wtorek, 23 lipca 2019
Ostatnio
zaczynam wątpić w to, czy jestem przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku.
W domu, wiadomo, jak coś nie tenteges, Miśków wina, a jakże, bo rozbisurmaniły się niebywale.
A to coś schowają, a to coś przestawią, a to odemkną, nie domkną i takie tam.
Normalka.
Ale stoję ja w kuchni, a jak wiadomo, z lekka ślepa jestem, rzucam okiem za okno i co ja paczę?
Wraith.
Siedzi na ławeczce, z pieskiem, taki małym, chyba a la york, się bawi.
Kieca do kostek, brązowa i te białe, długie włosy.
Dreszcze mi po plecach poszły, a żołądek wylądował w gardle. Rachunek sumienia robię i nie, trzeźwa jestem, nie piłam procentów. Więc sruuu do pokoju, po bryle, wracam (bo z pokoju przez balkon nie widzę), a po Wraith nawet smród nie został.
No w biały dzień i na trzeźwo mieć, omamy, nosz...
Coś ze mną nie tak.
Parę dni później identyczna sytuacja, więc diagnozuję, że ze mną coraz gorzej.
Rachunki sprawdzam, czy zapłaciłam składkę na PZU, już myślę, żeby Inżynierowi pisać, gdzie ma papierów szukać i żeby się w pracy upomniał o odprawę, bo żadnej nie dostałam, może coś skapnie.
Z Wraith żartów jak wiadomo, nie ma.
Kilka dni później lezę do śmietnika, też bez okularów, więc pole widzenia nieco rozmazane mam, pacze, a Wraith do auta wsiada. Nogi się pode mną ugięły i spierdalałam do domu prawie jak Zatopek albo inna Kirszenstein-Szewińska, rekord pobiłam :)
No, ocalałam tym razem.
Ale sobie mówię, guz na mózgu się powiększa, pora umierać, żeby tylko nie bolało, olaboga.
I w sobotę, ciesząc się życiem (jeszcze), kulam się do Lidla, w okularkach, a jakże, ostro widzę, jaki piękny jest świat i... Wraith.
Stanęłam jak wryta i się lampię.
A to młoda dziewczyna, nie wiem, dlaczego w takie ciepłe dni łazi w takim burym chałacie do kostek, a głowę ma bieluteńką, te białe postronki sięgają jej poza dupę. Ma po prostu powplatane we włosy takie białe sznurki. A na smyczy za nią faktycznie york :P
Korciło mnie, żeby jej powiedzieć, że napędziła mi niesamowitego stracha, ale może nie wie, co to Wraith, zresztą i ja tego słowa poprawnie nie wymówię, więc pomyśli, że w okolicy stara wariatka mieszka i też będzie miała traumę :)
A Wraith to dla znających Stargate :)
Można sobie wygooglać :D
Wkurza mnie ten nowy odkurzacz, maksymalnie. Tak go chwalili w internetach, pierwszy raz kupiłam coś z internetowych poleceń. Jarało mnie to, że nie latam od kontaktu do kontaktu, karku nie zginam, no ale w praniu było już tylko coraz gorzej. Szarpie mój biedny dywanik, kanapy nim nie sprzątnę, ten mały ma taką kwadratową dziurkę jak ćwiartka pudełka do zapałek i gówno sam sprzątnie. Przy listwach nie odkurzy, w szparę między szafę a ścianę nie wjedzie, no obraz nędzy i rozpaczy. Taka elektryczna szczotka i to wcale nie taka dokładna, zwykłą lepiej sprzątnę.
No cóż.
Dojrzewałam.
W poniedziałek pojechałam do pracy, bo czosnek się kończy, a kupiłam czosnek od Grzesia, a i ogórki ma takie dobre, że ojapierdolę. Więc pojechałam odebrać zamówienie i wracając wlazłam do naszego osiedlowego AGD. Jakiś to pokomunistyczny sklep, tam kupiłam meble dla dzieci na kredyt dla MM, tam Eks kupił komodę i jednoosobowe łóżko, wydając na to pół kredytu, co udało mi się z trudem odkręcić.
Mniejsza z większym. Na wprost drzwi stoi on, dzielnie prężąc muskuły, przeceniony z 185 zł na 95. (Inżynier kupił na Amazonie iRoombę przecenioną o połowę, też o tym myślałam, ale ponad 1000 zł - bo takie są u nas w promocji, za coś, co posprząta w sumie jak mój bezprzewodowy, nie dziękuję.)
Pytam, w czym haczyk.
Nie ma haczyka, jest promocja.
Kupuję, ale nie zabieram, bo oprócz jebanej torebki tacham te ogórasy i czosnki od Grzesia :)
Pani jest tak uprzejma, że mówi, że poczeka na mnie, bo wszystkie egzemplarze AGD mają w sklepie w jednym egzemplarzu, bo to mały sklepik w blaszaku.
I tak lecę znów do domu jak Zatopek itede i z wózeczkiem z powrotem. Pudło nie mieści się do wózeczka, ale sam odkurzacz już tak, więc zostawiam pudło w sklepie i lecę do domu.
W domu okazuje się, że pan sprzedał mi nie takie worki, więc apiać (kilometr w jedną stronę), w sklepie okazuje się, że worki są OK, tylko ja jestem sierotą społeczną i wkładam je nie tym końcem.
Kurtyna.
Po drodze wlatuję do chińskiego badziewia, bo dzieci kochane tak opaprały mi szczotkę do kibla, że żadne czyszczenie nie pomaga, i choć kupiłam wypasioną za 30 zeta, jednak ją wypierdolę i kupię chińską. Za 3 zeta. Nie żal przy wypierdalaniu :D
Siatkę dostaję, plastikową.
I kupuję sobie świeczki w szkle, bo jesień blisko.
No, urok chińskich sklepików, badziew za grosze.
W domu włączam po raz kolejny Yugo, jeżukolczasty, jak on ssie.
Jakkolwiek to nie zabrzmiało :)
Znajduję miejsce na nowy grat, podlewam badyle i wyciągam świeczki.
Jedna, druga, trzecia rozlatuje mi się po wyjęciu z pudełka na kawałki, kawałki na podłogę, a ja na boso. Nie, nie spadła, była stłuczona, tak nieszczęśliwie odtworzyłam, że kawałki spadły. Wycofuję się jak saper z pola minowego, wskakuję w kapcie, na całe szczęście nie rozcięłam sobie nic, no ale do wieczora sprzątałam mikroskopijne kawałki szkła, bo wraz z idącym słońcem lśniły w coraz to innych miejscach.
Nie włączałam odkurzacza, a mam ich DWA, bo bałam się o worki i o ten zbiornik, szklane kawałki były jak brzytwa.
Dziś warzywka ogarnąwszy potuptałam do domu, zadowolona, bo do piątku mam wolne, potem maszynki, a potem znów wolne parę dni.
Upałów nie ma, nie jest za gorąco, więc hulaj dusza, piekła nie ma.
Czereśnie czarne, piękne, soczyste kupiłam na Manhattanie i lezę do Galerii. Papierowa torebka przecieka, więc wyciągam tę chińską reklamówkę, żeby w nią schować czereśnie i sruuu :) Pół palca przecięte, ręka zalana krwią, krwawię jak zarzynane prosię. Mam chusteczki do dupy, zawsze to jakaś dezynfekcja, ale chusteczka przemaka momentalnie. Wpadam do apteki, myśląc, że to jednak krew. Pani magister w panice, staram się nie plamić krwią i nawet mi się to udaje. Woda utleniona, plaster, wypadam na ławkę. Ogarniam się.
Zanotować w kajeciku: nie kupować badziewia w chińskim sklepiku, oprócz szczotki do kibla (worki na śmieci kupione tam śmierdzą tak, że wyeksmitowałam je na balkon, poduszka pod dupę na fotel komputerowy ze sznureczkami do wiązania, coby nie spadała od razu po przywiązaniu straciła sznurek). Foliówka nadaje się do krojenia chleba, moje noże tępsze są, a przecięłam żyłę na ukos. Jak będę kiedyś chciała ze sobą skończyć, to tylko chińską foliówką.
No nic.
Jest 18.52 gdy piszę i w dupie mam, czy wstępniak dziś dojdzie. Czekam od 15. I tak poszłam im na rękę, bo miało być zamykane wczoraj, ale im coś wypadło.
Nawet mimo całej mojej sympatii do pani piszącej wstępniak.
Wstanę jutro, to zrobię, teraz mam ochotę na zimne piwo.
Pieniądze, które mi płacą nie są warte mojego czasu.
Jak wstane jutro wcześnie, to na giełdę chcę jechać, trzeba się rozglądnąć za badylami dla Umarlaków i coś zaplanować.
Na Pierworodnego nie liczę, to było pierdu, pierdu, jak zwykle, teraz cisza w eterze. W sumie nie znalazł nawet czasu, by pojechać do swojego ojca na grób. Życie :D Ja też nie byłam u Eksa :) No ale - mniejsza z większym. Ja od lat z coraz większym trudem ogarniam całą rodzinę.
Pytałam, czy pójdą ze mną w czwartek na demonstrację.
Cisza.
Prezenty zabrał dla MW, też cisza.
Ani jednego dziękuję, nic. Nic, czy się podobały, czy nie.
Pytałam żonę Inżyniera, ale jej też nie dziękowali, ona uważa, że nie potrzeba.
A ja uważam, że trzeba.
Dziękuję za każdą chwilę, którą mi ofiarowała z Alienkiem i Kalafiorkówną, bo to jest jej czas, nie spotkała się z koleżankami, kolegami, przyjaciółmi, dała ten czas mi.
Nie musiała.
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
I boleję, że Pierworodny mych nauk nie pamięta.
Boleję tym bardziej, że wciąż słyszę, ile to robią dziadkowie dla nich.
Tak, ale ja pracuję. Dojeżdżam do pracy.
Nie mam siły ani warunków na niańczenie dwojga dzieci. Nie mam zamkniętego i ogrodzonego podwórka, schowków na rowery i basenu.
Daję, ile mogę i na ile mnie stać.
Też chciałabym usłyszeć dziękuję.
A nieważne, wracamy do starych relacji :P
Jak zazwyczaj bywało, nie mam ich adresu.
Oni mają klucze do mojego mieszkania, ale Inżynier już bąkał o zwrocie, bo to jego klucze.
I ja się o nie upomnę :)
A jutro na obiad ogórkowa z poprzedniej partii ogórasków od Grzesia, bo głupia cipa nie zrobiłam ich w słoiku, licząc, że jednak Pierworodny się skusi. Tak, głupia ze mnie cipa, co nie?
Za to ogórkowa na trzy dni palce lizać.
Mlask.
Bo i ogóraski zacnie się ukisiły :P
niedziela, 21 lipca 2019
Ponieważ
Synowa obawiała się burzy, Kochany Pamiętniczku, umówiłyśmy się, że ja pojadę do niej.
O jeżu kolczasty, jak się zacukał na mój widok, potem mordka mu się zbananiła, a potem rzucił mi się w ramiona no i dalej było już z górki.
Kupiłam samochód, za grosze, wbrew groźbom. Przecież nie chodzi mi o wywożenie wszystkich zabawek do UK, ale zabawy i radochy było tyle, że ojapierdolę, bo okazało się, że auteczko samo jeździ na napęd sprężynowy (nie miałam o tym pojęcia, kupując).
Przed wyjściem szybka audiencja u Inżyniera, wszędzie się coś dzieje.
Potem szybka rundka do starego ZOO, gdzie i Kalafiorkówny się nanosiłam do bólu kręgosłupa (z rozmów z koleżanką Synowej, z samym Inżynierem wiem, że wszyscy z mojego pokolenia mówią, że to jakaś paranoja z tym noszeniem dzieci non stop, znaczy się, nie ja jedna jestem pojebana), o mało orła nie wywinęłam, goniąc Alienka wiejącego za kordon sanitarny dla kucyków. Zwiał pod taśmą, a ja ledwo równowagę utrzymałam, goniąc Skubańca.
Potem lody, spacer na bimbę. Popołudnie spędziłam na robieniu wirtualnej laurki dla Małej Wiedźmy, która jutro kończy 9 lat.
Jak to minęło.
A Alienek popisówkę odstawił, dźwigając z pokoju prababci, która w szpitalu jest, deskę, tak ponad pół metra na 30 cm, na której babci serwowano obiady, gdy nie wstawała z łóżka. Wyniósł, nie wywlókł z pokoju, przetachał przez przedpokój, i z mocą rzucił na podłogę.
Niezłe ziółko z niego rośnie.
Zatem na niwie rodzinnej spokój, love i peace.
Gorzej zaś dzieje się w kraju, przerażona jestem skalą nienawiści, brunatnej nienawiści, rozlewającej się po całym kraju. Jak powódź, jak zaraza, nieszanująca i nieuznająca żadnych kordonów sanitarnych.
Tak było w Niemczech w latach trzydziestych.
Niektórzy z nas uczyli się historii, pamiętają co było później, niektórzy może mieli z tym osobistą styczność.
Ale Ci z Bogiem, honorem i ojczyzną na ustach - nie wiedzą, co czynią.
Ten Kościół nie jest już moim Kościołem. I nawet jeżeli będę smażyła się w piekle, w smole i cierpiała z powodu gorąco, którego nienawidzę, będę smażyła się w dobrym towarzystwie.
Wiem, smoła, piekło - to wszystko przenośnie.
Ale wciąż myślę o tej dziecięcej modlitwie (chodziłam do przedszkola prowadzonego przez zakonnice, innego w mojej wsi nie było). Co rano śpiewaliśmy:
Grzeczne dziecko, gdy wstanie,
Nie prosi o śniadanie,
tylko ładnie umyje buzię, rączki i szyję.
Potem ładnie uklęknie i przeżegna się pięknie.
Trzyma rączki złożone, nie obraca się w stronę.
Nie obraca, nie kręci, bo ma zawsze w pamięci,
że Pan Jezus jest wszędzie
i za złe karać będzie.
Hmm... Małe dziecko za złe?
Teraz, na trzeźwo, z perspektywy lat przeżytych patrząc, dlaczego Bóg, będący miłosierdziem ma karać małe dzieci, a odpuszczać prawdziwym zbrodniarzom?
Takim, jak ci, którzy teraz nami rządzą, gwałcąc po drodze wszystkie zasady i prawa?
Tym jedynie słusznym?
Tym, każącym także i mi "wypierdalać".
Gdzie?
Za co?
Pracuję, płacę podatki, także po to, by ci wymachujący różańcami i świętymi obrazkami, niepracujący, żyjący z pomocy społecznej, ale mający na bilety na mecz, na piwo, na stanie na drodze i wrzeszczenie do mnie "wypierdalaj" mieli te swoje pieniążki.
Kurwa mać.
Tylko kto na nich zarobi, jak ja wypierdolę?
I tak, jestem inna.
Kiedyś, wieki temu, pracowałam z dziennikarzem z "elyty", a jakże, z Warszawy, z Wprostu. Gadu, gadu, pierdu, pierdu, wyszło na jaw, że mam dużo znajomych gejów. Pan prawie w szał wpadł. Że jak to, ja, taka porządna kobieta, zadaję się z takimi popaprańcami. Że to są podludzie, że oni są inni. Na moje: ja też jestem inna, oburzył się. Jak to, pani nie jest inna. Ma pani męża. Powiedziałam, że to nie ma nic do rzeczy, jestem inna, bo jestem kaleką. I społeczeństwo, aczkolwiek nie całe, bo na mojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi, jest dla mnie czasami okrutne. Pan na to: jaką kaleką. A ja na to spokojnie: - Panie J., przecież pan wie, że niedosłyszę i zapewniam pana, że często odczuwam swoje kalectwo. A on na to: nie jest pani kaleką, bo tego nie widać.
Nie polemizowałam dalej, bo polemika z idiotą sprowadza nas do jego poziomu, a to dla mnie jednak za wysoko :P
Moi znajomi geje są bardziej męscy niż wielu moich znajomych hetero. I czuję się w ich towarzystwie bardziej kobietą, niż w gronie hetero.
I mają wielkie serce.
Akceptują mnie zawsze, aczkolwiek potrafię być niezłą zołzą.
Czasem strzelają focha.
Ale są dobrymi ludźmi, i to się liczy.
Miałam w życiorysie wycieczkę do Berlina z bandą 21 gejów. Hetero byłam tam ja, Inżynier i jedna dziewczyna z Warszawy. Towarzystwo było międzynarodowe, nawet ktoś z Ameryki się znalazł :) I to jedno z najfajniejszych wydarzeń w moim życiu. Bo to są fajni ludzie. Seks nie był w ogóle na tapecie, za to bawiliśmy się znakomicie.
I boję się...
Tego się boję. Bardzo. Bo w tym świecie będą żyć moje wnuki. A nie wiem, czy któreś z nich nie będzie inne. I co? Różowy trójkąt?
Bo nie spełnia zasad, nie mieści się w ramach?
Bo świat zwariował?
O jeżu kolczasty, jak się zacukał na mój widok, potem mordka mu się zbananiła, a potem rzucił mi się w ramiona no i dalej było już z górki.
Kupiłam samochód, za grosze, wbrew groźbom. Przecież nie chodzi mi o wywożenie wszystkich zabawek do UK, ale zabawy i radochy było tyle, że ojapierdolę, bo okazało się, że auteczko samo jeździ na napęd sprężynowy (nie miałam o tym pojęcia, kupując).
Przed wyjściem szybka audiencja u Inżyniera, wszędzie się coś dzieje.
Potem szybka rundka do starego ZOO, gdzie i Kalafiorkówny się nanosiłam do bólu kręgosłupa (z rozmów z koleżanką Synowej, z samym Inżynierem wiem, że wszyscy z mojego pokolenia mówią, że to jakaś paranoja z tym noszeniem dzieci non stop, znaczy się, nie ja jedna jestem pojebana), o mało orła nie wywinęłam, goniąc Alienka wiejącego za kordon sanitarny dla kucyków. Zwiał pod taśmą, a ja ledwo równowagę utrzymałam, goniąc Skubańca.
Potem lody, spacer na bimbę. Popołudnie spędziłam na robieniu wirtualnej laurki dla Małej Wiedźmy, która jutro kończy 9 lat.
Jak to minęło.
A Alienek popisówkę odstawił, dźwigając z pokoju prababci, która w szpitalu jest, deskę, tak ponad pół metra na 30 cm, na której babci serwowano obiady, gdy nie wstawała z łóżka. Wyniósł, nie wywlókł z pokoju, przetachał przez przedpokój, i z mocą rzucił na podłogę.
Niezłe ziółko z niego rośnie.
Zatem na niwie rodzinnej spokój, love i peace.
Gorzej zaś dzieje się w kraju, przerażona jestem skalą nienawiści, brunatnej nienawiści, rozlewającej się po całym kraju. Jak powódź, jak zaraza, nieszanująca i nieuznająca żadnych kordonów sanitarnych.
Tak było w Niemczech w latach trzydziestych.
Niektórzy z nas uczyli się historii, pamiętają co było później, niektórzy może mieli z tym osobistą styczność.
Ale Ci z Bogiem, honorem i ojczyzną na ustach - nie wiedzą, co czynią.
Ten Kościół nie jest już moim Kościołem. I nawet jeżeli będę smażyła się w piekle, w smole i cierpiała z powodu gorąco, którego nienawidzę, będę smażyła się w dobrym towarzystwie.
Wiem, smoła, piekło - to wszystko przenośnie.
Ale wciąż myślę o tej dziecięcej modlitwie (chodziłam do przedszkola prowadzonego przez zakonnice, innego w mojej wsi nie było). Co rano śpiewaliśmy:
Grzeczne dziecko, gdy wstanie,
Nie prosi o śniadanie,
tylko ładnie umyje buzię, rączki i szyję.
Potem ładnie uklęknie i przeżegna się pięknie.
Trzyma rączki złożone, nie obraca się w stronę.
Nie obraca, nie kręci, bo ma zawsze w pamięci,
że Pan Jezus jest wszędzie
i za złe karać będzie.
Hmm... Małe dziecko za złe?
Teraz, na trzeźwo, z perspektywy lat przeżytych patrząc, dlaczego Bóg, będący miłosierdziem ma karać małe dzieci, a odpuszczać prawdziwym zbrodniarzom?
Takim, jak ci, którzy teraz nami rządzą, gwałcąc po drodze wszystkie zasady i prawa?
Tym jedynie słusznym?
Tym, każącym także i mi "wypierdalać".
Gdzie?
Za co?
Pracuję, płacę podatki, także po to, by ci wymachujący różańcami i świętymi obrazkami, niepracujący, żyjący z pomocy społecznej, ale mający na bilety na mecz, na piwo, na stanie na drodze i wrzeszczenie do mnie "wypierdalaj" mieli te swoje pieniążki.
Kurwa mać.
Tylko kto na nich zarobi, jak ja wypierdolę?
I tak, jestem inna.
Kiedyś, wieki temu, pracowałam z dziennikarzem z "elyty", a jakże, z Warszawy, z Wprostu. Gadu, gadu, pierdu, pierdu, wyszło na jaw, że mam dużo znajomych gejów. Pan prawie w szał wpadł. Że jak to, ja, taka porządna kobieta, zadaję się z takimi popaprańcami. Że to są podludzie, że oni są inni. Na moje: ja też jestem inna, oburzył się. Jak to, pani nie jest inna. Ma pani męża. Powiedziałam, że to nie ma nic do rzeczy, jestem inna, bo jestem kaleką. I społeczeństwo, aczkolwiek nie całe, bo na mojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi, jest dla mnie czasami okrutne. Pan na to: jaką kaleką. A ja na to spokojnie: - Panie J., przecież pan wie, że niedosłyszę i zapewniam pana, że często odczuwam swoje kalectwo. A on na to: nie jest pani kaleką, bo tego nie widać.
Nie polemizowałam dalej, bo polemika z idiotą sprowadza nas do jego poziomu, a to dla mnie jednak za wysoko :P
Moi znajomi geje są bardziej męscy niż wielu moich znajomych hetero. I czuję się w ich towarzystwie bardziej kobietą, niż w gronie hetero.
I mają wielkie serce.
Akceptują mnie zawsze, aczkolwiek potrafię być niezłą zołzą.
Czasem strzelają focha.
Ale są dobrymi ludźmi, i to się liczy.
Miałam w życiorysie wycieczkę do Berlina z bandą 21 gejów. Hetero byłam tam ja, Inżynier i jedna dziewczyna z Warszawy. Towarzystwo było międzynarodowe, nawet ktoś z Ameryki się znalazł :) I to jedno z najfajniejszych wydarzeń w moim życiu. Bo to są fajni ludzie. Seks nie był w ogóle na tapecie, za to bawiliśmy się znakomicie.
I boję się...
Tego się boję. Bardzo. Bo w tym świecie będą żyć moje wnuki. A nie wiem, czy któreś z nich nie będzie inne. I co? Różowy trójkąt?
Bo nie spełnia zasad, nie mieści się w ramach?
Bo świat zwariował?
piątek, 19 lipca 2019
Tydzień
przeleciał jak błyskawica, Kochany Pamiętniczku.
Ale to był fajny tydzień, nie da się ukryć.
Jednak rozciągnięcie zamykania na pięć dni odciążyło moje biedne patrzałki, a i ludzie oczy przecierali ze zdumienia, że nie latam jak chmura burzowa.
