sobota, 21 grudnia 2013

Powrót na memłon

Po raz kolejny oswajam klawiaturę. Pisanie z polskimi znakami to tutaj wyższa szkoła jazdy i Inżynier ma rację, mówiąc, że nie będzie mi się chciało tego robić, ale im więcej piszę, tym bardziej mi się to podoba. Jeszcze tylko muszę naumieć skubańca mojego języka, bo jest automatycznie włączona podpowiedź, co Stara Jędza ma na myśli, a tego w sumie nie wie nawet ona sama.
Skubaniec ma też na dupce wytatuowane "I belong to Stara Jędza", gdzie oczywiście w miejscu SJ jest jej imię i nazwisko. Inżynier kochany jest i nie byłby sobą, jakby nie wybrał najnowszego skubańca. Ale ma darowane.
Jechałam n
Jak na ścięcie, bo moje wnętrzności zastrajkowały i to mogła być okropna katastrofa. Musiało to być psychosomatyczne! bo... Minęło bez piguł, których zabrałam aptekę całą.
Lot był bajkowy, oświetlona Ziemia wygląda jak wielka choinka i tylko sań Gwiazdora brakowało za okienkami.
Odebrana, wrzucona w ramiona Barana, kościste, bo kościste, ale za to jakie kochane, wymagana przez Dziewczynę Inżyniera, zwaną w dalszej części opowieści Gadułką, bo nawet mnie zagłusza rozpoczęliśmy ostatni etap przygody w Sroczym Zaułku. Ostatni, bo Sroczy Zaułek przechodzi do historii...
 Zdjęcia się powstawiały jak pijane, usunę, jak dorwę kompa, bo Skubaniec, jak widać ma humorki i robi co chce ;)
Będzie mi go bardzo brakowało, ale... mam nowe miejsca na ziemi w perspektywie i wiem, że będę tam zawsze miłe widziana. Nie, że będę gościem, bo ten jak wiadomo psuje się od głowy. I długa rozmowa z Baranem, przy wspomnieniowym pierwszorandkowym Black Tower, i... Dziękuję, że jesteś, masz miejsce w mym sercu na zawsze i na amen. I Postman też, choć mięsko z bigosu wyrzuca ;) Wegeterianin jeden :)

A potem  przepysznych Baranich plędzach Gadułka zgodnie z obietnicą naumiała mnie robićsushi i nawet herbatę chciała zrobić, czym mnie ujęła :)
I robienie sushi na cztery ręce
 

 Zabawa trwała, wino się lało strumieniami, czekaliśmy na Pracowitego Postmana, niech mu wybieranie mięsa darowane będzie... :) A potem, jak mówiła moja mama "rączki, buzia, siusiu, rączki, paciorek i spać". Chwile są piękne, darowane...








wtorek, 17 grudnia 2013

Time to say goodbye

Tym optymistycznym akcentem żegnam Państwa na jakiś czas, bo jak twierdzą niektórzy, wszystko się kończy, a jak twierdzę ja, nic nie może wiecznie trwać.
Będę tam, gdzie nie ma Internetu, znaczy się, nie ma zasięgu i nic nie pomoże.
Niech Wam święta w spokoju mijają, a Nowy Rok spełni Wasze marzenia.
Życie toczy się dalej...


niedziela, 15 grudnia 2013

Wpisy

mnożą się dziś jak króliki, ale działo się, działo.
Odprawiona (na powrót też się odprawiłam, sama, HA) poleciałam do wujka Mietka, ostatni raz w tym roku zapalic Im świeczuszkę, a potem na Stary Rynek, bo pogoda taka, że rzeźby niedługo wytrzymają. Opisywać nie będę, koń jaki jest, kazdy widzi, fotki wrzucę. Więcej nie ma, bo... skończyła mi się karta, a ja gupia cipa nie wiem, jak usuwać, żeby wszystkiego nie schrzanić, może to i lepiej :P


Pomerdały się zdjęcia, to z okolicy domowej, nie zgłosiłam włamywacza, bo SMS nie można ;)



 Śnieg nie padał, ale skoro mi już tak opaprali fotkę, niech zostanie :)










 Pod tą choinką co niektórzy mnie wypatrywali, ale nawet w jej pobliże dziś nie dotarłam.
 Biedne te dzieci, wciąż muszą z rodzicami grać na rynku. Nie sądzę, żeby to było ich życiowe marzenie... Na chodniku leży jakaś grzechotka... Chociaż może się mylę??
 I jakiś cesarz rzymski stał, ale jako że za fotki płaci się takim staczom, a nie miałam drobnych, zatem fotka jest, jaka jest :D





 I żelazko przydaje się do rzeźbienia...


