MAM TĘ MOOOOOC, Kochany Pamiętniczku :)
Już kreśliłam scenariusze, biorąc pod uwagę tempo pracy kiblotłuków, czarne scenariusze pisząc, a dziś wracam do domku, zmachana jak koń po westernie, co jest materiałem na osobną historię i tadam...
Nowy karteluszek na drzwiach wejściowych.
Będą u mnie od 25 do 28 kwietnia :)
Musiał im ktoś kota pogonić, że się tak grzebią.
Ale nieważne, ważne, że: primo po pierwsze, Inżynier jeszcze nic nie wysłał, bo jako moje dziecko ma pod górkę i pod wiatr. Ano. A nic. Ona ma samochód do swojej dyspozycji, wszystkie nosidełka, foteliki, koszyczki i inne zabawki, ale zakupy po pracy robi on i gotuje on.
Nie moja bajka.
Nie mój ból. Nie współczuję. Widziały gały, co brały :)
Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
Dziwne, że ja ten okres przeżyłam, w dobrym zdrowiu, kondycji i ciągnę dalej.
Nevermind.
Zatem zanim rzeczone papiery do mnie dojdą, będę już (zakładam), po pionie.
I nie będzie pionu w najgorętszym okresie pracy i w czasie wizyty Barana. I dobrze :P Reszta to pikuś albo inna pestka :D
Z robaczkami się dogadam, jak coś, z domu zrobię.
Miłość.
Jedna rzecz mnie na świecie kocha - praca.
Będą kukurydzę robić, no i znów opcja, że mła.
Kukurydza razem z robaczkami, ale wiadomo, moje moce przerobowe są, że ojapierdolę.
Nie wiem na bank, bo za darmo nie zrobię, a nie rozmawiałam jeszcze z Bossem, bo coś się rypło przy wysyłce i chodził na rzęsach i tupał uszami.
Nie moja wina, ale i też nie atmosfera do negocjacji.
Ale i tak ludzki pan, tylko warknął, jak o coś pytałam, a mógł zagryźć, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)
No a jutro wycieczka do Wrocka, do drukarni. Dostaję emilka, że jestem na liście. Taaa. A kto zamknie interes. Mówię jełopowi, a on; bardzo mi przykro. W drugim terminie zatem. Taaa. Drugi termin też przy zamykaniu. I cały pogrzeb na nic. Trzeba być dobrze szurniętym, żeby w ten dzień organizować wycieczkę. Szkoda, pojechałabym i zatrzymałabym się u T. i u Cioci. Trudno :)
Widocznie miałam nie jechać.
Wchodzę do press roomu, tak, mamy press room :) Małolata stamtąd nadaje: specjalnie załatwiłam, że pojadę z panią w samochodzie, bo organizator chciał, żebym z nim jechała... Ta, dobrał sobie same małolaty. I cieszy się, jak głupia, że razem pojedziemy, więc mówię, że niestety, ale ja nie mogę. Minka jej zrzedła i mówi: nie zapisywałabym się, jakbym wiedziała, że pani nie pojedzie.
Nie powiem, miło mi się zrobiło i ciepło tak gdzieś nad żołądkiem.
Widać są gorsi ode mnie :)
I rankami fotografuję sobie niebo. W tym samym miejscu. Mam uszykowany aparat. I mam rację twierdząc, że życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Ta plama to ptaszydło jakieś :D
Zatem, trwaj chwilo, boś piękna jest :)
czwartek, 20 kwietnia 2017
środa, 19 kwietnia 2017
Powoli się
układa układanka, Kochany Pamiętniczku :)
Majowy numer spokojnie zamknę, albowiem w przyszłym tygodniu fachowcy idą do sąsiada. Mogliby do mnie, ale nie. Trudno.
Kiedy zawitają do mnie, nie wiem, ale prawdopodobnie po 1 maja, po długim weekendzie. Teoretycznie powinni zająć mi tylko jeden tydzień pracowy, który mogę wziąć wolny, ale patrząc na tempo ich pracy, mogą też wstrzelić się w tydzień zapracowany i ten, w którym może wlecieć gość. Ale o to będę się martwiła w maju, na razie do 3 maja mam spokój.
Później mi też nie za bardzo pasuje, bo mam Alienkowi PESEL załatwiać i paszport, ale jako - rzekłam: co ma być, będzie.
I robale pewno będę robić w domu, na firmowym kompiku, ale gość od tego chce tylko mnie i to nie jest Boss, więc będzie OK. Wie o tej opcji, mówiłam mu, że ma sobie innej poszukać, ale on nie i nie :)
No to ma...
Dziś - czarną kredą w kominie zapisać - mam tę moc :) Wyszłam po 17, ale się nie śpieszyłam, bo bezpośredni autobus do domu mam 17.40, do dworca 10 minut spacerkiem, jak jadę wcześniejszym innej linii, to na jedno wychodzi.
I na przejeździe kolejowym, z nowym szlabanem,

a jakże - taki cudak. Słupek alarmowo-rozmowny :) Ki czort? Jak żyję, nie widziałam. Z dróżnikiem mam romansować ;)
Dzień szalony, gość od robali wymęczył mnie w sprawie nowego projektu ustawy, gdy wszystko mi się waliło i paliło, ale w sumie bardzo ciekawe doświadczenie, coś jak afera Rywina - jak dużo zależy od przecinka i sformułowania. Więc nawet zła nie byłam.
Lubię swoją pracę, daje mi poczucie, że jestem na swoim miejscu i potrzebna.
Choć zaczynam się zgadzać z dziewczyną, która powiedziała mi, gdy zaczynałam pracę: zobaczysz w moim wieku nie będzie już tak łatwo... Miałam wtedy 38 lat, ona 45. Dziś mam 24 lata więcej, czyli 24 lata pracuję w tym zawodzie i dopiero zaczynam odczuwać zmęczenie. Pracuję równie szybko, czasami szybciej, bo nad niektórymi rzeczami w ogóle nie muszę myśleć, robię to automatycznie, więcej też wiem, mogę pracować dłużej, bo nie myślę, że dzieci w domu płaczą, ale... Po skończeniu wszystkiego jestem jak przekłuty balonik. I tak jak kiedyś po pracy leciałam po zakupy, obiad, sprzątanie, dzieci, czasem nawet jakaś lumpka, tak teraz marzę o tym, żeby klapnąć i się odmóżdżyć.
Ale też miło było, jak pytałam chłopców od techniki o działanie GPS, bo chciałam złapać autora książki na konfabulacji, ale okazało się, że autor ma rację. Westchnęłam ciężko i mówię: ale żebym ja się na stare lata musiała wciąż uczyć :)
Wsiedli na mnie bez pardonu, choć oczywiście z zachowaniem szacunku dla moich siwych włosów (są w wieku moich synów, w pracy ze wszystkimi jestem na pan, nawet takim smarkom nie mówię po imieniu, bo to praca), z krzykiem, że mi starość z głowy wybiją :)
Nie ukrywam, miłe to.
Przeprosiłam się też dziś z zimowym płaszczykiem, bo wczoraj nereczki sobie zmroziłam. Ale płaszczyk rozpięty i git majonez. Wlazłam do galerii po mleko, bo mi się skończyło i ojapierdolę. Jakby normalny człowiek założył pikowany zimowy płaszczyk w letni, trzydziestostopniowy upał, też by orła odwalił. I tu wyłazi starość, bo torebka, bo siatka z litrem miodu i jajami, bo kabel od słuchawek...
Ale dotarłam cała do domu, kwiatki wciąż się trzymają.
Jeszcze dwa dni i odsapnę.
I będę miała dwie nowe, piękne książki, ale na razie cichosza.
No co, zajączek stwierdził, że kochana ze mnie dziewczyna :D
Majowy numer spokojnie zamknę, albowiem w przyszłym tygodniu fachowcy idą do sąsiada. Mogliby do mnie, ale nie. Trudno.
Kiedy zawitają do mnie, nie wiem, ale prawdopodobnie po 1 maja, po długim weekendzie. Teoretycznie powinni zająć mi tylko jeden tydzień pracowy, który mogę wziąć wolny, ale patrząc na tempo ich pracy, mogą też wstrzelić się w tydzień zapracowany i ten, w którym może wlecieć gość. Ale o to będę się martwiła w maju, na razie do 3 maja mam spokój.
Później mi też nie za bardzo pasuje, bo mam Alienkowi PESEL załatwiać i paszport, ale jako - rzekłam: co ma być, będzie.
I robale pewno będę robić w domu, na firmowym kompiku, ale gość od tego chce tylko mnie i to nie jest Boss, więc będzie OK. Wie o tej opcji, mówiłam mu, że ma sobie innej poszukać, ale on nie i nie :)
No to ma...
Dziś - czarną kredą w kominie zapisać - mam tę moc :) Wyszłam po 17, ale się nie śpieszyłam, bo bezpośredni autobus do domu mam 17.40, do dworca 10 minut spacerkiem, jak jadę wcześniejszym innej linii, to na jedno wychodzi.
I na przejeździe kolejowym, z nowym szlabanem,
a jakże - taki cudak. Słupek alarmowo-rozmowny :) Ki czort? Jak żyję, nie widziałam. Z dróżnikiem mam romansować ;)
Dzień szalony, gość od robali wymęczył mnie w sprawie nowego projektu ustawy, gdy wszystko mi się waliło i paliło, ale w sumie bardzo ciekawe doświadczenie, coś jak afera Rywina - jak dużo zależy od przecinka i sformułowania. Więc nawet zła nie byłam.
Lubię swoją pracę, daje mi poczucie, że jestem na swoim miejscu i potrzebna.
Choć zaczynam się zgadzać z dziewczyną, która powiedziała mi, gdy zaczynałam pracę: zobaczysz w moim wieku nie będzie już tak łatwo... Miałam wtedy 38 lat, ona 45. Dziś mam 24 lata więcej, czyli 24 lata pracuję w tym zawodzie i dopiero zaczynam odczuwać zmęczenie. Pracuję równie szybko, czasami szybciej, bo nad niektórymi rzeczami w ogóle nie muszę myśleć, robię to automatycznie, więcej też wiem, mogę pracować dłużej, bo nie myślę, że dzieci w domu płaczą, ale... Po skończeniu wszystkiego jestem jak przekłuty balonik. I tak jak kiedyś po pracy leciałam po zakupy, obiad, sprzątanie, dzieci, czasem nawet jakaś lumpka, tak teraz marzę o tym, żeby klapnąć i się odmóżdżyć.
Ale też miło było, jak pytałam chłopców od techniki o działanie GPS, bo chciałam złapać autora książki na konfabulacji, ale okazało się, że autor ma rację. Westchnęłam ciężko i mówię: ale żebym ja się na stare lata musiała wciąż uczyć :)
Wsiedli na mnie bez pardonu, choć oczywiście z zachowaniem szacunku dla moich siwych włosów (są w wieku moich synów, w pracy ze wszystkimi jestem na pan, nawet takim smarkom nie mówię po imieniu, bo to praca), z krzykiem, że mi starość z głowy wybiją :)
Nie ukrywam, miłe to.
Przeprosiłam się też dziś z zimowym płaszczykiem, bo wczoraj nereczki sobie zmroziłam. Ale płaszczyk rozpięty i git majonez. Wlazłam do galerii po mleko, bo mi się skończyło i ojapierdolę. Jakby normalny człowiek założył pikowany zimowy płaszczyk w letni, trzydziestostopniowy upał, też by orła odwalił. I tu wyłazi starość, bo torebka, bo siatka z litrem miodu i jajami, bo kabel od słuchawek...
Ale dotarłam cała do domu, kwiatki wciąż się trzymają.
Jeszcze dwa dni i odsapnę.
I będę miała dwie nowe, piękne książki, ale na razie cichosza.
No co, zajączek stwierdził, że kochana ze mnie dziewczyna :D
wtorek, 18 kwietnia 2017
Tajemniczego
wielbiciela albo wielbicielkę mam, Kochany Pamiętniczku :)
W szparze unijnej dziś znalazłam
taką piękną kartkę, ręcznie malowaną, ale
od Galla Anonima :)
Stempel nieczytelny, więc nie dojdę, od kogo, chyba, że ktoś czy ktosia się przyzna :)
Tym niemniej ciepło mi na sercu.
Pracowy kierat toczy się po pracowemu, wolnym walcem i dalej wszyscy mają wyrąbane na ten desant kontrolny, tylko ja nie mam.
W sumie, może pora się przestać denerwować akcjami Bossa, bo i po co? Co ma być, będzie.
Kierownik Budowy od rana wszczął alarm, co z pionami.
Jest paskudny, ale jednocześnie bardzo kochany, na swój sposób.
A z pionami cisza i nie wygląda nawet na to, że panowie dziś byli, a jeżeli byli, to niewiele zrobili.
Wkurwiające to jest, bo ile można być na baczność z powodu remontu, którego się nie planowało ani nie zamawiało?
Wola boska i skrzypce. Więc niech gra.
Święta minęły świątecznie, znaczy się, spokojnie i już mnie dupa swędzi na taką Gwiazdkę. Bo nic nie musiałam, żurkiem się żywiłam i miałam na tyle zdrowego rozsądku, że z reszty włoszczyzny nie zrobiłam sałatki, bobym ją wywalała.
A tak prawie wszystko już zjadłam, dwa kotlety i jeden zraz został do wciągnięcia, ale to załatwią trzy dni pracy.
Ziemniaki nieruszone. Słodkie ledwo. I dobrze, że zamroziłam kiełbasę od razu, choć niewiele kupiłam. Jem coraz mniej, a dupa coraz większa :)
Nigdzie nie poszłam i dobrze, bo zimnica, nawet mi dziś zimno było, ale też za lekko się ubrałam i teraz z lekka mnie trzęsie. Ale nic to, będzie dobrze.
PIT nade mną wisi, mam takiego lenia, że nawet przez szmatkę nie tknęłam. A wszystko amm uszykowane.
Kurde mol :)
A w ramach gratisu - Edek przydupas, głaskany przez Postmana, bo pojechał z Baranem do Alienka :) No i przy okazji przydupasa wymiziali :P :)
Oby tydzień szybko zleciał :) Bo ocieplenia nie widać :D
W szparze unijnej dziś znalazłam
taką piękną kartkę, ręcznie malowaną, ale
od Galla Anonima :)
Stempel nieczytelny, więc nie dojdę, od kogo, chyba, że ktoś czy ktosia się przyzna :)
Tym niemniej ciepło mi na sercu.
