wtorek, 26 marca 2013

Kuba wyspa jak wulkan gorąca...

Znudzona zimą i tą nienadchodzącą wiosną postanowiłam pojechać do ciepłych krajów i zapolować na motyle.
Nie, nie mam krzywo pod kapturkiem i nie potrzebuję walca, żeby wyrównał.
Psychiatra też mi się nie kłania.
Po prostu wykorzystałam sprawdzoną technologię. Enterpise... Proszę nie dzwonić na pogotowie, to naprawdę działa...

No bo najpierw

Biedne kaczuszki wciąż łażą po zamarzniętym stawie, mają krzywe nóżki...






Wrona bije się ze srajdą o kawałek zmarzniętego chleba...

A ja...
Robię "enterprise"...

I...






Fuj, źle wcisnęłam guzik, wylądowałam już na śniadaniu wielkanocnym...






... a biedne kurczaczki w kojcu dostały taką oto sztuczną kwokę. Świat na psy schodzi, oszukują biedne kurczęta.

Więc jeszcze raz "enterprise" i...


Kuba wyspa jak wulkan gorąca...






Było tak gorąco, że aż obiektyw aparatu zaparował....


Papugom upał nie przeszkadzał...


 Woda lśniła...

Tropikalne owoce kusiły...

... i w ogóle hasta maniana...


Żłówiki wyciągały łepki do słońca, leniwie, niespiesznie...

Ten tropikalny gąszcz, ten upał...

Krystalicznie czysta woda i rybeńki...






Kwiaty...

 ... i clou dnia: stołówka dla motyli. Nażarte, skubańce, bo żaden nie korzystał ze smakołyków...







Wyglądają jak rasowe żmije...

Pozują niechętnie...

 A na dokładkę oślepiające słońce nie pomaga w robieniu zdjęć...





Po drodze trafiłam na prawie złotą rybkę, ale...





... że miała tylko złote plamki, nie za bardzo mogła spełnic moje życzenie, choć bardzo się starała...

Pozazdrościłam Baranowi i co tam... znów "enterprise" i kłania się meksykańska pustynia...


Jak widać, wszystkie węże linieją ;)


A to skrzyp, który u nas rośnie na polach i rowach, tu w wersji full wypas...

  Biczogon miał mnie w pompie, wypiął się...






Za to uzupełnienie jego diety z rozkoszą żarło jego śniadanko...


A żłowiki, mimo wczesnej pory uprawiały ostry seks i w ogóle im nie przeszkadzało, że ja paczę!!! Świntuchy...


Ale znów "enterprise" i  wróciłam do motylich klimatów...








... tym razem wśród orchidei...
























Niektórzy - wzorem Inżyniera - mieli na wszystko wyjebane...



I znów Meksyk, a co??


O mało się nie potknęłam o kamyczek...










A na ścieżce urzędowały takie piękności... W ogóle się mnie nie bały, wygrzewały się w słońcu, tylko kogut troskliwie "ogarniał" harem...









Przemknęłam szybko. Nie kochamy się z kaktusami, oj nie...






I znów paczyły na mnie z politowaniem - co się paczysz???



Chciałam zerwać pomarańcze, ale były już przejrzałe...



A i na wdzięki tego młodzieńca nie dałam się nabrać...

... bo "enterprise" okna czekały...

I tym sposobem wielkanocne sprzątanie jest już prawie na finiszu...


Ale Enterpise to fantastyczna technologia :)


Wiedziałam, że będę się świetnie bawić.
I Mała Wiedźma dziś wpadła, coraz większy z niej chuligan, chociaż taka mała jest.
I Inżynier rozpiskę wizyty zrobił, zatwierdzając godziny audiencji.
A i ja mam "zlecenia", więc jutro będę latać...
Ale to dobrze.
Nie czekam w napięciu...

