piątek, 11 czerwca 2021

Z leksza

 mam chyba coraz krzywiej pod kapturkiem, Kochany Pamiętniczku, ale cóż. Nie jest najgorzej.

Tydzień intensywny był w wydarzenia, a raczej w ich brak.

Znaczy się, działo się, ale i się nie działo.

Alienkowi przepadła konsultacja z powodu, że kaszle i następny termin jest... we wrześniu. Bo placówki diagnozujące, opiekuńcze i inne takie tam mają przerwę wakacyjną i chuj. 

Chuj bombki strzelił, świąt nie będzie. Jakby ludzie mieli takie wakacje jak oświata i inne tam społeczne. I nie, nie jestem wredna, znam nauczycielski trud, moja Mama była nauczycielką i do dziś widzę jej zmęczone oczy nad stosem kartkówek i pytanie: dziecko, wiesz może jak się pisze żaba? Bo ja już nie wiem, czy przez ż czy przez rz. A komórka? Jak się pisze komórka?


 A tak się bawiłam wczoraj wieczorem apką... Ta pani to moja Mama... Prawda, że cudna? Miała 48 lat, gdy odeszła i była naprawdę dobrym człowiekiem i wspaniałą kobietą, do dziś wspominają ją dzieci jej "dzieci", znaczy się uczniów, które jej nawet nie znały. Krążą o niej legendy...

A, nevermind...

Z tej zabawy wyszłam i ja...


 Niektórzy dojrzeli tu Elsę, a i ja nie zaprzeczę, znaczy się - warkocz rządzi, fajny był, żal, że włosy wywaliłam na śmietnik, znalazłszy je w szafie Cioci, która chciała z nich treskę zrobić... Były miękkie, jedwabiste, ale... bałam się ich. Tak, jestem starą wariatką, bywa.


 Ja na studiach, wciąż młoda i piękna, ale apka wciąż się dopomina o kasę.



 Więc tu już matka dzieciom, z których jedno już wywiało do UK, dokładnie pięćdziesięciolatka. Wciąż młoda i piękna, aczkolwiek już niekochana, ale trudno, z absztyfikantem jak z tej włoskiej komedii na Netflixie, mam nadzieję, że wciąż mnie tak kocha, jak obiecywał, aczkolwiek niczego nie oczekuję, wciąż jest ważny w moim życiu, bywa...

A i ja


dziś. Polukrowana, ale fajna karykatura.

Apkę wywaliłam, bo nie chcę płacić. Zdaję sobie sprawę z tego, że to czyjaś praca. No cóż...

A tak na co dzień?

Poza wkurzaniem się, że znów bajzel, bo bajzel jest, ekstras poszedł bez korekty spisu, bo drukarnię szlag trafił, mnie nie może, aczkolwiek czasem trafia... 

... irysy, kosaćce, dzięki Zmorencjo za słówko, co z tego, że cudze, ale wciąż moje, bo co roku czekam na nie z aparatem, z nadzieją w sercu, że "ciemnych irysów dostałem pęk", choć już od dawna od nikogo ich nie dostaję...
... popełniłam z pocie czoła pesto z lubczyku, z olejem za 120 zł za litr, a Inżynier napisał mi, że on na samochód tyle nie wydaje...
... a moja piwonia seksi do upadłego...
... ludziom szajba odbija, skoro wysypują chleb byle gdzie, dzięki czemu po mieście wojewódzkim włóczą się dziki, a ptaki, chorujące po tym chlebie, bo tak, mają na to uczulenie, srają gdzie popadnie, i także na obrzeża mojej loggii, walka ze srajdami przypomina walkę Don Kichota z wiatrakami...
... a babka lancetowata ma taką wolę przeżycia, jak nie przymierzając ja sama...
... uśmiecha się do mnie ta płytka, czy ze mnie drwi?
A pod blokiem, na trawniku, który pielęgnował chłopak z zakładu fryzjerskiego (moje osobiste podejrzenia: gej, ale nigdy się nie odważyłam zagadać, ale mam coś takiego jak gejdar...no cóż, nie czas na żałowanie, chłopaka już nie ma, a i zakład zmienił właściciela) zakwitły piwonie, a wydawało się, że nic tam nie będzie...