Ale materiały spływały spokojnie, jeden za drugi, emilki wpadały po skończeniu jednego, żyć, nie umierać.
A i kotecki były przesympatyczne, bo jak inaczej nazwać takie cudo?
W międzyczasie miałam wąty, że za przeczytanie strony formatu A4 zapłacono mi jak za cały miesiąc pracy, że to nieuczciwe, ale kumpela, która mi to załatwiała, znaczy się, tę fuchę, ofuknęła mnie: się wie, się dostaje...
No wiedziałam, wiedziałam, ale w tym tygodniu stwierdziłam, że jestem warta każdych pieniędzy, po przeczytaniu w tekściku na dwa A4, że Stanisław Mrożek...
I nie, że ten Stanisław raz, nie, konsekwentnie, w całym tekście.
Nie dowierzam już własnej pamięci i przeryłam Internet tam i z powrotem, żeby się upewnić, że jednak Stanisław nie jest Stasiem :)
Jestem warta tej kasy, którą mi płacą, bo większość osób testowanych na okoliczność Stasia twierdziła, że się czepiam, bo Stasio, a jakże, Stasiem jest :)
Otóż nie, nie jest.
I nie wiem, kto, kurwa im maturę dał, bo wśród osób twierdzących, że to Stasio byli też ludzie z doktoratem.
Kurtyna.
Więc jestem warta tej kasy, skoro nawet dyrektor teatru (sic!) nie zauważył kotecka.
Mniejsza z większym, nie mam już wyrzutów sumienia :D
Jedyne, co mnie wkurwiało, to Cezar, bo mało, że odnoszę wrażenie, że chce wygryźć Jasia, który debilem jest, ale kochanym debilem, to...
Na dokładkę mu jedzie z gęby, zębów nie myje, kłania mi się na korytarzu zginając się w pas, co mnie zawsze denerwuje, bo np. G., w wieku Pierworodnego, witający mnie na co dzień grzecznym "dzień dobry pani Basiu", a na pytanie, czy ma coś dla mnie odpowiada zawsze: "dobre słowo, szeroki uśmiech i serce na dłoni" nigdy się nie zgina jak scyzoryk. Tak samo zgina się w pas mecenas, który zgolił ze mnie w sumie więcej niż zarabiam w dwa miesiące - za nic. Bo to, co mi zaoferował, mogłam zrobić sama za frico. Ale ufałam, że przykłada się do swojej pracy tak, jak ja do mojej. Nieważne :) Ktoś musi się bogacić, co nie?
Ale wiem, że na G. mogę liczyć, jak puszczę błąd, bo weźmie to na swoją dupę. A Cezar niszczy w niszczarce wydruki. I, kurwa, jak pójdzie błąd, a on sadzi ich od cholery, mimo że jest dr inż. i zwali to na mnie, dam mu popalić. W redakcji przechowujemy wydruki.
W każdej redakcji przechowuje się wydruki.
Nie ma redakcji bez błędów, chochliki nie śpią.
Z byle kim :P
I korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, bo zawsze będą, korekta jest po to, by było ich mniej.
I taką sztamę mam z ludźmi.
A Cezar jest albo w moim wieku, albo starszy i...
O nie, ja wprawdzie nie latam co 5 minut do Bossa, a wchodząc do jego gabinetu żegnam się, aczkolwiek niewierząca jestem, z czego mają wszyscy polewkę.
Ale: nie kabluję, nie wygryzam, trzymam mordę na kłódkę. Aczkolwiek robię zrzuty ekranu, jak wyżej zamieszczony.
Inaczej nikt nie wierzy w to, że klimat może się ocielić :D
No nic. Zamknęłam na spokojnie, aczkolwiek przede mną jeszcze przesunięte na wtorek warzywka, a potem - wielka niewiadoma jeszcze - maszyny. Po drodze nowy kwartalnik i takie tam. Więc wolne raczej z doskoku i na raty.
Kiedyś w moim Heimacie na blaszaku był napis: rób kupę na raty. Wspominam go z łezką w oku, ilekroć życie układa mi się na raty, ale nie narzekam, bo niby i na co?
Właśnie Inżynier dosłał mi filmik z biednymi kotełkami. iRombę kupił, biedne kotełki :) Ja jestem niezadowolona z tego bezprzewodowego, bo w zakamarki nie wjedzie, nie ma końcówek. Widziałam w sklepie małe, zgrabne, z wymiennymi szczotkami, wjadące w każdy kąt, niewiele ponad 200 zł, ale: gdzie ja to schowam? Muszę najpierw ogarnąć tę kuwetę.
Pytanie: kiedy?
Życie pędzi coraz prędzej.
Synowa pojechała z dziećmi na spacer do starego ZOO. Wysiadają z bimby, a Alienek rozgląda się i robi: brmmm, brmm. Zniesmaczony, bo babci na przystanku nie ma :)
Serce mi pękło z radości.
A co.
Bo tak w sumie, to...
A, nieważne.
W niedzielę byliśmy w Deli Parku. Pojechałam z ciotkami Alienka. A moje wnuczęta z dziadkiem.
Alienek zasnął na 15 minut w samochodzie, więc humoru nie miał, nie za bardzo interesowało go wszystko. Kalafiorkówna za to, idealna dziewczyna, z zadatkami na rudzielca (genów nie wymażesz) spała prawie cały czas, znaczy się prawie 4 godziny z pięciu włóczęgi.
A Alienek pokazał charakter.
Charakterek ma po tacie.
A po kim ma charakterek tata?
Po mamie, of course.
A kto jest mamą taty Alienka?
Oczywiście Stara Jędza :)
We własnej osobie :) Nawet taka stara jest nówką nieśmiganą, albowiem tam w środku ma wciąż dwadzieścia lat, a może mniej :) Tę piękną fotkę zawdzięczam Zmorce, która raz zainstalowawszy przeklętą aplikację nie zawahała się jej znów zainstalować. I tak patrząc na tę moją starą mordę, zaczynam siebie coraz bardziej lubić. Bo co ja jestem winna, że się zestarzałam? Na razie nie aż tak bardzo, ale niewiele już mi brakuje. Na każdą z tych zmarszczek zapracowałam uczciwie, całym swoim życiem.
Tymi dniami i nocami, których nie przespałam.
I tymi, kiedy zrywałam się, bo byłam potrzebna. Pracując, prasując, lecąc do roboty, jakakolwiek by ona nie była.
Odmawiając sobie rzeczy i chwil, o których marzyłam, a których już się nie da odtworzyć, bo za późno, bo nie ma ich.
I nie, nie żałuję.
Bo moja dewiza się nie zmienia: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
I tak było w Deli Parku.
Bo Alienek, aczkolwiek niedospany, pokazał charakterek.
Nie nadążały za nim dwie młode ciotki, dziadek i babcia razem wzięci. Schwytanie go w obiektyw graniczyło z cudem, albowiem nie stawał i nie pozował wdzięcznie, szedł swoją drogą, pod wiatr i pod słońce.
Swoimi drogami...
Próbował się nawet dogadać z mamuciątkiem... Tłumaczył mu jak dziecku, po polsku, po angielsku (zmieniając angielski na niemiecki, pamięta ktoś, o jakiej piosence myślę?)...
... robale też hołubił, kamieniami karmił, żadnego się nie bał, przytulał, miział, ale one takie jakieś...
Tu palpitacji dostawałam i wywlekałam za frak, bo lawendowe pola roiły się od pszczół, bąków i innych nektaropijców, a nie mam pojęcia, na co Smarkacz jest uczulony, wolałam nie sprawdzać...
A potem już był incoguto (incognito), w czapeczce, okularkach i za Bonda robił. Na starym Ursusie, z którego matka go przemocą zwlekła, bo ja nie dałam rady.
Obiadu w knajpie nie zjedliśmy. Bo za drogo. Ok. Potrafię zrozumieć, nie każdy ma tyle kasy, co ja. Pojechaliśmy do przydrożnej pizzerii. Na widok tabunu much na stole zrezygnowałam z jedzenia pizzy. Inni jedli, i chwalili. Alienek odmówił stanowczo. Alienkową pizzę spakowano zatem w pudełko i pojechali. Ponoć dwie minuty po ruszeniu zażądał pizzy :p
Na mnie w lodówce czekał obiad, więc obyło się bez sensacji żołądkowych. Pomijając moją awersję do pizzy i do makaronu, nie jadam pizzy poza Pizza Hut, a makaron tylko jak rodzina podaje i robię dobrą minę do złej gry :) Makaron liczy się tylko w rosole.
Rozbestwiłam się. Tylko pranie dziś zrobiłam po powrocie z pracy.
A tak błądzę po necie. Piszę tu. Kto bogatemu zabroni?
Jutro też jest dzień.
Niekoniecznie muszę go dożyć, co nie? :)
Wracając z pracy wsiadłam do bimby. Jak to ja, nieśmiało, wszystkie miejsca zajęte. Więc chyłkiem ukradkiem, nie stawać przy młodych, by nie czuli się zobligowani do wstawania...
Przycupnęłam między siedzeniem ze starą babą, wiem, też jestem starą babą, a młódką czytającą książkę. W uszach mam słuchawki i tango.
Ktoś mnie dotyka w ramię, podskakuję, jak klacz na wyścigach przez płotki.
Dres - ten typ - aczkolwiek w letnim wydaniu...
- Pani siada, i wskazuje miejsce po drugiej stronie bimby, której unikałam, bo tam same młode byczki siedziały, a ja nie lubię wymuszać miejsca do siedzenia. Byczki-intelektualiści, a jakże, z książeczką, z aplikacjami na srajfonie, z wzrokiem wbitym w siną dal. Takie tam różne typy, intelektualne.
Padłam.
Posłałam mu mój najpiękniejszy uśmiech (czy uśmiech staruchy może być piękny? Mam nadzieję, że poczuł się dowartościowany i niech mu dni lekko płyną) i klapnęłam. Nie, żebym tych trzech przystanków nie przejechała żywa, ale...
I tak sobie przez resztę drogi myślałam, czy powinnam dziękować kobiecie, która go wychowała, czy pozory mylą, czy ja już jestem takim próchnem, że na mój widok dresy miękną?
Dosyć na dziś, pranie trzeba powiesić, a bladym świtem na Manhattan lecieć.
Ale się rozpisałam,jak jakiś Mrożek nie przymierzając :D
Ale to był fajny tydzień, nie da się ukryć.
Jednak rozciągnięcie zamykania na pięć dni odciążyło moje biedne patrzałki, a i ludzie oczy przecierali ze zdumienia, że nie latam jak chmura burzowa.
Ale materiały spływały spokojnie, jeden za drugi, emilki wpadały po skończeniu jednego, żyć, nie umierać.
A i kotecki były przesympatyczne, bo jak inaczej nazwać takie cudo?
W międzyczasie miałam wąty, że za przeczytanie strony formatu A4 zapłacono mi jak za cały miesiąc pracy, że to nieuczciwe, ale kumpela, która mi to załatwiała, znaczy się, tę fuchę, ofuknęła mnie: się wie, się dostaje...
No wiedziałam, wiedziałam, ale w tym tygodniu stwierdziłam, że jestem warta każdych pieniędzy, po przeczytaniu w tekściku na dwa A4, że Stanisław Mrożek...
I nie, że ten Stanisław raz, nie, konsekwentnie, w całym tekście.
Nie dowierzam już własnej pamięci i przeryłam Internet tam i z powrotem, żeby się upewnić, że jednak Stanisław nie jest Stasiem :)
Jestem warta tej kasy, którą mi płacą, bo większość osób testowanych na okoliczność Stasia twierdziła, że się czepiam, bo Stasio, a jakże, Stasiem jest :)
Otóż nie, nie jest.
I nie wiem, kto, kurwa im maturę dał, bo wśród osób twierdzących, że to Stasio byli też ludzie z doktoratem.
Kurtyna.
Więc jestem warta tej kasy, skoro nawet dyrektor teatru (sic!) nie zauważył kotecka.
Mniejsza z większym, nie mam już wyrzutów sumienia :D
Jedyne, co mnie wkurwiało, to Cezar, bo mało, że odnoszę wrażenie, że chce wygryźć Jasia, który debilem jest, ale kochanym debilem, to...
Na dokładkę mu jedzie z gęby, zębów nie myje, kłania mi się na korytarzu zginając się w pas, co mnie zawsze denerwuje, bo np. G., w wieku Pierworodnego, witający mnie na co dzień grzecznym "dzień dobry pani Basiu", a na pytanie, czy ma coś dla mnie odpowiada zawsze: "dobre słowo, szeroki uśmiech i serce na dłoni" nigdy się nie zgina jak scyzoryk. Tak samo zgina się w pas mecenas, który zgolił ze mnie w sumie więcej niż zarabiam w dwa miesiące - za nic. Bo to, co mi zaoferował, mogłam zrobić sama za frico. Ale ufałam, że przykłada się do swojej pracy tak, jak ja do mojej. Nieważne :) Ktoś musi się bogacić, co nie?
Ale wiem, że na G. mogę liczyć, jak puszczę błąd, bo weźmie to na swoją dupę. A Cezar niszczy w niszczarce wydruki. I, kurwa, jak pójdzie błąd, a on sadzi ich od cholery, mimo że jest dr inż. i zwali to na mnie, dam mu popalić. W redakcji przechowujemy wydruki.
W każdej redakcji przechowuje się wydruki.
Nie ma redakcji bez błędów, chochliki nie śpią.
Z byle kim :P
I korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, bo zawsze będą, korekta jest po to, by było ich mniej.
I taką sztamę mam z ludźmi.
A Cezar jest albo w moim wieku, albo starszy i...
O nie, ja wprawdzie nie latam co 5 minut do Bossa, a wchodząc do jego gabinetu żegnam się, aczkolwiek niewierząca jestem, z czego mają wszyscy polewkę.
Ale: nie kabluję, nie wygryzam, trzymam mordę na kłódkę. Aczkolwiek robię zrzuty ekranu, jak wyżej zamieszczony.
Inaczej nikt nie wierzy w to, że klimat może się ocielić :D
No nic. Zamknęłam na spokojnie, aczkolwiek przede mną jeszcze przesunięte na wtorek warzywka, a potem - wielka niewiadoma jeszcze - maszyny. Po drodze nowy kwartalnik i takie tam. Więc wolne raczej z doskoku i na raty.
Kiedyś w moim Heimacie na blaszaku był napis: rób kupę na raty. Wspominam go z łezką w oku, ilekroć życie układa mi się na raty, ale nie narzekam, bo niby i na co?
Właśnie Inżynier dosłał mi filmik z biednymi kotełkami. iRombę kupił, biedne kotełki :) Ja jestem niezadowolona z tego bezprzewodowego, bo w zakamarki nie wjedzie, nie ma końcówek. Widziałam w sklepie małe, zgrabne, z wymiennymi szczotkami, wjadące w każdy kąt, niewiele ponad 200 zł, ale: gdzie ja to schowam? Muszę najpierw ogarnąć tę kuwetę.
Pytanie: kiedy?
Życie pędzi coraz prędzej.
Synowa pojechała z dziećmi na spacer do starego ZOO. Wysiadają z bimby, a Alienek rozgląda się i robi: brmmm, brmm. Zniesmaczony, bo babci na przystanku nie ma :)
Serce mi pękło z radości.
A co.
Bo tak w sumie, to...
A, nieważne.
W niedzielę byliśmy w Deli Parku. Pojechałam z ciotkami Alienka. A moje wnuczęta z dziadkiem.
Alienek zasnął na 15 minut w samochodzie, więc humoru nie miał, nie za bardzo interesowało go wszystko. Kalafiorkówna za to, idealna dziewczyna, z zadatkami na rudzielca (genów nie wymażesz) spała prawie cały czas, znaczy się prawie 4 godziny z pięciu włóczęgi.
A Alienek pokazał charakter.
Charakterek ma po tacie.
A po kim ma charakterek tata?
Po mamie, of course.
A kto jest mamą taty Alienka?
Oczywiście Stara Jędza :)
We własnej osobie :) Nawet taka stara jest nówką nieśmiganą, albowiem tam w środku ma wciąż dwadzieścia lat, a może mniej :) Tę piękną fotkę zawdzięczam Zmorce, która raz zainstalowawszy przeklętą aplikację nie zawahała się jej znów zainstalować. I tak patrząc na tę moją starą mordę, zaczynam siebie coraz bardziej lubić. Bo co ja jestem winna, że się zestarzałam? Na razie nie aż tak bardzo, ale niewiele już mi brakuje. Na każdą z tych zmarszczek zapracowałam uczciwie, całym swoim życiem.
Tymi dniami i nocami, których nie przespałam.
I tymi, kiedy zrywałam się, bo byłam potrzebna. Pracując, prasując, lecąc do roboty, jakakolwiek by ona nie była.
Odmawiając sobie rzeczy i chwil, o których marzyłam, a których już się nie da odtworzyć, bo za późno, bo nie ma ich.
I nie, nie żałuję.
Bo moja dewiza się nie zmienia: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
I tak było w Deli Parku.
Bo Alienek, aczkolwiek niedospany, pokazał charakterek.
Nie nadążały za nim dwie młode ciotki, dziadek i babcia razem wzięci. Schwytanie go w obiektyw graniczyło z cudem, albowiem nie stawał i nie pozował wdzięcznie, szedł swoją drogą, pod wiatr i pod słońce.
Swoimi drogami...
Próbował się nawet dogadać z mamuciątkiem... Tłumaczył mu jak dziecku, po polsku, po angielsku (zmieniając angielski na niemiecki, pamięta ktoś, o jakiej piosence myślę?)...
... robale też hołubił, kamieniami karmił, żadnego się nie bał, przytulał, miział, ale one takie jakieś...
Tu palpitacji dostawałam i wywlekałam za frak, bo lawendowe pola roiły się od pszczół, bąków i innych nektaropijców, a nie mam pojęcia, na co Smarkacz jest uczulony, wolałam nie sprawdzać...
A potem już był incoguto (incognito), w czapeczce, okularkach i za Bonda robił. Na starym Ursusie, z którego matka go przemocą zwlekła, bo ja nie dałam rady.
Obiadu w knajpie nie zjedliśmy. Bo za drogo. Ok. Potrafię zrozumieć, nie każdy ma tyle kasy, co ja. Pojechaliśmy do przydrożnej pizzerii. Na widok tabunu much na stole zrezygnowałam z jedzenia pizzy. Inni jedli, i chwalili. Alienek odmówił stanowczo. Alienkową pizzę spakowano zatem w pudełko i pojechali. Ponoć dwie minuty po ruszeniu zażądał pizzy :p
Na mnie w lodówce czekał obiad, więc obyło się bez sensacji żołądkowych. Pomijając moją awersję do pizzy i do makaronu, nie jadam pizzy poza Pizza Hut, a makaron tylko jak rodzina podaje i robię dobrą minę do złej gry :) Makaron liczy się tylko w rosole.
Rozbestwiłam się. Tylko pranie dziś zrobiłam po powrocie z pracy.
A tak błądzę po necie. Piszę tu. Kto bogatemu zabroni?
Jutro też jest dzień.
Niekoniecznie muszę go dożyć, co nie? :)
Wracając z pracy wsiadłam do bimby. Jak to ja, nieśmiało, wszystkie miejsca zajęte. Więc chyłkiem ukradkiem, nie stawać przy młodych, by nie czuli się zobligowani do wstawania...
Przycupnęłam między siedzeniem ze starą babą, wiem, też jestem starą babą, a młódką czytającą książkę. W uszach mam słuchawki i tango.
Ktoś mnie dotyka w ramię, podskakuję, jak klacz na wyścigach przez płotki.
Dres - ten typ - aczkolwiek w letnim wydaniu...
- Pani siada, i wskazuje miejsce po drugiej stronie bimby, której unikałam, bo tam same młode byczki siedziały, a ja nie lubię wymuszać miejsca do siedzenia. Byczki-intelektualiści, a jakże, z książeczką, z aplikacjami na srajfonie, z wzrokiem wbitym w siną dal. Takie tam różne typy, intelektualne.
Padłam.
Posłałam mu mój najpiękniejszy uśmiech (czy uśmiech staruchy może być piękny? Mam nadzieję, że poczuł się dowartościowany i niech mu dni lekko płyną) i klapnęłam. Nie, żebym tych trzech przystanków nie przejechała żywa, ale...
I tak sobie przez resztę drogi myślałam, czy powinnam dziękować kobiecie, która go wychowała, czy pozory mylą, czy ja już jestem takim próchnem, że na mój widok dresy miękną?
Dosyć na dziś, pranie trzeba powiesić, a bladym świtem na Manhattan lecieć.
Ale się rozpisałam,jak jakiś Mrożek nie przymierzając :D
sobota, 13 lipca 2019
Fajna
sobota, Kochany Pamiętniczku.
Nawet pogoda, aczkolwiek pozmieniała nam plany, nie zdołała schrzanić wszystkiego.
Żona Inżyniera jest poprawna politycznie do bólu, ale właśnie za to zaczynam ją cenić.
Bo to nie jest tak, że z wyszczerzonymi kłami rzucam się na synowe i rozszarpuję je na strzępy.
Tak, mam do niej żal, że bardziej świętuje urodziny swoich sierściuchów, jak moje.
Ale...
Pamięta o Dniu Babci i innych takich tam, aczkolwiek o Dniu Matki już nie, no ale i ja nie czuję się matką żadnej z moich synowych więc jesteśmy kwita, co nie? :)
Mniejsza z większym, przyleciała na dwa tygodnie do PL.
Na moje pracujące dwa tygodnie. Nie zatrzymała się u mnie, ale u swojego taty. W sumie jak dla mnie OK.
I ona czuje się tam dobrze, i ja nie rozdzieram szat.
Aczkolwiek, gdy po spacerze w starym ZOO, przerwanym przez ulewę (i siedzenie w pawilonie dla małp, w którym o mało nie zemdlałam z braku tlenu, z Kalafiorkówną w objęciach, z zamianą "hej siup, zmiana dup", bo ja zaczęłam latać za Alienkiem, a Synowa ją karmić :)
Alienek zwiał znudzony oglądaniem małp, fontann i rybek. I nie trafiały do niego argumenty, że nie ma mamy :P
Kolana sobie rozwalił, ale ojojanie podziałało. W przeciwieństwie do tego, gdy wlazł z piasek, albowiem tam go naprawdę zabolało. Mnie też boli ziarnko piasku w bucie, więc zrozumiałam.
I tak, w takt i rytm padającego deszczu zlądowaliśmy na gofrach i kawie, a mały cwaniak zajadając się goferem bez cukiera, klepał się po brzuszku, jęcząc z rozkoszą "mniam, mniam". Następnie zwiał do piaseczku i znów tragedia.
Do domu doszliśmy pieszkom.
Ile kosztowało mnie wlezienie na to piętro z wózkiem, zamilknę.
Jestem stara, niedołężna.
No, może nie tak do końca. Więcej kosztowało mnie łażenie po podłodze, klejącej się i lepiącej na każdym kroku. Butów nie zdjęłam. Przerosło mnie to. Jak i zamknięte okna. W sumie nieważne, przeżyłam, oddychając głęboko, mimo kanarka, psa i klejącej się podłogi, klejącej tak, że nie mogłam buta oderwać.
I na tym klejkim labrador, no... jak zapora przeciwczołgowa.
Momentami współczuję Inżynierowi, ale to nie moja bajka.