 Lampki, ale jeszcze nieświecące, więc w zamian moje :) Świecące, bo... dobrze się bawię :D




A juterko ostatni dzień w tym roku do pracy.
Wymieniałam też kasę i pan chytrze wciskał mi banknoty 50-funtowe. Zdziwiony był, że nie chcę, bo w żadnym sklepie tego nie przyjmują, trzeba z tym latać do banku i jeszcze się opowiadać, skąd się ma... Przerabiałam. Zaskoczony był bardzo, no ale ja tylko wyglądam na idiotkę ;) Hahahahaha, dobrze się maskuję i ludzie się nabierają.
A z daleka szedł jakiś bogoojczyźniany pochód, z białą ogromniastą flagą i obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Fotki nie ma, bo zaczynało nieźle padać, a i do domu chciałam szybko, bo połączenie było. W necie jeszcze nic nie ma, później się dowiem, co maszerowało... Bóg, honor, ojczyzna, groźnie było...
Ojapierdolę...

Nie kijem go,

to pałką.
Odprawiam się. Zawsze są cyrki. I tym razem też był. Odprawiłam się w jedną stronę, ale to nic. w drugą zawsze zdążę. Nie lubię latać (nigdy nie leciałam) z dowodem osobistym. System zaś tym razem nie chciał przyjąć daty wystawienia paszportu. Inżynier mówi, że mam się odprawić na dowód. Z bólem serca czynię to, system dowód przyjmuje. I co ja robię?? Z powrotem zmieniam dowód na paszport (daty wydania mam identyczne) i tadam... Odprawiłam się na paszport :P
Trzeba umieć sobie radzić :D :)

Czy to się leczy??

Nigdy nie przepadałam za zielenią, w sensie, że lubię, mam zieloną kurteczkę, zielone szaliki, ale aż tak, żebym miała szmergla to nie. Lubię, bo uspokaja. Mam też znajomego, który wszystko ma zielone: łącznie z czajnikiem bezprzewodowym i papierem toaletowym, więc skutecznie mi ten kolor obrzydził.
Wczoraj, oczami duszy widząc, jak biorą mnie na noszach do szpitala i przeglądając zawartość półki z koszulami nocnymi (piżam nie cierpię), oczami duszy zobaczyłam, jak latam po szpitalu w oczojebnej koszulinie z łosiem, która skurczyła się w praniu (jak wiadomo, wszystkie rzeczy kurczą się ostatnio haniebnie). No i na Manhattanie na tę okoliczność zakupiłam sobie koszul nocnych sztuk dwie. Wyprałam, a jakże (pewno też się paskudnice skurczyły). Jako że na balkonie nic porządnie nie wyschnie w tej temperaturze, a jeszcze nie daj blog sąsiad opony znów będzie palił, to i zaśmierdnie, więc rankiem przenoszę delikwentki na kaloryfer celem doszuszenia i co ja paczę????

















Aparat przekłamuje, bo to lampa miga. Kolory są identyczne. Ojapierdolę :)
Idę w świat, bez plecaczka, tylko dorwę Inżyniera, żeby się odprawić...
Miłej niedzieli, spokojnej :)

sobota, 14 grudnia 2013

Przodownik pracy

ze Starej Jędzy jest ;)
Plan wykonany w 120%.
Zaliczyłam Manhattan, Lidla, sprzątnęłam dokumentnie mieszkanie, łącznie z loggią, myciem okien, ugotowałam dwudaniowy obiad, upiekłam chleb, pranie zrobiłam, pościel i obrusy zmieniła  i padłam ;)
Ale mam już święta, bo skusiłam się na gałęzie i z rozpędu, a co tam...
To już ostatnie święta w Sroczym Zaułku, a wracam wcześniej, więc się jeszcze chcę atmosferą nacieszyć.
I tak





Jutro się odprawię.
Na wyjście do miasta nie starczyło mi już siły, ale pójdę jutro.
Może i nie jestem staruszką, ale trzydziestki też już nie mam, a trzy okna i cała reszta to jak dla mnie wypas :D

piątek, 13 grudnia 2013

Cały dzień

z wariatami upłynął w miarę spokojnie, tak że już koło 13 Stara Jędza na krzywych nóżkach poleciała szukać złota faraonów, bo tak, bo ma taki kaprys, co by to złoto mieć. W wiosce cuda wianki, cywilizuje się, choinki fajne są i jak pogoda dopisze, to SJ zabierze aparat i pofoci sobie... A że dziś aparatu nie miała, tylko ajfonika, zatem dokumentacja marna jest, ale zawsze...
Złoto faraonów zdobyte, nieco przepłaciłam, ale odkryłam inne źródło, tańsze i jak dobrze pójdzie, będę żyła aż do śmierci, bo nie leczy ono... no właśnie, tylko śmierci nie leczy.
Lecąc na krzywych tłustych nóżkach SJ pobawiła się w starą zabawę pt. znajdź kotecka





... odnotowała z kronikarskiego obowiązku fakt postępów na budowie ekochoinki...