... a i balkon na którym królował gość w pinkowej czapeczce zmienił image :)

Czekam, aż znów zakwitnie oliwnik, chociaż chyba nie ma opcji, żeby wleciała do mnie Zmorencja, powąchać, jak pachnie szaleństwo w czerwcową noc.

 W Lidlu kusił mnie


 znaczy się legalna opcja z CBD. Aczkolwiek znając opowiadania, nie kręci mnie :) Wolę się napić.Wino w lodówce się chłodzi. I serio, 30 zł za takie maleństwo, z którego mogę zjeść łyżeczkę na dzień?

Wino w lodówce się chłodzi :) 

No dobra, co jeszcze?

A, zupę z sałaty polecam :)





Jak to u mnie - na winie. Przepyszna jest, choć nie wygląda :)

A na co dzień odżywiam się tak



dziękując niebiosom za bycie singlem, tęskniąc za Eksem, tęskniącym za schabowym, ciesząc się, że nie mam na stanie wnuków, jedzących z rozkoszą li jedynie margaritę... Pizzę, of course, nie drinka :) 

A...

Świat i tak zwariował. Popylam sobie majestatycznie z wózeczkiem, zła, bo zamiast rozdzierającego duszę "Amado miiiijo, love me forever" słyszę w aparatach jebane F16 lecące z Krzesin ( a słyszę ja i bez nich, wciąż zastanawiając się, kiedy jebną w mój blok, nie takie cuda widziałam...), Majestatycznie zbliżam się do przejścia dla pieszych i... Ojapierdolę... Gość przepuszcza kobietkę, gadającą przez komórkę i jak jej nie zatrąbi... Kobiałka zgłupiała, podskoczyła, ale of course, gość miał rację. Pieszy nie jest świętą krową. Na tym przejściu straciła życie mama mojej kumpeli z pierwszej pracy. Nie od razu, na miejscu, ale męcząc ją latami, po wyjściu zza stojącego autobusu. Opieką ją męcząc, of course. Nowe przepisy nakazują kierowcom przepuszczać pieszych, co jest bardzo upierdliwe w PL - na odcinku niespełna 300 m są 4 przejścia dla pieszych. A pieszym nie wolno patrzeć w telefon i gadać, gdy przechodzą, więc gość miał rację trąbiąc.

Więc moi, pojebana na maksa, wolę się narazić na gniew kierowców niż być ciężarem dla dzieci.

Silniejszy zawsze ma rację.

A ja.. mam przed sobą...

Reszta jest milczeniem :) 

Odezwę się, jak wrócę...

Bo sny mam wciąż koszmarne do nieskończoności.



piątek, 4 czerwca 2021

Piątek

urlop, Kochany Pamiętniczku :)

Gdy ogarnęłam tę kuwetę, poleciałam na zakupy i po drodze wpadłam na mamę koleżanki Pierworodnego z podstawówki, kochał się w niej kiedyś, ale nie wyszło. W koleżance, nie w mamie, of course :)

Prawie godzinę gadałyśmy jak głupie na chodniku. Widać i ona, i ja byłyśmy spragnione ludzi. Nigdy ze sobą tak długo nie gadałyśmy. Aczkolwiek to jedna z nielicznych osób w bloku, z którą przez lata rozmawiałam, a i jej córka nie omijała mnie szerokim kołem. Jej syn udaje, że mnie nie zna, nigdy nawet dzień dobry nie bąknął,. bywa :) Ale w bloku coraz mniej ludzi znających się z zamierzchłych czasów. Wynikało z rozmowy, że aczkolwiek gołodupcem jestem, tak w technikach jestem NO1 :) I pomyśleć, że mogłam mieć za ścianą...

A, wróć...

Nie piszemy scenariuszy, ale lubię babkę :) Szkoda, że wyszło jak wyszło latami, ale cóż, życie.

Biedronka. Manhattan. Must have.  

Okna pomyłam tak, że stojąc przed nimi, zastanawiałam się, czy jeszcze mam okna, czy wylecę na zewnątrz. Zobaczymy, jak to będzie w promieniach porannego słońca :) 

Alienek do końca zdrowy nie jest, ale mają parcie na food trucki, bo ciąży im życie w domu. No nic, zobaczymy. Mnie na serio nie kręci takie wyjście, bo będą tłumy, ale z drugiej strony spółka Alienek i Kalafiorkówna. 

