niedziela, 8 maja 2016

Zgodnie

z zapowiedzią - działo się.
Ponieważ wyszłam z domu za wcześnie, więc przetuptałam 5 km, co mi na zdrowie wyszło. Pogoda jak marzenie...
Wypatrywałam wieżyczek :)
 Takie graffiti to jest ok.
 Szpital ortopedyczny im. dr. Degi.
 Kamieniczka.
 Kamieniczka w całości.
 I kotecek. Korektorka wszędzie błąd znajdzie :D
 Budynek szachulcowy, strasznie mi się takie podobają :)
 Polibuda.
 Kościół przy rynku Wildeckim.
 Kamieniczka.
 I fontanna, nareszcie czynna, bo ostatnio sucha była wciąż...


 Rozśmieszyło mnie, tak jakby fryzjer był u Pawła :)
 Można ukwiecić balkon? A można go olać?
 Czy jak dosypię tego relaksu do wódki ominie mnie kac?
 Nowy sklep ze starociami, cudne rzeczy tam mają, fotele jak marzenie... Muszę wdepnąć.
 Tu stanęłam. A pan śmieci na torach zbierał. W niedzielę, szok :)
 Wszyscy czekaliśmy cierpliwie.
I stara bimba przejechała, łezka mi się w oku zakręciła :) Można było wsiadać i wysiadać w biegu. Com czyniła, ale byłam młoda i głupia :)
I za niedługo zaczął się on.
Poznań - Wings for Life World Run 2016

Idea wyścigu jest taka, że meta goni uczestników. Samochodem kierował Małysz, niestety na fotkę u mnie się nie załapał, nie zasłużył :)

 Nadchodzą...
 Bezkarne robienie fotek policji to to, co tygryski lubią najbardziej :P

 Pierwsi biegacze :)

 A nad nami helikopter krążył.




 Na wózkach jechało mnóstwo osób. Stałam na lekkim wzniesieniu, gdzie ciężko było im podjechać, ale w przeciwieństwie do innych wyścigów, tu zawodnicy pomagali tym na wózkach. Bez proszenia, odruchowo, naturalnie...






 A blond włosy rozwiewał wiatr :)
 I like, Szymon :)

Zachwycił mnie ten fryz ;)

 I pieseczek był, a jakże. Patriota :)

 Batman.



 Dzieci nie są żadną przeszkodą, jak widać.

 I naprawdę wszyscy tacy uśmiechnięci.


 Poznanianka. Porzundek zaś ale musi być :)




 Zakopane też biegło :)
 No i oczywiście Gwiazdor. Bo to Poznań, Gwiazdor musi być.

 I dziewiczy wianeczek ;)
 I statua Wolności :)
 Skojarzyło mi się to z gościem z Wikingów :)
 No i Ruda, Ruda zawsze musi być, bez Rudej nie ma zabawy :)
 I weganizm tez propagowali :P
Do tej starej bimby można by było wskoczyć i kawałek się podwieźć ;)



 I Żyrafka też biegła :)


 No i oczywiście Kubuś Puchatek. Podziwiam, bo żar lał się z nieba, więc wdzianko na pewno nieźle grzało :)
 Farbowana ruda, na dokładkę facet :P
 Panu się kierunek pomylił :D
 A tu pan nie wytrzymał, strip-tease zrobił. Futerko w maju, w cieniu było 26 stopni :)


 Niektórzy powoli pasowali...



 Młode męskie piersi. Rozmarzyłam się :D




 Pan kibicujący zmartwiony, że to już koniec i nie będzie miał komu piątki przybijać.


 Małysza wypatrują...
 Wolontariusze polewali wodą biegnących, ale nie sądzę, żeby to był dobry pomysł... No cóż...

 Bezkarne selfie z policją :)


 Małysz za kierownicą :D



 A tym autobusem jechali ci, których Małysz wyeliminował już. Na razie było w nim pustawo.  I to już koniec jak dla mnie, biegacze biegli do Gniezna. Wpisowe, bagatela, 120 zł, poszło w całości na badania naukowe. Mam nadzieję, że do zobaczenia za rok :)