Ominęło mnie spotkanie z jego teściem, z bratem Synowej i jego narzeczoną.
Lubię moją Synową, bo aczkolwiek jest hmmm... bez polotu, ale jest sprawiedliwa. Nie da się ukryć.
Ja też nie jestem idealna.
Doskonale widzę swoje wady.
Jutro jedziemy do Deli Park.
Będzie się działo.
W sumie - zaczyna mnie to bawić.
Ja i zabawa?
Serio?
I :) Chapeau bas. Dla mamyKlarki :)
Niewiele osób mi pomogło w życiu tak, jak ona.
Nawet pogoda, aczkolwiek pozmieniała nam plany, nie zdołała schrzanić wszystkiego.
Żona Inżyniera jest poprawna politycznie do bólu, ale właśnie za to zaczynam ją cenić.
Bo to nie jest tak, że z wyszczerzonymi kłami rzucam się na synowe i rozszarpuję je na strzępy.
Tak, mam do niej żal, że bardziej świętuje urodziny swoich sierściuchów, jak moje.
Ale...
Pamięta o Dniu Babci i innych takich tam, aczkolwiek o Dniu Matki już nie, no ale i ja nie czuję się matką żadnej z moich synowych więc jesteśmy kwita, co nie? :)
Mniejsza z większym, przyleciała na dwa tygodnie do PL.
Na moje pracujące dwa tygodnie. Nie zatrzymała się u mnie, ale u swojego taty. W sumie jak dla mnie OK.
I ona czuje się tam dobrze, i ja nie rozdzieram szat.
Aczkolwiek, gdy po spacerze w starym ZOO, przerwanym przez ulewę (i siedzenie w pawilonie dla małp, w którym o mało nie zemdlałam z braku tlenu, z Kalafiorkówną w objęciach, z zamianą "hej siup, zmiana dup", bo ja zaczęłam latać za Alienkiem, a Synowa ją karmić :)
Alienek zwiał znudzony oglądaniem małp, fontann i rybek. I nie trafiały do niego argumenty, że nie ma mamy :P
Kolana sobie rozwalił, ale ojojanie podziałało. W przeciwieństwie do tego, gdy wlazł z piasek, albowiem tam go naprawdę zabolało. Mnie też boli ziarnko piasku w bucie, więc zrozumiałam.
I tak, w takt i rytm padającego deszczu zlądowaliśmy na gofrach i kawie, a mały cwaniak zajadając się goferem bez cukiera, klepał się po brzuszku, jęcząc z rozkoszą "mniam, mniam". Następnie zwiał do piaseczku i znów tragedia.
Do domu doszliśmy pieszkom.
Ile kosztowało mnie wlezienie na to piętro z wózkiem, zamilknę.
Jestem stara, niedołężna.
No, może nie tak do końca. Więcej kosztowało mnie łażenie po podłodze, klejącej się i lepiącej na każdym kroku. Butów nie zdjęłam. Przerosło mnie to. Jak i zamknięte okna. W sumie nieważne, przeżyłam, oddychając głęboko, mimo kanarka, psa i klejącej się podłogi, klejącej tak, że nie mogłam buta oderwać.
I na tym klejkim labrador, no... jak zapora przeciwczołgowa.
Momentami współczuję Inżynierowi, ale to nie moja bajka.
Ominęło mnie spotkanie z jego teściem, z bratem Synowej i jego narzeczoną.
Lubię moją Synową, bo aczkolwiek jest hmmm... bez polotu, ale jest sprawiedliwa. Nie da się ukryć.
Ja też nie jestem idealna.
Doskonale widzę swoje wady.
Jutro jedziemy do Deli Park.
Będzie się działo.
W sumie - zaczyna mnie to bawić.
Ja i zabawa?
Serio?
I :) Chapeau bas. Dla mamyKlarki :)
Niewiele osób mi pomogło w życiu tak, jak ona.
czwartek, 11 lipca 2019
35 lat
minęło, Kochany Pamiętniczku, od chwili, gdy po raz drugi w życiu zostałam najszczęśliwszą kobietą na świecie.
To były ciekawe lata, pełne wrażeń, jazdy z górki i pod górkę.
I niech tego nie usłyszy szczęście - ale to były szczęśliwe lata, mimo burz, zawirowań, naporów.
Na palcach jednej ręki mogę policzyć chwile, kiedy nie dogadywaliśmy się.
Ale to zawsze mijało.
Mój młodszy syn, Inżynier, skończył dziś 35 lat.
To darowane lata. Wiem, że mogę na niego zawsze liczyć. Że o mnie dba i pamięta. Dziś sam rano napisał, że chce pogadać, a ja na to, że nie trzeba, że nie chcę mu tego dnia zakłócać. A on: ale ja chcę. Wciąż jest mi mama potrzebna.
I to jest najlepsza zapłata za te lata. Choć może zapłata jest złym określeniem, ale nie potrafię inaczej tego określić. Brakuje mi słów.
Jest dobrym, mądrym człowiekiem. Z wielkim sercem.
I choć kocham ich obu tak samo, nie ukrywam już sama przed sobą, że jest moim oczkiem w głowie.
Nigdy mnie nie opuścił, nawet wtedy, gdy odszedł.
Jest na co dzień.
I dlatego zdrowie Inżyniera dziś :)
Niech los będzie dla Niego łaskawy. Zawsze.
A z innej beczki: w szparze unijnej znalazłam list. No, szpara unijna do tego służy, więc żaden cut, mjut i ożeszki.
W liście kod do karty płatniczej.
Tej, o której chłop nie wie.
WTF?
W zeszłym tygodniu wydawałam z niej kasę, wszystko grało i tańczyło.
Sprawdzam kartę, ważna do 2021 roku.
Ki diabeł? Jako że dziś byłam do 13, pojechałam do banku. Fakt, że kiedyś zapomniałam do niej PIN i za wyrobienie nowego musiałam zabulić 15 zł, no ale nie prosiłam o nowy, karta ważna, ja w panice, że ktoś sobie inną kartę wyrobił i mnie okrada.
Okazało się, że to stara karta, w sensie bez chipa i zawsze są jakieś cuda wianki przy płaceniu nią. Dostanę więc nową kartę, a że PIN przyszedł pierwszy to całe zamieszanie. Trudno :) Dobrze, że się wszystko wyjaśniło, a ja oczywiście miałam rozrywkę i motywację na łażenie w kolejnym upale.
Przez te parę chłodniejszych dni czułam się jak w raju, a i moje badylki też
Koleusy tak pięknie wybujały na balkonie :)
Może na zdjęciu tego nie widać, ale liście są wielkości mojej dłoni.
A na chodniku na osiedlu rośnie sobie, mimo braku deszczu i pryskania przez dozorcę
Jak wielka jest czasem wola życia, co nie?
Też taką mam.
Kocham budzić się co rano, nawet po koszmarnym śnie, z bolącymi kosteczkami i znów chłonąć życie.
Nadchodzący dzień.
Jakkolwiek paskudny by nie był, za rok już to nie będzie bolało, przynajmniej nie tak mocno, jak boli dziś.
Pierworodny, odkąd się wynieśli, dostawszy to, co im do szczęścia było potrzebne plus przelew na konto, nawet na wiadomości nie odpisuje. Ona również. No cóż. W razie czego ich będzie urząd skarbowy ścigał, nie mnie. W dupie to mam. Kiedyś leciałabym do US po papiery, teraz mam wyjebane.
A, US zwrócił mi nadpłatę, za te moje aparaty słuchowe. No i zonk. Podałam nr konta, bo mam dość użerania się z listowym i... zonk. Dostałam dwa razy po dwa złote zwrotu, osobnym przekazem na konto, bo taką nadpłatę miałam 2 lata temu i rok temu :) Chapeau bas, bez odsetek, ale oddali, a ja już na tym laskę położyłam. Dołożyłam 3 złote i starczyło na to urodzinowe piwo Inżyniera :)
Zatem jeszcze raz zdrowie Jubilata.
Nie marzyłam nigdy, w najśmielszych snach, że dożyję takich dni. Zostałam sama na tym świecie mając 16 lat.
Więc tym bardziej dziękuję ci, życie, że mogę się cieszyć tak długo moimi dziećmi. W sumie już 39 lat :) I chcę więcej i więcej.
Pazerna się zrobiłam, a co :)
To były ciekawe lata, pełne wrażeń, jazdy z górki i pod górkę.
I niech tego nie usłyszy szczęście - ale to były szczęśliwe lata, mimo burz, zawirowań, naporów.
Na palcach jednej ręki mogę policzyć chwile, kiedy nie dogadywaliśmy się.
Ale to zawsze mijało.
Mój młodszy syn, Inżynier, skończył dziś 35 lat.
To darowane lata. Wiem, że mogę na niego zawsze liczyć. Że o mnie dba i pamięta. Dziś sam rano napisał, że chce pogadać, a ja na to, że nie trzeba, że nie chcę mu tego dnia zakłócać. A on: ale ja chcę. Wciąż jest mi mama potrzebna.
I to jest najlepsza zapłata za te lata. Choć może zapłata jest złym określeniem, ale nie potrafię inaczej tego określić. Brakuje mi słów.
Jest dobrym, mądrym człowiekiem. Z wielkim sercem.
I choć kocham ich obu tak samo, nie ukrywam już sama przed sobą, że jest moim oczkiem w głowie.
Nigdy mnie nie opuścił, nawet wtedy, gdy odszedł.
Jest na co dzień.
I dlatego zdrowie Inżyniera dziś :)
Niech los będzie dla Niego łaskawy. Zawsze.
A z innej beczki: w szparze unijnej znalazłam list. No, szpara unijna do tego służy, więc żaden cut, mjut i ożeszki.
W liście kod do karty płatniczej.
Tej, o której chłop nie wie.
WTF?
W zeszłym tygodniu wydawałam z niej kasę, wszystko grało i tańczyło.
Sprawdzam kartę, ważna do 2021 roku.
Ki diabeł? Jako że dziś byłam do 13, pojechałam do banku. Fakt, że kiedyś zapomniałam do niej PIN i za wyrobienie nowego musiałam zabulić 15 zł, no ale nie prosiłam o nowy, karta ważna, ja w panice, że ktoś sobie inną kartę wyrobił i mnie okrada.
Okazało się, że to stara karta, w sensie bez chipa i zawsze są jakieś cuda wianki przy płaceniu nią. Dostanę więc nową kartę, a że PIN przyszedł pierwszy to całe zamieszanie. Trudno :) Dobrze, że się wszystko wyjaśniło, a ja oczywiście miałam rozrywkę i motywację na łażenie w kolejnym upale.
Przez te parę chłodniejszych dni czułam się jak w raju, a i moje badylki też
Koleusy tak pięknie wybujały na balkonie :)
Może na zdjęciu tego nie widać, ale liście są wielkości mojej dłoni.
A na chodniku na osiedlu rośnie sobie, mimo braku deszczu i pryskania przez dozorcę
Jak wielka jest czasem wola życia, co nie?
Też taką mam.
Kocham budzić się co rano, nawet po koszmarnym śnie, z bolącymi kosteczkami i znów chłonąć życie.
Nadchodzący dzień.
Jakkolwiek paskudny by nie był, za rok już to nie będzie bolało, przynajmniej nie tak mocno, jak boli dziś.
Pierworodny, odkąd się wynieśli, dostawszy to, co im do szczęścia było potrzebne plus przelew na konto, nawet na wiadomości nie odpisuje. Ona również. No cóż. W razie czego ich będzie urząd skarbowy ścigał, nie mnie. W dupie to mam. Kiedyś leciałabym do US po papiery, teraz mam wyjebane.
A, US zwrócił mi nadpłatę, za te moje aparaty słuchowe. No i zonk. Podałam nr konta, bo mam dość użerania się z listowym i... zonk. Dostałam dwa razy po dwa złote zwrotu, osobnym przekazem na konto, bo taką nadpłatę miałam 2 lata temu i rok temu :) Chapeau bas, bez odsetek, ale oddali, a ja już na tym laskę położyłam. Dołożyłam 3 złote i starczyło na to urodzinowe piwo Inżyniera :)
Zatem jeszcze raz zdrowie Jubilata.
Nie marzyłam nigdy, w najśmielszych snach, że dożyję takich dni. Zostałam sama na tym świecie mając 16 lat.
Więc tym bardziej dziękuję ci, życie, że mogę się cieszyć tak długo moimi dziećmi. W sumie już 39 lat :) I chcę więcej i więcej.
Pazerna się zrobiłam, a co :)
niedziela, 7 lipca 2019
Dwie
polopiryny uratowały mi życie, Kochany Pamiętniczku.
W piątek bolało mnie tak prawe ramię, że omal nie padłam z bólu wieszając pranie, ale w myśl zaleceń TEGO szwagra, ortopedy nawiasem mówiąc, wieszałam, bo twierdził zawsze, że jak boli, to ruszać.
W sobotę rano ledwo dałam radę zakupy zrobić, ciesząc się, ze posprzątałam w piątek. Włoszczyznę na rosołek obrałam ostatkiem sił, po południu wyciągnięcie ręki było wysiłkiem na miarę wejścia na Mount Everest i zastanawiałam się, jak dam radę w poniedziałek, bo nie mogłam ręki do gryzonia wyciągnąć. Zgiętą jeszcze dało się jako tako działać, ale wyprostowanie to był wyczyn, że ojapierdolę.
Przeprosiłam się więc z ketonalem w żelu, ale pomógł, jak umarłemu kadzidło, znaczy nie zaszkodził.
Dobre i to było, co nie?
Ostatkiem sił ściągnęłam pranie, złożenie go to była jazda bez trzymanki.
Kordełki nie mogłam strzepnąć, żeby ją rozłożyć.
I założywszy piżamę, co było wyczynem na miarę salta mortale zaczęłam się zastanawiać, co zażyć, żeby umrzeć szybko.
I dupa.
Nic na stanie nie było, co popite alkoholem zaprowadziłoby mnie w krainę wiecznej szczęśliwości i szczęścia, a i alkoholu tyle w domu nie było.
Jazda na SOR to jak wiadomo sport ekstremalny, więc?
Pora umierać.
Przeciwbólowych w domu nie mam nic a nic, albowiem nie boli mnie nic, w sensie, że takie bóle, co to paracetamol czy inne gówno.
I uświadomiłam sobie, że przez ten cały bajzel z rodziną przestałam rano pić wodę z cytryną i imbirem, bo zawsze ktoś potrzebował kuchni na gwałt, a u mnie się dwie osoby nie mieszczą, zabiją się, obracając się z nożem.
A imbir bardzo dobrze robi na stawy i trzyma te moje bóle w ryzach i myślę, że gdyby moja mama to piła, pożyłaby dłużej.
I nagle...
Tadam.
Po urodzeniu Pierworodnego dostałam takich bóli rąk, że wygięło mi dłonie w sierp. Szwagier zaaplikował mi jednorazowo 6 polopiryn i kazał ruszać łapami.
Nie uwierzycie, podziałało :)
Więc wzięłam dwie polopiryny, bo sześciu to się bałam, wtedy miałam lekarza pod ręką jak coś, a teraz sama. Jeżu kolczasty, jak ja się pociłam w nocy, że ojapierdolę. Ale... Rano wstałam prawie nówka nieśmigana :) Podnosiłam rękę nieśmiało, żeby się za uchem podrapać, bo wczoraj było to fizyczną niemożliwością.
I tak, te dwa wiecznie bolące palce u lewej ręki bolą, ale reszta to już pikuś :D
Co jakiś czas macham rączkami jak wiatraczek, żeby sprawdzić, czy wszystko nadal działa i już dwie polopirynki dziś zażyłam, a i na noc zaaplikuję sobie jeszcze jedną, a kto bogatemu zabroni?
Z Inżynierem pogawędziłam.
A z Pierworodnym zamilczałam, wlecieli dopiero po stół po południu. Mieli wlecieć wczoraj, ale "im nie pasowało". Z Fejsika dowiedziałam się, że celebrowali w jednej z najdroższych knajp w PZ jej imieniny. Zachowałam się nieładnie i nawet życzeń nie złożyłam, ale zapowiedziałam już dawno temu, że mają do wyboru celebrację albo imienin, albo urodzin. Nie stać mnie na celebrowanie w tak rozrośniętej społeczności i tego, i tego. Wszyscy wybrali urodziny i tego się trzymam. Ale knajpa do której poszli? Mnie samej oko zbielało, jak tam zapłaciłam rachunek. A i ona dziś przyszła w wypasionych nowych butach, na moje oko co najmniej 300 zł. A żyją na kredyt.
Niech im będzie.
Mieli przyjść po 13, zatem zjadłam sobie po 12 mój z trudem wczoraj upichcony rosołek. Poczęstowałam zielonym groszkiem, bo wiem, że lubią i wczoraj kupiłam i kawą.
Groszek jedli, jakby tydzień nic w ustach nie mieli :D
Smacznego.
Po 16 oznajmili, że muszą się zwijać, bo muszą jeszcze obiad ugotować.
Uśmiechnęłam się czule i rzekłam, że u mnie już po, wczorajszy rosołek zjadłam, pół kubka rosołku mi zostało :)
Jeśli liczą na obiadki, to się przeliczą, nie ma opcji.
Nie zaprosili mnie nawet na kawę do siebie, a wypadałoby mieszkanie pokazać, co nie?
Chociaż w sumie nie spieszy mi się tam.
Ona nawet nie wie, co mają, a co nie, bo po pracy jest taka padnięta i zmęczona, że już nie może.
Więc znów wszystko spada na Pierworodnego. A ten jest rozgarnięty inaczej, choć dobra dusza :P
No ja przepraszam, też jestem po pracy zmęczona. I nie pracuję do 15, ale bardzo często po 10-12 godzin.
I jestem o te 26 lat od niej starsza :)
Więc jeśli ktokolwiek myśli, że dam się w cokolwiek wrobić, to się myli.
I tak zostanie, Elżbietka też nie pojechała na chrzciny małego Archiego, bo miała inne plany :P
Królowa jest tylko jedna, co nie?
No, a ze mnie niezła Stara Jędza i to się nie zmieni.
A mój ból stawu to od klimatyzacji. W pokoju mam nieustawnie, wieje mi na ramię cały czas. Okna nie chcę otwierać, bo mam palarnię pod nosem. Jutro zabiorę chustę do pracy, bo jednak to nie żarty takie zapalenie!
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, do napisania.
Nie wiadomo kiedy, bo i nie wiem, jak się pracowe dni potoczą, a w tym miesiącu kumulacja - trzy gazetki :P
W piątek bolało mnie tak prawe ramię, że omal nie padłam z bólu wieszając pranie, ale w myśl zaleceń TEGO szwagra, ortopedy nawiasem mówiąc, wieszałam, bo twierdził zawsze, że jak boli, to ruszać.
W sobotę rano ledwo dałam radę zakupy zrobić, ciesząc się, ze posprzątałam w piątek. Włoszczyznę na rosołek obrałam ostatkiem sił, po południu wyciągnięcie ręki było wysiłkiem na miarę wejścia na Mount Everest i zastanawiałam się, jak dam radę w poniedziałek, bo nie mogłam ręki do gryzonia wyciągnąć. Zgiętą jeszcze dało się jako tako działać, ale wyprostowanie to był wyczyn, że ojapierdolę.
Przeprosiłam się więc z ketonalem w żelu, ale pomógł, jak umarłemu kadzidło, znaczy nie zaszkodził.
Dobre i to było, co nie?
Ostatkiem sił ściągnęłam pranie, złożenie go to była jazda bez trzymanki.
Kordełki nie mogłam strzepnąć, żeby ją rozłożyć.
I założywszy piżamę, co było wyczynem na miarę salta mortale zaczęłam się zastanawiać, co zażyć, żeby umrzeć szybko.
I dupa.
Nic na stanie nie było, co popite alkoholem zaprowadziłoby mnie w krainę wiecznej szczęśliwości i szczęścia, a i alkoholu tyle w domu nie było.
Jazda na SOR to jak wiadomo sport ekstremalny, więc?
Pora umierać.
Przeciwbólowych w domu nie mam nic a nic, albowiem nie boli mnie nic, w sensie, że takie bóle, co to paracetamol czy inne gówno.
I uświadomiłam sobie, że przez ten cały bajzel z rodziną przestałam rano pić wodę z cytryną i imbirem, bo zawsze ktoś potrzebował kuchni na gwałt, a u mnie się dwie osoby nie mieszczą, zabiją się, obracając się z nożem.
A imbir bardzo dobrze robi na stawy i trzyma te moje bóle w ryzach i myślę, że gdyby moja mama to piła, pożyłaby dłużej.
I nagle...
Tadam.
Po urodzeniu Pierworodnego dostałam takich bóli rąk, że wygięło mi dłonie w sierp. Szwagier zaaplikował mi jednorazowo 6 polopiryn i kazał ruszać łapami.
Nie uwierzycie, podziałało :)
Więc wzięłam dwie polopiryny, bo sześciu to się bałam, wtedy miałam lekarza pod ręką jak coś, a teraz sama. Jeżu kolczasty, jak ja się pociłam w nocy, że ojapierdolę. Ale... Rano wstałam prawie nówka nieśmigana :) Podnosiłam rękę nieśmiało, żeby się za uchem podrapać, bo wczoraj było to fizyczną niemożliwością.
I tak, te dwa wiecznie bolące palce u lewej ręki bolą, ale reszta to już pikuś :D
Co jakiś czas macham rączkami jak wiatraczek, żeby sprawdzić, czy wszystko nadal działa i już dwie polopirynki dziś zażyłam, a i na noc zaaplikuję sobie jeszcze jedną, a kto bogatemu zabroni?
Z Inżynierem pogawędziłam.
A z Pierworodnym zamilczałam, wlecieli dopiero po stół po południu. Mieli wlecieć wczoraj, ale "im nie pasowało". Z Fejsika dowiedziałam się, że celebrowali w jednej z najdroższych knajp w PZ jej imieniny. Zachowałam się nieładnie i nawet życzeń nie złożyłam, ale zapowiedziałam już dawno temu, że mają do wyboru celebrację albo imienin, albo urodzin. Nie stać mnie na celebrowanie w tak rozrośniętej społeczności i tego, i tego. Wszyscy wybrali urodziny i tego się trzymam. Ale knajpa do której poszli? Mnie samej oko zbielało, jak tam zapłaciłam rachunek. A i ona dziś przyszła w wypasionych nowych butach, na moje oko co najmniej 300 zł. A żyją na kredyt.
Niech im będzie.
Mieli przyjść po 13, zatem zjadłam sobie po 12 mój z trudem wczoraj upichcony rosołek. Poczęstowałam zielonym groszkiem, bo wiem, że lubią i wczoraj kupiłam i kawą.
Groszek jedli, jakby tydzień nic w ustach nie mieli :D
Smacznego.
Po 16 oznajmili, że muszą się zwijać, bo muszą jeszcze obiad ugotować.
Uśmiechnęłam się czule i rzekłam, że u mnie już po, wczorajszy rosołek zjadłam, pół kubka rosołku mi zostało :)
Jeśli liczą na obiadki, to się przeliczą, nie ma opcji.
Nie zaprosili mnie nawet na kawę do siebie, a wypadałoby mieszkanie pokazać, co nie?
Chociaż w sumie nie spieszy mi się tam.