Jakby ktoś ze mną chciał zapolować na motyle, zapraszam. Jeszcze dwa tygodnie można...













poniedziałek, 25 marca 2013

Złamałam się

Na pół :)
Ale po kolei.
Niedzielę przebumblowałam tak, że lepiej nie można, ale co tam, nie pierwszą i nie ostatnią.
Za to w poniedziałek od rana na baczność.
Kolejne życzenia dla Barana, który dziś Jubilatem Czcigodnym jest  :* Sto lat i wiecznie zielonych łąk do hasania :D
No a potem to już poszło gładko.
Odebrałam jaja, akurat mieli lektorat i na życzenia zrewanżowali się tym samym, a na wieść, że wracam 8 kwietnia z piersi wyrwał im się jęk rozpaczy... No cóż. Będą musieli się nauczyć żyć beze mnie ;)
I potem (wiem, wiem, potem to się śmierdzi) szłam przez zalane słońcem ulice, a słoneczko aż grzało, choć mróz jeszcze trzyma  - wleciałam do Fawora. Zaszalałam, a co? Będzie mnie ta zabawa kosztowała jakieś 150 zł, ale co tam... W sobotę odbiorę fajne jedzonko, fotkę wrzucę. Upiekę tylko chleb, słodkie jak zwykle sobie odpuszczam. Wiem, drogo, ale wzięłam to, czego Inżynier nie skosztuje na co dzień, i dobre wypieki, ze śmietaną. Raz się żyje, potem się straszy.
I wpadałam do domu, bijąc się sama ze sobą, zeżarłam pudełko kiełków i pęczek rzodkiewek i...
złamałam dane słowo.
Umyłam okna w pokoju Inżyniera i w kuchni, poprałam firanki i zasłony. A że słońce dalej świeci, jak głupie tak jakoś fajnie jest, choć przecież bajzel stary...
Jutro umyję w dużym pokoju, po prostu jestem tak nieruchawa, że nie chcę się przeforsować.
Na jutro też zaplanowałam szaleństwo, ale to będzie dopiero jutro.
Pozostanie mi zatem tylko skok na giełdę ogrodniczą po bukiety dla Umarlaków (nawet jak nie wyjadę teraz, to przydasię na później), wyprawa po mięso i wędliny do P&P i... oczekiwanie na Inżyniera i na święta.
 A potem będzie po świętach i po ptokach.

Co ja mam z tym potem?? ;)

sobota, 23 marca 2013

Znalezione w necie. Bingo


Ludzki mózg ewoluował przed dwa miliardy lat!
Wyobraźcie to sobie... Ziemia okrążyła słońce dwa miliardy razy!
Wow!
Wszystko po to abyśmy teraz mogli oglądać zdjęcia kotów w internecie.

Zima?? No to luz...

Olać.
Nie będę się denerwowała.
Wyglądam jak debil, zmarznięty nos (tak wiem, wiem, to od picia), oczy pełne łez, i obłęd  - wszędzie śnieg... Nawet w moich okularach.
Słońce świeci jak głupie i co z tego, jak cały dzień na minusie jest??
Dzieci pod blokiem wzięły się za budowę igloo, ale zanim znalazłam aparat, w dzikiej furii rozwaliły je :)



Autoportret zrobiłam sobie niechcący, ale skoro już :D

Choineczka czeka na przyjazd Inżyniera, bombki jutro odkurzę, 8 lat niewyciągane...

Tyle słońca w całym mieście...

Popacz, och, popacz ;)

I chlebek upiekłam, po raz pierwszy od powrotu z UK...

Ogrzać sie chciałam, a nie chciałam się bawić zapałkami, bo to różnie może być :|
Zresztą jaka tam ze mnie dziewczynka z zapałkami, nie te lata :D

Aby do Gwiazdki, to i reniferki będą i czerwone sanie znów przyjadą...



Horror

Ciąg dalszy horroru marcowego.  A nie mówiłam, że 2013 ciulaty jest? Minus czternaście, proszę Państwa...
Wstałam już, bo słońce dziś oślepiające i nawet roletka nie pomaga. Śnieg potęguje jego blask, A i ja sama muszę otrząsnąć się z marazmu i wziąć do roboty, nie mogę całych dwóch tygodni przepuścić między pazurami tylko dlatego, że nie akceptuję tego, co za oknem. Nawet w zabijaniu czasu trzeba zachować umiar. Już za tydzień niecały będę miała Inżyniera, o ile go aura do kraju wpuści.
Ale okien nie umyję... :)

piątek, 22 marca 2013

Światełko w tunelu??