sobota, 7 maja 2016

Zakochałam się

w szewcu.
Ty, Baran, nie pochlebiaj sobie, żaden szewc nie robił moich dzieci :P
Znaczy się, przypomniało mi się, jak kłóciłam się z Eksem o Pierworodnego.
Bo Eks, niepomny swojego dzieciństwa i naporu rodziny, dążył, by dzieci były lekarzami.
Pierworodny poszedł do liceum ekonomicznego, bo nienawidził biologii.
Inżynier poszedł do wówczas technikum kolejowego, bo tam była najlepsza informatyka w całej wiosce, no i nie było biologii.
Moja Mama, a ich Babcia uczyła biologii.
A ja jestem, oprócz tego, że jestem Starą Jędzą - wariatką na badylki.
Wychodziłam z założenia, że jak moje dzieci maja być nieszczęśliwymi lekarzami, niech będą szczęśliwymi: mleczarzami, gazeciarzami, szewcami...
Była wojna...
Inżynier jest zawodowo spełniony, Pierworodny mam nadzieję też, ale z nim mam gorszy kontakt i trudniej go rozgryźć...
Wracając do naszych baranów:
Ten szewc się nie starzeje (wciąż go widzę, jak siedzi w warsztacie na Makowej, toczka w toczkę taki sam, jak przed 30 laty...) - a przeniósł się na Manhattan jakieś 3 lata temu.
Butki pasują idealnie... Polazłam w nich do Lidla, co zazwyczaj zajmuje mi około godziny, i nic. Zero pechęrzy, aczkolwiek nieco mnie nogi bolały.
Mam przynieść te klapki z Tamarisa, co mi nogi żrą do żywego mięsa.
Taka stara, a taka głupia...
Wciąż widzę siebie, jak siedzę w warsztacie u pana Zmyślonego, który pracowicie wbijał ćwieczki w buty i gawędził...
Mój Dziadek, którego nie poznałam realnie, bo zmarł krótko po moich urodzinach, też był szewcem.
Mam 61 lat i nie wpadłam na to, że każde buty można spróbować naprostować.
Zwłaszcza te, które kosztowały ponad stówę. :D 
O, zwłaszcza. Nasze ulubione słowo... Z czasów, kiedy mieliśmy TV,  zakładaliśmy się, kiedy padnie zwłaszcza...
Jutro, Kochany Pamiętniczku, będzie się działo.
Albo i nie :D

czwartek, 5 maja 2016

Nie było

dziś Bossa, panowała cisza i błogi spokój.
I wszyscy na wyścigi mnie pocieszali.
Lubię z ludźmi pracować, jak mówią Amerykanie: to są moi ludzie. Jeszcze z żadnym z nich przez 6 lat się nie pokłóciłam, owszem, czasem mnie krew zalewała, jak ktoś kręcił i kombinował, ale na noże nigdy nie było. Jednych lubię więcej, innych mniej, ale zespół jest jak dla mnie OK.
No nic, zobaczymy.
Spokojnie skończyłam, do domu piechotką poszłam, słoneczko grzało, a ja w sandałkach na całe szczęście.
Jutro wolne, bo połowa ludzi w terenie, a ci, co na miejscu, wyczerpani ekstrasem i obadałam, że jutro nic nie będzie. Godziny wyrobię, a bez sensu latanie, jak pracy nie mam. Za to mam trzy dni wolnego i nie zawaham się ich użyć :D
Bo to już ostatni weekend wolności, potem do końca maja będzie jazda bez trzymanki.
Nie mam pojęcia, kiedy wrócę w mój stary, utarty tor.
Postarzałam się i nie tęsknię za szaleństwami. Cieszę się ze spotkania z Przyjaciółmi i Rodziną, ale przeraża mnie zamęt temu towarzyszący.

Imbirella chciala granatowe wspomnienia, zatem...
 W 1962 roku wysłano mnie na wakacje do Wrocławia.  Do siostry mojego Ojca. Na cały miesiąc. I tyle mam z tym wspomnień, że ojapierdolę.
Rodzice zawieźli mnie do K. i tam na dworcu... wsadzili do pociągu, jadącego do Wrocławia. A miałam wtedy... 8 lat :) Na szyi miałam tabliczkę z imieniem i nazwiskiem, z adresem wujostwa we Wrocławiu. Nikt się wtedy danymi osobowymi nie przejmował, pasażerów poproszono i konduktora o opiekę nade mną.. I pojechałam :)
Wujostwo mieszkało na Podwalu, niedaleko były jeszcze ruiny i tam namiętnie się bawiliśmy. Kuzynostwo było dużo starsze ode mnie i gardziło taką małolatą, ale na podwórzu znalazłam wspaniałą bandę :)