Ona nawet nie wie, co mają, a co nie, bo po pracy jest taka padnięta i zmęczona, że już nie może.
Więc znów wszystko spada na Pierworodnego. A ten jest rozgarnięty inaczej, choć dobra dusza :P
No ja przepraszam, też jestem po pracy zmęczona. I nie pracuję do 15, ale bardzo często po 10-12 godzin.
I jestem o te 26 lat od niej starsza :)
Więc jeśli ktokolwiek myśli, że dam się w cokolwiek wrobić, to się myli.
I tak zostanie, Elżbietka też nie pojechała na chrzciny małego Archiego, bo miała inne plany :P
Królowa jest tylko jedna, co nie?
No, a ze mnie niezła Stara Jędza i to się nie zmieni.
A mój ból stawu to od klimatyzacji. W pokoju mam nieustawnie, wieje mi na ramię cały czas. Okna nie chcę otwierać, bo mam palarnię pod nosem. Jutro zabiorę chustę do pracy, bo jednak to nie żarty takie zapalenie!
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, do napisania.
Nie wiadomo kiedy, bo i nie wiem, jak się pracowe dni potoczą, a w tym miesiącu kumulacja - trzy gazetki :P
piątek, 5 lipca 2019
Przejdźmy
do przyjemniejszej części życia, Kochany Pamiętniczku, bo ile można się stresować i wkurwiać.
Umówiona byłam z Pierworodnym na wyprawę do IKEA po biurko, bo stół kuchenny, na którym stało wszystko w małym pokoju chcieli do swojej kuchni. Poprosili, żeby nie było. W sumie trochę mnie bolało, bo to nasz pierwszy i jedyny stół, przy którym spędziliśmy kilkanaście pięknych lat we czwórkę i przy którym, połykając łzy kroiłam chleb, myśląc: doczekać dnia, w którym chleb dla czworga znów pokroję dopomóż mi, Panie.
No wiem, wariatka :)
W sumie żaden cud miód, po prostu stół.
Ale...
Będą kiedyś fotki, bo zeskanuję.
Wbrew rządowemu, pisiorowskiemu nawoływaniu do bojkotu chciałam biurko z IKEA.
Na tyle, ile mi zostało, ikeowskie mebelki są the best. Jeszcze mnie do reszty nie pojebało.
Zatem mały pokój po liftingu wygląda tak :)
Jest miejsce i na skanowanie, i na lekturę, i na inne takie tam :)
Podoba mi się, na co dzień z tego nie korzystam, ale.
Jest mój klimat :P
A Lidl trafił na listę sklepów zakazanych, albowiem
i
Dobre piwa, nie powiem. Ale najlepsza jest łomża miodowa i piwa z Brovarii :)
Pierworodny od poniedziałku idzie do pracy, więc i mniej go będę mogła wykorzystywać. Ale jest.
Synowej podoba się w nowej pracy, aczkolwiek sama byłam dziś świadkiem, jak płakała po telefonie swojej mamy. Nie chciała powiedzieć o co, a ja nie drążyłam tematu. W okolicy mają szkołę dla Małej Wiedźmy i dwa przedszkola dla Papryczka. Dla MW już złożyli papiery.
Mam nadzieję, że się powoli wszystko poukłada.
Po pod górkę powinno być z górki, a potem znów pod. C'est la vie, nie ma innej opcji.
Lato jest teraz CUDOWNE. Brakuje tylko deszczu. Ale że jest, jak jest, wesoło nie będzie.
Trudno.
Żyć trzeba.
Nawet gdy prawa ręka tak boli, że sięgnięcie do myszki to wyczyn.
Ale boli, to trzeba ruszać.
Kolanko tak się samo naprawiło :P
To i rączka będzie nówka nieśmigana :D
Nie ma innej opcji :p
Pranie się samo nie powiesi :)
Umówiona byłam z Pierworodnym na wyprawę do IKEA po biurko, bo stół kuchenny, na którym stało wszystko w małym pokoju chcieli do swojej kuchni. Poprosili, żeby nie było. W sumie trochę mnie bolało, bo to nasz pierwszy i jedyny stół, przy którym spędziliśmy kilkanaście pięknych lat we czwórkę i przy którym, połykając łzy kroiłam chleb, myśląc: doczekać dnia, w którym chleb dla czworga znów pokroję dopomóż mi, Panie.
No wiem, wariatka :)
W sumie żaden cud miód, po prostu stół.
Ale...
Będą kiedyś fotki, bo zeskanuję.
Wbrew rządowemu, pisiorowskiemu nawoływaniu do bojkotu chciałam biurko z IKEA.
Na tyle, ile mi zostało, ikeowskie mebelki są the best. Jeszcze mnie do reszty nie pojebało.
Zatem mały pokój po liftingu wygląda tak :)
Jest miejsce i na skanowanie, i na lekturę, i na inne takie tam :)
Podoba mi się, na co dzień z tego nie korzystam, ale.
Jest mój klimat :P
A Lidl trafił na listę sklepów zakazanych, albowiem
i
Dobre piwa, nie powiem. Ale najlepsza jest łomża miodowa i piwa z Brovarii :)
Pierworodny od poniedziałku idzie do pracy, więc i mniej go będę mogła wykorzystywać. Ale jest.
Synowej podoba się w nowej pracy, aczkolwiek sama byłam dziś świadkiem, jak płakała po telefonie swojej mamy. Nie chciała powiedzieć o co, a ja nie drążyłam tematu. W okolicy mają szkołę dla Małej Wiedźmy i dwa przedszkola dla Papryczka. Dla MW już złożyli papiery.
Mam nadzieję, że się powoli wszystko poukłada.
Po pod górkę powinno być z górki, a potem znów pod. C'est la vie, nie ma innej opcji.
Lato jest teraz CUDOWNE. Brakuje tylko deszczu. Ale że jest, jak jest, wesoło nie będzie.
Trudno.
Żyć trzeba.
Nawet gdy prawa ręka tak boli, że sięgnięcie do myszki to wyczyn.
Ale boli, to trzeba ruszać.
Kolanko tak się samo naprawiło :P
To i rączka będzie nówka nieśmigana :D
Nie ma innej opcji :p
Pranie się samo nie powiesi :)
czwartek, 4 lipca 2019
Urodzony
4 lipca, Kochany Pamiętniczku.
Mój o 5 lat młodszy brat.
Miałby dziś 60. urodziny.
Nie dożył pięćdziesiątki, sam sobie odebrał życie.
I dlaczego czuję się winna?
Spieprzył swoje życie na własne życzenie, a ja czuję się podle, że nie podałam mu wtedy ręki, choć podawałam pierdyliard razy przedtem.
Sama zostając bez pomocy, gdy jej potrzebowałam.
I omal nie zostałam zgwałcona przez jego kolegę, będąc sama w domu z nieletnimi dziećmi... W jego urodziny. Bo mając klucze od mojego mieszkania przyszedł do niego pić z kumplem. Skąd wzięłam siłę, by wywalić za drzwi z hukiem dwóch rosłych, młodych, pijanych facetów, sama nie wiem. Widocznie miałam w sobie instynkt przetrwania.
Może nie powinnam tego pamiętać?
Ale pamiętam, że powiedziałam mu nie, gdy przyszedł do mnie ostatni raz. I wziął ode mnie moje ostatnie 10 zł z portfela. Że musi poukładać swoje życie sam, bo jestem odpowiedzialna za moje dzieci.
Odchodząc powiedział, że odda mi całą kasę, którą ode mnie wziął w życiu.
Oddał.
Ale to nie było fair z jego strony, bardzo nie fair.
I nie, życie nie sypało mi kwiatów pod nogi.
Nie jechałam, jak sądził, na opinii, uczyłam się, dochodząc do wszystkiego sama. Mimo mojej wady słuchu, miał taką samą. Ale on zwalał na nią wszystkie swoje życiowe wtopy, ja zaś uważałam ją za dar. I na to, że mając 11 lat został sierotą. Ja zostałam nią mając 16 lat.
To nie za mną biegał na boisko, namawiając mnie do nauki, to ja za nim biegałam, mówiąc, że dość piłki, że pora się pouczyć.
Byłam spędzana kopniakami z boiska.
I to ja dzieliłam się z nim moim stypendium, załatwiałam mu naukę w technikum w Poznaniu, gdy skończył zawodówkę w K.
Internat. W K., żeby nie musiał męczyć się z pijącym ojcem. I w PZ. Tu już płaciłam za niego.
Poszedł na piwo z kolegami, zamiast na poprawkę.
Bo tak mu pasowało.
Miał do mnie pretensję, że skończyłam studia, a on wylądował w odlewni.
W której zarabiał więcej niż praktykujący lekarz, o co oburzał się mój szwagier.
Ale nie znalazł czasu, by jakoś mnie wesprzeć, gdy leżałam na patologii ciąży.
Za to "donosił mi", że mój mąż siedzi u mamusi na kawie, a w mieszkaniu w szklankach na fusach pleśń rośnie.
Ja bym jemu te szklanki umyła i nawet o tym nie wspominała, gdyby na tej patologii był.
Gdy rodziłam Inżyniera, pojechał na wycieczkę do Bułgarii, bo Pierworodnym powinien się mąż opiekować.
Tyle, że Eks pojechał wtedy do DE na ogórki i nie, że zarobił, nie, pojechał, bo miał taką fantazję, pojechał z teściową.
Long story.
Z Bułgarii przywiózł mi butelkę Słonecznego Brzegu i za każdymi odwiedzinami dręczył, że nie piję.
Jak miałam pić, mając na głowie cały dom i dwóch synów?
Więc w końcu wypił ten koniak sam.
I mój rajd po całym mieście, gdy gospodyni doniosła, że zniknął z radarów.
Po spelunach Starołęki, do których nie weszłabym później bez ochroniarza i w których WSZYSCY znali moje dzieci, bo chodził z nimi pijąc...
Kupował im lody, żeby nie mówiły mamie, że chodzą po knajpach, zamiast po Dębinie.
Wrócił po trzech dniach, cały, nówka nieśmigana, z megakacem, bo spontanicznie pojechał na jakieś wiejskie wesele.
I jego romans ze starszą kobietą. Nie, nie przeszkadzało mi to.
Ale poznałam ją dopiero po jego śmierci, bo nie chciała się ze mną spotkać, bo... miałam wyższe wykształcenie.
Kurwa.
Na pogrzeb nie przyjechała, ale za to przy kremacji była i na moje, że nie chcę Go oglądać w trumnie, poleciała jednak Go oglądać i wypadła z okrzykiem, że jak żywy w tej trumnie leży.
I niebiosom dzięki za naszego proboszcza, bo tylko jego telefon do K. umożliwił mi pochowanie Ciebie bez cyrków.
Bo zadzwonił i powiedział, że byłeś jego ministrantem lata temu.
Kurwa.
Powiedziałam mu tylko, że znaleźli Ciebie na Dębinie. Nie drążył tematu, a na pewno wiedział, co się stało.
I tak, zapłaciłeś, kretynie, za wszystko, mając w chuj ubezpieczeń, długów, które ścigały mnie nawet po 10 latach, mimo przedawnienia.
I po co Ci to wszystko było? Bo nie umiałeś pić?
Ja też nie umiem, ale na razie nie spierdoliłam sobie życia.
I mam nadzieję, że nie spierdolę.
Sześćdziesiąt lat, wiesz, Kretynie, jaka to fajna data? Nic nie musisz, wszystko możesz.
Ja ją zaliczyłam.
Nie wiem, czy mam się cieszyć. Ale w naszej personalnej rodzinie, ja najdłużej ciągnę ten wózek pod górkę.
Inżynier po pogrzebie wylądował na OIOM, umierając na wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, bo nie przyznał się, że źle się czuje, żeby mnie nie dobijać.
Nie umarł, za co mu cześć i chwała, bo wtedy chyba ja skończyłabym ze sobą, kontynuując rodzinną tradycję.
I nie byłoby Alienka, Kalafiorkówny i innych takich tam.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Mam nadzieję, że wszystko już tam przemyślałeś z pozostałymi Umarlakami, że cieszysz się tam lepszym życiem i jeżeli jestem Ci coś winna jeszcze, odpokutowałam już. Myciem grobów, kurwa, bezsennymi nocami i tym, że to jednak ja w ostateczności płacę wszystkie rachunki.
Swoje i cudze.
Happy Birthday, Pawełku... <3
Mój o 5 lat młodszy brat.
Miałby dziś 60. urodziny.
Nie dożył pięćdziesiątki, sam sobie odebrał życie.
I dlaczego czuję się winna?
Spieprzył swoje życie na własne życzenie, a ja czuję się podle, że nie podałam mu wtedy ręki, choć podawałam pierdyliard razy przedtem.
Sama zostając bez pomocy, gdy jej potrzebowałam.
I omal nie zostałam zgwałcona przez jego kolegę, będąc sama w domu z nieletnimi dziećmi... W jego urodziny. Bo mając klucze od mojego mieszkania przyszedł do niego pić z kumplem. Skąd wzięłam siłę, by wywalić za drzwi z hukiem dwóch rosłych, młodych, pijanych facetów, sama nie wiem. Widocznie miałam w sobie instynkt przetrwania.
Może nie powinnam tego pamiętać?
Ale pamiętam, że powiedziałam mu nie, gdy przyszedł do mnie ostatni raz. I wziął ode mnie moje ostatnie 10 zł z portfela. Że musi poukładać swoje życie sam, bo jestem odpowiedzialna za moje dzieci.
Odchodząc powiedział, że odda mi całą kasę, którą ode mnie wziął w życiu.
Oddał.
Ale to nie było fair z jego strony, bardzo nie fair.
I nie, życie nie sypało mi kwiatów pod nogi.
Nie jechałam, jak sądził, na opinii, uczyłam się, dochodząc do wszystkiego sama. Mimo mojej wady słuchu, miał taką samą. Ale on zwalał na nią wszystkie swoje życiowe wtopy, ja zaś uważałam ją za dar. I na to, że mając 11 lat został sierotą. Ja zostałam nią mając 16 lat.
To nie za mną biegał na boisko, namawiając mnie do nauki, to ja za nim biegałam, mówiąc, że dość piłki, że pora się pouczyć.
Byłam spędzana kopniakami z boiska.
I to ja dzieliłam się z nim moim stypendium, załatwiałam mu naukę w technikum w Poznaniu, gdy skończył zawodówkę w K.
Internat. W K., żeby nie musiał męczyć się z pijącym ojcem. I w PZ. Tu już płaciłam za niego.
Poszedł na piwo z kolegami, zamiast na poprawkę.
Bo tak mu pasowało.
Miał do mnie pretensję, że skończyłam studia, a on wylądował w odlewni.
W której zarabiał więcej niż praktykujący lekarz, o co oburzał się mój szwagier.
Ale nie znalazł czasu, by jakoś mnie wesprzeć, gdy leżałam na patologii ciąży.
Za to "donosił mi", że mój mąż siedzi u mamusi na kawie, a w mieszkaniu w szklankach na fusach pleśń rośnie.
Ja bym jemu te szklanki umyła i nawet o tym nie wspominała, gdyby na tej patologii był.
Gdy rodziłam Inżyniera, pojechał na wycieczkę do Bułgarii, bo Pierworodnym powinien się mąż opiekować.
Tyle, że Eks pojechał wtedy do DE na ogórki i nie, że zarobił, nie, pojechał, bo miał taką fantazję, pojechał z teściową.
Long story.
Z Bułgarii przywiózł mi butelkę Słonecznego Brzegu i za każdymi odwiedzinami dręczył, że nie piję.
Jak miałam pić, mając na głowie cały dom i dwóch synów?
Więc w końcu wypił ten koniak sam.
I mój rajd po całym mieście, gdy gospodyni doniosła, że zniknął z radarów.
Po spelunach Starołęki, do których nie weszłabym później bez ochroniarza i w których WSZYSCY znali moje dzieci, bo chodził z nimi pijąc...
Kupował im lody, żeby nie mówiły mamie, że chodzą po knajpach, zamiast po Dębinie.
Wrócił po trzech dniach, cały, nówka nieśmigana, z megakacem, bo spontanicznie pojechał na jakieś wiejskie wesele.
I jego romans ze starszą kobietą. Nie, nie przeszkadzało mi to.
Ale poznałam ją dopiero po jego śmierci, bo nie chciała się ze mną spotkać, bo... miałam wyższe wykształcenie.
Kurwa.
Na pogrzeb nie przyjechała, ale za to przy kremacji była i na moje, że nie chcę Go oglądać w trumnie, poleciała jednak Go oglądać i wypadła z okrzykiem, że jak żywy w tej trumnie leży.
I niebiosom dzięki za naszego proboszcza, bo tylko jego telefon do K. umożliwił mi pochowanie Ciebie bez cyrków.
Bo zadzwonił i powiedział, że byłeś jego ministrantem lata temu.
Kurwa.
Powiedziałam mu tylko, że znaleźli Ciebie na Dębinie. Nie drążył tematu, a na pewno wiedział, co się stało.
I tak, zapłaciłeś, kretynie, za wszystko, mając w chuj ubezpieczeń, długów, które ścigały mnie nawet po 10 latach, mimo przedawnienia.
I po co Ci to wszystko było? Bo nie umiałeś pić?
Ja też nie umiem, ale na razie nie spierdoliłam sobie życia.
I mam nadzieję, że nie spierdolę.
Sześćdziesiąt lat, wiesz, Kretynie, jaka to fajna data? Nic nie musisz, wszystko możesz.
Ja ją zaliczyłam.
Nie wiem, czy mam się cieszyć. Ale w naszej personalnej rodzinie, ja najdłużej ciągnę ten wózek pod górkę.
Inżynier po pogrzebie wylądował na OIOM, umierając na wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, bo nie przyznał się, że źle się czuje, żeby mnie nie dobijać.
Nie umarł, za co mu cześć i chwała, bo wtedy chyba ja skończyłabym ze sobą, kontynuując rodzinną tradycję.
I nie byłoby Alienka, Kalafiorkówny i innych takich tam.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Mam nadzieję, że wszystko już tam przemyślałeś z pozostałymi Umarlakami, że cieszysz się tam lepszym życiem i jeżeli jestem Ci coś winna jeszcze, odpokutowałam już. Myciem grobów, kurwa, bezsennymi nocami i tym, że to jednak ja w ostateczności płacę wszystkie rachunki.
Swoje i cudze.
Happy Birthday, Pawełku... <3
środa, 3 lipca 2019
Jest
ciepło, aczkolwiek chłodnawo, Kochany Pamiętniczku :)
Brakuje tylko deszczu.
Ponoć taka pogoda ma się utrzymać jakiś czas, co mnie rajcuje.
Znów czuję się jak ta mała, szczęśliwa wówczas dziewczynka, która latem leżała pod wiśnią na kocyku, w sweterku, bo jej zimno było.
Nie było mi zimno dziś, aczkolwiek odczuwałam momentami mroźne podmuchy, albowiem nieźle piździło.
Nie mam nic przeciwko takiemu latu, no ale jestem w mniejszości, więc morda w kubeł.
Pracowo w normie, darcie mordy dało efekty, przyszłam na 5 godzin i poszło jak z płatka. W miejscach, gdzie nikt nic nie "rzeźbił". W miejscach rzeźbienia klimat się ocielił. Jak zawsze, bo u nas się ociela, nie ociepla :D Takie słowniki u chłopów :D No ale mniejsza z większym, do Bossa z pielgrzymką nie poszłam, albowiem chyba mu to ocielenie klimatu nie służy i był jak bryła lodu.
Za dużo miałam ostatnio stresów, żeby sobie coś dokładać.
Na razie na listek bobkowy do niedzieli i całą resztę mam w dupie. Głęboko.
Bo tak.
Bo mogę, bo chcę, bo mi wolno.
Rozmawiałam wczoraj z M., śpijmą nocą już.
Sama nie wiem, która z nas ma większe kłopoty życiowe, ale obiektywnie przyznaję, że jednak ona.
Bo ja nie jadę na prochach, żeby spać. Wystarcza mi alkohol, ale i bez tego daję radę. A ona bez procha nie zaśnie, co najgorsze, to są prochy na receptę. Ale też bierze na swoje barki wszystko, łącznie z siostrą (sic!) od lat robiącą długi i żyjącą na szerokiej stopie. I dziećmi, które są bardziej genialne jak moje, ale... Niepoukładane do bólu, do szpiku kości, nawet bardziej niż moje.
I o ile ja wyrosłam z bycia matką Polką, ona nie.
Do tego zazdrosny mąż i lata pracy za granicą.
Jednak każdy ma swoje piekło.
Nie chciała wierzyć w moje teksty, ale przecież nie ściemniałam.
Umiem mówić NIE, aczkolwiek serce rozrywa mi się wtedy na strzępy, że nie dbam o Brzdąkwę.
Tylko rozum mówi mi, że Dylążek ma już prawie 40 lat i to on sam wkręcił i siebie, i mnie w tę maszynkę.
Więc nie, dużymi literami mówię NIE.
Dziś rano zadzwonił na MSG. Zdziwiona pytam dlaczego dzwoni. A on, że chce mieszkanie pokazać. Hmmm... Jestem TU, na miejscu, może wypadałoby zapytać, czy chcę do nich przyjechać na kawę, herbatę, na wycieczkę krajoznawczą? To tylko 4 przystanki, po drodze mi z mojej pracy, sieciówkę mam. No ale OK, pokaż.
Jebłam.
Są tam od poniedziałku popołudnia, a dziś środa rano.
Musiałabym się nieźle namęczyć, żeby w sumie w jeden dzień zrobić taki bajzel na kółkach, jaki zobaczyłam. Wygląda na to, że meble były wstawione do zdjęć, które oglądałam, ale może to i lepiej. Mam tu na myśli tę białą, skórzaną kanapę. Mniejsza z większym. Stołu w kuchni też nie ma, pytanie, czy mogą dostać ten mój. Ale na każdym, dosłownie każdym meblu i na pralce leżał jakiś lump. Na podłodze też. A szaf stało tam ze trzy co najmniej. Na posłaniu na podłodze moje wnuki. Okryte niepowleczonym kocem, a dałam powłoczki. Dając pytałam, czy dwie starczą, nawet się nie zająknął, że teść dzieci przywiózł, że potrzeba więcej. Spokojnie dałabym więcej koców i powłok. Jeszcze z 6 koców na stanie mam, jak nie więcej. A stara pościel trzymana jest na zasadzie: jakby ktoś musiał rzygać albo jakiś urok, bo pamiętam, jak się szarpałam, gdy nic nie można było kupić, nic nie schło, a dzieci rzygały.
Taki ze mnie chomik.
Mniejsza z większym.
Gemela na medal.
I na widoku chemia ode mnie, gdybym nie dała mydła i szamponu, tudzież ręczników, co z tego, ze starych, pewno by się wycierali w te lumpy leżące po kątach.
Mniejsza z większym.
Pierdolę.
Piszę do Inżyniera, a ten tonem pocieszająco-lejącym ze śmiechu odpisuje: niech mama poczeka aż sprowadzą to, co mają w garażu.
Faktycznie, będzie się działo.
M. mówiła, że jej synowa to też taki okaz bałaganiący. Tyle, że jej syn sprząta, aczkolwiek to syzyfowa praca. I martwi się o wnuczkę, na razie żłobkową, jak będzie się czuła, wstydząc się zapraszać koleżanki do śmietnika.