Poczekamy do jutra, co ma być, będzie.

Zatem WINDOWS contra ME :) ME winner.  Poprane wszystko, do okien się nie zbliżamy, bo możemy przez nie wypaść (szyb chyba nie ma)...

Skrzydłokwiat, mający w dupie cały świat od 3 lat, zakwitnął :) 

Pozazdrościł piwonii?



Odkryłam to, myjąc okno w kuchni :)

Chyba mi przeszło, bom wkurwiła Barana, posyłając mu

taki kawałek Manhattanu :) Nie ośmieliłam się jednak zapytać, jak żyją w UK...

Piąty dzień bez glutenu, momentami jestem głodna, ale nie aż tak, żeby zwariować, jak mówią internety, jednak moja dolna proteza jest do dupy, co mówiłam pani doktor, ale..

No cóż, chyba myślała, że nie mam na to kasy, ale bała się to wyartykułować... A wystarczyło zapytać.

Przede mną wyprawa do Umarlaków, jak Inżynierowi zreperują auto (auć, ile tam diagnozowania, to nie maluszek, że rajstopy zdjęłam i jechał w siną dal), ale chce ze mną jechać, bo potem wyprawa do Wrocka [do ZOO, a jakże, spuśćmy na to zasłonę milczenia, bo ktoś kto jest pojebany, no dobra, zakręcony na zwierzęta, a oglądający je namiętnie w zoo, jest po prostu kretynem, ale że to chodzi o moją synową, to wyjdę ja na idiotkę, zwierzęta w ZOO są niewolnikami, ale co ja tam wiem], a jak znów samochód jebnie gdzieś, to wiadomo, łatwiej matkę starą załatwić niż dwójkę zwariowanych małolatów :)

Nie, żebym się buntowała, kocham przygody na drodze szybkiego ruchu :)]

I tak, Kochany Pamiętniczku nic nie jest proste. Nic nie wiadomo.

Przyjmę jutro każdą opcję na klatę...

Nie ma innego wyjścia. 

Żyć trzeba.

A w poniedziałek minie 41 lat, jak na ten z najpiękniejszych światów  cudem przyszedł Pierworodny :) Serio, to już 41 lat?

A ja oglądam właśnie 

 

 Sweet Tooth na Netfiksie, wspominając od wczoraj Mare of Easttown...

Nie wiem, dlaczego nie wrzuca mi linków.

I Marzi czytam, mam pełne ręce roboty, a życie takie krótkie :)






środa, 2 czerwca 2021

Muszę

 się ostro trzymać, Kochany Pamiętniczku, żeby ze szczęścia nie zwariować.

Cztery, całe cztery dni bez roboty i żaden chuj mi się nie przywlecze (odpukać, teatr może), bo firma się zamknęła na kłódkę, mamy piątek wolny za 1 maja i tak jak mi to nie pasowało, tak teraz mi PASUJE :) Umęczyłam się maszynkami w chuj, bo naczelny zapeszył, pisząc, że do 16 zamykamy na bank. No i padło. Strona, serwer, poczta. I to tak, że poczta na moim prywatnym kompiku jechała jak złoto, a na firmowym miała błąd. Nowy kompik oczywiście do mnie nie dojechał jeszcze. Sam kompik chodził, a poczta ni chuja. A tam mam podłączoną drukarkę. Więc z domowego słałam na prywatną pocztę, z prywatnej zapisywałam na dysku (bo z Firefoxa nie chciało drukować), drukowałam... Potem padło wszystko na 3 godziny, więc było wiadomo, że do 16 nie skończymy. Cóż miałam robić, siedziałam i odświeżałam do usranej śmierci. Wróciło, ale... U mnie nadal na pracowym poczta miała focha.

Więc gdy wszystko skończyłam, zamknęłam poczty i mam WYJEBANE. U informatyka będę reklamować w poniedziałek.

A dlaczego cieszę się jak łysy z grzebienia? Bo będzie kolejny ekstras, więc dobrze, że dopiero od poniedziałku.

Chyba jednak się starzeję, skoro nie tęsknię za robotą.