Pracowy kierat toczy się po pracowemu, wolnym walcem i dalej wszyscy mają wyrąbane na ten desant kontrolny, tylko ja nie mam.
W sumie, może pora się przestać denerwować akcjami Bossa, bo i po co? Co ma być, będzie.
Kierownik Budowy od rana wszczął alarm, co z pionami.
Jest paskudny, ale jednocześnie bardzo kochany, na swój sposób.
A z pionami cisza i nie wygląda nawet na to, że panowie dziś byli, a jeżeli byli, to niewiele zrobili.
Wkurwiające to jest, bo ile można być na baczność z powodu remontu, którego się nie planowało ani nie zamawiało?
Wola boska i skrzypce. Więc niech gra.
Święta minęły świątecznie, znaczy się, spokojnie i już mnie dupa swędzi na taką Gwiazdkę. Bo nic nie musiałam, żurkiem się żywiłam i miałam na tyle zdrowego rozsądku, że z reszty włoszczyzny nie zrobiłam sałatki, bobym ją wywalała.
A tak prawie wszystko już zjadłam, dwa kotlety i jeden zraz został do wciągnięcia, ale to załatwią trzy dni pracy.
Ziemniaki nieruszone. Słodkie ledwo. I dobrze, że zamroziłam kiełbasę od razu, choć niewiele kupiłam. Jem coraz mniej, a dupa coraz większa :)
Nigdzie nie poszłam i dobrze, bo zimnica, nawet mi dziś zimno było, ale też za lekko się ubrałam i teraz z lekka mnie trzęsie. Ale nic to, będzie dobrze.
PIT nade mną wisi, mam takiego lenia, że nawet przez szmatkę nie tknęłam. A wszystko amm uszykowane.
Kurde mol :)
A w ramach gratisu - Edek przydupas, głaskany przez Postmana, bo pojechał z Baranem do Alienka :) No i przy okazji przydupasa wymiziali :P :)
Oby tydzień szybko zleciał :) Bo ocieplenia nie widać :D
sobota, 15 kwietnia 2017
Fajrant
Kochany Pamiętniczku.
Jak miło :)
Od rana korespondowałam z Kierownikiem Budowy, bo uparł się, że muszę spędzić święta z jego rodziną. Żeby tylko z nim i jego żoną i Kradziejką, to OK, da się przeżyć, ale miało być więcej osób. Blisko mnie, rzut beretem, no ale nie mam melodii. Nie, że mi coś nie gra, ale nie.
Więc wykpiłam się wirusem (odpukać).
Chciał mi jedzenia dowieźć, ale rzekłam, że zabiję i każdy sąd mnie uniewinni :)
Prawda, że dwa dni da się przeżyć?
Pięć pęczków redysek kupiłam, leciałam na Manhattan gubiąc papcie, z myślą, że mój Pan od Pomidorków jest... Bo to u niego kupiłam wczoraj redyski i zaprawdę, choć najdroższe na targu, są warte swojej ceny, bo mało, że chrupią, jak redyski chrupać powinny, to smakują, jak redyski z maminego ogródka :D
... znają tylko kilka słów, kilka marzeń ze swych snów...
(i znów wracają nie tak odległe czasy, wciąż się widzę na przystanku przy klinice ortopedycznej, i ten leitmotiv...)...
Lecąc po chleb stałam pod
w górze jeszcze różowa feeria, ale na ziemi już pinkowy śnieg...
Jest cudnie...
Ogarnęłam zakupy, zabrałam się za gotowanie i sprzątanie, i z
parasolki, parasolki, dla dorosłych i dla dzieci...
... Marina, Marina, Marina, szesnaście zaledwie ma lat...
... złoty pierścionek, taki miedziany, dziecinny...
szybciorem poszło.
Żurek jutro tylko dożurzę, sałatkę skroję, mięso się marynuje....
Ano...
Żyć, nie umierać :)
Choć to nie Gwiazdka, dla mnie ogień jest zawsze ważny
a i Zając o mnie pamiętał (a dupa rośnie i szumi)
Nie poszłam do święconki. Nie bo nie.
I już...
Tak wyszło.
Ale wciąż myślę, nie o żarciu, ale o tym, jaki to ma wszystko sens i czy w ogóle ma?
A na razie dostaję
siedem czerwonych róż, za siedem świtów siedem czerwonych róż...
A na ekranie
on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Szkoda, że życie nie jest piosenką, ale cóż.
Jest życiem i boli...
Przyjaciołom, znajomym, czytaczom, podglądaczom, przelotnym ptakom życzę spokoju i radości, oderwania od codziennych trosk i miłości wokół.
Bo tak w międzyczasie poczytałam sobie o Matce Wszystkich Bomb, com przegapiła w codziennym zapierdolu na maksa.
I nie wiem, dokąd zmierza ten świat.
A wysiąść nie ma jak...
Jak miło :)
Od rana korespondowałam z Kierownikiem Budowy, bo uparł się, że muszę spędzić święta z jego rodziną. Żeby tylko z nim i jego żoną i Kradziejką, to OK, da się przeżyć, ale miało być więcej osób. Blisko mnie, rzut beretem, no ale nie mam melodii. Nie, że mi coś nie gra, ale nie.
Więc wykpiłam się wirusem (odpukać).
Chciał mi jedzenia dowieźć, ale rzekłam, że zabiję i każdy sąd mnie uniewinni :)
Prawda, że dwa dni da się przeżyć?
Pięć pęczków redysek kupiłam, leciałam na Manhattan gubiąc papcie, z myślą, że mój Pan od Pomidorków jest... Bo to u niego kupiłam wczoraj redyski i zaprawdę, choć najdroższe na targu, są warte swojej ceny, bo mało, że chrupią, jak redyski chrupać powinny, to smakują, jak redyski z maminego ogródka :D
... znają tylko kilka słów, kilka marzeń ze swych snów...
(i znów wracają nie tak odległe czasy, wciąż się widzę na przystanku przy klinice ortopedycznej, i ten leitmotiv...)...
Lecąc po chleb stałam pod
w górze jeszcze różowa feeria, ale na ziemi już pinkowy śnieg...
Jest cudnie...
Ogarnęłam zakupy, zabrałam się za gotowanie i sprzątanie, i z
parasolki, parasolki, dla dorosłych i dla dzieci...
... Marina, Marina, Marina, szesnaście zaledwie ma lat...
... złoty pierścionek, taki miedziany, dziecinny...
szybciorem poszło.
Żurek jutro tylko dożurzę, sałatkę skroję, mięso się marynuje....
Ano...
Żyć, nie umierać :)
Choć to nie Gwiazdka, dla mnie ogień jest zawsze ważny
a i Zając o mnie pamiętał (a dupa rośnie i szumi)
Nie poszłam do święconki. Nie bo nie.
I już...
Tak wyszło.
Ale wciąż myślę, nie o żarciu, ale o tym, jaki to ma wszystko sens i czy w ogóle ma?
A na razie dostaję
siedem czerwonych róż, za siedem świtów siedem czerwonych róż...
A na ekranie
on ją kocha i umiera nawet dla niej...
Szkoda, że życie nie jest piosenką, ale cóż.
Jest życiem i boli...
Przyjaciołom, znajomym, czytaczom, podglądaczom, przelotnym ptakom życzę spokoju i radości, oderwania od codziennych trosk i miłości wokół.
Bo tak w międzyczasie poczytałam sobie o Matce Wszystkich Bomb, com przegapiła w codziennym zapierdolu na maksa.
I nie wiem, dokąd zmierza ten świat.
A wysiąść nie ma jak...
piątek, 14 kwietnia 2017
Najważniejsze
to robić dobrą minę do złej gry, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Ano, to keep smiling.
Wiem, że Inżyniera bolę, a jakie to pokręcone, ojapierdolę.
U Pierworodnego zaś Żona, nienawidząca mnie od pierwszego wejrzenia, bierze mnie teraz na klatę.
Jak znam Pierworodnego, nie ma lekko, choć ma fajnego w sumie męża.
Nic nie jest proste.
Oprócz mojego rabanka
który w tym roku przypomina smoka :)
Przecudny jest,
I umrze niepoświęcony, bo nie wybieram się do święconki nigdzie.
Tak wyszło.
Rano obleciałam Manhattan, 20 minut przed otwarciem byłam w cukierni.
Zakręcona jak świński ogonek kolejka naradzała się, które ciasta kupić.
Wstąpiłam na działo (tfuj, wróć) i rzekłam, że urwałam się z pracy i kupuję tylko jedną rzecz, Wycenioną, bez ważenia i proszę o przepuszczenie.
Prukwy (tak, prukwy, w moim wieku, sztuk trzy) odrzekły, że po ich trupie wejdę w kolejkę.
Czwarta pani, dużo młodsza ode mnie rzekła, że nie ma sprawy, mam wskakiwać.
Prukwy, każda przez 10 minut wybierały ciasta, a było ich od cholery i w chuj...
A to za małe, a to za duże, a to nie takie...
A ja, jak rzekłam, poprosiłam o daquoise.
Trwało to pół minuty, zapakowanie, karta i wolne...
Niech święta dla pani, która mnie wpuściła będą najlepsze w jej życiu.
A tym trzem prukwom....
Amen :)
W pracy był zapieprz, ale fajny i te słowa od AS, że mnie wciąż ceni za całokształt.
Na koniec zostałam sama w redakcji z D. i...
Co mam rzec? Każdy ma swoje piekło, Kochany Pamiętniczku. Jest jak jest, i ja jej za skórę załażę, i ona mi. Bywa. W sumie mamy po równo przerąbane :P Co absolutnie nie jest żadną pociechą, ale...
Oj tam , oj tam :)
Miło czuć się docenianą i kręci mnie to, że ten, kto po mnie przyjdzie będzie miał z lekka pod górkę.
Wiem, złośliwa ze mnie jędza :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Uśmiech na ustach, choć w sercu ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Ano, to keep smiling.
Wiem, że Inżyniera bolę, a jakie to pokręcone, ojapierdolę.
U Pierworodnego zaś Żona, nienawidząca mnie od pierwszego wejrzenia, bierze mnie teraz na klatę.
Jak znam Pierworodnego, nie ma lekko, choć ma fajnego w sumie męża.
Nic nie jest proste.
Oprócz mojego rabanka
który w tym roku przypomina smoka :)
Przecudny jest,
I umrze niepoświęcony, bo nie wybieram się do święconki nigdzie.
Tak wyszło.
Rano obleciałam Manhattan, 20 minut przed otwarciem byłam w cukierni.
Zakręcona jak świński ogonek kolejka naradzała się, które ciasta kupić.
Wstąpiłam na działo (tfuj, wróć) i rzekłam, że urwałam się z pracy i kupuję tylko jedną rzecz, Wycenioną, bez ważenia i proszę o przepuszczenie.
Prukwy (tak, prukwy, w moim wieku, sztuk trzy) odrzekły, że po ich trupie wejdę w kolejkę.
Czwarta pani, dużo młodsza ode mnie rzekła, że nie ma sprawy, mam wskakiwać.
Prukwy, każda przez 10 minut wybierały ciasta, a było ich od cholery i w chuj...
A to za małe, a to za duże, a to nie takie...
A ja, jak rzekłam, poprosiłam o daquoise.
Trwało to pół minuty, zapakowanie, karta i wolne...
Niech święta dla pani, która mnie wpuściła będą najlepsze w jej życiu.
A tym trzem prukwom....
Amen :)
W pracy był zapieprz, ale fajny i te słowa od AS, że mnie wciąż ceni za całokształt.
Na koniec zostałam sama w redakcji z D. i...
Co mam rzec? Każdy ma swoje piekło, Kochany Pamiętniczku. Jest jak jest, i ja jej za skórę załażę, i ona mi. Bywa. W sumie mamy po równo przerąbane :P Co absolutnie nie jest żadną pociechą, ale...
Oj tam , oj tam :)
Miło czuć się docenianą i kręci mnie to, że ten, kto po mnie przyjdzie będzie miał z lekka pod górkę.
Wiem, złośliwa ze mnie jędza :P
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
czwartek, 13 kwietnia 2017
Kręci się
jak gówno w przeręblu, Kochany Pamiętniczku...
Kładłam się już spać, gdy Inżynier napisał, że o dziwo, odkąd wrócił do pracy, jest wyspany, bo Alienek w nocy śpi, z opcją na karmienie.
Ajajajajaj, jak mnie paluszki zaswędziły, żeby napisać: a nie mówiłam, kąpać dziecko.
Nevermind. Nie napisałam. Napisałam, że mnie to cieszy.
I chuj...
Życie.
Pierworodny zaś mi się całą noc śnił i te zdjęcia, na których jest w tym obuwie do garnituru, com mu po ślubie Inżyniera kupiła.
Więc ja, pojebana matka, piszę, że mi się śnił. Że butów znów nie ma. Że jak coś, to sponsoruję. Tradycyjnie. Odpisuje: spoko. Potem cisza, a potem coś, jak pocałuj mnie w dupę.
A ja, w pracy, przed kompem i serce mi na kawałki znów pęka.
Kiedy ja, kurwa, zmądrzeję i nie będę już tęskniła za tym, czego od dawna nie ma?
Nie ma już Brzdąkwusi, Dylążka, a i Ralf umarł chyba.
Jest obcy facet.
Tylko dlaczego to tak boli, skoro nic złego nie zrobiłam? Dlaczego tak oduczył się ciepłych słów, gestów, skoro to tylko kilka lat? Ćwierć wieku mojej pracy poszło się jebać.
Gorzki post, Kochany Pamiętniczku, ale taka prawda.
Widać jestem złą matką i bardzo złą kobietą.
Skoro nie zasługuję nawet na wirtualny dwukropek z gwiazdką.
Rano walka o neta. Walczę o niego, jak pierwotni ludzie walczyli o ogień. Ja, kiedyś luksusowa kobieta, z Inżynierem pod ręką, bezlitośnie wywalanym z łóżka, nawet na kacu, bo mamusia neta nie ma.
I ten pierwszy kompiczek, z pamięcią 1 mega, i zachwyt, że mama każdy kompik zna, nawet MacIntosha.
Kobieta-bohater, nawet wtedy, gdy nie mogliśmy wejść do DOS-a.
Rok 1992.
Prehistoria.
A dziś nawet nie napiszę, bo odpowie mi, że jak nie widzi, to nie wie. Albo i nie odpisze.
Kierownik Budowy zapytał parę dni temu, jak może pomóc...