I cud na miarę komputera dziś: trzepak. Wsiowa panienka nie znała trzepaka, więc z radością przewijałam się na nim całymi godzinami. Miasta wiele nie zwiedzaliśmy, Wujek pracował (milicjantem był, legendy krążyły o tym, co naszabrował), a Ciocia ogarniała wciąż chałupkę. Puszczono mnie samopas, a banda, jak widać na obrazku, przesympatyczna. Ten najwyższy - Maciek, był naszym wodzem, a jego zastępcą Zbyszek, ten na dole po prawej. I któregoś dnia ściągnęli mnie z trzepaka i poszliśmy w ruiny. Czego tam nie było, jakie skarby. Znaleźliśmy granat i... niewybuch... Granat zachomikowaliśmy w naszej "bazie", w opuszczonej piwnicy, a pocisk był hmmm... trudny do ruszenia, więc szukaliśmy narzędzi. Na moje nieszczęście (a może szczęście) Wujek przyłapał mnie na grzebaniu w jego skrzynce z narzędziami, no i sprawa się rypła...
Nie muszę mówić chyba, że solidnie wszyscy dostaliśmy w skórę.
Takie to były rozrywki w tamtych czasach :) Ostatnio spacerowałam tam  z Eksżoną Kuzyna i aż mi się łza w oku zakręciła na widok fosy na Podwalu... To były piekne dni.
We Wrocławiu spędziłam jeszcze miesiąc cały w czasie studiów, na praktyce zawodowej w Bibliotece Uniwersyteckiej. Ale nie miałam już wtedy kontaktu z Wujostwem, w ogóle rodzeństwo mojego Ojca to bardzo dziwna bajka. Reszta rodziny (znaczy się, kolejne gałęzie, bo samo rodzeństwo już na chmurkach lata, a we Wrocławiu mieszkało ich najwięcej, a było ich trzynaścioro) nie utrzymują ze sobą żadnego kontaktu. I tyle tam sekretów i zakrętów, że ojapierdolę.
Ciekawa jestem, czy ktoś zgadnie, która to Stara Jędza - ta po prawej czy po lewej, a może ta na ziemi siedząca? :)

A żeby nie było, że ja taka wredna jako dziecko byłam, to proszę.


Cztery lata mając już grzecznie na motorze jeździłam, ach, ten Junak :)

Sześć zaś mając, z psiapsiółami byłyśmy prekursorkami Aniołków Charliego. I znów bonusik: która to ja?
Przedszkole za niedługo kończyłyśmy :D


I kariera sceniczna mi się kroiła od najmłodszych lat, ale jakoś nie wyszło :D I znów: gdzie ja jestem? ;)

A to piękne przedwojenne zdjęcie przed kamienicą, w której mieszkał i miał warsztat mój Dziadek. Stoi z wujkiem Mietkiem i moją Mamą, w bramie jest szyld z jego nazwiskiem...
Jak ten czas, Kochany Pamiętniczku, zapinkala...

środa, 4 maja 2016

Orzeszku

orzeszku.
Orzeszku...
... mać...
W poniedziałek na dywanik do Bossa, bo... urlop biorę.
W tym jeden dzień okolicznościowego na ślub Inżyniera. Należy się jak psu zupa.
W sumie powinnam wziąć urlop na całe dwa tygodnie i mieć wyjebane, bo mam, uwaga, achtung, wnimanije - 45 dni urlopu, no i ponad 60 nadgodzin. Zaraz po ślubie, mimo zakończenia miesiąca wracam do pracy, bo... jest praca. A ludzie chcą mnie, nie tę, co będzie mnie te dwa dni zastępować. A nie biorę więcej, bo... żal mi ludzi. Kto nie pracuje w takim kurwidołku, w sensie zapieprzu, ten życia nie zna.
Nie mogę się dogadać z Bossem, nie ogarnia urlopu na pół etatu.
Oddałam już na wieczne nieoddanie 15 dni (wypisałam wstecznie, miałam odebrać, ale nie było kiedy, więc bez wyrzutów sumienia, jak nie ma co robić, po prostu idę do domu).
Wypisuję dni po 8 godzin, co formalnie zmniejsza mój urlop o połowę, nawet jak są to dni 4-godzinne. Ale... Pani w księgowości nie chce tak kombinować i wpisuje prawdę, czyli 4 godziny.
Boss tego nie ogarnia.
Dreszcze mam i boję się tego dywanika.
Bo żeby z kimś dyskutować, to ten ktoś musi ogarniać rzeczywistość, a nie zaginać czasoprzestrzeń do swojego widzimisię.
A jaki Boss jest ostatnio, szkoda gadać.