A nosa miałam, że rano poleciałam po zakupy, bo później i owszem, nie miałam co robić, ale też nie znałam dnia ani godziny, a to nieluksusowe, gdyby oni musieli czekać godzinę, aż wrócę z zakupów, bo w 10 minut to ja tylko do piątki po piwo obrócę, a i to jak nie utknę (odpukać) w windzie :)

A na Manhattanie szaleństwo, ale leciałam jak Zatopek i fotek nie porobiłam, ale wróciłam z 


potaniało, pod kalafiorem jest jeszcze 6 ogórasków, a w kącie na podłodze 2 kilo pyreczek-lulków i z 50 zł zostało mi jeszcze 8 zł reszty na dwa pęczki konwalii ;) 

Do tego za 15 zł 


3 piwonie, które uwielbiam z głupiego powodu. Pięknie pachną, to fakt, mam nawet perfumy z Yves Rocher o zapachu piwonii. Ale dla mnie to dziecięce marzenie. Mama nie chciała hodować piwonii, nie lubiła ich, mówiła, że są takie wsiowe (sama była z miasta, w sumie ja ze wsi, choć urodziłam się w mieście, ale nie miałam kompleksu wsi nigdy), jak te baby ze wsi są takie rozpuszczone. A ja, łażąc godzinami po obrzeżach pól, bo w zboże jako porządna wsiowa dziewucha nie właziłam i zbierając w pocie czoła maczki i bławatki, tudzież rumianki czy inne stokrotki, do sypania kwiatków, of course, albowiem sypiąca byłam, zazdrościłam dziewczynom, które wlatywały do ogródka, dwa ruchy ręką i miały pełen koszyczek... Może dlatego taka chuda byłam, że tak musiałam te kwiatuszki zbierać? :)

Ale teraz namiętnie poluję na piwonie.W zeszłym tygodniu były po 10 zł za gałązkę, to pożydziłam, bez przesadyzmu.

Ale dziś mam i ja, czekam aż się rozwiną i zaczną pachnieć. Na razie pachną konwalie i róże (no wygło mi się pod kapturkiem, już nie mam gdzie bukietów stawiać, ale co tam, kto bogatemu zabroni?). 

Czekając na pracę, przesadziłam komarzyce w nowo kupione korytka, bo bratki w tym roku oszalały i...  nie ma miejsca na nic innego... Komarzyce stały od ubiegłego tygodnia, bo nie miałam w co je wsadzić.

W aptece pani była na tyle uprzejma, że maseczkę zdjęła, ale też mówiła tak, że przez nią nic nie trybiłam. Recepta, załatwiona przez Pierworodnego zlądowała o 1.19 w nocy, serio, ktoś wypisuje wtedy recepty? Nawet Inżynier nie był pewien, czy to jakiś program, czy żywa istota. Emilek też o 1.19 wylądował. Tak jak sobie życzyłam - z ważnością na rok. Więc radośnie pytam panią magister, w jaki sposób mam to przez rok wykupywać, bo aż na tyle nie zwariowałam, żeby roczny zapas leków za jednym zamachem kupować za miliony monet (myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny). I co się okazuje? W ciągu roku mogę wykupić DWA opakowania, bo DWA opakowania pan doktor zapisał na rok. 

Kurwa.

Prosiłam o zapas leków na rok, na receptę z roczną ważnością, bo tak mi poradziła inna pani w innej aptece. To pan doktor powinien się znać na wypisywaniu takich recept, nie ja. No nic, mam leki na jakieś 3 miesiące, będę znów dziecko męczyć, nie ma ze mną lekko.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, skoro nie można w przelocie, w drodze do piekarni wlecieć do przychodni, podać karteczkę i nie męczyć dziecka?

A, już nie w drodze do piekarni.