No nic.
Zapytałam sąsiada, online, of course, czy też tak ma (mamy tego samego providera). Odrzekł, że u niego nówka nieśmigana.
Tom wyskrobała pismo do providera, który pracuje, a jakże, od 10 do 17 dwa razy w tygodniu, z zapytaniem, czy jestem przeklęta.
Wracam do domu, odruchowo już restartuję router, a necik śmiga jak dziewica.
Zapisać w kajeciku: pisać do providera. Nie odpisał, ale może coś tam pogrzebał.
Necik jest i to się liczy.
A w pracce, jak w kwietniu.
Rano D. wpada przerażona, że Boss mnie woła. Ano to idę. Co mi może zrobić, oprócz tego, że mnie z pracy wypierdoli? Nic.
Wchodzę. Tak jak przewidywałam, ludzie powiedzieli, że wydruki mają, choć mi mówili, że nie mają. W sumie nie wiem, czyją dupę chronili, moją (bo im zależy, żebym była, wiem to na bank), czy swoją, bo dali plamę. No nic, Boss po mnie jedzie i jedzie. Opieram się ręką o krzesło, a on nadaje i nadaje... W pewnej chwili udało mi się wskoczyć w jego słowa i rzekę: Panie redaktorze, Wielki Piątek i boże rany jutro, niech mnie pan już nie biczuje... Padli wszyscy, a Boss nawet mnie po rączce zaczął gładzić.
Ojapierdolę, chyba nie muszę tłumaczyć, żem ją potem długo szorowała :P
Jeden numer w roku będzie znienacka sprawdzany.
W sumie jest mi wszystko jedno.
W szparze unijnej miałam propozycję kredytu na 350 tysięcy.
Jak się wkurwię, wezmę, pojadę, gdzie diabeł mówi dobranoc i pierdolę to wszystko...
Przed 17 koleżanka z obłędem w oczach mówi, że za 5 minut pośle mi tekst. Mówię OK, choć znów będę po godzinach...
10 minut później widzę, jak gawędzi z koleżanką na korytarzu. Pytam, gdzie tekst? Oburzona mówi: niech mi pani da jeszcze parę minut.
Nie daję.
Mówię, że zrobię jutro, bo chcę już iść do domu.
Ona na to, że jutro ma wolne.
Nie zrobiłam tekstu, ja nie mam jutro wolnego.
To się nazywa albo asertywność, albo złośliwość.
Niepotrzebne skreślić :D
I zdążyłam jeszcze do rzeźnika. Pan, po którym biedę było widać z daleka, zostawił tam całe 56 złotych z groszami i mimo, że pani mówiła mu, że ma tych dwóch groszy nie szukać, honorowo je wygrzebał i położył na ladzie.
Ja zostawiłam dychę więcej, na siebie samą, ale ja zła kobieta jestem, o czym wszyscy wiedzą, Kochany Pamiętniczku.
I tyle na dziś.
Tylko dlaczego mnie to wszystko tak bardzo boli?
Istnieje opcja zahasłowania ewentualnie zamknięcie.
Uprasza się o nieodbieranie tego osobiście, ale coraz więcej rzeczy na świecie się kończy i nic na to nie można poradzić :P
Kładłam się już spać, gdy Inżynier napisał, że o dziwo, odkąd wrócił do pracy, jest wyspany, bo Alienek w nocy śpi, z opcją na karmienie.
Ajajajajaj, jak mnie paluszki zaswędziły, żeby napisać: a nie mówiłam, kąpać dziecko.
Nevermind. Nie napisałam. Napisałam, że mnie to cieszy.
I chuj...
Życie.
Pierworodny zaś mi się całą noc śnił i te zdjęcia, na których jest w tym obuwie do garnituru, com mu po ślubie Inżyniera kupiła.
Więc ja, pojebana matka, piszę, że mi się śnił. Że butów znów nie ma. Że jak coś, to sponsoruję. Tradycyjnie. Odpisuje: spoko. Potem cisza, a potem coś, jak pocałuj mnie w dupę.
A ja, w pracy, przed kompem i serce mi na kawałki znów pęka.
Kiedy ja, kurwa, zmądrzeję i nie będę już tęskniła za tym, czego od dawna nie ma?
Nie ma już Brzdąkwusi, Dylążka, a i Ralf umarł chyba.
Jest obcy facet.
Tylko dlaczego to tak boli, skoro nic złego nie zrobiłam? Dlaczego tak oduczył się ciepłych słów, gestów, skoro to tylko kilka lat? Ćwierć wieku mojej pracy poszło się jebać.
Gorzki post, Kochany Pamiętniczku, ale taka prawda.
Widać jestem złą matką i bardzo złą kobietą.
Skoro nie zasługuję nawet na wirtualny dwukropek z gwiazdką.
Rano walka o neta. Walczę o niego, jak pierwotni ludzie walczyli o ogień. Ja, kiedyś luksusowa kobieta, z Inżynierem pod ręką, bezlitośnie wywalanym z łóżka, nawet na kacu, bo mamusia neta nie ma.
I ten pierwszy kompiczek, z pamięcią 1 mega, i zachwyt, że mama każdy kompik zna, nawet MacIntosha.
Kobieta-bohater, nawet wtedy, gdy nie mogliśmy wejść do DOS-a.
Rok 1992.
Prehistoria.
A dziś nawet nie napiszę, bo odpowie mi, że jak nie widzi, to nie wie. Albo i nie odpisze.
Kierownik Budowy zapytał parę dni temu, jak może pomóc...
No nic.
Zapytałam sąsiada, online, of course, czy też tak ma (mamy tego samego providera). Odrzekł, że u niego nówka nieśmigana.
Tom wyskrobała pismo do providera, który pracuje, a jakże, od 10 do 17 dwa razy w tygodniu, z zapytaniem, czy jestem przeklęta.
Wracam do domu, odruchowo już restartuję router, a necik śmiga jak dziewica.
Zapisać w kajeciku: pisać do providera. Nie odpisał, ale może coś tam pogrzebał.
Necik jest i to się liczy.
A w pracce, jak w kwietniu.
Rano D. wpada przerażona, że Boss mnie woła. Ano to idę. Co mi może zrobić, oprócz tego, że mnie z pracy wypierdoli? Nic.
Wchodzę. Tak jak przewidywałam, ludzie powiedzieli, że wydruki mają, choć mi mówili, że nie mają. W sumie nie wiem, czyją dupę chronili, moją (bo im zależy, żebym była, wiem to na bank), czy swoją, bo dali plamę. No nic, Boss po mnie jedzie i jedzie. Opieram się ręką o krzesło, a on nadaje i nadaje... W pewnej chwili udało mi się wskoczyć w jego słowa i rzekę: Panie redaktorze, Wielki Piątek i boże rany jutro, niech mnie pan już nie biczuje... Padli wszyscy, a Boss nawet mnie po rączce zaczął gładzić.
Ojapierdolę, chyba nie muszę tłumaczyć, żem ją potem długo szorowała :P
Jeden numer w roku będzie znienacka sprawdzany.
W sumie jest mi wszystko jedno.
W szparze unijnej miałam propozycję kredytu na 350 tysięcy.
Jak się wkurwię, wezmę, pojadę, gdzie diabeł mówi dobranoc i pierdolę to wszystko...
Przed 17 koleżanka z obłędem w oczach mówi, że za 5 minut pośle mi tekst. Mówię OK, choć znów będę po godzinach...
10 minut później widzę, jak gawędzi z koleżanką na korytarzu. Pytam, gdzie tekst? Oburzona mówi: niech mi pani da jeszcze parę minut.
Nie daję.
Mówię, że zrobię jutro, bo chcę już iść do domu.
Ona na to, że jutro ma wolne.
Nie zrobiłam tekstu, ja nie mam jutro wolnego.
To się nazywa albo asertywność, albo złośliwość.
Niepotrzebne skreślić :D
I zdążyłam jeszcze do rzeźnika. Pan, po którym biedę było widać z daleka, zostawił tam całe 56 złotych z groszami i mimo, że pani mówiła mu, że ma tych dwóch groszy nie szukać, honorowo je wygrzebał i położył na ladzie.
Ja zostawiłam dychę więcej, na siebie samą, ale ja zła kobieta jestem, o czym wszyscy wiedzą, Kochany Pamiętniczku.
I tyle na dziś.
Tylko dlaczego mnie to wszystko tak bardzo boli?
Istnieje opcja zahasłowania ewentualnie zamknięcie.
Uprasza się o nieodbieranie tego osobiście, ale coraz więcej rzeczy na świecie się kończy i nic na to nie można poradzić :P
środa, 12 kwietnia 2017
Grudzień
kwitnie majtkowym różem, jak prorokowała Dora, Kochany Pamiętniczku.
Od rana padał deszcz, a gdy wyszłam z domu, moje oczy oszalały od odcieni zieleni. Taka świeża, najświeższa, nieskalana żadnym kurzem, wymyta wiosennym deszczem, gdzieniegdzie jeszcze plamy białego, różowego i żółtego kwiecia, ale coraz go mniej i ona, rozpychająca się coraz bezczelniej, zalewająca wszystko potopem - zieleń, królewska zieleń wiosny.
Nawet deszcz i zimno mi nie przeszkadzało dziś...
Zielono mi.
Na Manhattan podleciałam i kupiłam - jak szaleć, to szaleć - pół kilo pomidorów, bo rano okazało się, że wszystkie sery szlag trafił w lodówce, jeden miał datę przydatności do 7 stycznia :) Dobra ze mnie gospodyni, znakomita i wybitna :)
Zatem odfoliowałam jajko od rzeźnika, za 2,99 kupione, w kolorowej folii, imitującej pisankę. Miało być na święta, a udowodniło tezę, że wystarczy coś w jajeczko, w baranka, w reniferka czy inną gwiazdkę zapakować i człowiek głupieje. W środku jakaś chemia, w życiu bym takiej mielonki nie kupiła bez tego opakowania, ale zjadłam, bo ja oszczędna jestem, by nie rzec prawdy prosto w oczy - skąpa. I moja wątroba wypomina mi to rechocąc, a i żołądek nie pozostaje dłużny.
Rumianek i mięta dobre na wszystko.
W redakcji luz blues, co kawałek ktoś dzwonił, że jest chory, obecni pracowali w pocie czoła, łamanie szło jak o kant dupy, życzenia Bossa pozostały pobożnymi życzeniami, co było do przewidzenia. Po emilku Bossa co rusz ktoś wpadał i pytał, czy ja się gniewam i czy on jest taki najgorszy, więc uspokajałam, że to przejaw aktywności naczalstwa, nadinterpretującego moje słowa, że jak dany osobnik sobie zasłuży, powiem mu wprost, że ma spadać na drzewo banany prostować, bo taki mam zwyczaj. I że wtedy powinni się bać, a nie po emilku.
Zatem poszli uspokojeni niepracować, a ja do 15 dostałam dwa teksty, jedynie warzywka ratowały mój dzień, aczkolwiek teoretycznie nie powinnam ich w tym czasie robić.
Przesadziłam skrzydłokwiat, który od siedmiu prawie lat kisi się w jednej doniczce, wyszło mi doniczek sztuk sześć i już nie za bardzo mam gdzie je upychać, ale nie mam komu dać, bo... wszystkie kwiaty w redakcji marnieją dziwnym trafem, tylko u mnie dżungla.
Życie.
Koleżanka od kilku dni klepie w kółko, że kupiła sobie pierścionek z brylantem, przeceniony z 500 zł na 235. Już mi się od tego niedobrze robi, bo ileż można? I co to za okazja, że złoto się przecenia? Wiem, że biżuteria zaraz po kupieniu traci na wartości, a tu jeszcze przecenione, więc jaki to interes? Nie ogarniam. I już planuje kupno drugiego, niech ma, ale dlaczego każe mi o tym myśleć, żebym sobie też kupiła? O gustach się nie dyskutuje, fajnie, że jej się podoba, ale dla mnie jest brzydki... Ona z kolei zawsze mnie gani, że nie kupię sobie złota, a elektronikę i książki. No ale elektroniką można się pobawić, książki można czytać, a złota nawet nie ugryzę. A i wieczorem może być straszno iść tak obwieszona złotem ;)
Zatem o 15 zwinęłam się po angielsku, z doświadczenia wiedząc, że ani jutro, ani pojutrze rękawów nie będę sobie wyrywała. Na piątek zaklepałam sobie spóźnienie, rankiem polecę na Manhattan i do rzeźnika, a potem mogę nawet dłużej posiedzieć, jak się zdarzy cud i będzie co robić.
Do Piotra i Pawła wskoczyłam, bo właśnie przeczytałam ranking majonezów i okazało się, że mój ukochany z Winiar jednak ma chemię i najlepszy jest majonez Kielecki. Też go lubię, ale winiarski mi bardziej podchodził. No ale zdrowie ponad wszystko, a że w lodówce majonez dno pokazuje, poleciałam po Kielecki, a ten na bank zawsze jest w P & P. Za dużo nie kupiłam, bo torebka ciężka, chleb i pomidory już tachałam, a jeszcze parasol, bo pięknie się rozpadało...
I tak po drodze znów podziwiałam potęgę natury, bo w zeszłym roku nieśmiało się coś z piwnicznej kratki przebijało, takie ni pies ni wydra, chyba nawet wrzuciłam kiedyś fotkę, nie pamiętam, ale fotka jest gdzieś w czeluściach mojego śmietniczka :)
A dziś
Widać już wyraźnie, że kasztanowiec tam rośnie jak złoto :) Że też nikt tego jeszcze nie wyrwał :O I niech się o tym Szyszko nie dowiaduje, bo będzie ciął ;)
Czekając na autobus musiałam zrobić to zdjęcie, choć nie komentuję wyglądu innych i nie robię zdjęć ludziom. Ale nie mogłam się oprzeć i zaczęła mnie prześladować piosenka "Wędrowały dwa Michały"... Nie chce się ode mnie odczepić...
Panowie różnili się tylko wzrostem, reszta była identyczna, identyczny zarost, fryzura i styl. Ponoć to teraz zwie się mężczyzną drwaloseksualnym, ale ojapierdolę. Cieszę się, że nie jestem już na etapie poszukiwania drugiej połowy, bo w zasadzie wyboru wielkiego nie ma: metroseksualny, drwaloseksualny, w rurkach, macho, kloszard. Najfajniejsi meni, których znam, wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już niestety, swoich chłopaków :) I gdzie te chłopy, gdzie?