Więc?

Długi weekend spokojnie minął, bez fajerwerków i szału. Nie poszłam nigdzie, bo nie, bo kolanko oszczędzam. Maść działa, ale... Chcę mieć pewność, że wydobrzało naprawdę. Łażenie ograniczyłam o połowę.
Szukałam materaca dmuchanego, ale spasowałam. W sklepach, nawet tych "niedrogich" materace bez pompki od 200 zł w górę.
A i te wyglądają jak półtora nieszczęścia.
W internetowych zaś na fotkach wszystko zajefajnie wygląda, ale jak może być cud miód i orzeszki za niecałą 100 zł, skoro realnie za 200 nie jest?
Kupiłam zatem kordłę i poduszkę.
Materac potrzebuję na może dwie noce, jak drużbowa Inżyniera będzie nocowała. Inżyniera położy się na kocek, kordłę, młody jest, wstanie z podłogi, a ona będzie miała kanapę.
A Banda Czworga już tak spała, młodzi są, dadzą radę, a z kordły powietrze nie uchodzi, nie trzeba pompować i spuszczać.
W dupie wszystko mam.
Nikt też nie myśli, jak mam to dotachać, bo ciężkie jest, bez pompki, a co dopiero z pompką. Wiem, bom w sklepie macała.
Pracując nie mam jak warować na kuriera, a z pracy nie doniosę do domu.
Więc w dupie mam. Mną się też nikt specjalnie nie przejmuje, więc co ja innym będę?
Nie mówię, jak tam jadę, posłanie mam (nie licząc all exclusive u Barana), nawet pościel sama powlekam.
Więc co się będę młodymi martwiła, przeżyją. I tak naprawdę nie mam już gdzie upchać tego materaca później.
Więc wrzucam na luz, nie pękam.
Szukając materaca takie cuda wianki widziałam



 Nic, tylko się przekwalifikować. I o 2 zł taniej :)


Lampeczki sobie kupiłam, bo lubię. Jak spuszczam roletki, tak fajnie przebłyskują... Miło będzie, jak się ociepli, posiedzieć wieczorkiem...

Kopytka buraczane upichciłam, smaczne są. Mam fazę na niejedzenie mięsa, więc takie wynalazki mnie bawią.


Zaszalałam i kupiłam sandałki z Maciejki, już trzecią parę. W necie, bo znam model. W zeszłym roku też takie kupiłam, ale tyle łażąc już je solidnie zdarłam. Wygodne, leciutkie i nic, tylko czekać na pogodę (w starych już chodziłam, ale znów zimno).


A w banku nieziemską fantazję mają. Kwota wypłaty to pikuś, ale kto wykona 9999 transakcji dziennie?

I tak, Kochany Pamiętniczku, do poniedziałku nie myśleć o poniedziałku. Co ma być, będzie.
A czas leci i za niedługo Inżynier znów zląduje.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Baterie

na wykończeniu, więc kopnęłam się do miasta.
A centrum, poza deptakiem, wymarłe i puste. Główna ulica, dawniej Czerwonej Armii, obecnie Święty Marcin wygląda jak miasteczko na Dzikim Zachodzie, takie opuszczone. Szaroburo, ludzi mało i tak jakoś chyłkiem przemykają.
Przepełzłam, bo mnie natchnęło, że coraz mniej czasu do ślubu, a ja torebki nie mam. A umyśliłam sobie koralową kopertówkę. W pierwszym sklepie pan podsunął mi jedną kopertówkę i nie wykazał mną żadnego zainteresowania, aczkolwiek na kolorach się znał. Niestety, kopertówka była lakierowana, a ja mam buty matowe.
Podziękowałam.
W drugim sklepie przesympatyczna pani doradzała mi z zaparciem, wtykając granatową torebkę i tłumacząc, że kopertówki niemodne, że buty nie muszą być koloru torebki, że mam se wiotką szyjkę szalikiem koralowym owinąć, że mam se kupić korale koralowe, że...
Ojapierdolę. Miła, ale mam swoją wizję. A żem Strzelcówna, to moda modą, ale image ma być moje...
W Kupcu Poznańskim ogólnie dupa.
W trzecim sklepie pani skierowała mnie do Kupca...
W czwartym sklepie pani ponarzekała na zdziczenie obyczajów, że kopertówek nie ma, bo niemodne, bo te młode to tylko z takimi wielkimi torbami latają, co to słonia można w nich zmieścić, nawet do teatru z takimi torbami, a ogólnie to ona idzie z torbami, bo ludzie wszystko w Internecie kupują (sklep vis a vis mojej Alma Mater, był tam jeszcze jak ja na studia chodziłam).
Pasaż Różowy - kiedyś kwitnący, teraz jak speluna i nic tam nie ma.
I tak, Kochany Pamiętniczku, dziewiątka nadjechała, więc wskoczyłam, bo na liczniku nabiło mi już 5,5 km...
W Heimacie, w piątym sklepie pani miała koralowy, ale worek wielki ze złotymi okuciami. Kolejny wykład na temat tego, że jak nie mam wieczorowej kiecki ąę bułkę przez bibułkę (nie mam, bo nie ta figura), to taki worek pasuje, a potem mogę z nim zapinkalać na co dzień. Ano, mogę, ale nie będę, bom nietorebkowa.
W piątym sklepie zrozpaczona gotowa byłam kupić to