Odpisuję, że ja się nie martwię, bo dziecko chowane w bałaganie bałaganu nie zauważy i nie będzie się wstydzić.
A M. na to, że zauważy porządek u koleżanek i będzie się wstydziła speluny.
Mądrze prawi, polać jej.
No i? Nie pojadę tam sprzątać, nie mój bajzel. Przed 10 laty może bym poleciała, ale teraz nawet nie mam siły. Zresztą po sprzątnięciu swojego kwadratu jestem zlana zimnym potem i zmęczona, więc nie ma opcji.
I tak sobie gawędziłyśmy o ciężkim losie teściowych z naszego pokolenia: oczekuje się od nas dyspozycyjności, pracowania, bo wiadomo, pecunia non olet, zachwycania się i zajmowania wnukami, bycia silnymi, zwartymi, gotowymi, no i tego jebanego tatuażu na czole: obowiązek matki Polki...
A... Przepraszam?
Serio?
Wystarczy, że jak superwomen zmagam się z ocieleniem klimatu. To musi być bardzo bolesne, jak on się tak cieli, cieli i ocielić nie może.
Na serio zaś, jestem bardzo zaniepokojona zmianami klimatycznymi i naprawdę czarno wszystko widzę, zwłaszcza przy ty, co wyczyniają pisiorowate pojebańce.
I jednocześnie myślę o tym ocie(P)leniu i o młodych: na moje, że same pampersy zabijają wielu ludzi, odpowiadają, że "no przecież jak to można w te tetrowe pieluchy". Jakoś można, no ale ja się nie znam, bo to i pranie, i suszenie, i wieszanie, i składanie i - to się nie da.
Maybe.
Wiem, że będę niedługo znów dziwadłem na Manhattanie, bo będę miała swoje woreczki na pierdoły.
Dopiero niedawno "moja" pani przyzwyczaiła się, że robię zakupy logicznie: jeden worek: najpierw pyry, potem włoszczyzna i to, co się nie gniecie i że nie lubię pakowania wszystkiego po kolei w oddzielną foliówkę.
Nie uświadamiam jej, że jest mi ciężko wlec się do śmietnika ze wszystkim potem, bo to i nogi trzeba ogolić, włos natapirować, rzęsy zrobić, cyckonosz założyć, pazurki pomalować i inne takie tam :)
Inżynier mnie tego nauczył, kiedyś w dresowych spodniach za Chiny Ludowe nie poszedł ze śmieciami.
Teraz śmiga i nie marudzi, oczywiście u siebie, bo... pampersy się wylewają ze specjalnego kubła...
A w pracy D. zrobiła mi reklamę, kolportując, jaką to jestem wredną teściową. Wszystkie "młode" w wieku Pierworodnego na mój widok przewracają oczami.
W sumie obchodzi mnie to tak bardzo, że aż wcale.
Stojąc w kolejce, na pytanie: czy pani jest ostatnia, zawsze odpowiadam NIE. Są gorsze ode mnie.
I tego się trzymam :)
I nie, nie poinformowałam ich, że w sumie mam 4 dni wolne i mogę się zająć dziećmi. Pierworodny jutro idzie podpisywać.
Nie, nie zajmę się, bo nie chcę mieć bólu dupy u mnie, a siedzenie w ich bajzlu średnio mnie rajcuje.
Zresztą nawet nie znam ich adresu :) Nie podali. Pierworodny powiedział, że przyśle, ale...
Znam ulicę, ale stoi na niej w chuj bloków.
A moja kochana Synowa od wyjścia w poniedziałek z mojej chaty nawet słowem się nie odezwała.
Deklarowała zaś niedawno, że mnie bardzo kocha.
I jak tu wierzyć w miłość?
Nadzieja jest matką głupich. Błogo mi, żem sierotą :D Że zacytuję mistrza mego.
Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)
Brakuje tylko deszczu.
Ponoć taka pogoda ma się utrzymać jakiś czas, co mnie rajcuje.
Znów czuję się jak ta mała, szczęśliwa wówczas dziewczynka, która latem leżała pod wiśnią na kocyku, w sweterku, bo jej zimno było.
Nie było mi zimno dziś, aczkolwiek odczuwałam momentami mroźne podmuchy, albowiem nieźle piździło.
Nie mam nic przeciwko takiemu latu, no ale jestem w mniejszości, więc morda w kubeł.
Pracowo w normie, darcie mordy dało efekty, przyszłam na 5 godzin i poszło jak z płatka. W miejscach, gdzie nikt nic nie "rzeźbił". W miejscach rzeźbienia klimat się ocielił. Jak zawsze, bo u nas się ociela, nie ociepla :D Takie słowniki u chłopów :D No ale mniejsza z większym, do Bossa z pielgrzymką nie poszłam, albowiem chyba mu to ocielenie klimatu nie służy i był jak bryła lodu.
Za dużo miałam ostatnio stresów, żeby sobie coś dokładać.
Na razie na listek bobkowy do niedzieli i całą resztę mam w dupie. Głęboko.
Bo tak.
Bo mogę, bo chcę, bo mi wolno.
Rozmawiałam wczoraj z M., śpijmą nocą już.
Sama nie wiem, która z nas ma większe kłopoty życiowe, ale obiektywnie przyznaję, że jednak ona.
Bo ja nie jadę na prochach, żeby spać. Wystarcza mi alkohol, ale i bez tego daję radę. A ona bez procha nie zaśnie, co najgorsze, to są prochy na receptę. Ale też bierze na swoje barki wszystko, łącznie z siostrą (sic!) od lat robiącą długi i żyjącą na szerokiej stopie. I dziećmi, które są bardziej genialne jak moje, ale... Niepoukładane do bólu, do szpiku kości, nawet bardziej niż moje.
I o ile ja wyrosłam z bycia matką Polką, ona nie.
Do tego zazdrosny mąż i lata pracy za granicą.
Jednak każdy ma swoje piekło.
Nie chciała wierzyć w moje teksty, ale przecież nie ściemniałam.
Umiem mówić NIE, aczkolwiek serce rozrywa mi się wtedy na strzępy, że nie dbam o Brzdąkwę.
Tylko rozum mówi mi, że Dylążek ma już prawie 40 lat i to on sam wkręcił i siebie, i mnie w tę maszynkę.
Więc nie, dużymi literami mówię NIE.
Dziś rano zadzwonił na MSG. Zdziwiona pytam dlaczego dzwoni. A on, że chce mieszkanie pokazać. Hmmm... Jestem TU, na miejscu, może wypadałoby zapytać, czy chcę do nich przyjechać na kawę, herbatę, na wycieczkę krajoznawczą? To tylko 4 przystanki, po drodze mi z mojej pracy, sieciówkę mam. No ale OK, pokaż.
Jebłam.
Są tam od poniedziałku popołudnia, a dziś środa rano.
Musiałabym się nieźle namęczyć, żeby w sumie w jeden dzień zrobić taki bajzel na kółkach, jaki zobaczyłam. Wygląda na to, że meble były wstawione do zdjęć, które oglądałam, ale może to i lepiej. Mam tu na myśli tę białą, skórzaną kanapę. Mniejsza z większym. Stołu w kuchni też nie ma, pytanie, czy mogą dostać ten mój. Ale na każdym, dosłownie każdym meblu i na pralce leżał jakiś lump. Na podłodze też. A szaf stało tam ze trzy co najmniej. Na posłaniu na podłodze moje wnuki. Okryte niepowleczonym kocem, a dałam powłoczki. Dając pytałam, czy dwie starczą, nawet się nie zająknął, że teść dzieci przywiózł, że potrzeba więcej. Spokojnie dałabym więcej koców i powłok. Jeszcze z 6 koców na stanie mam, jak nie więcej. A stara pościel trzymana jest na zasadzie: jakby ktoś musiał rzygać albo jakiś urok, bo pamiętam, jak się szarpałam, gdy nic nie można było kupić, nic nie schło, a dzieci rzygały.
Taki ze mnie chomik.
Mniejsza z większym.
Gemela na medal.
I na widoku chemia ode mnie, gdybym nie dała mydła i szamponu, tudzież ręczników, co z tego, ze starych, pewno by się wycierali w te lumpy leżące po kątach.
Mniejsza z większym.
Pierdolę.
Piszę do Inżyniera, a ten tonem pocieszająco-lejącym ze śmiechu odpisuje: niech mama poczeka aż sprowadzą to, co mają w garażu.
Faktycznie, będzie się działo.
M. mówiła, że jej synowa to też taki okaz bałaganiący. Tyle, że jej syn sprząta, aczkolwiek to syzyfowa praca. I martwi się o wnuczkę, na razie żłobkową, jak będzie się czuła, wstydząc się zapraszać koleżanki do śmietnika.
Odpisuję, że ja się nie martwię, bo dziecko chowane w bałaganie bałaganu nie zauważy i nie będzie się wstydzić.
A M. na to, że zauważy porządek u koleżanek i będzie się wstydziła speluny.
Mądrze prawi, polać jej.
No i? Nie pojadę tam sprzątać, nie mój bajzel. Przed 10 laty może bym poleciała, ale teraz nawet nie mam siły. Zresztą po sprzątnięciu swojego kwadratu jestem zlana zimnym potem i zmęczona, więc nie ma opcji.
I tak sobie gawędziłyśmy o ciężkim losie teściowych z naszego pokolenia: oczekuje się od nas dyspozycyjności, pracowania, bo wiadomo, pecunia non olet, zachwycania się i zajmowania wnukami, bycia silnymi, zwartymi, gotowymi, no i tego jebanego tatuażu na czole: obowiązek matki Polki...
A... Przepraszam?
Serio?
Wystarczy, że jak superwomen zmagam się z ocieleniem klimatu. To musi być bardzo bolesne, jak on się tak cieli, cieli i ocielić nie może.
Na serio zaś, jestem bardzo zaniepokojona zmianami klimatycznymi i naprawdę czarno wszystko widzę, zwłaszcza przy ty, co wyczyniają pisiorowate pojebańce.
I jednocześnie myślę o tym ocie(P)leniu i o młodych: na moje, że same pampersy zabijają wielu ludzi, odpowiadają, że "no przecież jak to można w te tetrowe pieluchy". Jakoś można, no ale ja się nie znam, bo to i pranie, i suszenie, i wieszanie, i składanie i - to się nie da.
Maybe.
Wiem, że będę niedługo znów dziwadłem na Manhattanie, bo będę miała swoje woreczki na pierdoły.
Dopiero niedawno "moja" pani przyzwyczaiła się, że robię zakupy logicznie: jeden worek: najpierw pyry, potem włoszczyzna i to, co się nie gniecie i że nie lubię pakowania wszystkiego po kolei w oddzielną foliówkę.
Nie uświadamiam jej, że jest mi ciężko wlec się do śmietnika ze wszystkim potem, bo to i nogi trzeba ogolić, włos natapirować, rzęsy zrobić, cyckonosz założyć, pazurki pomalować i inne takie tam :)
Inżynier mnie tego nauczył, kiedyś w dresowych spodniach za Chiny Ludowe nie poszedł ze śmieciami.
Teraz śmiga i nie marudzi, oczywiście u siebie, bo... pampersy się wylewają ze specjalnego kubła...
A w pracy D. zrobiła mi reklamę, kolportując, jaką to jestem wredną teściową. Wszystkie "młode" w wieku Pierworodnego na mój widok przewracają oczami.
W sumie obchodzi mnie to tak bardzo, że aż wcale.
Stojąc w kolejce, na pytanie: czy pani jest ostatnia, zawsze odpowiadam NIE. Są gorsze ode mnie.
I tego się trzymam :)
I nie, nie poinformowałam ich, że w sumie mam 4 dni wolne i mogę się zająć dziećmi. Pierworodny jutro idzie podpisywać.
Nie, nie zajmę się, bo nie chcę mieć bólu dupy u mnie, a siedzenie w ich bajzlu średnio mnie rajcuje.
Zresztą nawet nie znam ich adresu :) Nie podali. Pierworodny powiedział, że przyśle, ale...
Znam ulicę, ale stoi na niej w chuj bloków.
A moja kochana Synowa od wyjścia w poniedziałek z mojej chaty nawet słowem się nie odezwała.
Deklarowała zaś niedawno, że mnie bardzo kocha.
I jak tu wierzyć w miłość?
Nadzieja jest matką głupich. Błogo mi, żem sierotą :D Że zacytuję mistrza mego.
Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)
poniedziałek, 1 lipca 2019
Po burzy
jest pogoda, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Wynieśli się, ale aż mi było żal Pierworodnego, tak oberwał.
Jak napisał Kierownik Budowy, ona ma wielkie ego i nie ustąpi. No to trafiła kosa na kamień, moje ego jest większe. I pamięć mam dobrą.
Za miłość płacę miłością, za pożądanie pragnieniem..
A za zniewagę?
Nie mszczę się. Karma to suka. Ja tylko czekam.
Powitała mnie w T-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna". Jakkolwiek głupia bym nie była, nie witałabym teściowej in spe w takiej koszulce.
Baran świadkiem i sam ją obśmiał.
Nie, ta zniewaga krwi nie wymaga, przyjęłam do wiadomości, że królowa jest tylko jedna, sama mam multum koszulek z głupimi napisami, umowę o pracę podpisywałam w koszulce z napisem w stylu: alkohol to twój wróg, lej go w mordę. Po angielsku, z cichą nadzieją, że Boss nie zna angielskiego. Zna, perfekcyjnie. Ale też wezwał mnie znienacka z poprzedniej pracy, bo po moich trzymiesięcznych występach gościnnych dojrzał do dania mi pensji, a nie jałmużny :)
Więc nie zawsze głupi T-shirt przeważa.
A potem były inne kwiatki, łącznie z zarzucaniem mi, że im nie pomagam.
Przy jednoczesnym tekście: co będziesz matce kasę oddawał, my jesteśmy młodzi, coś nam się od życia należy. Spędziła pół roku na utrzymaniu Pierworodnego, bo jak stwierdziła wśród czatowych znajomości, nie wiedząc, z kim rozmawia: praca w UK jest, ale trzeba chcieć i musieć pracować. Nie, to nie byłam ja :) A że ona i nie chciała, i nie musiała, to nie pracowała, miała frajera.
Baran wie. Kierownik Budowy wie. Usta milczą, dusza śpiewa.
Baran jakoś do niej nigdy wielką miłością nie zapałał, a kilka lat z nią spędził.
A i Kierownik Budowy zna ją jak zły szeląg.
I jakoś nikt nie jest jej fanem, a ja kilku mam, i owszem :)
Mniejsza z większym.
Dotarło do mnie, że to Pierworodny ma być szczęśliwy, nie ja.
I jest.
Ale nie znaczy to, że ja muszę tańczyć i grać, bez popierdywania.
Nic jej nie zawdzięczam, oprócz dwójki wnuków, zresztą wychowywanych bezstresowo. Z tym, że Mała Wiedźma jest bardziej stawiana do pionu, a Papryczek to synek mamusi.
Co też mi się nie podoba, bo nie lubię synków mamusi i córeczek tatusia oraz vice versa.
Dziecko to dziecko i każde dostaje co do grama tyle samo serca ode mnie.
Za innych nie odpowiadam.
I dlatego teraz powiedziałam: synu, ty tak, Twoja żona nie.
No ale wyszło jak wyszło i się zwaliła.
Z brudnymi kopytami (bo ją nogi bardzo bolą), z tłustymi kłakami szczotkowanymi wszędzie, doczyścić szczotki z kłaków nie mogę, kłaki to coś, czego nienawidzę bardziej niż inni pająków.
Po raz pierwszy od 30 lat miałam zatkaną umywalkę. Kurwa mać. I opypraną, bo po sobie nie opłucze i nie zniży się do przetarcia.
Darłam mordę na Pierworodnego, bo tak mi łatwiej.
Sprzątał, ale next time już nie pamiętał.
On w Biedronce, gdy brałam towar z półki chciał go pakować do wózka. Nie dlatego, że jest złodziejem, nie, on po prostu był daleko stąd.
Może w kolejnej kreskówce.
I kobieta, która nie spuszcza klapy od kibla?
Ja w pracy nie spuszczam, albowiem nasze sprzątaczki nie są od mycia klapy i klapa, nawiasem mówiąc jedna z najdroższych na rynku jest od miesięcy obrypana zaschniętą krwią. Więc podnoszę, wiedząc gdzie nie dotykać, ale nie spuszczę, bo znów kolejne dotknięcie. Ale w domu, gdzie myte co dzień? Nie spuści klapy, kobieta?
Tfuuuj :)
Więc pomijając tłuste włoski i sceny, że wszyscy jej mówią, że jest gruba (jest, do dwóch kanapek zużywa pół słoika majonezu, bo kocha majonez), że nie ogarniam tej całej miłości...
Przyjechała wczoraj z fochem po 22.
Żeby się ze mną nie widzieć.
Pierworodny mówi: niech mama idzie spać. Oczywiście, mogłam, ale... U mnie nie ma drzwi, a mnie, głuchą, budzi światło... Nie da się wejść do łazienki nie zapalając światła, a to świeci prosto w moje oczy. Łazienka ma drzwi, ale przeszklone.
Rankiem odprowadzał ją do pracy, kurwa, jak dziecko do przedszkola.
W południe miał podpisać umowę o mieszkanie.
Ja w pracy, bo jak wiadomo, praca mnie namiętnie kocha. Aczkolwiek do 8 mam, teoretycznie, wolne.
I nic, cisza.
Podpisał.
Wracam do domu. Pusto. Pytam, gdzie się szlaja. Dostał papiery ze szkoły MW i szuka gdzie wydrukować. WTF? Mogłam to spokojnie zrobić i zawieźć do tłumacza. No nic. Po godzinie pytam, gdzie jest. Szuka tłumacza. WTF? Mówiłam, gdzie tłumacz, no a w ogóle, Google nie ma, taki nagle nieogarnięty?
Jedzie po nią do pracy.
Kurwa.
Obiad sobie zrobiłam, wyjebane mając na resztę.
Pytam, gdzie są. Pod blokiem, czekają na teścia, bo nie trafi.
A można było wrócić do domu, teść zna drogę. Zabrać resztę bambetli i na nowe mieszkanie.
No nic.
Włączam Skype i jadę po równo.
Nawet mi go nie żal...
Ale czy ja, kurwa, muszę wciąż czekać na wszystko?
Wpada jak po ogień. Niewiele zdążyłam uszykować, a przecież wystarczyło powiedzieć.
Pościel dałam, starą, ale zawsze, koce, poduszki, ręczniki, płyn do naczyń, do kibla, szampon, mydło, pastę do zębów...
Zaczynanie życia od zera jest kosztowne.
A wystarczyło wczoraj powiedzieć, co spakowała w O.
Jak widać, niewiele.
Rybka mi to.
Jak cicho i pięknie, nawet upał i smród papierochów (we wnęce na dole siedzi "towarzystwo" i nic na to nie poradzę) mi nie przeszkadzają.
Wszystko pomyte, nie ma kłaków, jeszcze tylko jedno pranie powieszę.
Alienek powiedział wreszcie "tata" :) Nie mami (tak mówi na mamę), nie mama (tak mówił na Inżyniera), nie daddy (tak mówił na koty), nie pająk (tak mówił na pająka za oknem), nie mimi (misiek), ale TATA :)
No to teraz czekam na BABCIA zamiast "brumm, brum" na wardze.
Małe rzeczy cieszą najbardziej, co nie?
Sama się dziwię, jak przeżyłam te dwa miesiące.
Ale widocznie było mi to pisane.
Postaram się wszystko pięknie przeżyć do końca, ile fabryka dała :D
Bardzo dziękuję wspierającym mnie na duchu :)
Szczyt luksusu: obrus na stole po dwóch miesiącach ceraty.
Jakie piękne są małe szczęścia, co nie? :)
Wynieśli się, ale aż mi było żal Pierworodnego, tak oberwał.
Jak napisał Kierownik Budowy, ona ma wielkie ego i nie ustąpi. No to trafiła kosa na kamień, moje ego jest większe. I pamięć mam dobrą.
Za miłość płacę miłością, za pożądanie pragnieniem..
A za zniewagę?
Nie mszczę się. Karma to suka. Ja tylko czekam.
Powitała mnie w T-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna". Jakkolwiek głupia bym nie była, nie witałabym teściowej in spe w takiej koszulce.
Baran świadkiem i sam ją obśmiał.
Nie, ta zniewaga krwi nie wymaga, przyjęłam do wiadomości, że królowa jest tylko jedna, sama mam multum koszulek z głupimi napisami, umowę o pracę podpisywałam w koszulce z napisem w stylu: alkohol to twój wróg, lej go w mordę. Po angielsku, z cichą nadzieją, że Boss nie zna angielskiego. Zna, perfekcyjnie. Ale też wezwał mnie znienacka z poprzedniej pracy, bo po moich trzymiesięcznych występach gościnnych dojrzał do dania mi pensji, a nie jałmużny :)
Więc nie zawsze głupi T-shirt przeważa.
A potem były inne kwiatki, łącznie z zarzucaniem mi, że im nie pomagam.
Przy jednoczesnym tekście: co będziesz matce kasę oddawał, my jesteśmy młodzi, coś nam się od życia należy. Spędziła pół roku na utrzymaniu Pierworodnego, bo jak stwierdziła wśród czatowych znajomości, nie wiedząc, z kim rozmawia: praca w UK jest, ale trzeba chcieć i musieć pracować. Nie, to nie byłam ja :) A że ona i nie chciała, i nie musiała, to nie pracowała, miała frajera.
Baran wie. Kierownik Budowy wie. Usta milczą, dusza śpiewa.
Baran jakoś do niej nigdy wielką miłością nie zapałał, a kilka lat z nią spędził.
A i Kierownik Budowy zna ją jak zły szeląg.
I jakoś nikt nie jest jej fanem, a ja kilku mam, i owszem :)
Mniejsza z większym.
Dotarło do mnie, że to Pierworodny ma być szczęśliwy, nie ja.
I jest.
Ale nie znaczy to, że ja muszę tańczyć i grać, bez popierdywania.
Nic jej nie zawdzięczam, oprócz dwójki wnuków, zresztą wychowywanych bezstresowo. Z tym, że Mała Wiedźma jest bardziej stawiana do pionu, a Papryczek to synek mamusi.
Co też mi się nie podoba, bo nie lubię synków mamusi i córeczek tatusia oraz vice versa.
Dziecko to dziecko i każde dostaje co do grama tyle samo serca ode mnie.
Za innych nie odpowiadam.
I dlatego teraz powiedziałam: synu, ty tak, Twoja żona nie.
No ale wyszło jak wyszło i się zwaliła.
Z brudnymi kopytami (bo ją nogi bardzo bolą), z tłustymi kłakami szczotkowanymi wszędzie, doczyścić szczotki z kłaków nie mogę, kłaki to coś, czego nienawidzę bardziej niż inni pająków.
Po raz pierwszy od 30 lat miałam zatkaną umywalkę. Kurwa mać. I opypraną, bo po sobie nie opłucze i nie zniży się do przetarcia.
Darłam mordę na Pierworodnego, bo tak mi łatwiej.
Sprzątał, ale next time już nie pamiętał.
On w Biedronce, gdy brałam towar z półki chciał go pakować do wózka. Nie dlatego, że jest złodziejem, nie, on po prostu był daleko stąd.
Może w kolejnej kreskówce.
I kobieta, która nie spuszcza klapy od kibla?