Karteczka wisi, że w pionie, w którym grzebali, grzebać będą po świętach w łazienkach, zatem mam nadzieję, że zanim tam wygrzebią, zamknę interes i git majonez. Zostaną robaczki, ale z tym się coś wymyśli.
A zieleń od tego deszczu jest jeszcze zieleńsza znów.
Od rana padał deszcz, a gdy wyszłam z domu, moje oczy oszalały od odcieni zieleni. Taka świeża, najświeższa, nieskalana żadnym kurzem, wymyta wiosennym deszczem, gdzieniegdzie jeszcze plamy białego, różowego i żółtego kwiecia, ale coraz go mniej i ona, rozpychająca się coraz bezczelniej, zalewająca wszystko potopem - zieleń, królewska zieleń wiosny.
Nawet deszcz i zimno mi nie przeszkadzało dziś...
Zielono mi.
Na Manhattan podleciałam i kupiłam - jak szaleć, to szaleć - pół kilo pomidorów, bo rano okazało się, że wszystkie sery szlag trafił w lodówce, jeden miał datę przydatności do 7 stycznia :) Dobra ze mnie gospodyni, znakomita i wybitna :)
Zatem odfoliowałam jajko od rzeźnika, za 2,99 kupione, w kolorowej folii, imitującej pisankę. Miało być na święta, a udowodniło tezę, że wystarczy coś w jajeczko, w baranka, w reniferka czy inną gwiazdkę zapakować i człowiek głupieje. W środku jakaś chemia, w życiu bym takiej mielonki nie kupiła bez tego opakowania, ale zjadłam, bo ja oszczędna jestem, by nie rzec prawdy prosto w oczy - skąpa. I moja wątroba wypomina mi to rechocąc, a i żołądek nie pozostaje dłużny.
Rumianek i mięta dobre na wszystko.
W redakcji luz blues, co kawałek ktoś dzwonił, że jest chory, obecni pracowali w pocie czoła, łamanie szło jak o kant dupy, życzenia Bossa pozostały pobożnymi życzeniami, co było do przewidzenia. Po emilku Bossa co rusz ktoś wpadał i pytał, czy ja się gniewam i czy on jest taki najgorszy, więc uspokajałam, że to przejaw aktywności naczalstwa, nadinterpretującego moje słowa, że jak dany osobnik sobie zasłuży, powiem mu wprost, że ma spadać na drzewo banany prostować, bo taki mam zwyczaj. I że wtedy powinni się bać, a nie po emilku.
Zatem poszli uspokojeni niepracować, a ja do 15 dostałam dwa teksty, jedynie warzywka ratowały mój dzień, aczkolwiek teoretycznie nie powinnam ich w tym czasie robić.
Przesadziłam skrzydłokwiat, który od siedmiu prawie lat kisi się w jednej doniczce, wyszło mi doniczek sztuk sześć i już nie za bardzo mam gdzie je upychać, ale nie mam komu dać, bo... wszystkie kwiaty w redakcji marnieją dziwnym trafem, tylko u mnie dżungla.
Życie.
Koleżanka od kilku dni klepie w kółko, że kupiła sobie pierścionek z brylantem, przeceniony z 500 zł na 235. Już mi się od tego niedobrze robi, bo ileż można? I co to za okazja, że złoto się przecenia? Wiem, że biżuteria zaraz po kupieniu traci na wartości, a tu jeszcze przecenione, więc jaki to interes? Nie ogarniam. I już planuje kupno drugiego, niech ma, ale dlaczego każe mi o tym myśleć, żebym sobie też kupiła? O gustach się nie dyskutuje, fajnie, że jej się podoba, ale dla mnie jest brzydki... Ona z kolei zawsze mnie gani, że nie kupię sobie złota, a elektronikę i książki. No ale elektroniką można się pobawić, książki można czytać, a złota nawet nie ugryzę. A i wieczorem może być straszno iść tak obwieszona złotem ;)
Zatem o 15 zwinęłam się po angielsku, z doświadczenia wiedząc, że ani jutro, ani pojutrze rękawów nie będę sobie wyrywała. Na piątek zaklepałam sobie spóźnienie, rankiem polecę na Manhattan i do rzeźnika, a potem mogę nawet dłużej posiedzieć, jak się zdarzy cud i będzie co robić.
Do Piotra i Pawła wskoczyłam, bo właśnie przeczytałam ranking majonezów i okazało się, że mój ukochany z Winiar jednak ma chemię i najlepszy jest majonez Kielecki. Też go lubię, ale winiarski mi bardziej podchodził. No ale zdrowie ponad wszystko, a że w lodówce majonez dno pokazuje, poleciałam po Kielecki, a ten na bank zawsze jest w P & P. Za dużo nie kupiłam, bo torebka ciężka, chleb i pomidory już tachałam, a jeszcze parasol, bo pięknie się rozpadało...
I tak po drodze znów podziwiałam potęgę natury, bo w zeszłym roku nieśmiało się coś z piwnicznej kratki przebijało, takie ni pies ni wydra, chyba nawet wrzuciłam kiedyś fotkę, nie pamiętam, ale fotka jest gdzieś w czeluściach mojego śmietniczka :)
A dziś
Widać już wyraźnie, że kasztanowiec tam rośnie jak złoto :) Że też nikt tego jeszcze nie wyrwał :O I niech się o tym Szyszko nie dowiaduje, bo będzie ciął ;)
Czekając na autobus musiałam zrobić to zdjęcie, choć nie komentuję wyglądu innych i nie robię zdjęć ludziom. Ale nie mogłam się oprzeć i zaczęła mnie prześladować piosenka "Wędrowały dwa Michały"... Nie chce się ode mnie odczepić...
Panowie różnili się tylko wzrostem, reszta była identyczna, identyczny zarost, fryzura i styl. Ponoć to teraz zwie się mężczyzną drwaloseksualnym, ale ojapierdolę. Cieszę się, że nie jestem już na etapie poszukiwania drugiej połowy, bo w zasadzie wyboru wielkiego nie ma: metroseksualny, drwaloseksualny, w rurkach, macho, kloszard. Najfajniejsi meni, których znam, wszyscy wspaniali, czuli mężczyźni mają już niestety, swoich chłopaków :) I gdzie te chłopy, gdzie?
Karteczka wisi, że w pionie, w którym grzebali, grzebać będą po świętach w łazienkach, zatem mam nadzieję, że zanim tam wygrzebią, zamknę interes i git majonez. Zostaną robaczki, ale z tym się coś wymyśli.
A zieleń od tego deszczu jest jeszcze zieleńsza znów.
wtorek, 11 kwietnia 2017
Pięćdziesiąt
groszy znalazłam rano, do pracy bieżąc, Kochany Pamiętniczku.
Pomyślałam, że to dobry znak :)
A po pracy, wchodząc na konto w banku oczom nie wierzyłam.
Mam już swoje pieniądze, całe 24 złote polskie :) Po takim czasie wreszcie mam konto na plusie. Parę miesięcy będę je jeszcze odbudowywała, ale to już moja kasa, nie koszmarny debet.
I tym samym będę mogła powoli myśleć o zlikwidowaniu kredytu odnawialnego, albo zmniejszeniu go, bo opłata manipulacyjna jest zabójcza.
Ale nie żałuję.
Widocznie miało tak być, choć nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że kupiła mieszkanie. Ta. Ona kupiła. Nie wykładając złotówki ani funta. Konia kują, żaba nogę podstawia Nevermind :P
W niedzielę pomilczałam, nie lajkując nawet podrzuconej sweet foci od Inżyniera.
W poniedziałek dalej byłam zacięta w milczeniu, nie wytrzymał, napisał: niech się mama odetnie. Odpisałam: Nie wiszę, pracuję i to ciężko. Miłego dnia. Co akurat prawdą było.
Dziś napisałam sama, że dalej pracuję ciężko, co również prawda jest. Bo nie jest moim zamiarem kopanie go po kostkach, ale pokazanie, że sroce spod ogona nie wypadłam.
Jako że bajzel jest, łamaczka wzięła chorobowe.
No i okazało się w praniu, że to, co ona robi z palcem w dupie nie potrafi zrobić dwóch łamaczy z łapanki...
Żebym się kontroli z ZUS nie bała, bo domofonu nie słyszę, też bym wzięła chorobowe, po raz pierwszy od 20 lat :P
Dziś 10 godzin w pracy, pojechałam po technice, wiem, że to nic nie pomoże, ale zagroziłam, że nakabluję Bossowi, bo mam dość. I nakabluję. Bo nakablowałam tak po tej kontroli zewnętrznej, że iskry leciały. Że dostaję niedoporacowane, niedoredagowane (bo taka prawda), że staram się jak mogę, ale ile mogę? No i akcja błysk: mam drukować wszystko... I kserować. Tarararrarara bum, jakbym się do tego dostosowała, zużycie papieru wzrosłoby o jakieś 50%, a ucierpiałyby biedne drzewa. Czy ja wyglądam na jakiegoś popierdolonego Szyszkę? Nie mówiąc o farbie, która droga jest. Amen :)
A propos Szyszki... Edziu Szyszka, wsiowy głupek (do dziś widzę, jak stoi pod ścianą w barze u Minty, w swoim sztruksowym, brązowym garniturku, sztruks wtedy to był obciach, manchester na to mówili, gdy uszyłam Pierworodnemu piękne ogrodniczki z manchesteru, mój Ojciec oczy w słup postawił i rzekł: w coś ty dziecko ubrała, w taki łach, z takiego gówna, bambry w tym na pole chodzą... Edziu stoi pod ścianą i liczy drobne zawinięte w chusteczkę do nosa nie pierwszej świeżości, mamrocąc coś pod nosem) był jednym z najfajniejszych ludzi, jakich znałam...
Fajne zdanie mi wyszło, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jak jeszcze raz mi ktoś, kurwa, na odcisk wejdzie, będę kablowała bez opamiętania.
W dupie mam teksty: w każde święta pracujemy.
Wystarczy pracować w godzinach pracy i już nie trzeba w święta, wiem coś o tym.
Ale nevermind...
Dodatek techniki poszedł, ale została jeszcze cała technika w głównym numerze.
Kurwa mać.
Idziemy dalej z tym koksem.
Vice pyta, czy do drukarni bym nie pojechała na wycieczkę.
A ja na to, jak na lato...
Zapisuje mnie na oba terminy, bo nie wiem, co z pionami w kwietniu, a po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że w maju, jak mi się poszczęści, będę miała miłych gości po zamknięciu. Mówię więc, sorry Batory i co?
Wycieczki są, obie, w dniu ostatecznego zamykania każdego numeru.
Jak widać, nieźle tu kogoś popierdoliło...
Bo drukujemy się za górami, za lasami...
Czasami tak myślę, co oni wszyscy biorą i też bym to chciała brać, ale świnie są, nie dają namiaru na dealera...
A propos tych nowych "tryndów" w wychowaniu dzieci.
Uważam, że oprócz wyważania otwartych drzwi istnieje jeszcze zwyczaj trzaskania drzwiami obrotowymi.
Celebryci i inni cudotwórcy też muszą zarobić.
A ludzie to łykają, jak guły kluski...
Kierownik Budowy linka mi dziś przesłał, co robić, jak się ma zawał, a nikogo w pobliżu nie ma.
Kaszleć. Tak, kurwa, kaszleć. Instrukcja krąży po necie już od lat, jest totalną bzdurą, ale ważne, że link jest. I że on się o mnie, kurde, troszczy. A komentarze i docieranie do źródeł? A kogo to, ważne, że jest link ratujący życie.
Nosz, brzydkie słowo znów mi się ciśnie na ust korale. Odpisałam mu, że nie spieszy mi się do umierania, a kaszleć na pewno nie będę :D
A jutro znów będzie zabawa podmiejska.
W czwartek albo w piątek urwę się rano, do rzeźnika i na targ wlecę, bez szaleństw, bo mam tylko 24 zł na plusie, a gdzie czynsz i inne takie tam? :)
I tak, życie jest czasami szalone, co nie Kochany Pamiętniczku?
I gratulacje dla Barana. W kierowniki poszedł. Kolejny, któremu czapkować muszę, bo ja tylko sprzątam, psiakrew. Nawet średniej krajowej nie wyciągam :) Chapeau bas :P
Pomyślałam, że to dobry znak :)
A po pracy, wchodząc na konto w banku oczom nie wierzyłam.
Mam już swoje pieniądze, całe 24 złote polskie :) Po takim czasie wreszcie mam konto na plusie. Parę miesięcy będę je jeszcze odbudowywała, ale to już moja kasa, nie koszmarny debet.
I tym samym będę mogła powoli myśleć o zlikwidowaniu kredytu odnawialnego, albo zmniejszeniu go, bo opłata manipulacyjna jest zabójcza.
Ale nie żałuję.
Widocznie miało tak być, choć nóż mi się w kieszeni otwiera, jak Synowa pisze, że kupiła mieszkanie. Ta. Ona kupiła. Nie wykładając złotówki ani funta. Konia kują, żaba nogę podstawia Nevermind :P
W niedzielę pomilczałam, nie lajkując nawet podrzuconej sweet foci od Inżyniera.
W poniedziałek dalej byłam zacięta w milczeniu, nie wytrzymał, napisał: niech się mama odetnie. Odpisałam: Nie wiszę, pracuję i to ciężko. Miłego dnia. Co akurat prawdą było.
Dziś napisałam sama, że dalej pracuję ciężko, co również prawda jest. Bo nie jest moim zamiarem kopanie go po kostkach, ale pokazanie, że sroce spod ogona nie wypadłam.
Jako że bajzel jest, łamaczka wzięła chorobowe.
No i okazało się w praniu, że to, co ona robi z palcem w dupie nie potrafi zrobić dwóch łamaczy z łapanki...