Nad Wartą widziano bociany.
Oby tylko to światełko w tunelu nie okazało się nadjeżdżającą lokomotywą...

Pesymista widzi ciemny tunel.
Optymista widzi światełko w tunelu.
Realista widzi światło pociągu.
A maszynista widzi trzech debili na torach.








Rysunek Wojciecha Górskiego.

czwartek, 21 marca 2013

W czepku urodzona

Trafiłam po sznureczkach na bloga dziewczyny, która tak jak ja, zmaga sie z niedosłuchem i studiuje. Z odpowiedzi na mój komentarz wywnioskowałam, że ona ma aparaty, ale to tak do końca nie rozwiązuje sprawy. Fakt, że nie...
Ale...
Jestem w czepku urodzona.
Moja Mama nie pogodziła się nigdy chyba do końca z tym, że i ja, i brat mamy niedosłuch. O mnie walczyła jak lwica, na głowie stawała. W tamtych latach wyjazd do Poznania do kliniki, operacja i inne cuda wianki to były naprawdę wyczyny. A i potem, gdy okazało się, że lekarze nie są w stanie mi pomóc, nie skapitulowała. Nie pozwoliła mi się nigdy poczuć gorszą i zawsze dawała mi kopa w górę.
I tu muszę podkreślić urodzenie w czepku. Zawsze - przez całą edukację miałam szczęście do ludzi. A nie było wtedy akcji "niepełnosprawny też człowiek". Po prostu - otaczali mnie ludzie, tacy przez duże L. Nauczyciele wiedzieli, że mają nie chodzić po klasie - i nie chodzili. Zawsze siedziałam w pierwszej ławce i oswoiłam ją do tego stopnia, że choć trudno w to uwierzyć, czytałam pod ławką zakazane lektury. Nie zapomnę miny mojego polonisty z liceum, który bodaj w 2. klasie przyłapał mnie na czytaniu "Układu" Elii Kazana pod ławką. Wyciągnął - mimo moich protestów - książkę spod ławki, spojrzał na tytuł, zaczerwienił się po korzonki włosów (wtedy był "starym kawalerem") i powiedział: "SJ, poczekaj z czytaniem tej książki jeszcze kilka lat"... (oczywiście, nie byłam wtedy jeszcze SJ). Zrobił książce taką reklamę, że przeczytali ją wszyscy w klasie, nawet ci, którzy żadnej lektury nie tknęli...
I ściagałam w pierwszej ławce aż echo szło.
Jak mnie przesadzili na ruskim do ostatniej, to była moja jedyna gała z ruskiego, bo nic się w ostatniej nie da ściągać :)
A dyro, który historii uczył jeszcze moją Mamę w liceum pedagogicznym, jak Mama pojechała z prośbą, żeby mi uwag nie wpisywał: "odpisuje na lekcji" - czasem nie nadążałam z notowaniem i zaglądałam koleżance do zeszytu, jak dyktował, wyśmiał ją: Co mi pani bajki opowiada, ona nie słyszy?? Jeszcze pytania do końca nie powiem, a ona już rękę do odpowiedzi wyciąga. Dyro był wiekowy i przyciężki i nigdy nie chodził po klasie. Wobec tego pisałam notatki na brudno, skrótami, przepisując w domu. I już nie musiałam się historii uczyć :D A na balu maturalnym tenże Dyro, tańcząc ze mną, rzekł: SJ, ty mnie na litość i niesłyszenie chciałaś brać :)
I nauczyciele, którzy tłumaczyli mi, że polonistyka to nie jest wymarzony kierunek dla mnie, bo... brali pod uwagę, że po polonistyce ląduje się w szkole, a dzieci są okrutne. I znaleźli dla mnie nowo otwarte bibliotekoznawstwo i dzięki nim jestem kim jestem.
Dziękuję Wam wszystkim. Także moim Koleżankom i Kolegom, bo choć jako dziecko alkoholika, obecnie już dorosłe miałam zawirowania i zakręcenia, to jednak nikt z moich rówieśników mnie nie zranił. Oprócz jednego, który powiedział mojej przyjaciółce, że: jakby miał mieć taką głuchą żonę, to u niego w domu by garnki fruwały. No cóż, nie można mieć wszystkiego.
A z powodu słuchu obniżyli mi kiedyś stopień na studiach. Wykładał facet z zajęczą wargą, którą maskował sumiastym wąsem, tak że czasem "nie widziałam, co mówi". Na egzaminie masakra, rzeź niewiniątek, Sajgon i Armageddon. Proszę więc gościa (wchodziliśmy trójkami), żeby koleżanka mogła zanotować pytania dla mnie, bo niedosłyszę i nie chcę coś pokręcić. Facet się zgodził. Odebrałam pytania i odetchnęłam, bo znałam odpowiedź. Odpowiadam, facet zadaje pytanie dodatkowe, ale że już się nie denerwowałam, to spokojnie odpowiadam. Bierze indeks, mówi "piatka" i nagle zawiesza długopis i... "Pani mnie oszukała, mówiąc, że niedosłyszy, całkiem normalnie pani ze mną dyskutowała. Za branie na litość obniżam ocenę. Czwórka". Nawet nie dyskutowałam, wzięłam indeks i poszłam, Tego dnia tylko ja zdałam... :)
Długo tak mogę gawędzić, wiadomo, erotomanka gawędziarka ze mnie.
Co nie zmienia faktu, że są Ludzie i parapety.
Więcej spotkałam na drodze Ludzi.
Moja osobista teściowa kiedyś mi rzekła: jesteś złośliwa, jak wszystkie kaleki.
Ano jestem.
I dobrze mi z tym, nie ukrywam.
Złośliwość to moje drugie imię :D
A co?? :)