Ja w pracy nie spuszczam, albowiem nasze sprzątaczki nie są od mycia klapy i klapa, nawiasem mówiąc jedna z najdroższych na rynku jest od miesięcy obrypana zaschniętą krwią. Więc podnoszę, wiedząc gdzie nie dotykać, ale nie spuszczę, bo znów kolejne dotknięcie. Ale w domu, gdzie myte co dzień? Nie spuści klapy, kobieta?
Tfuuuj :)
Więc pomijając tłuste włoski i sceny, że wszyscy jej mówią, że jest gruba (jest, do dwóch kanapek zużywa pół słoika majonezu, bo kocha majonez), że nie ogarniam tej całej miłości...
Przyjechała wczoraj z fochem po 22.
Żeby się ze mną nie widzieć.
Pierworodny mówi: niech mama idzie spać. Oczywiście, mogłam, ale... U mnie nie ma drzwi, a mnie, głuchą, budzi światło... Nie da się wejść do łazienki nie zapalając światła, a to świeci prosto w moje oczy. Łazienka ma drzwi, ale przeszklone.
Rankiem odprowadzał ją do pracy, kurwa, jak dziecko do przedszkola.
W południe miał podpisać umowę o mieszkanie.
Ja w pracy, bo jak wiadomo, praca mnie namiętnie kocha. Aczkolwiek do 8 mam, teoretycznie, wolne.
I nic, cisza.
Podpisał.
Wracam do domu. Pusto. Pytam, gdzie się szlaja. Dostał papiery ze szkoły MW i szuka gdzie wydrukować. WTF? Mogłam to spokojnie zrobić i zawieźć do tłumacza. No nic. Po godzinie pytam, gdzie jest. Szuka tłumacza. WTF? Mówiłam, gdzie tłumacz, no a w ogóle, Google nie ma, taki nagle nieogarnięty?
Jedzie po nią do pracy.
Kurwa.
Obiad sobie zrobiłam, wyjebane mając na resztę.
Pytam, gdzie są. Pod blokiem, czekają na teścia, bo nie trafi.
A można było wrócić do domu, teść zna drogę. Zabrać resztę bambetli i na nowe mieszkanie.
No nic.
Włączam Skype i jadę po równo.
Nawet mi go nie żal...
Ale czy ja, kurwa, muszę wciąż czekać na wszystko?
Wpada jak po ogień. Niewiele zdążyłam uszykować, a przecież wystarczyło powiedzieć.
Pościel dałam, starą, ale zawsze, koce, poduszki, ręczniki, płyn do naczyń, do kibla, szampon, mydło, pastę do zębów...
Zaczynanie życia od zera jest kosztowne.
A wystarczyło wczoraj powiedzieć, co spakowała w O.
Jak widać, niewiele.
Rybka mi to.
Jak cicho i pięknie, nawet upał i smród papierochów (we wnęce na dole siedzi "towarzystwo" i nic na to nie poradzę) mi nie przeszkadzają.
Wszystko pomyte, nie ma kłaków, jeszcze tylko jedno pranie powieszę.
Alienek powiedział wreszcie "tata" :) Nie mami (tak mówi na mamę), nie mama (tak mówił na Inżyniera), nie daddy (tak mówił na koty), nie pająk (tak mówił na pająka za oknem), nie mimi (misiek), ale TATA :)
No to teraz czekam na BABCIA zamiast "brumm, brum" na wardze.
Małe rzeczy cieszą najbardziej, co nie?
Sama się dziwię, jak przeżyłam te dwa miesiące.
Ale widocznie było mi to pisane.
Postaram się wszystko pięknie przeżyć do końca, ile fabryka dała :D
Bardzo dziękuję wspierającym mnie na duchu :)
Szczyt luksusu: obrus na stole po dwóch miesiącach ceraty.
Jakie piękne są małe szczęścia, co nie? :)
sobota, 29 czerwca 2019
To było
zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, Kochany Pamiętniczku.
Pani nie może jutro podpisać umowy.
Synowa, oczywiście, przyjedzie jutro.
Z bambetlami.
Bo w poniedziałek musi iść do pracy.
Ja, kurwa, też, bo dostałam SMS.
Zastanę pobojowisko, o ile w ogóle mi się wyniosą.
Chcę umrzeć.
Oczywiście, nawtykałam synowi. Nie ukrywam mojej nienawiści do niej.
Dlaczego ja?
Kurwa mać.
Pani nie może jutro podpisać umowy.
Synowa, oczywiście, przyjedzie jutro.
Z bambetlami.
Bo w poniedziałek musi iść do pracy.
Ja, kurwa, też, bo dostałam SMS.
Zastanę pobojowisko, o ile w ogóle mi się wyniosą.
Chcę umrzeć.
Oczywiście, nawtykałam synowi. Nie ukrywam mojej nienawiści do niej.
Dlaczego ja?
Kurwa mać.
czwartek, 27 czerwca 2019
Sama
nie wiem, Kochany Pamiętniczku.
Już nic nie wiem.
Dopiero dziś zauważyłam, że wszystkie kalendarze w domu utknęły na maju, a przecież mamy juz koniec czerwca.
I to, w moim popierdolonym świecie jest dowód na zagięcie czasoprzestrzeni i dlaczego to się tak wszystko ślimaczy.
Pojebana jestem na maksa, a może i bardziej.
Miała być jeden dzień.
Była cztery, ale ma już tę posadę, od poniedziałku pracuje.
Aczkolwiek ja mam liczne takie tam, ale...
Oby jej szło i oby zarobiła na wszystko.
Bo, kurwa...
Ale o tym w następnych linijkach.
Pierworodny ma badania lekarskie w sobotę, oficjalnie ma status bezrobotnego.
Wynajęli mieszkanie jakieś 4 przystanki ode mnie i tu ja mam wątpliwości.
Synowa szaty darła na FB, że nikt nie chce rodziny z dziećmi. Wprost im powiedziałam, że gdybym to ja miała mieszkanie na wynajem, też nic chciałabym rodziny z dziećmi.
Mieszkanie świeże, nówka nieśmigana. Kanapa obita na biało. Wygląda na skórę. Mówię, że z mojego doświadczenia, jak traktowali poprzednie mieszkania widzę to czarno.
Ale mamo, ale mamo.
No nic, morda w kubeł i apiać, alleluja i do przodu.
Otwieram kolejne piwo, bo tego bez wódki nie razbieriosz.
Poleciało wszystko, co pisałam, bo piszę na iPadzie, komputer widać z całej chaty. No nic.
Zaklinali się na litość boską, że mają papiery Małej Wiedźmy do szkoły, konieczne do jej zarejestrowania. W praniu okazuje się, że papiery może zabrali, może nie, chuj wie, gdzie są. Pierworodny, że napisze emilka. Mówię: pisz, kurwa, teraz... Ale mamo... Napisał, wysłał. Odpowiedź, że OK, doślą, jak skompletują.
Papiery ponoć są w jednej z walizek. I co, kurwa, przez dwa miesiące nikt walizek nie mógł przeglądnąć papierków wetknąć z koszulkę i mieć w pogotowiu do przetłumaczenia.
Że nie wiadomo, gdzie szkoła i inne sranie w banie? Że on jej mówił, a ona nic nie zrobiła? Ona mi mówi, że to jego jurysdykcja i on olał.
KURWA MAĆ.
W sumie pozostaje mi się modlić (ja i modlitwa?), żeby tę jebaną umowę o mieszkanie podpisał w niedziele i niech spierdalają na drzewo.
Znów były brudne giry na mojej nowej kanapie. Mówię mu, a on, że ona bardzo zmęczona była.
Poza moje zmartwienia, moją kontrolę, poza moje nerwy.
W niedzielę wypiję ostatnią butelkę wina, żeby móc spać, a potem...
BĘDĘ MIAŁA NA WSZYSTKO WYJEBANE.
Mają na kontach więcej kasy niż ja.
Z wesela, ze spadku, z ostatniej pensji.
Niech dzielą i rządzą, jak im pasuje.
Dzieci na miesiąc biorą dziadkowie, nie ja.
Moja Synowa, uosobienie wszystkich cnót i zalet, cicha i pokorna, na wszystko zginająca się e geście namaste (nawet nie wiedziała, że to namaste, a mnie to kurwa, wkurwia w Kosmos), jedząca wszystko, poczęstowana wątróbką, bo spadła znienacka i ukradkiem, skrzywiła się jak po wypiciu octu siedmiu złodziei i demonstrując, jak jej wszystko w ząbki włazi zeżarła pyry z mizerią wzdychając.
Strasznie mi było wszystko jedno.
Następnego dnia poszli na obiad do knajpy, informując mnie o tym post factum, zostałam z obiadem.
A kij im w oko, bo w dupę by jeszcze mieli przyjemność.
Maszynka jak leżała na wannie, tak leżała.
Brudne giry, jak lądowały na mojej nowej kanapie, tak lądowały.
No bo klękajcie narody, życie jej kłody pod nogi rzuca i jest zmęczona, co nie?
Dziś już jej TU nie ma i mam nadzieję, że długo nie będzie.
Już nigdy więcej czterech ręczników do jednej kąpieli. Blokowania łazienki na godziny.
Znów będę mogła tańczyć do „Znajdę Cię”.
Mieć wyjebane na maksa.
Tak jak miałam przy pierwszym emilku od PT, że Zetor. Olałam, pracowałam do piątku, emilek przyszedł we wtorek.
Dziś przyszedł emilek z Zetorem i SMS. Odesesmaniłam, że nie mam internetu do 8 lipca. Guzik mnie, że ktoś sadzi ortografa na ortografie. Bo jak czekam na tekst, słyszę: właśnie piszę. Do 22 czekam. Potem wracam nocną komunikacją do domu. Nawet nie zaproponuje podwózki, bo to nie po drodze. Mam godziny wyrobione z nadgodzinami. I nie, nie, nie będę taka miła.
Już jestem
Już nic nie wiem.
Dopiero dziś zauważyłam, że wszystkie kalendarze w domu utknęły na maju, a przecież mamy juz koniec czerwca.
I to, w moim popierdolonym świecie jest dowód na zagięcie czasoprzestrzeni i dlaczego to się tak wszystko ślimaczy.
Pojebana jestem na maksa, a może i bardziej.
Miała być jeden dzień.
Była cztery, ale ma już tę posadę, od poniedziałku pracuje.
Aczkolwiek ja mam liczne takie tam, ale...
Oby jej szło i oby zarobiła na wszystko.
Bo, kurwa...
Ale o tym w następnych linijkach.
Pierworodny ma badania lekarskie w sobotę, oficjalnie ma status bezrobotnego.
Wynajęli mieszkanie jakieś 4 przystanki ode mnie i tu ja mam wątpliwości.
Synowa szaty darła na FB, że nikt nie chce rodziny z dziećmi. Wprost im powiedziałam, że gdybym to ja miała mieszkanie na wynajem, też nic chciałabym rodziny z dziećmi.
Mieszkanie świeże, nówka nieśmigana. Kanapa obita na biało. Wygląda na skórę. Mówię, że z mojego doświadczenia, jak traktowali poprzednie mieszkania widzę to czarno.
Ale mamo, ale mamo.
No nic, morda w kubeł i apiać, alleluja i do przodu.
Otwieram kolejne piwo, bo tego bez wódki nie razbieriosz.
Poleciało wszystko, co pisałam, bo piszę na iPadzie, komputer widać z całej chaty. No nic.
Zaklinali się na litość boską, że mają papiery Małej Wiedźmy do szkoły, konieczne do jej zarejestrowania. W praniu okazuje się, że papiery może zabrali, może nie, chuj wie, gdzie są. Pierworodny, że napisze emilka. Mówię: pisz, kurwa, teraz... Ale mamo... Napisał, wysłał. Odpowiedź, że OK, doślą, jak skompletują.
Papiery ponoć są w jednej z walizek. I co, kurwa, przez dwa miesiące nikt walizek nie mógł przeglądnąć papierków wetknąć z koszulkę i mieć w pogotowiu do przetłumaczenia.
Że nie wiadomo, gdzie szkoła i inne sranie w banie? Że on jej mówił, a ona nic nie zrobiła? Ona mi mówi, że to jego jurysdykcja i on olał.
KURWA MAĆ.
W sumie pozostaje mi się modlić (ja i modlitwa?), żeby tę jebaną umowę o mieszkanie podpisał w niedziele i niech spierdalają na drzewo.
Znów były brudne giry na mojej nowej kanapie. Mówię mu, a on, że ona bardzo zmęczona była.
Poza moje zmartwienia, moją kontrolę, poza moje nerwy.
W niedzielę wypiję ostatnią butelkę wina, żeby móc spać, a potem...
BĘDĘ MIAŁA NA WSZYSTKO WYJEBANE.
Mają na kontach więcej kasy niż ja.
Z wesela, ze spadku, z ostatniej pensji.
Niech dzielą i rządzą, jak im pasuje.
Dzieci na miesiąc biorą dziadkowie, nie ja.
Moja Synowa, uosobienie wszystkich cnót i zalet, cicha i pokorna, na wszystko zginająca się e geście namaste (nawet nie wiedziała, że to namaste, a mnie to kurwa, wkurwia w Kosmos), jedząca wszystko, poczęstowana wątróbką, bo spadła znienacka i ukradkiem, skrzywiła się jak po wypiciu octu siedmiu złodziei i demonstrując, jak jej wszystko w ząbki włazi zeżarła pyry z mizerią wzdychając.
Strasznie mi było wszystko jedno.
Następnego dnia poszli na obiad do knajpy, informując mnie o tym post factum, zostałam z obiadem.
A kij im w oko, bo w dupę by jeszcze mieli przyjemność.
Maszynka jak leżała na wannie, tak leżała.
Brudne giry, jak lądowały na mojej nowej kanapie, tak lądowały.
No bo klękajcie narody, życie jej kłody pod nogi rzuca i jest zmęczona, co nie?
Dziś już jej TU nie ma i mam nadzieję, że długo nie będzie.
Już nigdy więcej czterech ręczników do jednej kąpieli. Blokowania łazienki na godziny.
Znów będę mogła tańczyć do „Znajdę Cię”.
Mieć wyjebane na maksa.
Tak jak miałam przy pierwszym emilku od PT, że Zetor. Olałam, pracowałam do piątku, emilek przyszedł we wtorek.
Dziś przyszedł emilek z Zetorem i SMS. Odesesmaniłam, że nie mam internetu do 8 lipca. Guzik mnie, że ktoś sadzi ortografa na ortografie. Bo jak czekam na tekst, słyszę: właśnie piszę. Do 22 czekam. Potem wracam nocną komunikacją do domu. Nawet nie zaproponuje podwózki, bo to nie po drodze. Mam godziny wyrobione z nadgodzinami. I nie, nie, nie będę taka miła.
Już jestem
wtorek, 25 czerwca 2019
Czarę
goryczy przelała, Kochany Pamiętniczku, maszynka do golenia nóg, leżąca na mojej wannie.
Położyła ją wczoraj wieczorem.
Dziś rano wzięła drugą kąpiel, długą, pojechała na rozmowę o pracę, a maszynka jak leżała, tak leży.
Kurwa.
Sponsoruję im hotel z wyżerką, all inclusive, a nawet napiwku nie mam co oczekiwać.
I nie, nie zgodzę się, by została na kolejną noc, jak wrócą.
Tak, ubędzie mi.
I nie, nie ma opcji przyjechania na weekend.
Co z tego, że mam wolny?
Chcę go, kurwa, mieć wolny dla siebie.
Przetargu na mieszkanie nie wygrali, co było do przewidzenia, bo na tym rynku są gracze - rekiny, wynajmujący.
No ale 6500 z konta zeszło, kiedy wróci, nie wiadomo.
Nie są to moje pieniądze. Wali mnie to.
Pierworodny odpisuje, że koło B. mają mieszkanie za mniej, niż znalazłam z ogłoszenia.
To niech biorą w podskokach i idą na swoje.
Moje konto stopniało tak, że oczy przecieram. Zniknęły półroczne oszczędności.
Za prąd zapłaciłam prawie 40 zł więcej niż zazwyczaj, ciekawe, ile mi wzrośnie za wodę i inne media. A przecież kupiłam lodówkę A+++!
Wiem, sama sobie wzięłam wrzoda na dupę, ale widzę, że i tak mają wyjebane, zwłaszcza ona.
Wiedziała, że musi wrócić do pracy, że wypadła z rynku, to powinna powtarzać materiał ze studiów, potrzebne programy i doskonalić się. To już drugi miesiąc minie za niedługo, jak tu są.
A ona prócz golenia nóg nic nie zrobiła.
Kurwa mać.
Tym optymistycznym akcentem kończę, idąc myć okna.
Obiadu nie gotuję, w dupie to mam :)
Położyła ją wczoraj wieczorem.
Dziś rano wzięła drugą kąpiel, długą, pojechała na rozmowę o pracę, a maszynka jak leżała, tak leży.
Kurwa.
Sponsoruję im hotel z wyżerką, all inclusive, a nawet napiwku nie mam co oczekiwać.
I nie, nie zgodzę się, by została na kolejną noc, jak wrócą.
Tak, ubędzie mi.
I nie, nie ma opcji przyjechania na weekend.
Co z tego, że mam wolny?
Chcę go, kurwa, mieć wolny dla siebie.
Przetargu na mieszkanie nie wygrali, co było do przewidzenia, bo na tym rynku są gracze - rekiny, wynajmujący.
No ale 6500 z konta zeszło, kiedy wróci, nie wiadomo.
Nie są to moje pieniądze. Wali mnie to.
Pierworodny odpisuje, że koło B. mają mieszkanie za mniej, niż znalazłam z ogłoszenia.
To niech biorą w podskokach i idą na swoje.
Moje konto stopniało tak, że oczy przecieram. Zniknęły półroczne oszczędności.
Za prąd zapłaciłam prawie 40 zł więcej niż zazwyczaj, ciekawe, ile mi wzrośnie za wodę i inne media. A przecież kupiłam lodówkę A+++!
Wiem, sama sobie wzięłam wrzoda na dupę, ale widzę, że i tak mają wyjebane, zwłaszcza ona.
Wiedziała, że musi wrócić do pracy, że wypadła z rynku, to powinna powtarzać materiał ze studiów, potrzebne programy i doskonalić się. To już drugi miesiąc minie za niedługo, jak tu są.
A ona prócz golenia nóg nic nie zrobiła.
Kurwa mać.
Tym optymistycznym akcentem kończę, idąc myć okna.
Obiadu nie gotuję, w dupie to mam :)
poniedziałek, 24 czerwca 2019
W dupie
już wszystko mam, Kochany Pamiętniczku.
Jak nie zwariuję, będzie cud.
Synowa ma jutro rozmowę o prace po znajomości, psiapsiółka jej załatwia.
Nie ręczyłabym za nikogo, o kim nie wiem, że jest dobry, ale mniejsza z większym, chce, niech poleca, nie mój cyrk, nie moje małpy.
No ale czy może dzisiaj przyjechać, żeby mąż, znaczy się Pierworodny, pouczył ją Excela.
Excel to podstawa w pracy, o którą się stara.
Wiedziała o tym od dwóch tygodni, ale dopiero dziś dowiedziała się, że będą ją z tego egzaminować.
No przecież ona jest takie ach, och, cut, mjut i ożeszki laskowe, a tu egzamin śmieli?
No i co ja miałam kurwa powiedzieć, że nie?Więc wbiła na kwaterę, czerwony dywan, oklaski, fajerwerki i chór.
Kurwa.
Pierdu, pierdu, w końcu mówię, a może po Excelu?
Ale głodna. To sobie kolację zrobi. Nie zapytała nawet, czy może. Poszły dwa kotlety, opróżnione pół lodówki, a dziś zakupy zrobiłam. No i pół słoika majonezu poszło, bo Jej Wysokość majonezem wszystko smaruje. A gruba jest i w wiosce się z niej śmieją, ale to nie jej wina, pewno ma chorą tarczycę. Tata tata... Taka porcja starcza mi na trzy kolacje, mniejsza z większym...
Pierworodny tłumaczy Excela, zaczynają się żreć i idzie do małego pokoju uczyć się Excela z YouTube.
To się, wiedząc o tym od dawna, nie mogła u siebie uczyć?
Ma z tego licencjat. Kurwa mać.
Mam tylko nadzieję, że mi się jutro w podskokach wyniesie.
I co mi z tego, że dziękuje, że mogła przyjechać?
Czy nikt nie rozumie, choć wyraźnie to mówię, wprost i dużymi literami, że nie chcę ludzi, bo ich nie chcę?
Nie owijałam w bawełnę, powiedziałam, że nie są mi do niczego potrzebni, a już na pewno nie do pełni szczęścia.
Siedząc prawie 9 lat w domu mogła z palcem w dupie opanować wszystkie zawiłości Excela, jeżeli serio myślała o powrocie do pracy.
Moja koleżanka zapłaciła z kurs Worda 800 zł.
Ja nauczyłam się Worda sama, w jeden dzień.
Chciałam ją nauczyć, ale nie, bo kurs lepszy.
Ona do dziś walczy z Wordem na miecze.
Kurwa mać.
Już nie wytrzymuję nerwowo, niczego.
Pierworodny ogląda film i w dupie ma, że głośno.
Moje słuchawki przeszkadzają, bo za głośno słucham.
On słucha bez słuchawek, bo nie lubi.
Ona w małym pokoju, bo musi mieć spokój.
A ja?
Mam ochotę wyjść na balkon i volare...
Jak nie zwariuję, będzie cud.
Synowa ma jutro rozmowę o prace po znajomości, psiapsiółka jej załatwia.
Nie ręczyłabym za nikogo, o kim nie wiem, że jest dobry, ale mniejsza z większym, chce, niech poleca, nie mój cyrk, nie moje małpy.
No ale czy może dzisiaj przyjechać, żeby mąż, znaczy się Pierworodny, pouczył ją Excela.
Excel to podstawa w pracy, o którą się stara.
Wiedziała o tym od dwóch tygodni, ale dopiero dziś dowiedziała się, że będą ją z tego egzaminować.
No przecież ona jest takie ach, och, cut, mjut i ożeszki laskowe, a tu egzamin śmieli?
No i co ja miałam kurwa powiedzieć, że nie?Więc wbiła na kwaterę, czerwony dywan, oklaski, fajerwerki i chór.
Kurwa.
Pierdu, pierdu, w końcu mówię, a może po Excelu?
Ale głodna. To sobie kolację zrobi. Nie zapytała nawet, czy może. Poszły dwa kotlety, opróżnione pół lodówki, a dziś zakupy zrobiłam. No i pół słoika majonezu poszło, bo Jej Wysokość majonezem wszystko smaruje. A gruba jest i w wiosce się z niej śmieją, ale to nie jej wina, pewno ma chorą tarczycę. Tata tata... Taka porcja starcza mi na trzy kolacje, mniejsza z większym...
Pierworodny tłumaczy Excela, zaczynają się żreć i idzie do małego pokoju uczyć się Excela z YouTube.
To się, wiedząc o tym od dawna, nie mogła u siebie uczyć?
Ma z tego licencjat. Kurwa mać.
Mam tylko nadzieję, że mi się jutro w podskokach wyniesie.
I co mi z tego, że dziękuje, że mogła przyjechać?
Czy nikt nie rozumie, choć wyraźnie to mówię, wprost i dużymi literami, że nie chcę ludzi, bo ich nie chcę?