Żebym się kontroli z ZUS nie bała, bo domofonu nie słyszę, też bym wzięła chorobowe, po raz pierwszy od 20 lat :P
Dziś 10 godzin w pracy, pojechałam po technice, wiem, że to nic nie pomoże, ale zagroziłam, że nakabluję Bossowi, bo mam dość. I nakabluję. Bo nakablowałam tak po tej kontroli zewnętrznej, że iskry leciały. Że dostaję niedoporacowane, niedoredagowane (bo taka prawda), że staram się jak mogę, ale ile mogę? No i akcja błysk: mam drukować wszystko... I kserować. Tarararrarara bum, jakbym się do tego dostosowała, zużycie papieru wzrosłoby o jakieś 50%, a ucierpiałyby biedne drzewa. Czy ja wyglądam na jakiegoś popierdolonego Szyszkę? Nie mówiąc o farbie, która droga jest. Amen :)
A propos Szyszki... Edziu Szyszka, wsiowy głupek (do dziś widzę, jak stoi pod ścianą w barze u Minty, w swoim sztruksowym, brązowym garniturku, sztruks wtedy to był obciach, manchester na to mówili, gdy uszyłam Pierworodnemu piękne ogrodniczki z manchesteru, mój Ojciec oczy w słup postawił i rzekł: w coś ty dziecko ubrała, w taki łach, z takiego gówna, bambry w tym na pole chodzą... Edziu stoi pod ścianą i liczy drobne zawinięte w chusteczkę do nosa nie pierwszej świeżości, mamrocąc coś pod nosem) był jednym z najfajniejszych ludzi, jakich znałam...
Fajne zdanie mi wyszło, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Jak jeszcze raz mi ktoś, kurwa, na odcisk wejdzie, będę kablowała bez opamiętania.
W dupie mam teksty: w każde święta pracujemy.
Wystarczy pracować w godzinach pracy i już nie trzeba w święta, wiem coś o tym.
Ale nevermind...
Dodatek techniki poszedł, ale została jeszcze cała technika w głównym numerze.
Kurwa mać.
Idziemy dalej z tym koksem.
Vice pyta, czy do drukarni bym nie pojechała na wycieczkę.
A ja na to, jak na lato...
Zapisuje mnie na oba terminy, bo nie wiem, co z pionami w kwietniu, a po dłuższej chwili uświadamiam sobie, że w maju, jak mi się poszczęści, będę miała miłych gości po zamknięciu. Mówię więc, sorry Batory i co?
Wycieczki są, obie, w dniu ostatecznego zamykania każdego numeru.
Jak widać, nieźle tu kogoś popierdoliło...
Bo drukujemy się za górami, za lasami...
Czasami tak myślę, co oni wszyscy biorą i też bym to chciała brać, ale świnie są, nie dają namiaru na dealera...
A propos tych nowych "tryndów" w wychowaniu dzieci.
Uważam, że oprócz wyważania otwartych drzwi istnieje jeszcze zwyczaj trzaskania drzwiami obrotowymi.
Celebryci i inni cudotwórcy też muszą zarobić.
A ludzie to łykają, jak guły kluski...
Kierownik Budowy linka mi dziś przesłał, co robić, jak się ma zawał, a nikogo w pobliżu nie ma.
Kaszleć. Tak, kurwa, kaszleć. Instrukcja krąży po necie już od lat, jest totalną bzdurą, ale ważne, że link jest. I że on się o mnie, kurde, troszczy. A komentarze i docieranie do źródeł? A kogo to, ważne, że jest link ratujący życie.
Nosz, brzydkie słowo znów mi się ciśnie na ust korale. Odpisałam mu, że nie spieszy mi się do umierania, a kaszleć na pewno nie będę :D
A jutro znów będzie zabawa podmiejska.
W czwartek albo w piątek urwę się rano, do rzeźnika i na targ wlecę, bez szaleństw, bo mam tylko 24 zł na plusie, a gdzie czynsz i inne takie tam? :)
I tak, życie jest czasami szalone, co nie Kochany Pamiętniczku?
I gratulacje dla Barana. W kierowniki poszedł. Kolejny, któremu czapkować muszę, bo ja tylko sprzątam, psiakrew. Nawet średniej krajowej nie wyciągam :) Chapeau bas :P
sobota, 8 kwietnia 2017
Wkurw
dopadł mnie wczoraj, megawkurw, Kochany Pamiętniczku.
Kiedy Inżynier wyśmiał moje wąty dotyczące kąpieli Alienka, napisałam do Jego Żony.
A ona mi, że wszystkie decyzje dotyczące Alienka podejmują razem i mam na niego nie kablować.
A chwilę później, że Alienek właśnie wykąpany i że nie podoba mu się mycie głowy.
Teraz już wiem, dlaczemu miał takie mocno czarne włoski, jak na żel. Też bym takie miała po 12 dniach niemycia, a wyobrażam sobie, jak biedaka wszystko swędziało.
No nic.
Napisałam, że przykro mi, że nie jestem idealną teściową, ale więcej starała się nie będę.
Bo ja, kurwa, podziękowałam wprost za wnuka i dorzuciłam parę ciepłych słów pod jej adresem, a sama nie usłyszałam nigdy nic miłego.
Przeżyję, ale nie mam najmniejszego zamiaru już się starać o miejsce na podium.
Przejdę do szeregu teściowych, na całe szczęście nie tych z zagadki: co to jest ropucha i czterdzieści żabek? Teściowa wiesza firanki. Nie mam firanek. Będę więc zwykłą ropuchą. Tyż piknie.
A za chwile pisze Inżynier, kurwa, nagle mają dużo czasu na pisanie. Cytuję: Mamo, my działamy wg wytycznych i porad osób (profesjonalistów), które nas odwiedzały i doglądały. Według obecnych zasad, ktore są polecane i wg tego, jak się sprawy u nas toczą. Doceniam, że chce mama pomóc i poradzić. Jeśli będę potrzebował porady czy pomocy, to naprawdę zgłoszę się bez wahania.Ale mogę też zadziałać inaczej, niż mama sugeruje :>
Ano może. I działa, a ja nie drę szat. Szczepi. I słowa nie rzekłam ani Pierworodnemu, ani jemu.
Szanuję ich decyzje i metody wychowawcze.
Amen.
Ale kurwa, zastanawiam się, jak mnie, nieprofesjonalistce, udało się wychować dwóch chłopów na schwał, z mojej pensji tylko utrzymując dom. Wykształcić. Pewno, ptasiego mleka im brakowało, ale głodni nie chodzili.
Ogarniać wszystko, mimo pracy zawodowej na pełen etat. Mimo wrzoda na dupie w postaci Eksa, który palcem w bucie nigdy nie kiwnął, ale mój obiad potrafił wpieprzyć, bo on był głodny i jadł o 13 to, co mu uszykowałam, a jak wróciłam o 18 to on już z głodu nie mógł.
Kurwa mać.
Nie było internetów, nie miałam się gdzie wyżalać, że karmię i nie ma mi kto podać szklanki wody, że pieluchy i inne szmaty w rękach piorę, że od czwartej rano w kolejce stałam po masło.
Że każdego roku byli na wakacjach, że robili zawsze to, co chcieli - w sensie podejmowania swoich decyzji, za co obrywałam od wszystkich, wyzywana od kurw, że jak to, nie do LO, a do takiej gównianej szkoły? Że mają być lekarzami i koniec, kropka, bo ta rodzina to sami lekarze (hahahaha, reszta potomstwa rodziny o ile w ogóle pokończyła szkoły, to na ochronie środowiska, bo tam znajomy pracował).
I inne takie tam.
Nieprofesjonalnie, kurwa.
A sama cierpiałam, że nikt mi nie powie, co i jak...
Paznokcie nauczyłam się obcinać Pierworodnemu przypadkiem, bo akurat wpadła taka jedna szwagierka, co miała już czwórkę dzieci i posikała się ze śmiechu, widząc moje wysiłki. Nie było wtedy internetów, forów.
Więc myślałam, że moje doświadczenia są coś warte, bo nie wszystko, co stare, jest głupie. Jeżeli większość bab z mojego pokolenia ogarniała pracę, dom, wychowywanie dzieci, to chyba nie wszystko było takie złe?
No ale własne dziecko powiedziało mi, tak miętą przez rumianek, że ma mnie w dupie, no bo gdzie mi tam do profesjonalistów. Zwłaszcza angielskich.
I git majonez, niech się sami męczą.
Napisałam, że trochę pobędę sama, że nie chcę o niczym już rozmawiać.
Pozałatwiam wszystkie sprawy, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, ale reszta mnie nie rusza.
Bo całe życie jestem dobra tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić (tego już nie pisałam, bo to moja bajka). Kiedy ktoś chce do PL wpaść, inne takie tam. I dobrze, drobiazg, ależ proszę, nie widzę przeciwwskazań.
Za to kiedy ja chcę gdzieś pojechać, to jest problem. Bo odebrać z lotniska, bo przenocować nie ma gdzie, bo oj tam, oj tam, nieważne :D
Załatwić PESEL, dowód i paszport. Drobiazg, of course.
W międzyczasie tłumacz przysięgły, bo bez tłumacza ani rusz.
No i urzędy, kolędowanie, tu znaczek, tu ksero, tu znów tłumaczenie.
Ależ drobiazg, co to jest. Nic. Każdy głupi to załatwi.
No oni nie pojadą do Londynu, bo z małym dzieckiem to koszmar.
Ano.
A dla mnie to bułka z masłem.
Of course.
Gorycz wylewa mi się już uszami, ale super.
Bo dzięki wkurwowi dziś: zrobiłam zakupy, umyłam okna, zakisiłam kimchi, ugotowałam obiad i wysprzątałam mieszkanie.
Jest gotowe na święta, zmienię tylko obrusy i serwetki i będzie jak należy :D
I aprowizacja na święta już załatwiona w połowie :D
Ha, jak ugotuję żurek, dodam białą kiełbasę i jajka od Grzesia, to w sumie mam problem z głowy, w zeszłym roku po żurku nie miałam już miejsca na nic, a żurku wyszło na trzy dni :P Nie zamawiam ciast, bo nie za bardzo mam jak odebrać, nie przepadam za typowo wielkanocnymi, a daquoise nie można zamówić, więc jeszcze jutro wlecę do P & P po wafle, bo tam są takie, jakie lubię i zrobię sobie wafle z masą kajmakową. Okazuje się, że w sobotę będą pracować tylko niedobitki, więc po prostu w piątek pojadę później do pracy.
We wtorek zaś powrót do pracy, a potem będą robale.
Nie mam melodii nawet na święconkę.
Po prostu chcę zamknąć drzwi.
I nie być.
A, winter is coming :)
Grudzień pozazdrościł bratkom i też zakwitnie.
Zatem nie chowamy kozaczków :P
Kiedy Inżynier wyśmiał moje wąty dotyczące kąpieli Alienka, napisałam do Jego Żony.
A ona mi, że wszystkie decyzje dotyczące Alienka podejmują razem i mam na niego nie kablować.
A chwilę później, że Alienek właśnie wykąpany i że nie podoba mu się mycie głowy.
Teraz już wiem, dlaczemu miał takie mocno czarne włoski, jak na żel. Też bym takie miała po 12 dniach niemycia, a wyobrażam sobie, jak biedaka wszystko swędziało.
No nic.
Napisałam, że przykro mi, że nie jestem idealną teściową, ale więcej starała się nie będę.
Bo ja, kurwa, podziękowałam wprost za wnuka i dorzuciłam parę ciepłych słów pod jej adresem, a sama nie usłyszałam nigdy nic miłego.
Przeżyję, ale nie mam najmniejszego zamiaru już się starać o miejsce na podium.
Przejdę do szeregu teściowych, na całe szczęście nie tych z zagadki: co to jest ropucha i czterdzieści żabek? Teściowa wiesza firanki. Nie mam firanek. Będę więc zwykłą ropuchą. Tyż piknie.
A za chwile pisze Inżynier, kurwa, nagle mają dużo czasu na pisanie. Cytuję: Mamo, my działamy wg wytycznych i porad osób (profesjonalistów), które nas odwiedzały i doglądały. Według obecnych zasad, ktore są polecane i wg tego, jak się sprawy u nas toczą. Doceniam, że chce mama pomóc i poradzić. Jeśli będę potrzebował porady czy pomocy, to naprawdę zgłoszę się bez wahania.Ale mogę też zadziałać inaczej, niż mama sugeruje :>
Ano może. I działa, a ja nie drę szat. Szczepi. I słowa nie rzekłam ani Pierworodnemu, ani jemu.
Szanuję ich decyzje i metody wychowawcze.
Amen.
Ale kurwa, zastanawiam się, jak mnie, nieprofesjonalistce, udało się wychować dwóch chłopów na schwał, z mojej pensji tylko utrzymując dom. Wykształcić. Pewno, ptasiego mleka im brakowało, ale głodni nie chodzili.
Ogarniać wszystko, mimo pracy zawodowej na pełen etat. Mimo wrzoda na dupie w postaci Eksa, który palcem w bucie nigdy nie kiwnął, ale mój obiad potrafił wpieprzyć, bo on był głodny i jadł o 13 to, co mu uszykowałam, a jak wróciłam o 18 to on już z głodu nie mógł.
Kurwa mać.
Nie było internetów, nie miałam się gdzie wyżalać, że karmię i nie ma mi kto podać szklanki wody, że pieluchy i inne szmaty w rękach piorę, że od czwartej rano w kolejce stałam po masło.
Że każdego roku byli na wakacjach, że robili zawsze to, co chcieli - w sensie podejmowania swoich decyzji, za co obrywałam od wszystkich, wyzywana od kurw, że jak to, nie do LO, a do takiej gównianej szkoły? Że mają być lekarzami i koniec, kropka, bo ta rodzina to sami lekarze (hahahaha, reszta potomstwa rodziny o ile w ogóle pokończyła szkoły, to na ochronie środowiska, bo tam znajomy pracował).
I inne takie tam.
Nieprofesjonalnie, kurwa.
A sama cierpiałam, że nikt mi nie powie, co i jak...
Paznokcie nauczyłam się obcinać Pierworodnemu przypadkiem, bo akurat wpadła taka jedna szwagierka, co miała już czwórkę dzieci i posikała się ze śmiechu, widząc moje wysiłki. Nie było wtedy internetów, forów.
Więc myślałam, że moje doświadczenia są coś warte, bo nie wszystko, co stare, jest głupie. Jeżeli większość bab z mojego pokolenia ogarniała pracę, dom, wychowywanie dzieci, to chyba nie wszystko było takie złe?
No ale własne dziecko powiedziało mi, tak miętą przez rumianek, że ma mnie w dupie, no bo gdzie mi tam do profesjonalistów. Zwłaszcza angielskich.
I git majonez, niech się sami męczą.
Napisałam, że trochę pobędę sama, że nie chcę o niczym już rozmawiać.
Pozałatwiam wszystkie sprawy, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, ale reszta mnie nie rusza.
Bo całe życie jestem dobra tylko wtedy, gdy trzeba coś załatwić (tego już nie pisałam, bo to moja bajka). Kiedy ktoś chce do PL wpaść, inne takie tam. I dobrze, drobiazg, ależ proszę, nie widzę przeciwwskazań.
