Zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...
Więc zapisać, póki jeszcze pamiętam.
W tym roku w sumie prawie nic nie widziałam nowego, ale :)
Czasem miło wrócić do miejsc, które zapadły w serce.
I tak...
Pojechaliśmy z chłopakami na piwo, ale Angole jak to Angole, nie chcieli nas ugościć w lokalnej knajpie, więc zlądowaliśmy w oberży koło Lidla, gdzie napiliśmy się piwska, a Postman wciągnął deser, że ojapierdolę.
Ja bym taki tydzień jadła :)
Z Baranem zaś skoczyłam do Olney, gdzie chciał kupić wieszak, ale wieszaka nie było, za to my mieliśmy fajne tete-a-tete, w sensie, że nagadaliśmy się, jak zawsze...
Olney to drogie miasto, ceny nieruchomości, starych domów sięgają tu niekiedy ponad pół miliona funtów. A i w sklepach nie ma rzeczy tanich raczej, choć w charity shop widziałam przecudną maszynę do szycia za grosze, ale cóż z tego, skoro nie mogę jej wywieźć, a moje gniją w garażu u Kierownika Budowy? Ale ta była na korbkę...
I miśki na wystawach, bracia Patryczka.
Jeden z tych miśków kosztował 300 funtów :P
Przed klubem dla dżentelmenów takie tam "zapierdalanko". Ale nawet u takich grzybów nie mam szans,. kudy mi tam to angielskich sirów i lordów, zresztą jak mam się z takim dogadać? :)
I bratki, bratki widziałam wszędzie... I to nie był sen :)
A to ekspozycja w sklepie - ni to antykwariat, ni rękodzieło, a fotel Churchilla na pierwszym planie kosztował, bagatela, coś ponad 600 funtów. A i robienie zdjęć nie za mile widziane. Zachwyciły mnie tam podstawki do trzymania książek i szafki w kształcie średniowiecznych woluminów. Biedna moja dusza bibliotekarki i moja nieodżałowana praca magisterska. Life is brutal.
I tu zawsze moment wzruszenia. Maki. Jak oni pamiętają o tych, którzy walczyli za kraj.
Te wieńce z maków i zawsze mi się łza w oku kręci.
Wisteria. Kocham to...
I hortensja... Tak, nasza poczciwa hortensja.
I tunel czasoprzestrzenny :)
A potem jeszcze wywlekli mnie na osiedle nocą. Zboczuchy, co nie?
Piździło, jak za cara na Skieletczyźnie nie przymierzając, nawet bałwanek legł. z honorem legł :)
A mój ukochany lelonek, który leżał w dzień na ziemi i mówił, patrząc na mnie zdziwiony: Dorota? To ty? (interpretacja Barana, przyprawiała nas o ataki śmiechu) oświetlony już tak nie pytał, ale wciąż był zdziwiony :)
I moje okno. W tym roku skromne, ale wiedziałam, że jestem w domu :)
Sylwestra świętowaliśmy na spokojnie, nawet tańców było mniej niż zazwyczaj, bo wiadomo, u mnie SKS rozwija się nieubłaganie.
A potem w nocy złapał mnie skurcz, ten bolesny i budziłam radochę, kuśtykając.
Kolejny dowód starości to atak korzonków.
Ale ogarnęłam to jakoś. Anielka pomagała, przytulona do plecków, a Ciapek pilnował przodu. Poradziliśmy sobie, a jak :D
Wróciłam na memłon, znaczy się do domu i...
Wkurwiona na maksa.
Za ceny, za podwyżki, za kolejny syf w pracy, za którą tak tęskniłam (no, może nie za pracą, ale za kaską, taka interesowna ze mnie cipa).
Dziś zamknęłam pierwszy dodatek w tym roku.
Reszta wolnym walcem, wyrwałam ekstrasa, w myśl zasady babci: co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj :)
Przynajmniej się tak bardzo nie nudziłam, a ekstras i książka i tak wylądują na moim biurku.
I kij w oko technice, bo mogłam mieć jeszcze parę dni urlopu, nieważne, tu czy w UK, ale wróciłam, żeby im zrobić i co?
Kurwa, robili dziś, na kolanie.
I po co ja się wściekam?
Doszedł list z pełnomocnictwem od Pierworodnego dziś, a już podejrzewaliśmy, że nie wysłał. Odszczekuję. Od Inżyniera doszedł dwa dni po wysłaniu, jeszcze przed moim powrotem. Jednak Pierworodny ma pecha. Nie da się ukryć.
Rok jak co rok, może bardziej pracowity, bo już od stycznia jazda bez trzymanki, ale może to dobrze?
Navigare necesse est...
Vivere non est necesse.