środa, 20 marca 2013

Number four

Numer czwarty closed. Wychodziłam po 15, ale z poczuciem zmęczenia na maksa. Fakt, że więcej czekałam, jak pracowałam, ale to nic nowego. Miało być do 14.30, ale nie moja broszka, uwinęłam się jak należy. Żegnając się z Bossem westchnęłam rodzierająco: jeszcze tylko osiem numerów i koniec roku :) LOL :)
Mój Boss jest super, (niech tego nie czyta, nie wyczuje, nie wyczai, bo się nie daj blog zepsuje),  poprosiłam, żebym mogła tydzień po świętach mieć wolny, za to przyjdę później do pracy na 2 tygodnie po 8 godzin. I... zgodził się bez animrumrania, chociaż jak się żegnaliśmy zapytał, kiedy wracam i rzekł: - jak my bez SJ wytrzymamy... Kochany jest... Dzięki temu jak Inżynier przyjedzie, załatwimy wszystko lajtowo, a ja nie tracę ani dnia z urlopu, a będzie mi potrzebny na ten remont.
Kocham moją pracę...
Nawet jeżeli czasami na nią psioczę.
Dzisiaj relaks na maksa i nicnierobienie, odreagowywuję.
Może i duszę mam młodą, ale ciało stare i oporne i nic mi się nie chce, zresztą czy to ważne??? Jutro wstanę wyspana, wyniosę śmieci i ogarnę co się da.
Mycie okien za mną chodzi, znaczy się PMS mam, ale w takich warunkach myć okna?? Już nic nie muszę i... Lepiej, że okna są brudne, jak mam zdychać z kolejnego przeziębienia, jak nie ma nikogo, kto by szklankę wody podał :D
Nie chce mi się nawet filmów oglądać, czytanie - oczywiście poza moim zasięgiem, na spanie za wcześnie... I dlatego tak brakuje mi wiosny, bo wzięłabym kijki i poleciała. W obecnym stanie przyrody nic mnie do tego nie zmusi, no chyba worek złota, co starczyłby na wszystkie marzenia, ale tego mi nikt nie da, więc trwonię czas w necie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że zabijanie czasu jest szkodliwe, ale...
Dzisiejszy dzień podczas powrotu do domu usiany był pipami na sygnale, gdzie nie spojrzałam, wirowało na niebiesko, wyjców nie słyszałam, bo player grał na maksa, ale... Na pętli i policja, i ambulans, dwa wozy straży pożarnej po drodze, rzut beretem dalej znów karetka, sąsiednia przecznica i policja...
Trzeba będzie jednak zacząć nosic pod portkami rajstopy bez oczek, bo to obciach, jak zwiną w "siateczkach"... Gacie mam zawsze czyste :P :)