Za to kiedy ja chcę gdzieś pojechać, to jest problem. Bo odebrać z lotniska, bo przenocować nie ma gdzie, bo oj tam, oj tam, nieważne :D
Załatwić PESEL, dowód i paszport. Drobiazg, of course.
W międzyczasie tłumacz przysięgły, bo bez tłumacza ani rusz.
No i urzędy, kolędowanie, tu znaczek, tu ksero, tu znów tłumaczenie.
Ależ drobiazg, co to jest. Nic. Każdy głupi to załatwi.
No oni nie pojadą do Londynu, bo z małym dzieckiem to koszmar.
Ano.
A dla mnie to bułka z masłem.
Of course.
Gorycz wylewa mi się już uszami, ale super.
Bo dzięki wkurwowi dziś: zrobiłam zakupy, umyłam okna, zakisiłam kimchi, ugotowałam obiad i wysprzątałam mieszkanie.
Jest gotowe na święta, zmienię tylko obrusy i serwetki i będzie jak należy :D
I aprowizacja na święta już załatwiona w połowie :D
Ha, jak ugotuję żurek, dodam białą kiełbasę i jajka od Grzesia, to w sumie mam problem z głowy, w zeszłym roku po żurku nie miałam już miejsca na nic, a żurku wyszło na trzy dni :P Nie zamawiam ciast, bo nie za bardzo mam jak odebrać, nie przepadam za typowo wielkanocnymi, a daquoise nie można zamówić, więc jeszcze jutro wlecę do P & P po wafle, bo tam są takie, jakie lubię i zrobię sobie wafle z masą kajmakową. Okazuje się, że w sobotę będą pracować tylko niedobitki, więc po prostu w piątek pojadę później do pracy.
We wtorek zaś powrót do pracy, a potem będą robale.
Nie mam melodii nawet na święconkę.
Po prostu chcę zamknąć drzwi.
I nie być.
A, winter is coming :)
Grudzień pozazdrościł bratkom i też zakwitnie.
Zatem nie chowamy kozaczków :P
piątek, 7 kwietnia 2017
Tego
jeszcze w kinie nie grali, Kochany Pamiętniczku.
Technika nie ma nic, prawie nic, a na dokładkę łamacz wziął
zwolnienie.
Tom pogrzebała, co do pogrzebania było, przejrzałam uwagi
tego geniusza, jak myślałam, znalazł biedak literówek parę, a i to nie wiem,
czy moje, bo powywalali wydruki. Za to jeden się znalazł, błąd w spisie treści,
więc hohoho. I co? Nie ja go zrobiłam. Tekst, który dostałam do korekty miał
inny nagłówek, było OK. Oddałam, a gość zmienił sobie sam tekst i poszło z
błędem. Nie poleciałam jeszcze z tym wszystkim do Bossa, niech myśli, że czytam
od deski do deski.
Jeszcze nie zwariowałam.
I nie czuję się winna.
Inżynier chciał audiencję, naczekałam się, a i tak była
błyskawiczna, bo Alienek ma donośny głos i zdrowe płucka, a śpi pięć minut.
Łatwiej teraz wszystko na piśmie załatwiać. PESEL będę
załatwiała. Spoko, dobrze mieć zajęcia.
Żal mi młodych. Próbowałam delikatnie Inżynierowi coś
zasugerować, ale się nie da. Teraz jest inaczej, zresztą nie karmiłam piersią,
więc nie ma o czym mówić. Ano. Pierworodnego karmiłam miesiąc i skończyło się,
jak się skończyło. Nieważne. Mówię: połóż na brzuszku. Nie. A Kierownik Budowy
posłuchał i kładł Kradziejkę i dziecko spało jak złoto. Pytam: może dyndołek.
Nie, bo dyndołek to już na stałe. Trudno.
Z jednej strony żal, że są tak daleko, z drugiej – dobrze,
że są tak daleko. Dziecko ma już dwa tygodnie, a jeszcze nie było kąpane. Też
bym się darła, jakbym się dwa tygodnie nie kąpała, a tylko by mnie szmatkami
obmywali.
Nie mają czasu na kąpanie.
Każdy musi swoje przejść.
Sama bolałam nad tym, że nie mam mamy, że teściowa mi ani w
niczym nie pomoże, ani nic nie chce powiedzieć.
Moim guru była książka „Małe dziecko”.
Ale moje dziecko może mnie zapytać, nie musi robić wg moich
przepisów, ale...
Może. Że nie chce? No to ma problem :D
A ja mam problem z padającym co rusz netem, odkąd robią te pieprzone piony. Dziś o 15 od „fachowców” tak jechało piwskiem, że nic dziwnego, że robota idzie, jak idzie. Moja sąsiadka dziś nie udostępniła mieszkania. Pracuje jako tłumaczka. Znam te warunki, ale „fachowcy” na nieśmiałe, że ktoś pracuje zaperzają się jak indory: pani, my tu ciężko pracujemy.
Ano, a my kwiatki zrywamy...
Az strach się bać, widziałam większość ekipy, zapyziałe
dziady i brudasy.
I takie coś mam do domu wpuścić? Jakbym sama remontowała,
wybrałabym ekipę.
Pamięta ktoś drabinę majstra, oblepioną farbą i gipsem? I te
trzepane skarpetki? Bo ja tak.
O kurka wodna...
Ojapierdolę :D
czwartek, 6 kwietnia 2017
Kolejna
noc do dupy przez tego emilka, Kochany Pamiętniczku.
Bladym świtem zwlokłam więc szlachetne zwłoki z łóżka i pokulałam się do pracy.
Na wstępie zjechałam D. za tego emilka, strzeliła focha, ale mam to w poważaniu.
Potem pochwaliłam się Alienkiem, nie powiem, cmokali. Jeden dowcipny zapytał, czy to moje. Pewno, że moje, a czyje? Myśleli, że to dziewczynka :D
Potem wparowałam do Bossa, mimo że miał naradę, ale kazał mi 15 minut czekać.
No to poczekałam, a potem była jazda bez trzymanki.
Ojapierdolę.
Dał komuś z zewnątrz numer do korekty i wróciły 3 strony erraty. Nie, że to moje błędy, ale gość czepiał się wszystkiego, nawet obora na rusztach mu nie pasowała i kreacje zbóż. Gdybym ja chciała się bawić w takie klocki, nie zamknęłabym gazety do usranej śmierci. Większość błędów to błędy redaktorów, a buk liściasty tylko wie, ile merytorycznych ja wyłapałam. Boss sam powiedział, że to nie moja działka i mam się tym nie przejmować. Nie miałam za bardzo czasu analizować wszystkiego, zrobię to w tygodniu, ale na starcie z trzech moim błędów ani jeden nie jest błędem, co od razu podkreśliłam. Poszło między innymi o sławetne w oparciu na..., które gość poprawiał na: w oparciu o. Opierać się można o płot, ale w oparciu na przepisach, na podstawie przepisów, więc kij mu w oko. Ortografa nie było, a czepiał się jak pijany płotu, dobrze, że nie mnie. No i cieszę się na sprawdzanie, bo już mam parę kiksów gościa na oku, ale miło, że ktoś na moją pracę spojrzał.
To pikuś.
Znów powrót do przeszłości i rozpiska stron. Ta...
Co najlepsze, rozpiska jest i w formie elektronicznej, co sprowadza się do tego, że muszę latać po korytarzu i prosić o zamknięcie pliku, bo nie mogę w nim zapisać. Telefonu nie chcę, bo tyle samo czasu stracę na dodzwanianie się do delikwenta, a poza tym telefon przeszkadza w pracy, dzwoniąc co chwilę.
Nosz, już widzę, jak zapieprzam kurcgalopkiem.
O druga wersja papierowa tegoż, bo tak.
Spoko.
I clou: mój urlop.
Bo mam 26 dni urlopu za ten rok, co jest niesłychane, jak ja śmiem.
Tyle, że to nie ja osobiście sobie to wpisałam, ale kadry przysłały. Bo wg kodeksu tak mam :) Ano mam. 26 po 4 godziny albo 13 po 8 godzin.
O, 13 po 8, super. No też mówię, że super, bo w systemie ośmiogodzinnym teraz pracuję. Kochajmy się! Kurtyna.
A ja, że te piony, że w sumie to bym tydzień wzięła, no ale kto wyczyści tę kuwetę. Ależ nie trzeba, mogę z domu pracować, tylko mam emilkowo wszystkim napisać.
Seriously? Wydał na kontrolera, ale na tydzień mojego urlopu mu szkoda (choć nie dziwię się, bo nikt mu tego w takim tempie nie zamknie). A tak na serio, skoro mam możliwość pracy zdalnej i firma idzie mi na rękę, to spoko. A pisiory chcą nas zrepolonizować, Tragedia grecka :D
W sumie mnie to urządza i skorzystam, jak będzie mus. [Wracając do domu natykam się na majstra, jak włazi do sąsiada. Pytam, kiedy u mnie będą. Nie wiedzą. A kiedy będą wiedzieć. Z dnia na dzień wywieszą kartkę. Ta, a ja z dnia na dzień powiem w pracy, że dupa. Kurwa. Za kogo się te kiblotłuki mają. Kiblotłuki, bo jeżeli nie umieją zrobić jakiegoś sensownego harmonogramu (rozumiem, że może im tam coś nie pójść i się przesunie), to kiblotłuki. Powiedziałam, że w takim razie dzień później najwcześniej udostępnię mieszkanie i wali mnie to. Ja też pracuję i moja praca też jest ważna. I tyle na ten moment, pomyślę o tym po świętach.]
Kręcę się dalej po pracy jak gówno w przeręblu, parę tekstów jest, to jak już jestem, to ogarnę, będę miała później mniej do roboty. Nie ma za to tekstów, które miały na mnie czekać jutro, ani gości od tych tekstów. Co mówię Bossowi, który właśnie znów spęd zrobił, a tego nagle olśniewa genialna myśl, że to nie działa i tadam... Wracamy od przyszłego miesiąca do systemu dwa tygodnie po 4 i jeden po osiem. Mi to rybka, nic to nie zmienia, będę tak samo zawalona pracą, jak jestem, zamiast dwóch tygodni kwitnięcia w domu będę kwitła tydzień, a trzy będę sobie kursowała, z tego w dwa, jak będzie pogoda - mój zysk, motywacja do wyjścia i łażenia, a pół dnia moje.
No ale... co będzie z tym pieprzonym urlopem?
Nic nie rzekłam w tym temacie, mam jeszcze nieodebrany za dwa lata, co wypisałam awansem...
Psiakrew.
Ale nic to. Kaska, o której chłop nie wie okazała się kaską niezarobioną, a roczną premią. Zatem robaczki wyprodukują dla mnie jeszcze trochę kaski, co tygryski lubią najbardziej.
Mycie okien mi się nie klei, ale olać to. Albo umyję, albo nie, mogę, nie muszę. Nie mam melodii, nie będę sobie robiła na złość.
Czytam.
Piszę.
Myślę.
I dlatego życie jest piękne :P
Bo nawet świąt nie muszę robić, po prostu odpocznę między jednym tygodniem pracy a drugim. Będę jeść chleb z pomidorem, kto bogatemu zabroni? :) I jajka, bo lubię :D
Bladym świtem zwlokłam więc szlachetne zwłoki z łóżka i pokulałam się do pracy.
Na wstępie zjechałam D. za tego emilka, strzeliła focha, ale mam to w poważaniu.
Potem pochwaliłam się Alienkiem, nie powiem, cmokali. Jeden dowcipny zapytał, czy to moje. Pewno, że moje, a czyje? Myśleli, że to dziewczynka :D
Potem wparowałam do Bossa, mimo że miał naradę, ale kazał mi 15 minut czekać.
No to poczekałam, a potem była jazda bez trzymanki.
Ojapierdolę.
Dał komuś z zewnątrz numer do korekty i wróciły 3 strony erraty. Nie, że to moje błędy, ale gość czepiał się wszystkiego, nawet obora na rusztach mu nie pasowała i kreacje zbóż. Gdybym ja chciała się bawić w takie klocki, nie zamknęłabym gazety do usranej śmierci. Większość błędów to błędy redaktorów, a buk liściasty tylko wie, ile merytorycznych ja wyłapałam. Boss sam powiedział, że to nie moja działka i mam się tym nie przejmować. Nie miałam za bardzo czasu analizować wszystkiego, zrobię to w tygodniu, ale na starcie z trzech moim błędów ani jeden nie jest błędem, co od razu podkreśliłam. Poszło między innymi o sławetne w oparciu na..., które gość poprawiał na: w oparciu o. Opierać się można o płot, ale w oparciu na przepisach, na podstawie przepisów, więc kij mu w oko. Ortografa nie było, a czepiał się jak pijany płotu, dobrze, że nie mnie. No i cieszę się na sprawdzanie, bo już mam parę kiksów gościa na oku, ale miło, że ktoś na moją pracę spojrzał.
To pikuś.
Znów powrót do przeszłości i rozpiska stron. Ta...
Co najlepsze, rozpiska jest i w formie elektronicznej, co sprowadza się do tego, że muszę latać po korytarzu i prosić o zamknięcie pliku, bo nie mogę w nim zapisać. Telefonu nie chcę, bo tyle samo czasu stracę na dodzwanianie się do delikwenta, a poza tym telefon przeszkadza w pracy, dzwoniąc co chwilę.
Nosz, już widzę, jak zapieprzam kurcgalopkiem.
O druga wersja papierowa tegoż, bo tak.
Spoko.
I clou: mój urlop.
Bo mam 26 dni urlopu za ten rok, co jest niesłychane, jak ja śmiem.
Tyle, że to nie ja osobiście sobie to wpisałam, ale kadry przysłały. Bo wg kodeksu tak mam :) Ano mam. 26 po 4 godziny albo 13 po 8 godzin.
O, 13 po 8, super. No też mówię, że super, bo w systemie ośmiogodzinnym teraz pracuję. Kochajmy się! Kurtyna.
A ja, że te piony, że w sumie to bym tydzień wzięła, no ale kto wyczyści tę kuwetę. Ależ nie trzeba, mogę z domu pracować, tylko mam emilkowo wszystkim napisać.