Nie owijałam w bawełnę, powiedziałam, że nie są mi do niczego potrzebni, a już na pewno nie do pełni szczęścia.
Siedząc prawie 9 lat w domu mogła z palcem w dupie opanować wszystkie zawiłości Excela, jeżeli serio myślała o powrocie do pracy.
Moja koleżanka zapłaciła z kurs Worda 800 zł.
Ja nauczyłam się Worda sama, w jeden dzień.
Chciałam ją nauczyć, ale nie, bo kurs lepszy.
Ona do dziś walczy z Wordem na miecze.
Kurwa mać.
Już nie wytrzymuję nerwowo, niczego.
Pierworodny ogląda film i w dupie ma, że głośno.
Moje słuchawki przeszkadzają, bo za głośno słucham.
On słucha bez słuchawek, bo nie lubi.
Ona w małym pokoju, bo musi mieć spokój.
A ja?
Mam ochotę wyjść na balkon i volare...
piątek, 21 czerwca 2019
Plackiem
przeleżałam Boże Ciało, Kochany Pamiętniczku, jak nie ja.
Na trzeźwo, żeby nie było, że już taka ze mnie skończona alkoholiczka, bo zawsze jak kupuję napoje wyskokowe, przedstawiam się pleno titulo :P
A i tak coś mi, kurde zaszkodziło, tym razem nie wylazła mi żadna opryszczka, ale wieczorem czułam, że jest mi zimno, przy 30 stopniach w mieszkaniu.
Rano obudziłam się kompletnie bez apetytu, rzecz u mnie niespotykana, wmusiłam w siebie śniadanie a i to nawet nie pół porcji codziennej. Resztę dnia przeżyłam o dwóch suchych bułach (patent mojej teściowej), i na ziołowych herbatkach.
Ale gdy o 17.30 (no cud) wyszłam z pracy, poczułam się jak młoda bogini i nawet oczekiwanie na spóźniający się autobus w strugach ulewnego deszczu nie zepsuło mi samopoczucia.
Wolna, naprawdę wolna.
Na krótko, bo...
Znów coś nowego na horyzoncie, ale powiedziałam, że przyjadę, jak będzie uszykowana całość. Ze wstępem i spisem treści.
Bo tak.
W poniedziałek warzywka, bo na sól do śledzia nie tak łatwo zarobić, wbrew pozorom.
Pierworodny milczał jak zaklęty, więc zapytałam.
Werble, oklaski i czerwony dywan.
Dostał tę pracę.
I tak sobie, kurwa myślę, że jak jestem do czegoś potrzebna, to ok, zaraz ale mamo, ale mamo, a jak dobra nowina, to i ona, i on nabierają wody w usta.
A nieważne...
Leci ulubiona piosenka mojego brata...
Nie miałem prawie nic, a chciałem jej darować świat...
Jemu jeszcze bardziej w życiu nie wyszło...
Nikt mi nic nie darował, wszystko pazurami niemalowanymi wydzierałam.
Ale w sumie, nieważne.
Wpadłam do domu, po licznych bojach i takich tam, ledwo wytrzymując, bo i niedyspozycja żołądkowa i siedzenie godzinami i czekanie chujwinaco...
I ulewa.
Ale mniejsza z większym.
W chaupce słuchawki na uszy...
I nawet nie wiem, kiedy mi się sama ogarnęła. Ta chaupka, of course. Błyskawicznie, aż sama się zdziwiłam :P No, z grubsza, jeszcze nie zwariowałam, ale...
Jutro tylko Manhattan.
Może wreszcie kupię bób? :)
Bo jakoś nikt z naczalstwa, trzymającego nas po godzinach jak niewolników tego nie rozumie.
Może mają osobistych dostarczycieli? Kupują online?
Rybka mi to.
Domagam się spaceru na Manhattan, dopóki jeszcze życie trwa.
Bo jak wiadomo, piękna zmiana uważa, że węgiel rządzi.
A Kalafiorkówna nie ma jeszcze pół roku, a już dostaje ogórka.
A jak chciałam coś dać Alienkowi w tym wieku, zostałam wyklęta i skazana na spalenie na stosie...
Szkoda, że stosu nie podpalili, fajnie by ten tłuszcz skwierczał :P
Na trzeźwo, żeby nie było, że już taka ze mnie skończona alkoholiczka, bo zawsze jak kupuję napoje wyskokowe, przedstawiam się pleno titulo :P
A i tak coś mi, kurde zaszkodziło, tym razem nie wylazła mi żadna opryszczka, ale wieczorem czułam, że jest mi zimno, przy 30 stopniach w mieszkaniu.
Rano obudziłam się kompletnie bez apetytu, rzecz u mnie niespotykana, wmusiłam w siebie śniadanie a i to nawet nie pół porcji codziennej. Resztę dnia przeżyłam o dwóch suchych bułach (patent mojej teściowej), i na ziołowych herbatkach.
Ale gdy o 17.30 (no cud) wyszłam z pracy, poczułam się jak młoda bogini i nawet oczekiwanie na spóźniający się autobus w strugach ulewnego deszczu nie zepsuło mi samopoczucia.
Wolna, naprawdę wolna.
Na krótko, bo...
Znów coś nowego na horyzoncie, ale powiedziałam, że przyjadę, jak będzie uszykowana całość. Ze wstępem i spisem treści.
Bo tak.
W poniedziałek warzywka, bo na sól do śledzia nie tak łatwo zarobić, wbrew pozorom.
Pierworodny milczał jak zaklęty, więc zapytałam.
Werble, oklaski i czerwony dywan.
Dostał tę pracę.
I tak sobie, kurwa myślę, że jak jestem do czegoś potrzebna, to ok, zaraz ale mamo, ale mamo, a jak dobra nowina, to i ona, i on nabierają wody w usta.
A nieważne...
Leci ulubiona piosenka mojego brata...
Nie miałem prawie nic, a chciałem jej darować świat...
Jemu jeszcze bardziej w życiu nie wyszło...
Nikt mi nic nie darował, wszystko pazurami niemalowanymi wydzierałam.
Ale w sumie, nieważne.
Wpadłam do domu, po licznych bojach i takich tam, ledwo wytrzymując, bo i niedyspozycja żołądkowa i siedzenie godzinami i czekanie chujwinaco...
I ulewa.
Ale mniejsza z większym.
W chaupce słuchawki na uszy...
I nawet nie wiem, kiedy mi się sama ogarnęła. Ta chaupka, of course. Błyskawicznie, aż sama się zdziwiłam :P No, z grubsza, jeszcze nie zwariowałam, ale...
Jutro tylko Manhattan.
Może wreszcie kupię bób? :)
Bo jakoś nikt z naczalstwa, trzymającego nas po godzinach jak niewolników tego nie rozumie.
Może mają osobistych dostarczycieli? Kupują online?
Rybka mi to.
Domagam się spaceru na Manhattan, dopóki jeszcze życie trwa.
Bo jak wiadomo, piękna zmiana uważa, że węgiel rządzi.
A Kalafiorkówna nie ma jeszcze pół roku, a już dostaje ogórka.
A jak chciałam coś dać Alienkowi w tym wieku, zostałam wyklęta i skazana na spalenie na stosie...
Szkoda, że stosu nie podpalili, fajnie by ten tłuszcz skwierczał :P
środa, 19 czerwca 2019
Tradycyjnie
radio Pogoda, Kochany Pamiętniczku.
Ale nie, pralka nie chodzi, trudno włączać pralkę o 21 wracając do domu. A prania się jednak nazbierało.
Jutro Boże Ciało, to nie będę gaci na szpagacie wieszała w ramach dekoracji na trasie procesji.
Nie chodzę do kościoła, ale to nie znaczy, że będę poniewierała uczuciami innych ludzi.
Mam jeszcze dużo czystych gaci w szafie, starczy do soboty, a nawet dłużej.
Życie z Pierworodnym weszło mi w krew, aczkolwiek nie jestem zachwycona.
Męczące jest jego i zachowanie, i oczekiwania, aczkolwiek doskonale rozumiem, jak sfrustrowany musi się czuć co rano, gdy ja w siną dal, w siną dal, do pracy, a on nic.
Był na rozmowach w Leroy, a potem zamilknęli, cisza.
A rozentuzjazmowany, już był w ogródku, już z gąską się witał.
I moje - jego zdaniem - awantury, że nie idzie do UP, że Amazon, że sranie w banie.
Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka to taka suka bezsercowa jestem. Ano, bywa.
Dostosował się (prawie) do reżimu, a ja staram się nie wybuchać jak Krakatau z powodu byle pierdoły.
Ale to niełatwe.
Synowa zlądowała na tydzień w wiosce u swojej kuzynki. Serce mi skamieniało, jak Pierworodny zapytał, czy mogą w sobotę wlecieć. No bo jak wiadomo, wnuków od Pierworodnego to ja nie kocham ni chujenki. Zajechałam się więc na amen w upale, gotując. Kilo mielonego zjedli, tak że plany, że i na niedzielę, i na poniedziałek coś zostanie nie wypaliły. Ponoć klopsy były takie, że Gesslerowa nie miałaby szans. Maybe.
Zostałam z pustą lodówką, bo jakoś im wszystko smakowało niesamowicie, niedziela niehandlowa i pytanie, czy w niedzielę też...
Mówię, że mam pyry i jaja sadzone mogę zrobić, bo co, kurwa mam rzec?
Więc akcja, że spotkanie na Jarmarku Świętojańskim.
Upał, że ojapierdolę, i nie, wolę stracić pieniądze, niż zdrowie, więc obiad w meksykańskiej knajpie.
Płacę dwa razy tyle, co dawniej.
Kurwa.
Było powiedziane, że chcę po południu odpocząć, bo w poniedziałek sajgon, ale nie, Papryczek chce lody.
Kij w oko Papryczkowi, lody dla 5 osób na mieście to lekko licząc kilkadziesiąt złotych.
A ja, nie licząc dodatkowych wydatków, zapłaciłam właśnie 470 zł za ogarnięcie grobu! Szczęśliwa, że ogarnięty, że Ciocia mi się już nie śni, że jak wyciągnę kopyta, po mordzie nie naleje, ale na piwo zaprosi.
I z kolejnym dylematem, jak podziękować E. za całe to latanie, załatwianie, za czas?
Ale, to nie temat, przecież to oczywiste, że świat powinien mi lec u stóp i pomagać, bo jakże inaczej :P
I codzienne pytanie Pierworodnego: co mama w tej pracy tak długo siedzi.
I brudne kulasy, brudne w chuj, ja nie myjąc ich przez tydzień miałabym czystsze, bo nie chodzę w japonkach, wywalone na moje świeżo uprane koce (Synowa czuje się jak u siebie w domu, mniejsza z większym, że to jest mój dom, a nie jej, a mi nigdy nie przyszłoby do głowy położyć równie brudnych kulasów nigdzie, no może do miski z wodą), i Mała Wiedźma skacząca równie brudnymi kopytami po meblach i zawijająca je w koc w ponadtrzydziestostopniowym upale i tłukąca się z Papryczkiem o koc, i poduszki wleczone po podłodze, i inne, kurwa, takie tam. I wrzaski, do których moje głuche uszy nie są przyzwyczajone.
Seriously?
Wszystko musi być bezstresowe?
A mój, kurwa, stres to co?
Mówię to wszystko Pierworodnemu, gdy wraca po odwiezieniu ich, a serce mi krwawi, bo widzę, że psychika mu powoli siada.
Ale i mi też.
W międzyczasie w niedzielny poranek Skype z Inżynierem, który mnie popiera, no ale...
Zdaniem Pierworodnego w PL nie można się zarejestrować w UP w żaden inny dzień, tylko w poniedziałek.
Nie sprawdzam, bo nie będę, kurwa, kontorlowała prawie czterdziestolatka.
I nie może się dostać do Amazona, bo wg agencji polskiej jest zarejestrowany w agencji angielskiej i sranie w banie.
Mówię, załóż nowego emilka, idź do innej agencji, ale nie mamo, nie mamo.
A z nią nie ma nawet mrumrania, bo patrzy z wyższością na człowieka, bo jakże, ona, matka Polka, nieskazitelna, piersią waleczną karmiąca, gnębiona przez rodzoną matkę, która traktuje ją jak małą dziewczynkę.
KURWA MAĆ.
Patrzy z góry, nadęta jak purchawka i uświadamiam sobie, że jak pęknie, to ni chuja nie wiem, jak reanimować.
I te smutne oczy Małej Wiedźmy, która najszczęśliwsza jest uciekając w świat smartfonowych rysowanek.
I dlaczego ja się czuję winna?
No, dlaczego JA?
W międzyczasie gadka, że od Agencji Mienia Wojskowego można wynająć mieszkanie za 25 zł za m kw... Bez licytacji.
I okazuje się, że na moim kwadracie też jest do wynajęcia mieszkanie i to wielkie, bo ponad 60 m kw., ale licytacja od 13 zł. Będą startowali w licytacji, choć ogólny koszt wahałby się w granicach 2 tys. co miesiąc, plus kaucja 6500. Wpłacam kaucję, nie nie moja kasa, Pierworodnego. Perspektywa mieszkania z nimi na jednym osiedlu niehalo, ale zastrzegam, że odwiedziny jak u Elżuni, a wnuki jak będzie mi się chciało.
Nie oczekuję opieki, gdyby coś tam, poddam się dobrowolnej eutanazji. Bronię swojego prawa do picia, do łażenia w gaciach i do porządku moim modo.
Niby OK.
No OK, jeszcze nie wygrali licytacji :P
A w pracy praca na maksa.
Pierworodny rejestruje się online w UP.
W poniedziałek na wtorek, no i hahaha, jak to, kurwa, można?
I dostaje się do Amazona.
Jak to, kurwa?
Tyram jak wariatka, a tu: przysługuje mu 120% zasiłku dla bezrobotnych, więc coś ponad 1000 zł miesięcznie, bo ma przepracowane 15 lat. W plecy, bo wstecz nie płacą, no ale mamo, ale mamo, ja na bezrobocie, wstyd i hańba, co nie?
Plus te 500+, bo wciąż nie ma papierów z UK, ale na litość boską, ma wstając rano mówić: dzwoń i nękaj?
Co ja, kurwa, anioł stróż jestem?
Chyba oddycha z ulgą, jadąc na Boże Ciało do O.
A i ja oddycham głęboko. bo w pracy okazuje się, że Boss zapomniał o kwartalniku. Ot, taka luzacka organizacja pracy, pomijając inne takie tam, kurwa, dzięki którym pracuję od poniedziałku po 11 godzin dziennie, no ale co ja chcę, za taką wypasioną, kurwa, pensję?
38 stron to dla mnie pikuś, drobiażdżek.
No ale muszą być napisane.
I do tego on, Cezar, nowy przydupas Bossa.
Na wejściu ma etat i pensję pewno większą ze trzy razy jak ja. No, doktor. U nas teraz co drugi ma doktora.
Takimi doktoratami to ja bym sobie kibel wytapetowała, ale zrobiłam jeden: z prania pieluch, mniejsza z większym :)
Gość siwiuteńki, trudno określić, czy starszy, czy młodszy ode mnie, ale widać, że bez wazeliny włazi.
Kurwa.
Zjechałam, moi mieli polewkę.
No ktoś im musi zapewnić rozrywkę. W międzyczasie ogarniamy tę kuwetę.
A Synowa pisze, że do Pierworodnego dzwonili z LR, że coś tam, coś tam. Że będą dzwonili w piątek, że w poniedziałek umówiony w Amazonie, że...
No, jeszcze trochę i dyrektorem generalnym zostanie w jakimś Orlenie, czy cuś.
Rozmowa jak gęś z prosięciem, ale w sumie, w dupie to mam.
Bossowi skorekciłam świętojebliwy wywiad, że pracownik jest inwestycją, oddając westchnęłam, że jestem jego najlepszą inwestycją. Nie zaprzeczył, ale i nie potwierdził. Ale w kolejnym dupę mu uratowałam, wiedząc jak się pisze nazwisko sekretarza generalnego COPA/COGECA, które zmasakrował. Co w tych kręgach jest obciachem, a czego ja wiedzieć nie muszę, bo ja tylko kropki, przecinki, co nie?
Podziękował.
No, medal dostałam, co nie, kurwa?
I?
Wracam do domu, wchodzę po schodach (no oj tam, oj tam, licentia poetica), po pięć, po dziesięć liczę uparcie...
Już nawet piwa nie zdążyłam kupić, ale mam zachomikowane wino.
I tak, wypiję całe i poleżę jutro do południa, nic nie musząc.
Wśród malowniczo osiadającego wszędzie kurzu.
Łażąc po necie, mając na wszystko WYJEBANE.
Jestem wredną matką, jeszcze gorszą teściową, popierdoloną babcią.
A Alienek chodzi z plastikowym telefonem i dzwoni do babci.
Fejsowi widzą. I tak, to brmmm na wargach to znaczy babcia.
Nie mówi, ma swój język i w nim jestem też ja :)
Chociaż ten jeden Skubaniec za mną tęskni :)
Bo Mała Wiedźma prysnęła, gdy próbowałam jej poczytać wierszyki i wytłumaczyć zawiłości polskiego. Bo po angielsku czyta perfekcyjnie, ale musi opanować polski jednak...
Papryczek co jakiś czas ma napad i się przytula.
A Kalafiorkówna?
Ślepi tymi ślepiami w monitorek, no ale co wymagać od niespełna półrocznego Krasnoludka?
Do zakochania jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej...
I znów widzę tę noc sprzed lat.
I Ciebie, moja wielka miłości, wielka, bolesna, z której wyleczyłam się dopiero po kilkudziesięciu latach :)
A teraz marzę tylko o odzyskaniu swobody.
Taka ze mnie zimna suka :D
I taką siebie lubię :P
Ale nie, pralka nie chodzi, trudno włączać pralkę o 21 wracając do domu. A prania się jednak nazbierało.
Jutro Boże Ciało, to nie będę gaci na szpagacie wieszała w ramach dekoracji na trasie procesji.
Nie chodzę do kościoła, ale to nie znaczy, że będę poniewierała uczuciami innych ludzi.
Mam jeszcze dużo czystych gaci w szafie, starczy do soboty, a nawet dłużej.
Życie z Pierworodnym weszło mi w krew, aczkolwiek nie jestem zachwycona.
Męczące jest jego i zachowanie, i oczekiwania, aczkolwiek doskonale rozumiem, jak sfrustrowany musi się czuć co rano, gdy ja w siną dal, w siną dal, do pracy, a on nic.
Był na rozmowach w Leroy, a potem zamilknęli, cisza.
A rozentuzjazmowany, już był w ogródku, już z gąską się witał.
I moje - jego zdaniem - awantury, że nie idzie do UP, że Amazon, że sranie w banie.
Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka to taka suka bezsercowa jestem. Ano, bywa.
Dostosował się (prawie) do reżimu, a ja staram się nie wybuchać jak Krakatau z powodu byle pierdoły.
Ale to niełatwe.
Synowa zlądowała na tydzień w wiosce u swojej kuzynki. Serce mi skamieniało, jak Pierworodny zapytał, czy mogą w sobotę wlecieć. No bo jak wiadomo, wnuków od Pierworodnego to ja nie kocham ni chujenki. Zajechałam się więc na amen w upale, gotując. Kilo mielonego zjedli, tak że plany, że i na niedzielę, i na poniedziałek coś zostanie nie wypaliły. Ponoć klopsy były takie, że Gesslerowa nie miałaby szans. Maybe.
Zostałam z pustą lodówką, bo jakoś im wszystko smakowało niesamowicie, niedziela niehandlowa i pytanie, czy w niedzielę też...
Mówię, że mam pyry i jaja sadzone mogę zrobić, bo co, kurwa mam rzec?
Więc akcja, że spotkanie na Jarmarku Świętojańskim.
Upał, że ojapierdolę, i nie, wolę stracić pieniądze, niż zdrowie, więc obiad w meksykańskiej knajpie.
Płacę dwa razy tyle, co dawniej.
Kurwa.
Było powiedziane, że chcę po południu odpocząć, bo w poniedziałek sajgon, ale nie, Papryczek chce lody.
Kij w oko Papryczkowi, lody dla 5 osób na mieście to lekko licząc kilkadziesiąt złotych.
A ja, nie licząc dodatkowych wydatków, zapłaciłam właśnie 470 zł za ogarnięcie grobu! Szczęśliwa, że ogarnięty, że Ciocia mi się już nie śni, że jak wyciągnę kopyta, po mordzie nie naleje, ale na piwo zaprosi.
I z kolejnym dylematem, jak podziękować E. za całe to latanie, załatwianie, za czas?
Ale, to nie temat, przecież to oczywiste, że świat powinien mi lec u stóp i pomagać, bo jakże inaczej :P
I codzienne pytanie Pierworodnego: co mama w tej pracy tak długo siedzi.
I brudne kulasy, brudne w chuj, ja nie myjąc ich przez tydzień miałabym czystsze, bo nie chodzę w japonkach, wywalone na moje świeżo uprane koce (Synowa czuje się jak u siebie w domu, mniejsza z większym, że to jest mój dom, a nie jej, a mi nigdy nie przyszłoby do głowy położyć równie brudnych kulasów nigdzie, no może do miski z wodą), i Mała Wiedźma skacząca równie brudnymi kopytami po meblach i zawijająca je w koc w ponadtrzydziestostopniowym upale i tłukąca się z Papryczkiem o koc, i poduszki wleczone po podłodze, i inne, kurwa, takie tam. I wrzaski, do których moje głuche uszy nie są przyzwyczajone.
Seriously?
Wszystko musi być bezstresowe?
A mój, kurwa, stres to co?
Mówię to wszystko Pierworodnemu, gdy wraca po odwiezieniu ich, a serce mi krwawi, bo widzę, że psychika mu powoli siada.
Ale i mi też.
W międzyczasie w niedzielny poranek Skype z Inżynierem, który mnie popiera, no ale...
Zdaniem Pierworodnego w PL nie można się zarejestrować w UP w żaden inny dzień, tylko w poniedziałek.
Nie sprawdzam, bo nie będę, kurwa, kontorlowała prawie czterdziestolatka.
I nie może się dostać do Amazona, bo wg agencji polskiej jest zarejestrowany w agencji angielskiej i sranie w banie.
Mówię, załóż nowego emilka, idź do innej agencji, ale nie mamo, nie mamo.
A z nią nie ma nawet mrumrania, bo patrzy z wyższością na człowieka, bo jakże, ona, matka Polka, nieskazitelna, piersią waleczną karmiąca, gnębiona przez rodzoną matkę, która traktuje ją jak małą dziewczynkę.
KURWA MAĆ.
Patrzy z góry, nadęta jak purchawka i uświadamiam sobie, że jak pęknie, to ni chuja nie wiem, jak reanimować.
I te smutne oczy Małej Wiedźmy, która najszczęśliwsza jest uciekając w świat smartfonowych rysowanek.
I dlaczego ja się czuję winna?
No, dlaczego JA?
W międzyczasie gadka, że od Agencji Mienia Wojskowego można wynająć mieszkanie za 25 zł za m kw... Bez licytacji.