wtorek, 19 marca 2013

Święta odwołane

W sobotę miało się odbyć na Cytadeli największe w Europie Misterium Męki Pańskiej. Odwołano z powodu pogody.
Myślę, że świąt też nie będzie, no bo co?? Śniegowe zajączki będziemy lepić i wielkanocne pisanki na choince wieszać?? I może zamiast wlać Inżynierowi wody do łózka, nasypię mu śniegu? Wiaderko.
Opada wszystko, nawet gacie.
W pracy "byłam" i męczyłam kompa, czekając na cokolwiek. O 15 poszłam do Bossa i kazał mi iść do domu. Fajnie :)
Teraz grzeję się w domu i jutro koniec pracy na ten miesiąc.
Potem będę kombinowac, bo teoretycznie jak Inżynier przyleci, powinnam zaraz po świętach do pracy wrócić. O ile cokolwiek jeszcze będzie lądowac na Ławicy. Miasto jest jedną wielką OHYZDNĄ (bo ohydna to by komplement był)  zasyfioną śniegową breją...

Zobaczymy, co wyjdzie.

Trzeba znaleźć pozytywną stronę każdej sytuacji.

I blog zaczyna rogi pokazywać, nie zapisuje się, chyba zacznę pisać w notatniku, bo szkoda pracy jak się nie zapisze.
Czyżby kolejna wyprowadzka??
Nie lubię...

Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery...

Koniec świata, od wczoraj wieczora tak sypie, taka cieniutka, gęsta sieczka, wygląda, jakby za oknem była mgła, albo były one brudne. No nic, do pracy iść trzeba, dobrze, że nieważne, o której się dowlokę.
Podstępnie atakuje, wdziera się już nawet do mojego mieszkania. Jak wróce, odśnieżę, o ile się przez zaspę przebiję. Takie coś na balkonie to mogiła murowana, nie ma jak wejść, nawet jak zgarnę śnieg, jest ślisko jak na lodowisku, a zgarnąć musze, bo obciąża balkon. Kiła i mogiła...

I tak ma byc do końca świata :(

Doro, to jest to pomarańczko, tylko tekturkę, w którą było opakowane wyrzuciłam, bo leciałam samolotem, to każdy gram się liczy. Teraz doczytałam, że jest z olejem pomaranczowym, więc pewno dlatego takie dobre :)

Ale w tym stanie to nawet superczekolada nie pomoże, a alkoholu od rana nie można :(


UPDATE


Zamieć przybiera na sile, będzie chyba "zamieć całą gębą"... Goło leć i zamieć... :|