Seriously? Wydał na kontrolera, ale na tydzień mojego urlopu mu szkoda (choć nie dziwię się, bo nikt mu tego w takim tempie nie zamknie). A tak na serio, skoro mam możliwość pracy zdalnej i firma idzie mi na rękę, to spoko. A pisiory chcą nas zrepolonizować, Tragedia grecka :D
W sumie mnie to urządza i skorzystam, jak będzie mus. [Wracając do domu natykam się na majstra, jak włazi do sąsiada. Pytam, kiedy u mnie będą. Nie wiedzą. A kiedy będą wiedzieć. Z dnia na dzień wywieszą kartkę. Ta, a ja z dnia na dzień powiem w pracy, że dupa. Kurwa. Za kogo się te kiblotłuki mają. Kiblotłuki, bo jeżeli nie umieją zrobić jakiegoś sensownego harmonogramu (rozumiem, że może im tam coś nie pójść i się przesunie), to kiblotłuki. Powiedziałam, że w takim razie dzień później najwcześniej udostępnię mieszkanie i wali mnie to. Ja też pracuję i moja praca też jest ważna. I tyle na ten moment, pomyślę o tym po świętach.]
Kręcę się dalej po pracy jak gówno w przeręblu, parę tekstów jest, to jak już jestem, to ogarnę, będę miała później mniej do roboty. Nie ma za to tekstów, które miały na mnie czekać jutro, ani gości od tych tekstów. Co mówię Bossowi, który właśnie znów spęd zrobił, a tego nagle olśniewa genialna myśl, że to nie działa i tadam... Wracamy od przyszłego miesiąca do systemu dwa tygodnie po 4 i jeden po osiem. Mi to rybka, nic to nie zmienia, będę tak samo zawalona pracą, jak jestem, zamiast dwóch tygodni kwitnięcia w domu będę kwitła tydzień, a trzy będę sobie kursowała, z tego w dwa, jak będzie pogoda - mój zysk, motywacja do wyjścia i łażenia, a pół dnia moje.
No ale... co będzie z tym pieprzonym urlopem?
Nic nie rzekłam w tym temacie, mam jeszcze nieodebrany za dwa lata, co wypisałam awansem...
Psiakrew.
Ale nic to. Kaska, o której chłop nie wie okazała się kaską niezarobioną, a roczną premią. Zatem robaczki wyprodukują dla mnie jeszcze trochę kaski, co tygryski lubią najbardziej.
Mycie okien mi się nie klei, ale olać to. Albo umyję, albo nie, mogę, nie muszę. Nie mam melodii, nie będę sobie robiła na złość.
Czytam.
Piszę.
Myślę.
I dlatego życie jest piękne :P
Bo nawet świąt nie muszę robić, po prostu odpocznę między jednym tygodniem pracy a drugim. Będę jeść chleb z pomidorem, kto bogatemu zabroni? :) I jajka, bo lubię :D
środa, 5 kwietnia 2017
Naturalnie
spać nie mogłam, Kochany Pamiętniczku, a na dworcu byłam godzinę wcześniej i okrutnie zmarzłam (ha, ja, zmarzłam).
Ale potem było z górki.
W wagonie wprawdzie woniało późnym PRL, jakby nie wymieniono tapicerki i jakby ktoś palił (ten smród wagonów, w których wolno było palić, nie do wywietrzenia), okna zaś były tak nieświeże, że co rusz okularki przecierałam, bo myślałam, że zaszły znów mgłą, ale...
Jechało się super, tłoku nie było. Osiem saren i jelonków naliczyłam na polach, będę miała o czym mówić w pracy. Bażanta i zająca jednego też widziałam, zdjęć nie próbowałam robić, bo pewno by nic nie wyszło.
Perony po drodze i owszem, odnowione, ale same budynki stacyjne jak ruiny, okna pozabijane dechami, a zamiast WC gdzieniegdzie toi-toi stało... W Krotoszynie też :)
Ale dojechałam i nagle... zaświeciło słoneczko i to tak, żem kapotę zaraz zdjęła, bo za gorąco mi było.
Spokojnie Umarlaków ogarnęłam, nie spiesząc się, przeklinając przy tym wielbicieli Cioci, bo i donice wmelili na płytę i znicze, tak że wszystko było czarnymi kręgami upaprane. Nie wiem, czy koleżanka coś palcem kiwnęła, bo żadnych kamyków nie było (a obiecała wysypać, a i 100 zł zainkasowała), profilaktycznie nie pisałam jej, że jadę, a kij w oko :)
Jeżeli połączenie się utrzyma, sama spokojnie sobie pojadę, kiedy tylko mi się zasmrodzi. Cztery godziny to nie dwie.
A i okazuje się, że po 17 jest jeszcze bezpośredni pociąg do domu, to jak się uprę, cały dzień mogę siedzieć. To mi się podoba.
Ogarnąwszy, pogadałam z Umarlakami, jak czekista z czekistą, bo i trochę im miałam do przekazania, a i oni co nieco mi nawtykali.
Mniejsza z większym
Do Cristalu polazłam i choć sala była na stypę zarezerwowana, pani pozwoliła mi się w kącie pożywić, a za smaczny obiad zapłaciłam całe 20 zł :) Żyć nie umierać.
Jako że czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam sik nie sik, bo do 18 musiałam wytrzymać, w autobusie nie ma WC. Więc i nie piłam, a słońce grzało, jak latem.
I poszłam szlakiem dzieciństwa, młodości i wspomnień.
Nie dotarłam do parku ani do mojej budy (podstawówki i liceum), choć czasu miałam dość, z tej prostej przyczyny, że miałam na nogach półbuty, a te, choć wygodne - wykończyły mnie z powodu gorąca.
Więc godzinkę posiedziałam w parczku przy dworcu, kontemplując wszystko, nawet muzyki nie słuchałam.
Ja, siedząca na ławce godzinę. Koniec świata, pani Popiołkowa :)
I tak
Tym pociągiem dojeżdżałam 7 lat. Nie ma go już, linia wąskotorowa została zlikwidowana, został tylko pociąg, który też powoli zaczyna się sypać.
Moje marzenie od dzieciństwa. Chcę mieć tę chatę, jak wygram w totka albo obrobię bank, kupię ją na pewno. Ponoć należała do jakiegoś niemieckiego dostojnika. Ma w sobie to coś i pożądam jej okrutnie, tym bardziej że..
(niedaleko niej stoi kolejna z taką wieżyczką, ale nie ma tego czegoś, nie ciągnie mnie do niej, tej nie kupię)
... taka magnolia przed nią rośnie...
... oszaleć można, co nie?
I bzy tu już są na wylocie, u mnie nawet listków jeszcze nie widać.
I taka uliczka, Koźmińska, mieszkali tu moi dziadkowie, a Ciocia lata całe w sklepie tu pracowała. Pomagając jej nauczyłam się wydawać pieniądze (w sensie resztę) i czasem zaskakiwałam (już w dorosłym życiu) praktykantki w sklepach, kiedy jeszcze tej całej elektroniki nie było :) A i słupki biegle umiałam liczyć.
Ta najstarsza w Krotoszynie chaupka przylega bezpośrednio do kamienicy, w której mieszkali dziadkowie. Nie mogłam zrobić zdjęcia, przez tego parkującego geniusza. W chacie mieści się obecnie muzeum im. prof. Ławniczaka, zakochanego w tym mieście, mojego łacinnika, niestety, od lat już nieżyjącego.
Tu gdzie ta witryna sklepowa było mieszkanie dziadków.
Brama wejściowa. Mam zdjęcie sprzed wojny w tej bramie, jak stoi tam mój dziadek ze swoimi dziećmi i czeladnikami. Dziadek był szewcem. I o ile mnie pamięć nie myli, w obecnym muzeum miał swój warsztat, ale nie jestem pewna na 100 procent, a nie mam kogo już zapytać, czy się nie mylę...
I kościółek. Stąd wyruszyła w ostatnią drogę moja Mama...
I takie sobie podwóreczko.
Uliczki do rynku takie wąskie, że dwie osoby się z trudem wymijały, dużo tam wypadków, więc za bardzo zdjęć nie dało się robić, bo walizę ciągnęłam i torbę tachałam. Ale po drodze sklepiki, te same odkąd pamięcią sięgam, tylko w rynku samym nieco się zmieniło, bruk i ogródki piwne, fontanna i takie tam :) Ale wszystko było w proszku i pełno ustawiania, więc odpuściłam.
Tej kawiarni nie było, ponoć nowa i kultowa. Poszłabym na kawę, bo czas miałam, no ale sik :)
I tak powrót do przeszłości, jakbym Ciocię widziała, tyle że pani szczuplejsza...
A i święty Florian na Małym Rynku to jakaś nówka nieśmigana.
I krokusy już pięknie kwitną :D
Marian Langiewicz, urodzony w Krotoszynie, nie było tego pomnika za moich czasów...
... ani takich półeczek...
... ławeczki...
... ale hotel był. I kiedyś w nim nocowaliśmy (pomysł mojego Eksa, bo groszem nie śmierdzieliśmy). A na tym placu zaparkował maluchem na postoju dla taksówek. Bo on zawsze musiał mieć "pod drzwi". Zablokowali go tak, że wydawało się, że kartki papieru już nie wciśnie, a on wyjechał bez draśnięcia.
I droga do dworca, znów sklepiki sprzed lat. I jubiler, u którego Ciocia wszystkie pierścionki robiła, jedyny, do którego miała zaufanie.
Przy tej ulicy pracował mój ojciec lata całe. Ale już tam nic nie ma, nawet stara słodownia padła...
W tym szpitalu urodziłam się ja, mój brat, zmarła moja Mama i Ciocia... Kawał historii...
I komin ze słodowni, jako dziecko widziałam w takich kominach (mam na myśli ten niższy, z tym jakimś filtrem) pomnik jakby warszawskiej Syrenki :) Tak mi zostało do dziś :D
W tym domu mieszkała moja koleżanka, córka lekarza. Bywałam u niej, dziwne to było, nabożne, bo miała pianino i umiała na nim grać. Jak ja jej zazdrościłam. Ale... Jej ojciec, jak i mój był alkoholikiem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Takie czasy były...
Kiedyś rosły tu przepiękne lipy, tych domów nie było widać. Przyszedł kilkanaście lat temu huragan i powyrywał prawie wszystkie drzewa... I tak zostało goło.
I znów magnolia. Tu przycupnęłam i kontemplowałam :)
A było na czym oko oprzeć.
I ptaszory się prezentowały.
Wróciłam do domu tak odwodniona, że spuchłam niemożebnie.
Poratowałam się piwkiem i poszłam spać.
Z dobrymi chęciami, a tymi jest jak wiadomo, piekło wybrukowane.
Wstałam i spojrzałam w lustro, krzyknęłam rozpaczliwie. Cztery miesiące nie byłam u fryzjera.
Więc zmieniłam z zapałem pościel, w międzyczasie koce przeprałam, licząc, że słońce wyjdzie (nie wyszło, na dokładkę zimno jest) i poleciałam. Teraz wyglądam jak łysy Księżyc w pełni, ale mniejsza z większym, da się z tym żyć.
I obkupiona wróciłam z zamiarem mycia okien.
Ale...
Przepakowywać zaczęłam walizkę, którą zabrałam na cmentarz.
I... Otworzyłam pierwszy list. Bo walizka na co dzień jest zapełniona listami. Od mojego brata. I...
Utonęłam w przeszłości, w listach sprzed ponad 40 lat.
Znów wróciły tamte kłamstwa, oszustwa, cała ja, bohaterka, dźwigająca wszystko na swoich barkach. I dzieląca się kasą, a każde listy to były litanie, wyliczające na co wydał pieniądze, że nie kłamie, że nawet palenie rzucił.
Nic z tego nie było prawdą.
I listy od ojca. Że "Kochana Córeczko", postawiłaś na swoim, zgnoiłaś mnie, dając na leczenie, że co, nie piję, bo nawet na chleb nie mam.
I listy, że byli u mnie, a potem licytowali się, kto mniej ode mnie dostał. Że ja, taka owaka, tylko na bilet dałam...
I zamiast w pizdu rzucić to, ugotowałam obiad i wsiąkłam.
Nie są te listy posegregowane, ale większość jest w kopertach, wszystkie są datowane i...
Ojapierdolę, kiedy ja miałam czas tyle pisać, odpisywać, czytać?
I inne listy: od Wujka, od Cioci, od koleżanek.
Maryla.
Kim do cholery jest Maryla. Mam dziurę w pamięci, czy alzheimera już, przecież ja nie znam żadnej Maryli.
Same kartki od Maryli, z pielgrzymki do Częstochowy. Kim do diabła była Maryla? I list - rozwiązanie zagadki - znalazłam jej adres w ITD. To takie studenckie czasopismo z PRL, zdaje się, że Kwaśniewski tam się kręcił. Szukała studentki, która jej przybliży bibliotekoznawstwo, a ja na to odpisałam. I jak widzę, ciągnęło się to jakiś czas. Może, o ile się przez wszystko przekopię, dojdę, dlaczego się urwało. Bo jeszcze nie przeczytałam nawet 1/100 listów. A to kobyły, na 4 strony drobnym maczkiem, albo i więcej.
I listy od Piotra. Mojej miłości. Mojej wielkiej miłości. Mojej szalonej miłości. Już nawet nie pamiętałam, jak złośliwie do siebie pisaliśmy. Miał kompleksy, był fotografem, po zawodówce, a ja już prawie pani magister. Wtedy to - dla niego, bo dla mnie nie - miało znaczenie. I widzę, że nadawaliśmy na jednej fali. Teraz to widzę. Ile czarnego humoru, który tak kocham było w tym wszystkim. Nie ożenił się nigdy. Już nie żyje. Był młodszy ode mnie. Mam gdzieś jego fotografię, z takimi długimi włosami, piękne miał... Goniłam go za nie, bo... Zawsze lubiłam facetów z krótkimi ;) I ta dedykacja na tej focie: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy... Wtedy się o to pokłóciliśmy, a dziś widzę, że miał w stu procentach rację. Ale wtedy panicznie bałam się alkoholu i picia. Jeden kieliszek to już u mnie był alkoholizm...
Parę kartek, a tyle wspomnień.
Czuję, że będę kontynuować.
Bo wtedy jestem w innym miejscu i nie denerwuję się.
Bo okazuje się, że piony po świętach. Nie wiem, czy będzie u mnie łazienka, czy kuchnia. W kuchni kują ściany OJAPIERDOLĘ.
Dziś kartka, że szkody będzie naprawiać spółdzielnia.
A ja, kurwa, nie chcę szkód. Miało już nie być żadnego remontu.