bo i koralowe, i granatowe, ale biel mi nie pasowała, bo sukienka ma beżowe mazaje, a nie białe.
W szóstym sklepie nic koralowego nie było.
I dobrze.
Bo zjadłam obiadek, przespałam się, wyciągnęłam ze szafy sukienkę, żeby sprawdzić, czy się w nią mieszczę (jeszcze mieszczę), buty (piją, ale chyba roznoszę, jak nie, dam do szewca do rozciągnięcia, są wygodne, a ja urosłam) i... torebkę.
Kopertówkę.
Jest hmm... niby czerwona, ale ma wstawki koralowe i wątpię, by na ślubie ktoś padał mi do nóżek, by sprawdzić, czy ust mych korale, tfuuuuuj, korale mych butów są identyczne, jak moja kopertówka. Tym bardziej, że z "naszej" strony będą sami fajni ludzie, którzy lubią mnie nawet w dresowych, wyciągniętych porach (Ty byś w worku po pyrach łaziła, mawiał mój Eks z pogardą), więc nie sądzę, żeby odcienie moich butów i kopertówki robiły im jakąkolwiek różnicę. A "tamtą" rodzinę mam... z szacunkiem, co komu do domu, jak chaupka nie jego?
I tym pięknym sposobem około stówki mam w kieszeni i nie muszę więcej latać po sklepach i szukać kopertówki.
Tralalalalala...
A wioska smutna jakaś i szara, nie wiem, czy to ta pogoda, czy cuś.
Ulice puste, a przecież zawsze tętniły życiem. Nawet studentów gdzieś wymiotło, a przecież to okolice sesji i powinno być tłoczno wszędzie...
Na dowód

 Na Pólwiejskiej w tym roku trochę drzewek, ale... ludzi mało jak na deptak w centrum...
 I brzózka w doniczce smętna...
 ... a Romeo wypatrując Julii....
 ... umiera z tęsknoty...
 ... i nawet pieścichłopy jakieś wyblakłe w tym roku są...
 ... smutne... zmarznięte...
 No a na chodniku uczą nas, jak iść prostą drogą...
... a ja jestem, proszę pana, na zakręcie, moje lewo to jest pańskie prawo...

... i czułam się jak ta ptaszyna, szara, bezbarwna, zakamuflowana...

W środę wracam do pracy.

Jutro ogarnę tę kuwetę i zakupy zrobię, a potem muszę się wziąć i za siebie, i za skanowanie fotek dla Inżyniera, bo to ostatni dzwonek już.

I tak się nam Kochany Pamiętniczku, ten niesłychanie zimny kwiecień powoli kończy.
Tęsknię za My Shadow...

środa, 27 kwietnia 2016

Myślałam

dziś rano, budząc się, że nie żyję.
Bo zasada jest taka, jeśli budzisz się i nic cię nie boli - to umarłeś.
Ale sceneria ta sama.
Słoneczko właśnie wstawało jak co dzień.
Zabaweczki leżały pod ręką.
Pomyślałam więc, że w zasadzie nic się nie zmieniło.
Zgięłam jedną nóżkę. Tę mniej bolącą. Nic.
Zgięłam drugą nóżkę, tę inwalidkę i lekuchno poczułam, że jednak nóżkę mam.
Znaczy się, cały pogrzeb na nic, żyję.
Potem Baran, który zaspał, z opóźnieniem zabrał mnie do Paryża, a jednak :) Jak co dzień :P Oj, jak ja to lubię, zawsze robi mi dzień, szkoda, że tylko co dwa tygodnie, ale nie można mieć wszystkiego, co nie?