I okazuje się, że na moim kwadracie też jest do wynajęcia mieszkanie i to wielkie, bo ponad 60 m kw., ale licytacja od 13 zł. Będą startowali w licytacji, choć ogólny koszt wahałby się w granicach 2 tys. co miesiąc, plus kaucja 6500. Wpłacam kaucję, nie nie moja kasa, Pierworodnego. Perspektywa mieszkania z nimi na jednym osiedlu niehalo, ale zastrzegam, że odwiedziny jak u Elżuni, a wnuki jak będzie mi się chciało.
Nie oczekuję opieki, gdyby coś tam, poddam się dobrowolnej eutanazji. Bronię swojego prawa do picia, do łażenia w gaciach i do porządku moim modo.
Niby OK.
No OK, jeszcze nie wygrali licytacji :P
A w pracy praca na maksa.
Pierworodny rejestruje się online w UP.
W poniedziałek na wtorek, no i hahaha, jak to, kurwa, można?
I dostaje się do Amazona.
Jak to, kurwa?
Tyram jak wariatka, a tu: przysługuje mu 120% zasiłku dla bezrobotnych, więc coś ponad 1000 zł miesięcznie, bo ma przepracowane 15 lat. W plecy, bo wstecz nie płacą, no ale mamo, ale mamo, ja na bezrobocie, wstyd i hańba, co nie?
Plus te 500+, bo wciąż nie ma papierów z UK, ale na litość boską, ma wstając rano mówić: dzwoń i nękaj?
Co ja, kurwa, anioł stróż jestem?
Chyba oddycha z ulgą, jadąc na Boże Ciało do O.
A i ja oddycham głęboko. bo w pracy okazuje się, że Boss zapomniał o kwartalniku. Ot, taka luzacka organizacja pracy, pomijając inne takie tam, kurwa, dzięki którym pracuję od poniedziałku po 11 godzin dziennie, no ale co ja chcę, za taką wypasioną, kurwa, pensję?
38 stron to dla mnie pikuś, drobiażdżek.
No ale muszą być napisane.
I do tego on, Cezar, nowy przydupas Bossa.
Na wejściu ma etat i pensję pewno większą ze trzy razy jak ja. No, doktor. U nas teraz co drugi ma doktora.
Takimi doktoratami to ja bym sobie kibel wytapetowała, ale zrobiłam jeden: z prania pieluch, mniejsza z większym :)
Gość siwiuteńki, trudno określić, czy starszy, czy młodszy ode mnie, ale widać, że bez wazeliny włazi.
Kurwa.
Zjechałam, moi mieli polewkę.
No ktoś im musi zapewnić rozrywkę. W międzyczasie ogarniamy tę kuwetę.
A Synowa pisze, że do Pierworodnego dzwonili z LR, że coś tam, coś tam. Że będą dzwonili w piątek, że w poniedziałek umówiony w Amazonie, że...
No, jeszcze trochę i dyrektorem generalnym zostanie w jakimś Orlenie, czy cuś.
Rozmowa jak gęś z prosięciem, ale w sumie, w dupie to mam.
Bossowi skorekciłam świętojebliwy wywiad, że pracownik jest inwestycją, oddając westchnęłam, że jestem jego najlepszą inwestycją. Nie zaprzeczył, ale i nie potwierdził. Ale w kolejnym dupę mu uratowałam, wiedząc jak się pisze nazwisko sekretarza generalnego COPA/COGECA, które zmasakrował. Co w tych kręgach jest obciachem, a czego ja wiedzieć nie muszę, bo ja tylko kropki, przecinki, co nie?
Podziękował.
No, medal dostałam, co nie, kurwa?
I?
Wracam do domu, wchodzę po schodach (no oj tam, oj tam, licentia poetica), po pięć, po dziesięć liczę uparcie...
Już nawet piwa nie zdążyłam kupić, ale mam zachomikowane wino.
I tak, wypiję całe i poleżę jutro do południa, nic nie musząc.
Wśród malowniczo osiadającego wszędzie kurzu.
Łażąc po necie, mając na wszystko WYJEBANE.
Jestem wredną matką, jeszcze gorszą teściową, popierdoloną babcią.
A Alienek chodzi z plastikowym telefonem i dzwoni do babci.
Fejsowi widzą. I tak, to brmmm na wargach to znaczy babcia.
Nie mówi, ma swój język i w nim jestem też ja :)
Chociaż ten jeden Skubaniec za mną tęskni :)
Bo Mała Wiedźma prysnęła, gdy próbowałam jej poczytać wierszyki i wytłumaczyć zawiłości polskiego. Bo po angielsku czyta perfekcyjnie, ale musi opanować polski jednak...
Papryczek co jakiś czas ma napad i się przytula.
A Kalafiorkówna?
Ślepi tymi ślepiami w monitorek, no ale co wymagać od niespełna półrocznego Krasnoludka?
Do zakochania jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej...
I znów widzę tę noc sprzed lat.
I Ciebie, moja wielka miłości, wielka, bolesna, z której wyleczyłam się dopiero po kilkudziesięciu latach :)
A teraz marzę tylko o odzyskaniu swobody.
Taka ze mnie zimna suka :D
I taką siebie lubię :P
sobota, 15 czerwca 2019
Pralka
chodzi, Kochany Pamiętniczku, radio Pogoda gra, ale to tylko złudzenie.
Nie mam czasu na nic, nie mam czasu ani na życie, ani na umieranie.
Jestem w środku huraganu, tajfunu i tsunami.
Będę, jak wrócę, nie zamykam, ale nie mam czasu na nic.
Life is brutal and full of zasadzkas, sometime kopas w dupas :)
Nie mam czasu na nic, nie mam czasu ani na życie, ani na umieranie.
Jestem w środku huraganu, tajfunu i tsunami.
Będę, jak wrócę, nie zamykam, ale nie mam czasu na nic.
Life is brutal and full of zasadzkas, sometime kopas w dupas :)
piątek, 7 czerwca 2019
Pralka
chodzi, radio Pogoda gra, pokal z piwem ocieka, pełnia szczęścia, Kochany Pamiętniczku.
Nie oglądam się trwożliwie za ramię, czy ktoś nie patrzy, co robię, nie konspiruję, jestem sobą i u siebie.
Bo Pierworodny nie wie, że piszę.
I nie chcę, żeby o tym wiedział, choć jest bystry, historię umie przejrzeć i takie tam, ale mam nadzieję, że po opierdzielu odpuścił.
Są pewne rzeczy, które chcę mieć li i jedynie dla siebie, bo tak.
Kocham go miłością wielką, ale...
Co innego opierdolić na żywca, a co innego poczytać coś, słowo pisane nie oddaje uczuć, czasem brzmi sucho i odrzucająco.
Wiem coś o tym, pamiętając awantury z początków neta, na GG i innych takich tam :) No cóż, byliśmy młodzi, piękni i o wiele głupsi, co nie, panie B.? Ile nas kosztowało, żeby dorosnąć do - urywanych, ale ileż wartych kontaktów, do tego, że znajdziesz mnie, niezmienioną tą samą, tylko dla ciebie, a i ja też znajdę Cię?
To tylko my wiemy.
Z Pierworodnym tego tak łatwo nie przerobię, bo to jest trudny człowiek. Niemający przyjaciół, niektórzy tak mają.
Zatem jestem nie tylko jego matką, ale i przyjaciółką, bo każdy człowiek powinien mieć przyjaciela.
I jest mi z tego powodu, kurwa, bardzo przykro.
No nic :)
Ta ulewa, która nas udupiła, bo moje napomnienie weź parasol, olałeś, a lunęło jak z cebra i w akcie rozpaczy zaprosiłam Cię na kawę do Zagrodniczej, wiedząc, że zapłacę ja.
Nie było aż tak źle, ucieszyłeś się, że miałeś urodzinową imprezę. Bo ich nie masz, odkąd dom opuściłeś.
Więc błogosławię tę ulewę i to, że podziękowałeś za to, że Cię urodziłam.
No, łatwo Cię przekupić, sernik z bezami i kawa :P
I to, że obiecałeś wziąć pod uwagę sugestie matki, dotyczące m.in. parasola :P
Tak wyszło.
Ja mam więcej szczęścia w życiu. I zgrzeszyłabym, twierdząc, że nie.
I poobrażałyby się, i słusznie, niektóre persony, czytające te wypociny :P
Ale wracając do naszych baranów. Revenons à nos moutons, jak mówią Żabojady :P
Operacja wywracania domu do góry nogami zakończona sukcesem :)
Wczoraj, gdy Pierworodny był na kolejnym interview, napracowałam się jak dziki mrówek, skacząc po drabinie jak łania i odkurzyłam zakątki nieruszane od remontu, a to, bagatela, sześć lat minęło jak jeden dzień.
Zdobyłam zatem palmę pierwszeństwa w konkursie na chujową na maksa panią domu.
A moja Synowa, ta od Pierworodnego wpada w depresję, bo sprzątanie domu zaczyna się w piątek i kończy w sobotę wieczorem, bo kurze muszą być trzy razy starte i apiać jeszcze.
A przecież wystarczy zdjąć okulary :D
No więc dla zainteresowanych: okazało się, że mam za mało książek na tyle półek i dużo miejsca na kwiaty.
Tralalalalala :)
Zatem nie mam wyjścia: muszę kupować i książki, i badyle, nie mam wyjścia.
A na serio, na półkach wiele kartonów do przejrzenia jest i chociaż serce boli, do wywalenia. Do zeskanowania i takich tam.
Ale też potrzebuję czasu i spokoju na to.
Bo aczkolwiek zaczynam się na nowo przyzwyczajać, to łażący po całym mieszkaniu w czasie rozmowy telefonicznej Pierworodny, na którego wpadam, chcąc wtedy coś zrobić podnosi mi ciśnienie tak, że na ust korale ciśnie mi się li i jedynie: kurwa, nie łaź.
Tak samo łaził Eks, bez celu, bez sensu, tyle że nie rozmawiał przez telefon, bo nie było komórek, a gdy dzwonił stacjonarny, darł mordę: telefon dzwoni, odbierz.
U nas nikt nie chciał odbierać telefonów, a padało na mnie, głuchą :P
No, miałam specjalny aparat dla niedosłyszących, ale...
Przeważnie dzwoniła teściowa, lubująca się w telefonicznych telenowelach i padało na mnie...
Jedyny plus: miała radiowy głos. Ale po godzinie słuchania ucho miałam jak słoń. I czerwone :P
Wracając do naszych baranów, po raz kolejny.
Postaram się wykorzystać te dni dla siebie, bo w poniedziałek do pracy.
I aczkolwiek mam wrażenie, że Pierworodny był zawiedziony, że nie zaprosiłam wszystkich na ten weekend, no bo jego urodziny - wybacz, Synu.
Tydzień z Tobą skraca moje życie o miesiąc.
Nie naprawię tych piętnastu lat poza moją jurysdykcją.
I nie, że nie kocham Twoich dzieci.
Po prostu mnie przerastają, a już na pewno przerasta mnie kobieta Twojego życia.
Jest, oczywiście, wspaniała, cudowna, idealna, lepszej byś nie znalazł.
Ale nie jest kompatybilna z Twoją wredną i paskudną matką, która się do niczego nie nadaje.
Więc wybacz, Synu, czasem łatwiej mi otworzyć kiesę, jak poświęcić się jeszcze raz do ostatka.
Moje bratki padły od mszyc. I nie wiesz, ile radości sprawiało mi posadzenie w ich miejsce komarzyc, na które wydałam dziś kupę kasy (rok temu 2,50 za doniczkę, teraz 6,50, dobra zmiana, a ileż tych dobrych zmian jeszcze przed nami). Tak, wiem, komarzyce nie podadzą mi szklanki wody na starość. Ale jaką mam gwarancję, że wnuki podadzą mi kufel piwa, gdy już nie będę mogła pić, a bardzo będę chciała?
Życie nie daje na nic gwarancji.
Więc żyję chwilą, nawet tą kradzioną.
I tak, będzie mi Ciebie brakowało, gdy się wyniesiesz.
Bo mam nadzieję, że się wyniesiesz w końcu.
Jedno mnie cieszy niezmiernie, że mimo tarć, różnic i ale mamo, ale mamo - nie tłuczemy się na wallu na FB. Bo nie mamy o co.
W przeciwieństwie do Twojej żony, która cierpi i z tego powodu, że wszyscy w O. wytykają jej tuszę (oczywiście, idzie przez O. i wszyscy szepcą: zobacz, jaka spasiona. Bo nie mają nic innego do roboty, tylko liczyć jej kilogramy, wszak jest najważniejszą osobą w O., zaraz po sołtysie. Inna para kaloszy... Dobra, SJ, morda w kubeł :). I że musi toczyć i w rzeczywistości, i na FB walkę na miecze świetlne i na ciężkie działa, na miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne w realu z matką, zagorzałą zwolenniczką PiS.
Osobiście olałabym wszystko ciepłym strumieniem moczu.
Jak olałam sąsiadkę, klepiącą mnie po oponce i szemrzącą: przytyło nam się?
Ano, oponka się sama nie robi, trzeba na nią popracować.
Jak olałam teścia Inżyniera i parę innych, tych o innych poglądach.
Mają do nich prawo, a ja się z koniem nie będę kopać, bo szkoda moich kostek.
Jest tyle innych fajnych spraw.
Więc, ostatecznie, wracając do naszych baranów, dla zainteresowanych :)
Takie tam, piątkowe drobiażdżki :)
Tę paproć musiałam, bo doniczka z korka fajna, cena również, no a komarzyce na balkon, nie ma innego wyjścia :)
Nowy image komody. Nie mam zielonego pojęcia, skąd się tam tyle leluj wzięło, jakaś plaga czy cuś? Nagle wyskakują z kąta :P
Jakieś takie powskakiwały na półkę z książkami, co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Tak, jestem zadowolona z półek z IKEA. Mało, że zadowolona, zachwycona, ale ile tam wolnego miejsca i jak mało mam książek :|
Parapecik...
... w drugim pokoju też parapecik, szkoda, że taki krótki, co nie?
Nowy image szafy... Jest im dobrze, na razie, tym sublokatorom na szczycie, no trudności z podlewaniem, bo stołek i takie tam, ale trudno :P
Nowe półeczki to też schronienie dla badylków...
Kuchnia, będzie się działo, jak kiedyś. Mam nadzieję :D
Kuchenne okienko, a przedpokój i zamio już było.
Niewiele tych badylków, muszę się jeszcze trochę postarać.
A na razie wracam do ogarniania kuwety, bo sama się nie posprząta.
Bez traumy.
Aczkolwiek nie byłoby miło, gdyby Pierworodny wracając po weekendzie znalazł mnie na stosie śmieci, co nie? I na dokładkę taką nieuczesaną...
Olaboga...
Udanego weekendu wszystkim :)
Nie oglądam się trwożliwie za ramię, czy ktoś nie patrzy, co robię, nie konspiruję, jestem sobą i u siebie.
Bo Pierworodny nie wie, że piszę.
I nie chcę, żeby o tym wiedział, choć jest bystry, historię umie przejrzeć i takie tam, ale mam nadzieję, że po opierdzielu odpuścił.
Są pewne rzeczy, które chcę mieć li i jedynie dla siebie, bo tak.
Kocham go miłością wielką, ale...
Co innego opierdolić na żywca, a co innego poczytać coś, słowo pisane nie oddaje uczuć, czasem brzmi sucho i odrzucająco.
Wiem coś o tym, pamiętając awantury z początków neta, na GG i innych takich tam :) No cóż, byliśmy młodzi, piękni i o wiele głupsi, co nie, panie B.? Ile nas kosztowało, żeby dorosnąć do - urywanych, ale ileż wartych kontaktów, do tego, że znajdziesz mnie, niezmienioną tą samą, tylko dla ciebie, a i ja też znajdę Cię?
To tylko my wiemy.
Z Pierworodnym tego tak łatwo nie przerobię, bo to jest trudny człowiek. Niemający przyjaciół, niektórzy tak mają.
Zatem jestem nie tylko jego matką, ale i przyjaciółką, bo każdy człowiek powinien mieć przyjaciela.
I jest mi z tego powodu, kurwa, bardzo przykro.
No nic :)
Ta ulewa, która nas udupiła, bo moje napomnienie weź parasol, olałeś, a lunęło jak z cebra i w akcie rozpaczy zaprosiłam Cię na kawę do Zagrodniczej, wiedząc, że zapłacę ja.
Nie było aż tak źle, ucieszyłeś się, że miałeś urodzinową imprezę. Bo ich nie masz, odkąd dom opuściłeś.
Więc błogosławię tę ulewę i to, że podziękowałeś za to, że Cię urodziłam.
No, łatwo Cię przekupić, sernik z bezami i kawa :P
I to, że obiecałeś wziąć pod uwagę sugestie matki, dotyczące m.in. parasola :P
Tak wyszło.
Ja mam więcej szczęścia w życiu. I zgrzeszyłabym, twierdząc, że nie.
I poobrażałyby się, i słusznie, niektóre persony, czytające te wypociny :P
Ale wracając do naszych baranów. Revenons à nos moutons, jak mówią Żabojady :P
Operacja wywracania domu do góry nogami zakończona sukcesem :)
Wczoraj, gdy Pierworodny był na kolejnym interview, napracowałam się jak dziki mrówek, skacząc po drabinie jak łania i odkurzyłam zakątki nieruszane od remontu, a to, bagatela, sześć lat minęło jak jeden dzień.
Zdobyłam zatem palmę pierwszeństwa w konkursie na chujową na maksa panią domu.
A moja Synowa, ta od Pierworodnego wpada w depresję, bo sprzątanie domu zaczyna się w piątek i kończy w sobotę wieczorem, bo kurze muszą być trzy razy starte i apiać jeszcze.
A przecież wystarczy zdjąć okulary :D
No więc dla zainteresowanych: okazało się, że mam za mało książek na tyle półek i dużo miejsca na kwiaty.
Tralalalalala :)
Zatem nie mam wyjścia: muszę kupować i książki, i badyle, nie mam wyjścia.
A na serio, na półkach wiele kartonów do przejrzenia jest i chociaż serce boli, do wywalenia. Do zeskanowania i takich tam.
Ale też potrzebuję czasu i spokoju na to.
Bo aczkolwiek zaczynam się na nowo przyzwyczajać, to łażący po całym mieszkaniu w czasie rozmowy telefonicznej Pierworodny, na którego wpadam, chcąc wtedy coś zrobić podnosi mi ciśnienie tak, że na ust korale ciśnie mi się li i jedynie: kurwa, nie łaź.
Tak samo łaził Eks, bez celu, bez sensu, tyle że nie rozmawiał przez telefon, bo nie było komórek, a gdy dzwonił stacjonarny, darł mordę: telefon dzwoni, odbierz.
U nas nikt nie chciał odbierać telefonów, a padało na mnie, głuchą :P
No, miałam specjalny aparat dla niedosłyszących, ale...
Przeważnie dzwoniła teściowa, lubująca się w telefonicznych telenowelach i padało na mnie...
Jedyny plus: miała radiowy głos. Ale po godzinie słuchania ucho miałam jak słoń. I czerwone :P
Wracając do naszych baranów, po raz kolejny.
Postaram się wykorzystać te dni dla siebie, bo w poniedziałek do pracy.
I aczkolwiek mam wrażenie, że Pierworodny był zawiedziony, że nie zaprosiłam wszystkich na ten weekend, no bo jego urodziny - wybacz, Synu.
Tydzień z Tobą skraca moje życie o miesiąc.
Nie naprawię tych piętnastu lat poza moją jurysdykcją.
I nie, że nie kocham Twoich dzieci.
Po prostu mnie przerastają, a już na pewno przerasta mnie kobieta Twojego życia.
Jest, oczywiście, wspaniała, cudowna, idealna, lepszej byś nie znalazł.
Ale nie jest kompatybilna z Twoją wredną i paskudną matką, która się do niczego nie nadaje.
Więc wybacz, Synu, czasem łatwiej mi otworzyć kiesę, jak poświęcić się jeszcze raz do ostatka.
Moje bratki padły od mszyc. I nie wiesz, ile radości sprawiało mi posadzenie w ich miejsce komarzyc, na które wydałam dziś kupę kasy (rok temu 2,50 za doniczkę, teraz 6,50, dobra zmiana, a ileż tych dobrych zmian jeszcze przed nami). Tak, wiem, komarzyce nie podadzą mi szklanki wody na starość. Ale jaką mam gwarancję, że wnuki podadzą mi kufel piwa, gdy już nie będę mogła pić, a bardzo będę chciała?
Życie nie daje na nic gwarancji.
Więc żyję chwilą, nawet tą kradzioną.
I tak, będzie mi Ciebie brakowało, gdy się wyniesiesz.
Bo mam nadzieję, że się wyniesiesz w końcu.
Jedno mnie cieszy niezmiernie, że mimo tarć, różnic i ale mamo, ale mamo - nie tłuczemy się na wallu na FB. Bo nie mamy o co.
W przeciwieństwie do Twojej żony, która cierpi i z tego powodu, że wszyscy w O. wytykają jej tuszę (oczywiście, idzie przez O. i wszyscy szepcą: zobacz, jaka spasiona. Bo nie mają nic innego do roboty, tylko liczyć jej kilogramy, wszak jest najważniejszą osobą w O., zaraz po sołtysie. Inna para kaloszy... Dobra, SJ, morda w kubeł :). I że musi toczyć i w rzeczywistości, i na FB walkę na miecze świetlne i na ciężkie działa, na miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne w realu z matką, zagorzałą zwolenniczką PiS.
Osobiście olałabym wszystko ciepłym strumieniem moczu.
Jak olałam sąsiadkę, klepiącą mnie po oponce i szemrzącą: przytyło nam się?
Ano, oponka się sama nie robi, trzeba na nią popracować.
Jak olałam teścia Inżyniera i parę innych, tych o innych poglądach.
Mają do nich prawo, a ja się z koniem nie będę kopać, bo szkoda moich kostek.
Jest tyle innych fajnych spraw.
Więc, ostatecznie, wracając do naszych baranów, dla zainteresowanych :)
Takie tam, piątkowe drobiażdżki :)
Tę paproć musiałam, bo doniczka z korka fajna, cena również, no a komarzyce na balkon, nie ma innego wyjścia :)
Nowy image komody. Nie mam zielonego pojęcia, skąd się tam tyle leluj wzięło, jakaś plaga czy cuś? Nagle wyskakują z kąta :P
Jakieś takie powskakiwały na półkę z książkami, co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Tak, jestem zadowolona z półek z IKEA. Mało, że zadowolona, zachwycona, ale ile tam wolnego miejsca i jak mało mam książek :|
Parapecik...
... w drugim pokoju też parapecik, szkoda, że taki krótki, co nie?
Nowy image szafy... Jest im dobrze, na razie, tym sublokatorom na szczycie, no trudności z podlewaniem, bo stołek i takie tam, ale trudno :P
Nowe półeczki to też schronienie dla badylków...
Kuchnia, będzie się działo, jak kiedyś. Mam nadzieję :D
Kuchenne okienko, a przedpokój i zamio już było.
Niewiele tych badylków, muszę się jeszcze trochę postarać.
A na razie wracam do ogarniania kuwety, bo sama się nie posprząta.
Bez traumy.
Aczkolwiek nie byłoby miło, gdyby Pierworodny wracając po weekendzie znalazł mnie na stosie śmieci, co nie? I na dokładkę taką nieuczesaną...
Olaboga...
Udanego weekendu wszystkim :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