Tak się złożyło, że zabrakło mi rano chleba. Znaczy się, mam, ale zamrożony. Więc sobie zrobiłam dupomirki z serem wędzonym w drewnie bukowo-olchowym plus sałata... I co? Do obiadu nie byłam głodna, a po 3 skibkach chleba koło 10 mnie ssało. A że sałatę od Pana od Pomidorków miałam, a i przypomniałam sobie paryskie śniadania, tom tak jadła i rano, i wieczorem, and... Działa. Nażarta jestem, ale lżejsza jakoś :) Więc kontynuuję eksperyment. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ale bez presji :)

Weszły w życie nowe przepisy drogowe, że pieszy na drodze jest świętą krową. Czarno to widzę. Pomykam ja rankiem do Biedronki, ale żeby tam pomknąć muszę przejść przez ruchliwe przejście. Takie z osiedla na chodnik, tu krzaczek, tam większy krzaczek, tam chwasty. Mnie się do nieba nie spieszy, więc staję na krawężniku i czekam. Nie dla mnie sznur samochodów, a zapierdalały dziś, jakby na złość nowym przepisom, bo i znak, że piesi na jezdni jest i teren zabudowany. Stoję, z wózeczkiem u nogi. Co z tego, że mam pierwszeństwo od dziś, skoro silniejszy ma rację? Aż tak mi się nie spieszy, a sznur samochodów zapierdala... Nagle zza mnie wyskakuje na pasy młodzieniec - bo już nie dziecko, ale młodzieniec, wprost pod koła pierwszego z kolumny samochodów. I kroczy, jakby był nieśmiertelny. Zdołali wszyscy wyhamować, ale ja wkroczyłam na jezdnię dopiero, kiedy upewniłam się, że nikt nie przypierdoli w zderzak nikomu i że jadący z przeciwka też zdążą zahamować. Podziękowałam kierowcom za cierpliwość i wyrozumiałość.

Kurwa, jakim debilem trzeba być, żeby wyskakiwać na jezdnię wprost pod kolumnę jadących aut? Ja, idąc, mogę się zatrzymać nagle, ale samochód nie. Więc wróżę wzrost wypadków i trupów na jezdniach. Taki kraj.

Stare przepisy były OK. Nawet Baran, parę lat temu był zdziwiony, goszcząc u mnie, że kierowcy zwalniają przed pasami, zupełnie jak w UK.

Ano. Ale ja zawsze z tyłu głowy mam, że silniejszy zawsze ma rację i że łatwiej mi stanąć, niż autu zahamować.

I tak z rozpaczą w sercu myślę o Inżynierze. Zawsze myślałam, że będzie szalał za kółkiem, po jego grach z dzieciństwa, ale nie, jest wzorowym kierowcą. Za to uszy więdną, jak klnie, gdy inni łamią przepisy... Jeżeli kierowcom odbije po zmianie przepisów tak samo, jak pieszym, czarno wszystko widzę.

A teraz spadam dokończyć I tom



i zacząć drugi. Czcionka jest wkurwiająca maksymalnie, szeryfy takie, że nie wiem, co czytam, moje oczy coraz słabsze, nie przepadam za komiksami, ale Marzi wciąga jak chodzenie po bagnach. I nie ma znaczenia to, że pisana z perspektywy dziecka, przeżywam jak mrówka okres.

Bo to cała prawda o mojej młodości.

To se ne vrati, ale jakoś dziwnie wciąż boli...

I tym miłym akcentem żegnam się z Państwem... :)

niedziela, 30 maja 2021

Taki

 wiersz, Kochany Pamiętniczku. Nie nie mój. Ale jakby o mnie... No, może nie taki finał, ale...
Całe życie myślałam, że jak coś zrobię lepiej, to świat wypięknieje, a jak gorzej, to się zawali.
 
 
* * *
zrobisz wszystko
byle tylko zadowolić rodziców
czerwony pasek na świadectwie
studia z przyszłością
praca z dobrą pensją
bogaty mąż dzieci
dom z ogródkiem pies kot
ale w środku cicho
będziesz tęsknić
za pierwsza miłością
aż któregoś dnia pękniesz
zakupoholizm depresja
alkoholizm nihilizm
znajdą cię z pociętymi nadgarstkami
albo ukołysaną prochami i wódką
ale pogrzeb to będziesz miała piękny
bo co ludzie powiedzą
 
I takie zdanie z emilka: 
 Bardzo dziękuję :)
Dziękuję za wielką, wielką pomoc. Bardzo się cieszę, że mogłam razem z Panią współtworzyć tą publikację, a zdanie z Pani stopki mailowej już na zawsze zostanie w mojej głowie :) Przekazuję wszystko do księgowej i będziemy się rozliczać.

Więc jednak się staram, ale może wciąż za mało?