Wieczorem zmieniłam pościel na taką, co mi jej już nie żal, więc nie przejmowałam się, że maść mi coś wybrudzi. Jak się nie spierze, nie będę płakała :D
Spalam jak mały diabełek :)

I ponieważ wisi nade mną tylko pszenica, nie jest źle...

Ale wiosny dalej nie ma, zatem w ramach poprawiania sobie humoru pójdę zobaczyć, czy ogrodnik ma jakieś fajne kwiatki :)

Have a nice day, jako i ja mam :D

wtorek, 26 kwietnia 2016

Działo się

aż nadto.
Kierownik Budowy z dziewczynami w sobotę wleciał, nawet godne wino przytachali, ale czeka na lepsze czasy. Nie wiem, czy moje kłopoty ze stawami to nie jest czasem dna, więc zero alkoholu. Poza tym, szparagi wygrywają :)
Bywa.
W niedzielę plackiem przeleżałam, bo...
No właśnie, przyznać się, której się czary pomerdały, bo coraz więcej amatorek zabiera się do dzieła i potem wychodzi jak wychodzi - zamiast porządnej wiosny mamy bylejaką zimę. Na całe szczęście w mojej wiosce to białe gówno nie pada, ale ziąb taki, że nawet mi zimno.
W poniedziałek kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i popitoliłam.
Bo czas najwyższy na pitolenie.
Nie odliczyłam jak co roku baterii, raz że znalazłam tylko dwie faktury, dwa, nie jestem pewna, czy jako emerytka wciąż jestem inwalidką, a potem machnęłam ręką na szukanie faktur... i...
Dupa.
Mam złotówkę niedopłaty. Pełna nadziei studiowałam neta, bo jak Inżynier miał 5 złotych nadpłaty, to mu US nie zwrócił, a jeszcze mnie ganiali jak łysą kobyłę, bo program te 5 zł w rubrykę wyżej wpisał, co w sumie nie zmieniało niczego. Ale nie ta rubryka, więc... Inżynier musiał mi z UK pełnomocnictwo przysłać (a zarobił tego roku zawrotną sumę 200 zł polskich z groszami), ja z duszą na ramieniu do US poszłam, dobrze, że aparaty założyłam, bo pierdzistołek miał wąsy takie, że nic nie było widać, co mówi. Z czcią i szacunkiem ja parafkę, on parafkę, nieszczęsną piątkę przeniesiono na właściwe miejsce i... Koniec bajki.
Ale nie. Muszę złotóweczkę wpłacić, i to w terminie, bo odsetki narosną i będą mnie ścigać.
Ojapierdolę.
Poszłam więc do budki wydrukować pity, bo nie opłacało mi się z tym lecieć do pracy, zresztą mam drukarkę w korytarzu, a u nas w firmie za ujawnienie zarobków, a pit ujawnia mogą z pracy wywalić. Kosztowało mnie to 2,80 :)
Potem jazda do US, a że nie mam miesięcznego, coś ok. 1,50 za bilet poszło.
Po drodze poczta, na której można zapłacić bez prowizji tę niedopłatę. Jedyna dla mojego US. Na szczęście dużej kolejki nie było, ale... Nie mam numeru konta US. Pytam panienkę z okienka, a ta na mnie z pyskiem, że obsługuje. Dupa. Gość z kolejki pokazuje mi, że numer jest na tablicy. Taaa, zawieszony prawie pod sufitem, na stół musiałabym wleźć, żeby go przepisać, a i to nie miałabym gwarancji, że dobrze :) A okulary mam OK. No nic. Poklepałam ajfonika i nr wypluł. Ale za Chiny Ludowe nie mogłam rozgryźć, gdzie tę złotówkę na formularzu wklepać, taki "mundry" był. Pani w okienku pomogła. Niech się tą moją złotówką udławią i niech muszą z niej prowizję poczcie zapłacić. A co?
W samym US kolejki nie było wielkiej, więc minutka i na rok mam spokój.
Polazłam zatem na rynek Wildecki, bo US przy nim. Szparagów zatrzęsienie, ale ceny ojapierdolę. To jeden z najdroższych rynków w mojej wiosce i jak kiedyś jeździłam tam specjalnie po zakupy, tak spasowałam. Ale szparagi piękne, cudne... Nie oparłam się.
Przed jazdą do US wpadłam na lokalną pocztę, bo czekała na mnie maść żywokostowa, którą z polecenia Demirji kupiłam.
Wpadam do domu i... Sruuu w kolanko, bo dokucza... A smarowałam dziś nie tylko końskim balsamem, ale i ketonalem, bo napieprza jak złoto. Zatem sruuu żywokostową i... Po 5 minutach czegoś mi brakowało i dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że nie czuję kolana :D Teraz już się lekuchno odzywa, ale mam cały słoik maści, którą gorąco polecam :) Wprawdzie od tygodnia piję czystek i szczeć, smaruję końskim balsamem, ale... Zioła i tak muszę pić cały miesiąc, a mam nadzieję, że ta maść to jednak nie efekt placebo :P
Może jeszcze poskaczę na Panainżynierowym weselu? :)

