnowiona dzierżawa. A, long story, sprzątałam też ten grób, ale okazało się, że jego eksżona płaciła komuś za sprzątanie, a sprzątałam ja. Na moje pytanie do odnalezionych na FB dzieci, usłyszałam od jego syna, że mam się nie wpierdalać w rodzinne sprawy (jakbym ja się jakoś wpierdalała, poza tym, że wujek był i dla mnie, i dla moich dzieci wujkiem)... Grób był zadbany, więc nie wiem, ale martwię się, że grób rodziców się osunie, bo ziemia obok się zapada. No nic, co ma być, będzie. Napisałam emilka do zarządcy, bo za 2 lata muszę odnowić dzierżawę, zobaczymy, co będzie. A, i pisaków nie kupiłam, a litery już zatarte, ale Inżynier policzył litery, opierdolił mnie i powiedział, że on zapłaci jak coś. Więc napisałam do tego od grobów z pytaniem o usługę. Zobaczymy, jak nie, uderzę do kamieniarza, co chodniczek koło Cioci grobu robił. Chłopakom powiedziałam, że mają ze mną zrobić, co chcą, a na to Inżynier: mam działkę. Mówię, rozsyp mnie, a on: śmiecił nie będę, zakopię.Tyż piknie :)
Groby były zadbane, wiele mycia nie było, bo E. się tam wciąż ze szmatką zjawia, ale badyle były już ohydne, więc teraz Umarlaki mają cudnie :)
Dotrwa to do jesieni, jak będziemy jechać na sprzątanie na zimę :)
Do Cristalu poszliśmy, ale był zamknięty i aczkolwiek bez przekonania ze strony chłopców poszliśmy do Duetu, a tam... Zjedli, pasa popuścili, ja sfociłam tylko swoje żarełko, ale...
... może i nie wygląda, ale jak smakuje, ojapierdolę. Chłopcy wzięli z pyzami i kopytkami, ale ja musiałam pyry, bo... Takich pyr, jak w K. to w całym świecie nie ma. Kotlet po szwajcarsku, schabowy jak koło młyńskie i zestaw surówek, plus rosołek (ja odpuściłam, bo sikanie po drodze) i za to z napiwkiem zapłaciłam 81 zł. Za darmo. Ludzie ślą znad morza rachunki, że za rybkę i frytki tyle tam płacą :) Ja jeszcze wleciałam do garmażu na dole i zanabyłam kurczakowe cuda na ciężki pracowy tydzień, który mnie czeka. Po tym obiedzie przeszła mi niechęć do mięsa, na razie kurczakowego, ale to już coś.
W cudnych humorach dojechaliśmy na rżysko
znaczy się, na Inżynierowe włości, ja nie wlazłam w głąb raz, że miałam sandały, a panicznie boję się kleszczy, dwa, że tam dziury, a ostatnie, czego potrzebuję to zwichnięta gira :) Ponoć jak ostatnio tam był to była tam równina, niczym nieporośnięta.
Poleciał coś focić, a ja z Pierworodnym majestatycznie sunęłam wzdłuż murków
gdy wtem z posesji wyszedł gość w moim wieku i zasadzając banana na pysku rzekł: dzień dobry :) Odpowiedziałam, ale z wrażenia straciłam jęzor w gębie i przeżywałam, jak mrówka okres, bo nawet nowi sąsiedzi, którzy wprowadzili się na MOJE piętro, młodzi, mogący być moimi dziećmi nie mówią mi dzień dobry!
Na osiedlu nieliczne jednostki mówią sobie dzień dobry, i nie, że nie słyszę!
Poza tym w sumie podoba mi się Lusówko wizualnie.
I nie, że zmieniłam zdanie, nie, nie. Ale nie wiem, co będzie za parę lat, o ile dożyję. Tylko krowa nie zmienia poglądów i nie mówię nie. Ten kłaniający się z życzliwym uśmiechem gość coś we mnie zmienił.
I lody mają w Lusówku smaczne, aczkolwiek nie jestem lodomaniakiem :)
Więc nigdy nie mówię nigdy, tym bardziej, że Pierworodny coś plumka o Wrześni, co dla mnie brzmi jak dobry plan...
Więc dzieje się...
A w domu Inżynier, naśmiewający się z mojej manii gromadzenia przydasiów poprosił o dziurkacz do pasków, tak śmieć, który dostałam od teściowej, używany raz na kilkanaście lat, a jednak przydał się...
Łapówki zabrali i dla żon, i dla dzieci...
A ja, wyniósłszy śmieci na śmietnik, sprzątnąwszy cmentarne instrumentarium, zdjąwszy ciuchy, włączywszy radio Pogoda, po napisaniu ku pamięci tej notki, siadłam i kontempluję (znaczy się, pluję wciąż prosto, ale...)
wyrósł tak nagle, niespodziewanie i wiernie na mnie czekał...