poniedziałek, 18 marca 2013

Pół na pół

Taki dzień pół na pół. Ani dobry, ani zły, chociaż zakręcony. Roboty było w pizdu, ledwo miałam czas zrobić herbatę, dobrze, że zupę w termosie wzięłam, to nie padłam na posterunku.
Rano wlatuję do "5" po bułeczkę (posłał kozioł koziołeczka po bułeczki do miasteczka) i co ja paczę?? Stoją pomarańczka czekoladowe, szał ciał i wypas, kupuję takie w Asdzie za 1 funta, smak bezcenny i niepowtarzalny. Więc cieszę się, że mam je w domu, że nie muszę wozić z UK i co ja paczę?? Kosztują 9 zł 70 gr polskich. Więc jak bym nie liczyła, opłaca się je wozić z UK... Za 10 zł mam dwa...
No nic.
Wymarznięta na przystanku, piździ jak w epoce lodowcowej, dojeżdżam do pracy i czuję, że coś niehalo. W pojazdach jak na Saharze, więc... oblewam się potem, zwłaszcza na nerkach. Na dworze ziąb, że zapięcie gaci na agrafkę nie pomaga, pot się ziębi i... napieprzają mi albo nereczki, albo korzonki. Boli i siedzę owinięta jak babulinka, w pracy dobija mnie "ciągnące" akurat po nerkach okno... No cóż, na coś trzeba umrzeć, nieprawdaż??
Zamknęłam dokładnie 17. 06, więc nawet nie ma co dopisywać do nadgodzin, ale wyszłam padnięta na pysk.  I szczęśliwa spadam do chaty, kombinując, gdzie kupić pieczywo. Polazłam do Milei... kupiłam wszystko, ale o pieczywie zapomniałam. Nie chciało mi się siatki wyciągać, wzięłam darmową reklamówkę i... podarła się po drodze, zgubiłam mrożoną włoszczyznę. Jak mawiała moja Mama, jak coś zgubiłam: widocznie ktoś był potrzebujący. Ano. Widocznie, niech mu ta włoszczyzna smakuje. Wyciągnęłam zamrożony baltonowski w kawałkach z lodówki, a co, wsadzę rano do tostera i ten jeden dzień przeżyję.
W skrzynce list z ZUS i ulga - zaliczyłam rok na piątkę i nie będą mnie rżnąć :D Nie przekroczyłam dochodu, z czego się cieszę niewymiernie. Ale wciąż nie mam decyzji o waloryzacji, a "papiurek" będzie mi potrzebny, więc kolędowanie do ZUS mnie nie ominie. Ale to jak zamknę na kłódkę wszystko.
Drugi list z Orange do niejakiego Mariusza Kamińskiego (walić ochronę danych osobistych).  Tym razem doręczony przez Pocztę Polską, a nie przez In Post. Ojapierdolę, nie znam gościa, co on chce od mojego adresu, znów mi policja zleci szukając obywatela o tym nazwisku?? Pomazałam kopertę, wrzucę do skrzynki, może Orange się zlituje i od... chrzani od mojego mieszkanka??
Jeszcze dwa dni muszę przeżyć, a potem mogę umierać.
Zastanowię się, czy warto.
Jutro zapowiadają obfite opady śniegu.
Jeśli za tą tęczą bądź w tym, co tam jest nie ma tego białego gówna, to chrzanię zamykanie i... ssssssss... no dobra, spierniczam.
Wczoraj tak zdołowałam Barana marudzeniem, a i Inżyniera dobiłam, że szkoda gadać.
Inżynier w odruchu samoobrony napisał mi dziś, że u nich też poniżej zera.
Widzę, że i tam zaczyna się psuć, ale tam jest zielono, zajefajnie zielono wciąż... Nieważne, że zimno, lubię zimno, ale nie ma tego białego gówna wkoło...

A w nocy kładłam się już spać, wstaję od kompika i co ja pacze?? Osiedle niebieskie od pipów na sygnale, ale... nikogo nie ewakuowali. Poszłam spać przy zapalonej lampce, bo takie migotanie światła mnie budzi, ale do dziś nie wiem, co sprowadziło 5 wozów strażackich w moje okolice. Na żadnym portalu nie było nic, zatem myślę, że sobie po prostu dyskotekę z nudów zrobili :D
Jutro mogę iść później, ale jak znam życie ze śrubką w dupie polecę na 9. Tresura z Auschwitz...

Fajny ze mnie pies Pawłowa...

UPDATE

Poszłam do kuchni zrobić herbatę. Wstawiam wodę, paczę przez okno i... kiła i mogiła. Na parapecie już centymetr śniegu, odśnieżone chodniki zasypane znów,  białe gówno leci a na termometrze już minus 5. Chcę umrzeć.