... zauwazyła też, ze stawiają podesty pod jutrzejszy konkurs rzeźby lodowej (jak nie padnie przy myciu okien i leń jej nie dobije, to poleci)...

... zacukała się nad ogromniastą kolejką po choinki darmowe (na deptaku ludzie latali jak głupi z choinkami i zastanawiałam się, co jest grane...)

... ogonek wije się i ginie w oddali (nie chcialo mi się bliżej isć, bo nie po drodze mi było w tamtą stronę...),

... pogapiłam się na nieświecące jeszcze lampki, jako że słońce ładnie świeciło...

Kupiłam złoto faraonów, lecąc na autobus kupiłam drugą porcję złota...
i na przystanku rozszyfrowałam, dlaczemu ludzie w komunistycznej kolejce stali po darmowe drzewka...




Ceny faktycznie powalają, w oddali widziałam kartkę 300 zł, ale już nie zdążyłam dolecieć i sfocić, bo mój autobus nadjechał i udałam się do domku :D
Gdzie czekam aż Boss wyszlifuje (wyrzeźbi) swoje dzieło, a jutro będzie mycie okien raz :D
Będzie się działo :>


Jeszcze tylko

parę godzin, trochę użerania się - całe życie z wariatami - jak mówi Baran, za którym stęskniona jestem niepomiernie i doczekać się nie mogę kościstych ramionek i paluchów - i weekend. Będzie się działo.
Ksawery, drań jeden uświnil mi okna tak, że to nieporozumienie. Po roku niemycia nie byłyby tak brudne, jak po przejściu tego dziada. Wprawdzie myć nie muszę, bo będę w Sroczym Zaułku, a tam okna pomyli już, ale... Brudne są i nawet spuszczanie roletek nie pomaga, rano podnoszę i co ja paczę? Ślepa jestem więc lecę po bryle i co ja paczę?? Mało że brudne, to jeszcze mgła... No i jak ja lecę, jak mgła jest??
Więc żeby się nie nakręcać, będę okna myła.
A że i jeszcze parę rzeczy czeka, więc będzie się działo.
Całe życie z wariatami ;)

Dla Dory: tak się kiedyś u mnie działo ;) Niedobitki z mojej wlasnoręcznej kolekcji. Lata 80., instrukcja z jakiejś niemieckiej robótkowej gazetki :)
W tej granatowej do pracy latałam, a w tej czarno srebrnej na fajfy, ostatni raz miałam ją na tyłku w sylwestra 9 lat temu, a wciąż nówka nieśmigana, tylko gabaryty już nie te i wyglądam w niej teraz jak szynka wielkanocna, więc... może poczekają na Małą Wiedźminkę :)

środa, 11 grudnia 2013

Z tego wszystkiego

mam wrażenie, jakbym jechała na karuzeli... W pracy młyn, że ojapierdolę, do tego niektórzy mają nie po kolei, do czego dawno powinnam się przyzwyczaić, a wciąż nie mogę.
Baran wsiąkł, ale jak widzę, też ma młynek.
Inżynier ruszył do przodu jak czołg i... nie żałuję mojej decyzji, bo głos z mojej głowy, który mi to kazał zrobić (tak, wiem, wiem, to się leczy) był głosem mówiącym prawdę, i to, co dziś od Niego usłyszałam (znaczy się, od Inżyniera, nie od głosu w mojej głowie) naprawdę polało miód na moje serce. Nie tylko jest fizycznie do mnie trochę podobny, ale i rozum ma po mnie, na całe szczęście (wiem, wiem, zero samokrytycyzmu). Jedyne, czego w głębi serca żałuję, to że nie uparłam się, żeby dzieci miały też moje nazwisko.
Bo moje nazwisko przepadnie, nikt mądry go nie nosi.
Trudno.
Boli mnie żołądek z nerwów, już dawno tak nie miałam.
Ale też dzieje się.
A Londyn zasnuty mgłą i lotniska zamknięte.
I...
Idę zrobić herbatkę dla nerwusów.

wtorek, 10 grudnia 2013

Kochany Pamiętniczku

W pierwszych słowach mojego pisania serdecznie Ci dziekuję, że jesteś ze mną i cierpliwie znosisz moje bazgroły, bo inaczej mnie... szlag. Ale to po kolei, od końca...
W szparze unijnej czekała na mnie przecudnej urody kartka od Dory, za którą Dorze pięknie dziękuję :)



ma dziewczyna talent i Jej się chce, bo mi się już wszelkich robótek odechciewa, nie, że nie umiem, ale nie bo nie, bo i po co??