Jako i ja czekam na to, co przyniesie mi kolejny dzień.
Bo rankiem na obu pocztach było i z teatru (nie narzekam, płacą wyśmienicie), i z pracki, z kajaniem, ale serio - jakbym nie chciała, nie przyznałabym się, że pracową pocztę włączyłam, a tak czekając na dojazd podwózki nie wkurwiałam się.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech. To jest niezbita prawda :)
Dziękuję za nie, za te niezapierające też...
I dzięki dzisiaj będzie łatwiej przetrwać ten ciężki tydzień :)
Kocham cię, życie :)








O, jak dobry dzień, cieszę się z Tobą, dawno już tak nie miałam, żebyśmy we trzy gdzieś razem były, coraz trudniej o takie chwile , w ogole o wspolne chwile i spotkania.
OdpowiedzUsuńTak, taka kolej rzeczy :) Dziękuję, Doro za życzliwe słowo :) Ale z takich spotkań cieszysz się więcej, niż jakbyś trafiła szóstkę w totka :)
UsuńJak mieszkalam w NYC to owszem ludzie z najblizszego osiedla mowili sobie dzien dobry bo sie znali. Pozostali witali czlowieka usmiechem na polgebka lub skinieniem glowy w momencie kiedy czlowiek wlazil na czlowieka, bo wiadomo tam czlowiekow jak mrowkow:)))
OdpowiedzUsuńNatomiast tu na wsi wszyscy wszystkim mowia dzien dobry i to jest zupelnie normalne. Wies ma 1800 mieszkancow, wiec nie podejrzewam, ze wszyscy wszystkich znaja, ale taki jest zwyczaj najwyrazniej i to mi sie podoba. Nawet jak czlowiek przejezdza samochodem to ci co znaja machaja lapa na powitanie. Ale jest jeden starszy gosc, ktory siedzi przed domem, czesto sam, czasem z kims bo krzesla sa dwa czyli jest przygotowany na towarzystwo i ten macha wszystkim przejezdzajacym.
Widocznie nie ma nic lepszego do roboty, ale nie powiem mile to.
Nawet u mnie na wsi nie było takiego zwyczaju. I dlatego jestem tak miło zaskoczona, bo brakuje mi uśmiechu i życzliwości, jakem Stara Jędza :)
Usuńto dzień dobry to właśnie na wsiach działa, pamiętam jak jeszcze jeździłyśmy rowerami po okolicach, to jak jechałyśmy przez wioski a siedzieli jacyś ludzie to mówiłyśmy dzień dobry, w Koro też dużo ludzi się sobie kłania, małe miejsca chyba mają to do siebie
OdpowiedzUsuńco do umarlaków to podoba mi się taki minimalizm na nagrobkach, właśnie wczoraj ktoś wrzucił fotki na fejsa z naszego komunalnego cmentarza, że zarośnięty, moja Mama tam jest i ja dbam żeby było schludnie, napisałam lasce, że jak kto dba tak ma a jak tylko pamięta o zmarłych 1 listopada to ma jak ma
fajnie spędziłaś dzień, a pamiętam jak dawno temu rozmawiałyśmy to bałaś się, że sama we wsi mieszkasz i nie będzie miał kto Ci szklanki wina podać ;-)
Od dawna stosuję minimalizm na grobie, bo to ja muszę wynosić wszystko, co ludzie tam naćpają. I tak tym razem taki wieli wór wyniosłam, bo każdy pamiętający stawia znicz, zamiast wetknąć wkład do starego. Dopóki żyła Ciocia, mogłam stawiać żywe kwiaty, bo ona do Umarlaków sobie spacerki robiła, a teraz jak postawię coś w donicy, nie ma kto podlać, deszcz raz jest, raz go nie ma, a ja jestem 100 km dalej, więc trudno latać z podlewaniem... A zwiędłe badyle i donice wynosiłam ja przez ostatnie lata. Mycie nagrobków to już lekka przesada, ale świeże sztuczne kwiaty co kilka miesięcy chcę wsadzić.
UsuńTak myślałam o tym kłaniającym się gościu, Inżynier wspomniał, że ma fajnych sąsiadów, że naprzeciw jest gość, do którego pół ulicy należy. Dziś zatrybiłam: kwitłam na skraju działki Inżyniera kilkanaście minut, jak Pierworodny zlazł, szłam z nim do samochodu - gość musiał widzieć wszystko przez okno, więc założył, że mama... Ale i tak miło :) O szklankę wina to się nie bałam nigdy, boję się o bycie ciężarem i o zanik rozsądku. Reszta to małe miki. :)
Tu na wsi też każdy się pozdrawia,Rano w skrocie najczesciej morgen, a ogolnie przez cały dzień moin, lub halo. Wieczorem -abent.
OdpowiedzUsuńAbend😄
OdpowiedzUsuń