W międzyczasie w sobotę komputer oszalał całkowicie i znienacka.
Podróż do przeszłości trwała prawie 15 minut, bom zegar musiała ręcznie cofać od 2099 roku. Dobrze, że ten drugi rok nie mieści się w zakresie kompika, ale wynika z tego, że jego żywot jest obliczony na dłużej, niż żyje przeciętny człowiek ;) 

Sikorka mi rano za siatkę wleciała, powodując u mnie atak paniki, ale jak poleciałam po aparat, znalazła dziurę, którą wlazła i wylazła. Niebiosom dzięki, panicznie boję się ptaków i na pewno nie wyszłabym na balkon i biedne badylki by poschły...

Pierwsze małosolne z soboty są już wspomnieniem :)
A w wiosce kotecka spotkałam.
Pięknego :)

 I to tyle z kronikarskiego obowiązku, Kochany Pamiętniczku.
W domu pracuję, na razie podsyłają mi teksty w Wordzie, potem polecę na hurtowe wydruki. Mam 53 nadgodziny do odebrania, nie licząc tych co teraz natrzaskam, coś tam urlopu za ubiegły rok i cały urlop za bieżący. Dobrze, że Boss nie wie, bo zemdlałby, a potem mnie zamordował...

piątek, 22 kwietnia 2016

Wszystkim

martwiącym się o moje kolanko serdecznie dziękuję za troskę, a zwłaszcza Demi, jutro napiszę o tę maść żywokostową.
Bo postanowiłam wziąć byka na rogi i...
Smarując kolanko końskim balsamem, poskakałam dziś w rytm piosenek Elvisa (ta, Elvis z piątki ma to coś, jakbyś nie wiedział) i aczkolwiek bałam się momentami, że:
- klamka się wyrwie,
- kanapa nie wytrzyma,
- parapet się zarwie,
i inne takie tam
w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam okna po raz czwarty w tym roku.
Aczkolwiek co poniektórzy insynuowali, że smugi są.
Mniemam słusznie, że zazdrość przez nich przemawiała, aczkolwiek na moją cześć (na którą zasługuję całokształtem) zawsze pucują okna z różnym skutkiem :)
Nieco zwiędłe zanabylam dziś


 ale za to za cenę obniżoną, a smakowały jak full wypas.
Wodę po rzeczonych wypiłam, mimo wszelkich przeciwwskazań, ale kto wariatce zabroni?

 Alkoholowi się oprę. Szparagom nie potrafię.
Poczytałam sobie w przerwie między sprzątaniami artykuł w Polityce o pokoleniu baby boom, znaczy się, moi pokoleniu, dlaczego tak umiera z marszu (wczoraj Prince odszedł do lepszego świata) i cóż mam rzec?
Z mojej półki biorą, choć ja już nieco na krechę jadę.
Ale trzymam się, bo ten maj, bo chcę jeszcze z Baranem potańczyć (bo lubię, młodość mi przypomina i po Marku H. i moim Ojcu to najfajniejszy tancerz w moim życiorysie),  a i Kierownik Budowy do kajecika się wpisał, słysząc, jak mnie dobiła Młoda Para (przyszła) na jego osobistym weselu... I takie tam.
Z Talijką bym chciała zatańczyć i z Papryczkiem, bo...
Najmilsze wspomnienia mam z tańców z moim Ojcem, który tańcząc z małolatą traktował ją jak kobietę swojego życia.
No, żeby nie było za ciekawie, lejąc ją po pysku publicznie za to, że tańczyła z niedoszłym mężczyzną jej życia, zamiast siedzieć w domu i robić mu kolacje, ponieważ osobista żona (druga) się na to wypięła...
Ale to już nie wróci, więc?