A tak z rzeczy codziennych - chodzę na maksymalnym wkurwie. Dziś mnie dobili ageizmem. Nie, nie wstydzę się swoich lat, nie motam, nie kombinuję, mam ile mam, wyglądam na swoje lata, jestem Babcią, na swoje zmarszczki zapracowałam uczciwie i nie mam zamiaru pozbywać się ich, nie chcę wyglądać dziesięć lat młodziej. Jestem wredną, Starą Jędzą i dobrze mi z tym.
Ale...
Miałam dziś okienko, w sensie, że w pracowym wałku się coś zacięło, no to sruuu, po necie, bo poczty pilnować muszę, no i w Onecie włażę na wiadomość, kieruje mnie na bloga i... żeby to było jakieś 10 lat temu, kiedy zażarcie i zawzięcie broniłam swoich racji, może i wdałabym się w polemikę, ale teraz?? W pompie to mam. Ale wkurw narósł, bo kobiałka pisze "sześćdziesięcioletnia staruszka" i cały wywód na temat niecności tejże, bo niecna jest nie dlatego, że niecna, ale dlatego,  że ma 60 lat... Ojapierdole. I berecikiem jest. Jakże zgrabnie, nie moher, a berecik... No nic, poczta przyszła, zanim mnie rozgrzało i wzięłam się do pracy, aż furkotało, czas leci miło i wtem... Dostaję artykuł, streszczę krótko: starość zaczyna się po sześćdziesiątce. Będę garbata, zgięta do ziemi, z haczykowatym nosem, będę nogami powłóczyła, dopadnie mnie alzheimer z parkinsonem do towarzystwa (nosz, mało że rozleję, to jeszcze mogę zapomnieć wypić, fuck...) i będą się ze mnie szyderczo śmiali, jak padnę na mordę, zahaczywszy o dywan i na dokładkę, ojapierdole, prostata mnie dopadnie... Nie, stój, prostata to u męża, a że takowego posiadam w inwentarzu, a nie na składzie, tłuc się nie będziemy,  jak on będzie kibel okupował, bo nie będzie się mógł wysikać, a ja będę w drzwi łomotała, bo nietrzymany mocz pocieknie mi ciurkiem po nogach... Ojapierdolę. Do tego cała tabelka zabiegów, którym powinnam się poddać, a których ceny za 15 minut szybują, volare, hohohoho :) Nawet moja pensja na nie nie starczy, a bez nich nic, tylko trumienkę obstalować i w mogile ciemnej spać na wieki...
Ojapierdolę.
Skorekciłam, nie wytykając krzywym, grubym pazurem ze zwyrodniałymi stawami primo po pierwsze - beznadziejnego stylu, primo po drugie - zwykłych literówek, primo po trzecie - skandal! Ortografów.
Z wrodzonym mi taktem i delikatnością odesłałam rzeczony wytwór autorce, strzelając w emilku focha, na co dostałam odpowiedź, że są staruszkowie i jest Stara Jędza... Nosz :) Tyż prowda :D Ale podlizywanie się nie pomoże.  Potem w czasie pogawędki na schodach biedna autorka cukała się, że broń blog, Stara Jędza nie wygląda.
Kurde, nie chodzi o wygląda - nie wygląda.
Powiedzieć: po pięćdziesiątce, po sześćdziesiątce, OK, też będę miała siedemdziesiątkę, jak dożyję i ten Tam na Górze pozwoli.
Ale staruszka???
Kurde, do pracy to jestem młoda, zdolna.
Czuję się zażenowana, jak ktoś młody w tramwaju ustępuje mi miejsca, ale i zła, jak ktoś nie ustępuje (wiem, przewrotność moje drugie imię), sama ustępuję, jak widzę, że się próchno sypie, że ktoś o kulach, że ktoś z dzieckiem (nieważne, kobieta czy mężczyzna)...
Staruszek to dla mnie stan umysłu, znam ludzi metrykalnie młodych, a jednocześnie starych.
I nigdy nikomu nie wytykam pazurem ani młodości, ani starości.
No to se pogadałam i powątrobiłam się.
 I szlag, bo zamiast zrobić zakupy kucgalopkiem na trasie Rossmann - Biedronka - dom połakomiłam się z tej starości na autobus i pojechałam do Lidla, a tam po raz kolejny niespodziewajka - cash only - a że cashem nie  śmierdzę, miałam tylko 10 zł polskich, zamiast wydać kilkadziesiąt zyla, wydałam 9,80, kupując kolejnego hiacynta, mandarynki i cytryny dwie :D  Na więcej nie starczyło. Hiacynta, of course, nie musiałam, ale chciałam...
A teraz piekę chleb, spadam do Las Vegas, a juterko znów do roboty...
Staruszka... :)