UPGRADE


Zamieć taka, że za oknem nic nie widać...
To koniec...
Nie ma już nic... :(


niedziela, 17 marca 2013

Zazdrość


Tak wygląda H. Inżynier wczoraj "jebnął" fotkę... Ajfonikiem ani chybi, bo nie ma aparatu. Też odkryłam, że można nim panoramę robić...



Pozazdrościć... To mnie w tym roku, niestety, ominie... :(

Taka wiosna z Inżynierem, Baranem i może trochę z Małą Wiedźmą.
U nich już tak, a u nas, jak jest każdy widzi.
I nikt mi nie powie, że to białe gówno jest piękniejsze :(

Tylko życie pędzi coraz prędzej :(

sobota, 16 marca 2013

Wleciała

i wyleciała, ale jako że przyjechała bez Sikora, tośmy sobie pogadały. Obaliłyśmy 2 winka Mateus, jedno białe, drugie różowe, ale to oranżada, nie alkohol, a ja mam 2 nowe ładne świeczniki z tego :)
Miała siedzieć do południa, ale jej dawna przyjaciółka jest w szpitalu położniczym i się odezwała, to kazałam jej tam leciec poćwierkać, a co, nie będę skąpiradłem.
Lubię ją i to bardzo.
Jest jak córa, której nie mam.
Zobaczymy się znów na święta, więc nie jest źle.
A potem z wiosną hycnę na Kujawy.
Jak mnie zechcą, oczywiście :D

A teraz biorę się za kuwetę, bo roboty sporo jest.
Inżynier dziś pracuje.
Baran gdzieś przepadł.

Dzień za dniem...

piątek, 15 marca 2013

Paradise

Gorąca woda. Gorące żeberka. A wstawałam z nastawieniem grzania garów wody.
Znów mi się śnił rodzinny dom.
Jak dobrze, że już piątek i będę mogła NIE MYŚLEĆ :)

czwartek, 14 marca 2013

Co to będzie??

Nadal nie ma ciepłej wody i ogrzewania. Padła elektrociepłownia Karolin, ogrzewająca większość Poznania. Ponoć już naprawili i ciepło płynie, ale do mnie jakoś nie dopłynęło. Jak wiadomo, mój kąt podwórza, to "końcówka ciepłociągu" i dlatego w czasach komuny nikt tu nie chciał brać mieszkań, bo było potwornie zimno. Na razie jest znośnie, ale założyłam już polarek i za chwilę wlezę pod kocka, tylko mi się ryż na jutro ugotuje, bo nie będę w tę i z powrotem latać. Co będzie rano, nie wiadomo, w nocy ma być minus 14 znów, więc na pewno mieszkanie się wyziębi.
Mogę włączyć gaz, ale na noc się boję, mimo nieszczelnych okien nie wiem, jak zareaguje mój organizm na kilkugodzinne spalanie gazu. A umierać mi nie spieszno...
Jak nie sraczka, to przemarsz wojsk radzieckich. Kiedyś bym się z tego śmiała, a teraz jestem zła. Rano czeka mnie grzanie wody do mycia głowy, ojapierdolę... Żeby chociaż kaloryfery grzały, to...
Dobra, nie marudzę, bo to i tak nic nie da. Są rzeczy nie do przeskoczenia.
Jednak młodość łatwiej je znosi.
Odesłałam wczoraj rozdział i nic nowego nie ma. I dobrze.
Chociaż... Ona chyba nawet poczty nie sprawdza w takim układzie.
Z drugiej strony kobieta ma czworo małych dzieci.
Jak nie przemarsz wojsk radzieckich, to sraczka ;)


No comment

I jak tu żyć??








Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.
A do pracki muszę.
Zakopałabym się pod kordełkę.
I nie wychodziła, aż będzie 22... Na plusie, of course...

Update

Mycie glowy w zimnje wodzie - bezcenne (zanim się zorientowałam, że ciepłej nie będzie, umyłam w zimnej. Nie lodowatej, zimnej). Nie ma ciepłej wody a i kaloryfery z każdą minutą zimniejsze, awaria pewno gdzieś jest.
Cieszę się, że idę do pracy, jak wrócę, może da się żyć?? :)

I... nie warto narzekać na rutynę ;)