Kupiłam dziś.
Podoba mi się bardzo, dobrze się w tym czuję :)
Wyrastam, jak mówiłam, z t-shirtów z głupimi napisami.
Są grube i latem mi w nich gorąco, choć ponoć będzie zimne lato.


A na ścianie mam taki teatr cieni...

wtorek, 19 kwietnia 2016

Poleciał

i dobrze. Raz, że odetchnęła moja wątroba, dwa, że nerwy ukoiłam.
Starzeję się. Dziwaczeję. Jeszcze nie wybucham, ale krzesło, odsunięte na środek pokoju, bo po co przysuwać do stołu, wkurza mnie.
Wiem, że to głupie, ale lubię już, po staropanieńsku, mój i tylko mój bałagan.
Jeszcze z tym walczę.
Wstałam o 3.30, bo trzeba dziecko wyprawić na samolot. Ot, taka matczyna zachciewajka, bo deklaruje, że wyprawi się sam. Wiem, że się wyprawi, ale...
Oj tam, oj tam.
Wyprawiłam.
I ponieważ wcześnie dnieje, stwierdziłam, że nie ma sensu leźć do wyrka, więc...
W tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie ogarnęłam sobotnio chaupkę, ogarnęłam siebie i do pracy poleciałam. Przepracowałam uczciwie, wróciłam do domu, zrelaksowałam się, mimo że kolano napinkala coraz lepiej... Przymierzałam się do błyskawicznego mycia okien, ale czas gonił, kolano bolało, a i słońce jechało po oknach, więc z mycia nici, bo zacieki :P
Trzy prania zrobiłam, bo tyle pralek wyszło :D No, zmieniłam też swoją pościel rano, rzutem na taśmę, ale oj tam, oj tam :P
Dziś pracowałam już spokojnie, odespawszy zaległości, mimo koszmarów o niańczeniu niemowlęcia, będącego skrzyżowaniem Inżyniera i moich już faktycznych wnuków. Nie do końca koszmar, ale... :)
Boss kolejną popisówkę odstawił na korytarzu, na widok pełznącej mnie zaczął jakieś parampampam, żeby tylko dzień dobry nie powiedzieć. A kij mu w oko, bo w dupę miałby przyjemność, postanowiłam, że będę od dzisiaj mówić mu, patrząc prosto w oczy głośno i wyraźnie: dzień dobry, Panie K.
Tak jak mamusia uczyła,
Wychodząc po godzinach, a jakże, wpadłam znów na niego. Po lataniu po sklepach z Inżynierem wiem już, że to co on nosi na nogach, kosztuje więcej, niż wynosi moja miesięczna pensja. Nie, nie zazdroszczę. Żal mi gościa. Sama kupuję buty do 300 zł, ale za to mam znakomity humor i czyste sumienie. A to więcej warte, co nie?
Ketonal. Jedyne, co działa na kolano, żadne tam naprokseny i inne cuda wianki. Za Chiny Ludowe nie wiem, skąd mam resztkę tubki w lodówce, bo ma ważność do 2018, zatem kupowana niedawno. A nie pamiętam, żeby mnie coś bolało. A jest tylko na receptę. Trudno. Zamknę gazetkę i idę do lekarza. W aptece mówię, że była reklama: Basia!!! Nie Basia. Ketonal. A siksa, że jej nie pamięta. Hmmm... Nie mam TV od 10 lat, więc? Skąd w lodówce Ketonal ważny do 2018 roku? Alzheimera już mam?
Ale nie, nie pochlastam się.
Maja muszę dożyć, bo chcę z Baranem zatańczyć jeszcze raz, choć w repertuarze nie ma Pół wieku człowieku :) 
A i Kierownik Budowy dziś do mnie pisał. W pierwszej chwili myślałam, że chodzi mu o trening Inżynierostwa, ale nie. Chce ze mną potrenować, bo on słaby w te klocki, a chce ze mną zatańczyć ze względu na okoliczności przyrody z jego wesela. Oj tam, oj tam, będziemy się wszyscy dobrze bawić bez treningów, bo towarzystwo znakomite... I nie taki stolik, jak Narzeczona z Inżynierem, że "oni tylko ze sobą tańczą" :)
Teraz będą tylko ze sobą tańczyć, mi to rybka.
Spotkam się z Przyjaciółmi.
Przez duże P.

 O których myślałam, leząc po 9 godzinach pracy do domu...


To same drzewko z innej perspektywy...

Life is a journey, not a destination...

Wracam do siebie, wchodzę po schodach, po pięć, po dziesięć liczę uparcie...