 A zdanie ze stopki brzmi:

Life is a journey, not a destination...:) 

Nawet kubeczek taki mam :) 

 


 

Deseczkę :) 

 


 I szybkę, a jakże :) 



Life is a journey...


piątek, 28 maja 2021

I znów tydzień za mną

 Kochany Pamiętniczku. Znienacka festiwal dosłał swój program i dobrze, bo błędów mieli sporo, nie że ja puściłam. Ale życiorysy mieli bez korekty, no i łamacz - poza Michałem Z. nie widziałam łamacza idealnego, który by nic nie sknocił. Miałam też wystawić rachunek - WTF? Z rozpiską godzinową. WTF? Podpisaliśmy umowę na konkretną robotę za konkretną kwotę, co komu do tego, ile godzin pracowałam? Nic takiego w umowie nie było, do głowy mi nie przyszło zapisywać, ile godzin orzę. Kiedyś nawet na etacie naczalstwo wpadło na genialny pomysł, żebyśmy pisali co i jak długo robimy :) Były jaja jak brylanty, traciliśmy czas na wypisywanie tabelek i chuj wie, kto to w ogóle czytał. 

Napisałam pani, że nie mam pojęcia co wpisać, pracę odesłałam, no i cisza. Poczekam jeszcze, jak za miesiąc nie będzie kasy, będę piłować. To nie jest kwestia życia i śmierci, jak kiedyś, ale to moja kasa, co nie?

A potem ciurkiem maszynki...

Mniejsza z większym. W tym większym szoku byłam, jak wczoraj NIC nie było od rana. A Netflix puścił Ragnarok. Drugi sezon. Jak ja kocham ten serial, więc uwaliłam się na fotelu i odpłynęłam, wciągając cały sezon, nie bacząc na to, że w chałupie jak w chlewiku. No cóż, odbiło się długie obcowanie ze świniami :) No i znowu urwało się w najciekawszym momencie i teraz czekaj tatka latka, aż kobyłkę wilki zeżrą... 

A, w międzyczasie Dzień Matki, nie, nie przywlokło się żadne świniorzysko, ale zaszokował mnie Pierworodny, wysyłając życzenia, kiedy ja jeszcze słodko spałam, bo to do niego niepodobne. I Skubany napisał tak, że polały się łzy me czyste, rzęsiste... więcej to dla mnie warte, niż badyle na odpierdol. Zresztą u mnie w domu badyli już nie mam gdzie stawiać :)

Inżynier mitygował się już w przeddzień, potem z rana winszował, a po południu wezwał do raportu na Skype i znów bił się w piersi.

A kij mu w oko :)

Baran pożyczył, tradycyjnie, mój synek przyszywany, ale bliski memu sercu jak rodzony, choć wciąż mam focha...

A Sikoreczka moja laurkę zrobiła, selfie strzeliła, odkrywając, że selfie odwraca napis, więc namęczywszy się, drugą laurkę strzeliła lustrzanym pismem :)  

Nie wiem dlaczego, tak jak zawsze miałam jakieś wąty w tym dniu, w tym roku miałam i w sercu i w dupie dobrze napompowane balony :)

Starzeję się, coś jest na rzeczy.

A dziś wstałam skoro świt, no, nie całkiem, ale...

Na poczcie nic nie było, co mnie już z lekka nerwowało, bo maszynki. 

Ale wytłumaczyłam sobie, że nie mój cyrk...

I poszłam...

Na zakupy do Galerii i po kasiorkę z bankomatu, żeby ją na Manhattanie przepić (taki fajny jest gif, jak Di Caprio kasę rozrzuca, ale nie umiem go tu wkleić).

Już miałam wyjść, gdy okazało się, że dorośli poszli do pracy i aniołki bawią się hydrantem, ale... odkręciły, zanim wyszłam z Galerii, przeczekałam ulewę, gawędząc na MSG z Inżynierem.

A wkurwiona jestem, bo... Złodzieje są wszędzie. W szparze unijnej dwa pisma znalazłam. Z ZUS, wiadomo - waloryzacja, ale po chuja mi włożyli odezwę kłamczucha premiera? To ja, kurwa, za ten papier zapłaciłam, i nie, kurwa, nic nie jest cudnie. Chuj mu w oko i w plecy, bo w dupę to by miał jeszcze przyjemność. I kupa gruzu, by nie było luzu. 