I nawet jak coś połatają, to kiedy?
I dobita zostałam przez emilki.
Z pracy, że jest kolejny ekstras.
Odpisałam, że albo będzie w czasie mojej pracy, albo do widzenia ślepa Genia, bo ja mam tu piony i w ogóle.
Dogadałam się.
I zabójczy emilek od D., kiedy wrócę, bo Boss mówi, że ponoć jest praca dla mnie.
I że do końca kwartału miałam rozliczyć godziny.
Jak?
Kwartał skończył się 31 marca. Nigdy nie rozliczałam godzin. Nikt mi nic nie mówił. Mam moje tabelki, rozliczę, ale co to kurwa jest.
Miałam jechać w piątek, ale pojadę jutro, zobaczę, kto mi wkoło pióra robi.
I jakoś w ogóle nie czuję świąt.
Ani ich potrzeby.
Będę wracać do przeszłości.
Jednak takie na piśmie to dobra rzecz, lepsza jak internety. Tylko niektóre listy są już wyblakłe.
I kilka moich do męża.
Ojapierdolę.
Zastanawiam się, zostawić, czy zniszczyć?
Tak ociekają miłością, że aż się mdło robi. I te nasze... :) Ale pocieszam się, że chłopcy wszystko wrzucą na stos i poleją naftą. A ja, w razie alzheimera może przeczytam jeszcze raz i...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach :)
Ale potem było z górki.
W wagonie wprawdzie woniało późnym PRL, jakby nie wymieniono tapicerki i jakby ktoś palił (ten smród wagonów, w których wolno było palić, nie do wywietrzenia), okna zaś były tak nieświeże, że co rusz okularki przecierałam, bo myślałam, że zaszły znów mgłą, ale...
Jechało się super, tłoku nie było. Osiem saren i jelonków naliczyłam na polach, będę miała o czym mówić w pracy. Bażanta i zająca jednego też widziałam, zdjęć nie próbowałam robić, bo pewno by nic nie wyszło.
Perony po drodze i owszem, odnowione, ale same budynki stacyjne jak ruiny, okna pozabijane dechami, a zamiast WC gdzieniegdzie toi-toi stało... W Krotoszynie też :)
Ale dojechałam i nagle... zaświeciło słoneczko i to tak, żem kapotę zaraz zdjęła, bo za gorąco mi było.
Spokojnie Umarlaków ogarnęłam, nie spiesząc się, przeklinając przy tym wielbicieli Cioci, bo i donice wmelili na płytę i znicze, tak że wszystko było czarnymi kręgami upaprane. Nie wiem, czy koleżanka coś palcem kiwnęła, bo żadnych kamyków nie było (a obiecała wysypać, a i 100 zł zainkasowała), profilaktycznie nie pisałam jej, że jadę, a kij w oko :)
Jeżeli połączenie się utrzyma, sama spokojnie sobie pojadę, kiedy tylko mi się zasmrodzi. Cztery godziny to nie dwie.
A i okazuje się, że po 17 jest jeszcze bezpośredni pociąg do domu, to jak się uprę, cały dzień mogę siedzieć. To mi się podoba.
Ogarnąwszy, pogadałam z Umarlakami, jak czekista z czekistą, bo i trochę im miałam do przekazania, a i oni co nieco mi nawtykali.
Mniejsza z większym
Do Cristalu polazłam i choć sala była na stypę zarezerwowana, pani pozwoliła mi się w kącie pożywić, a za smaczny obiad zapłaciłam całe 20 zł :) Żyć nie umierać.
Jako że czasu miałam jeszcze pod dostatkiem, ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam sik nie sik, bo do 18 musiałam wytrzymać, w autobusie nie ma WC. Więc i nie piłam, a słońce grzało, jak latem.
I poszłam szlakiem dzieciństwa, młodości i wspomnień.
Nie dotarłam do parku ani do mojej budy (podstawówki i liceum), choć czasu miałam dość, z tej prostej przyczyny, że miałam na nogach półbuty, a te, choć wygodne - wykończyły mnie z powodu gorąca.
Więc godzinkę posiedziałam w parczku przy dworcu, kontemplując wszystko, nawet muzyki nie słuchałam.
Ja, siedząca na ławce godzinę. Koniec świata, pani Popiołkowa :)
I tak
Tym pociągiem dojeżdżałam 7 lat. Nie ma go już, linia wąskotorowa została zlikwidowana, został tylko pociąg, który też powoli zaczyna się sypać.
Moje marzenie od dzieciństwa. Chcę mieć tę chatę, jak wygram w totka albo obrobię bank, kupię ją na pewno. Ponoć należała do jakiegoś niemieckiego dostojnika. Ma w sobie to coś i pożądam jej okrutnie, tym bardziej że..
(niedaleko niej stoi kolejna z taką wieżyczką, ale nie ma tego czegoś, nie ciągnie mnie do niej, tej nie kupię)
... taka magnolia przed nią rośnie...
... oszaleć można, co nie?
I bzy tu już są na wylocie, u mnie nawet listków jeszcze nie widać.
I taka uliczka, Koźmińska, mieszkali tu moi dziadkowie, a Ciocia lata całe w sklepie tu pracowała. Pomagając jej nauczyłam się wydawać pieniądze (w sensie resztę) i czasem zaskakiwałam (już w dorosłym życiu) praktykantki w sklepach, kiedy jeszcze tej całej elektroniki nie było :) A i słupki biegle umiałam liczyć.
Ta najstarsza w Krotoszynie chaupka przylega bezpośrednio do kamienicy, w której mieszkali dziadkowie. Nie mogłam zrobić zdjęcia, przez tego parkującego geniusza. W chacie mieści się obecnie muzeum im. prof. Ławniczaka, zakochanego w tym mieście, mojego łacinnika, niestety, od lat już nieżyjącego.
Tu gdzie ta witryna sklepowa było mieszkanie dziadków.
Brama wejściowa. Mam zdjęcie sprzed wojny w tej bramie, jak stoi tam mój dziadek ze swoimi dziećmi i czeladnikami. Dziadek był szewcem. I o ile mnie pamięć nie myli, w obecnym muzeum miał swój warsztat, ale nie jestem pewna na 100 procent, a nie mam kogo już zapytać, czy się nie mylę...
I kościółek. Stąd wyruszyła w ostatnią drogę moja Mama...
I takie sobie podwóreczko.
Uliczki do rynku takie wąskie, że dwie osoby się z trudem wymijały, dużo tam wypadków, więc za bardzo zdjęć nie dało się robić, bo walizę ciągnęłam i torbę tachałam. Ale po drodze sklepiki, te same odkąd pamięcią sięgam, tylko w rynku samym nieco się zmieniło, bruk i ogródki piwne, fontanna i takie tam :) Ale wszystko było w proszku i pełno ustawiania, więc odpuściłam.
Tej kawiarni nie było, ponoć nowa i kultowa. Poszłabym na kawę, bo czas miałam, no ale sik :)
I tak powrót do przeszłości, jakbym Ciocię widziała, tyle że pani szczuplejsza...
A i święty Florian na Małym Rynku to jakaś nówka nieśmigana.
I krokusy już pięknie kwitną :D
Marian Langiewicz, urodzony w Krotoszynie, nie było tego pomnika za moich czasów...
... ani takich półeczek...
... ławeczki...
... ale hotel był. I kiedyś w nim nocowaliśmy (pomysł mojego Eksa, bo groszem nie śmierdzieliśmy). A na tym placu zaparkował maluchem na postoju dla taksówek. Bo on zawsze musiał mieć "pod drzwi". Zablokowali go tak, że wydawało się, że kartki papieru już nie wciśnie, a on wyjechał bez draśnięcia.
I droga do dworca, znów sklepiki sprzed lat. I jubiler, u którego Ciocia wszystkie pierścionki robiła, jedyny, do którego miała zaufanie.
Przy tej ulicy pracował mój ojciec lata całe. Ale już tam nic nie ma, nawet stara słodownia padła...
W tym szpitalu urodziłam się ja, mój brat, zmarła moja Mama i Ciocia... Kawał historii...
I komin ze słodowni, jako dziecko widziałam w takich kominach (mam na myśli ten niższy, z tym jakimś filtrem) pomnik jakby warszawskiej Syrenki :) Tak mi zostało do dziś :D
W tym domu mieszkała moja koleżanka, córka lekarza. Bywałam u niej, dziwne to było, nabożne, bo miała pianino i umiała na nim grać. Jak ja jej zazdrościłam. Ale... Jej ojciec, jak i mój był alkoholikiem. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Takie czasy były...
Kiedyś rosły tu przepiękne lipy, tych domów nie było widać. Przyszedł kilkanaście lat temu huragan i powyrywał prawie wszystkie drzewa... I tak zostało goło.
I znów magnolia. Tu przycupnęłam i kontemplowałam :)
A było na czym oko oprzeć.
I ptaszory się prezentowały.
Wróciłam do domu tak odwodniona, że spuchłam niemożebnie.
Poratowałam się piwkiem i poszłam spać.
Z dobrymi chęciami, a tymi jest jak wiadomo, piekło wybrukowane.
Wstałam i spojrzałam w lustro, krzyknęłam rozpaczliwie. Cztery miesiące nie byłam u fryzjera.
Więc zmieniłam z zapałem pościel, w międzyczasie koce przeprałam, licząc, że słońce wyjdzie (nie wyszło, na dokładkę zimno jest) i poleciałam. Teraz wyglądam jak łysy Księżyc w pełni, ale mniejsza z większym, da się z tym żyć.
I obkupiona wróciłam z zamiarem mycia okien.
Ale...
Przepakowywać zaczęłam walizkę, którą zabrałam na cmentarz.
I... Otworzyłam pierwszy list. Bo walizka na co dzień jest zapełniona listami. Od mojego brata. I...
Utonęłam w przeszłości, w listach sprzed ponad 40 lat.
Znów wróciły tamte kłamstwa, oszustwa, cała ja, bohaterka, dźwigająca wszystko na swoich barkach. I dzieląca się kasą, a każde listy to były litanie, wyliczające na co wydał pieniądze, że nie kłamie, że nawet palenie rzucił.
Nic z tego nie było prawdą.
I listy od ojca. Że "Kochana Córeczko", postawiłaś na swoim, zgnoiłaś mnie, dając na leczenie, że co, nie piję, bo nawet na chleb nie mam.
I listy, że byli u mnie, a potem licytowali się, kto mniej ode mnie dostał. Że ja, taka owaka, tylko na bilet dałam...
I zamiast w pizdu rzucić to, ugotowałam obiad i wsiąkłam.
Nie są te listy posegregowane, ale większość jest w kopertach, wszystkie są datowane i...
Ojapierdolę, kiedy ja miałam czas tyle pisać, odpisywać, czytać?
I inne listy: od Wujka, od Cioci, od koleżanek.
Maryla.
Kim do cholery jest Maryla. Mam dziurę w pamięci, czy alzheimera już, przecież ja nie znam żadnej Maryli.
Same kartki od Maryli, z pielgrzymki do Częstochowy. Kim do diabła była Maryla? I list - rozwiązanie zagadki - znalazłam jej adres w ITD. To takie studenckie czasopismo z PRL, zdaje się, że Kwaśniewski tam się kręcił. Szukała studentki, która jej przybliży bibliotekoznawstwo, a ja na to odpisałam. I jak widzę, ciągnęło się to jakiś czas. Może, o ile się przez wszystko przekopię, dojdę, dlaczego się urwało. Bo jeszcze nie przeczytałam nawet 1/100 listów. A to kobyły, na 4 strony drobnym maczkiem, albo i więcej.
I listy od Piotra. Mojej miłości. Mojej wielkiej miłości. Mojej szalonej miłości. Już nawet nie pamiętałam, jak złośliwie do siebie pisaliśmy. Miał kompleksy, był fotografem, po zawodówce, a ja już prawie pani magister. Wtedy to - dla niego, bo dla mnie nie - miało znaczenie. I widzę, że nadawaliśmy na jednej fali. Teraz to widzę. Ile czarnego humoru, który tak kocham było w tym wszystkim. Nie ożenił się nigdy. Już nie żyje. Był młodszy ode mnie. Mam gdzieś jego fotografię, z takimi długimi włosami, piękne miał... Goniłam go za nie, bo... Zawsze lubiłam facetów z krótkimi ;) I ta dedykacja na tej focie: nic tak życia nie upiększy, jak na starość jeden głębszy... Wtedy się o to pokłóciliśmy, a dziś widzę, że miał w stu procentach rację. Ale wtedy panicznie bałam się alkoholu i picia. Jeden kieliszek to już u mnie był alkoholizm...
Parę kartek, a tyle wspomnień.
Czuję, że będę kontynuować.
Bo wtedy jestem w innym miejscu i nie denerwuję się.
Bo okazuje się, że piony po świętach. Nie wiem, czy będzie u mnie łazienka, czy kuchnia. W kuchni kują ściany OJAPIERDOLĘ.
Dziś kartka, że szkody będzie naprawiać spółdzielnia.
A ja, kurwa, nie chcę szkód. Miało już nie być żadnego remontu.
I nawet jak coś połatają, to kiedy?
I dobita zostałam przez emilki.
Z pracy, że jest kolejny ekstras.
Odpisałam, że albo będzie w czasie mojej pracy, albo do widzenia ślepa Genia, bo ja mam tu piony i w ogóle.
Dogadałam się.
I zabójczy emilek od D., kiedy wrócę, bo Boss mówi, że ponoć jest praca dla mnie.
I że do końca kwartału miałam rozliczyć godziny.
Jak?
Kwartał skończył się 31 marca. Nigdy nie rozliczałam godzin. Nikt mi nic nie mówił. Mam moje tabelki, rozliczę, ale co to kurwa jest.
Miałam jechać w piątek, ale pojadę jutro, zobaczę, kto mi wkoło pióra robi.
I jakoś w ogóle nie czuję świąt.
Ani ich potrzeby.
Będę wracać do przeszłości.
Jednak takie na piśmie to dobra rzecz, lepsza jak internety. Tylko niektóre listy są już wyblakłe.
I kilka moich do męża.
Ojapierdolę.
Zastanawiam się, zostawić, czy zniszczyć?
Tak ociekają miłością, że aż się mdło robi. I te nasze... :) Ale pocieszam się, że chłopcy wszystko wrzucą na stos i poleją naftą. A ja, w razie alzheimera może przeczytam jeszcze raz i...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