Druga koperta to pismo ze spółdzielni było.O, złodzieje na maksa. Dotąd za windę płaciłam 12 zł. Bo tyle wyliczyli na osobę. Ok, prąd, konserwacja, understand. Ale w piśmie zmienili od sierpnia zasady. Bo ludzi ubywa... I im się bilans nie zgadza i kasiorki na premie brakuje, będziemy od 1 września płacić od metra kwadratowego. I tak tym pięknym sposobem, zamiast 12 zł będę płaciła 27 zł i 12 groszy. Doceniam manie windy, nie wlazłabym na moje piętro z zakupami, bez zejścia na zawał, ciągnąc wózeczek po schodach. Ale... Jeżdżę windą średni 2 razy dziennie. Średnio, bo czasem wychodzę tylko raz w tygodniu, no ale wtedy i śmieci wynoszę, ze dwa wózki z zakupami, gości też miewam. Z kolei sąsiad ma psa i wyjeżdża średnio 8 razy dziennie. 

Nosz, kurwa, moje metry kwadratowe jeżdżą windą?

I tak z 450 zł czynsz skoczył mi do 520... od września. Nieźle, co nie? A nie wiadomo jeszcze, co ze śmieciami będzie i co jeszcze kurwa, wymyślą. 

A Inżynier, że jemu o 90. Nawet nie śmiałam mu pisnąć, że o nich i o Pierworodnego też się boję, bo kurwa, nic nie jest OK. 

Na to mi pisze, że jak mi zabraknie, to mi pomoże. WTF? Po to całe życie zapierdalam, żebym na stare lata musiała liczyć na wsparcie?

KURWA.

 Niech szlag trafi ten cały PiS i to szybko i zarząd mojej spółdzielni też, bo to złodzieje są. Amen. O to się co wieczór modlę, jakiem niemodląca :)

Niby nie padało, parasol miałam, ale wiaterek na zmianę ze słoneczkiem i...

Ledwo się do domu dowlokłam, mimo cudnych okoliczności przyrody, bo tak soczystej zieleni nie pamiętam od lat. Zazwyczaj była już przykurzona i z lekka nieświeża, a w tym roku szaleje...








 ... do ostatka, do dna :) 

SMS od informatyka... Pożegnanie z bronią. Znaczy się, pożegnanie z jabłuszkiem nadchodzi. Z nieoficjalnych przecieków wiem, że przechodzimy na Lenovo, okaże się jakie, jak do mnie dojedzie. Ale hasła pozmieniał, co u mnie, o dziwo, przeszło bezboleśnie, więc nie będzie na mnie narzekał. Nie wiem, czy dostanę kompa, czy lapka. W sumie nieważne, ale jabłuszka żal. Zaczynałam na nim. Mam swoje, ale to jednak nie kompik ani lapek, Inżynier skutecznie wybił mi to z głowy, a wie, co mówi, bo jest akurat certyfikowany przez Apple'a :) Tu nie Hameryka, niestety. Dobra wiadomość: skoro mnie na nowo oprzyrządują, to nie wywalają. Bo jak zaczynałam tam pracować, miałam do dyspozycji staruteńkiego PC, tak starego, że z balkonikiem zapierdalał, a na równie stareńkie Apple wchodziłam, jak było wolne w sąsiedniej redakcji. A potem zawsze miałam coś w spadku po redakcji, aczkolwiek informatycy mnie kochają (takie mam odczucie) i zawsze miałam znakomicie. Przyczepiłam się tylko raz, bo widziałam czarne plamy w Wordzie... Ha. Byli w szoku, bo miałam rację, że je widziałam...

Konwalie pachną jak głupie... Na Manhattanie stoi w kącie od jakichś dwóch lat pan. Nie wiem, czy nie Ukrainiec, nie rozróżniam akcentów. Jak nie Ukrainiec, to uczciwie pracujący na sól do śledzia Polak... Ma bukiecik o złotówkę tańszy od reszty targowiska, domowe syropy, dżemy i takie tam. Bukiecik konwalii 4 zł. Kupuję dwa... Bo jeszcze mogę...

Chlewik ogarnięty, lodówka znów trzeszczy w szwach.

Radio Pogoda gra.

Badyle pachną. 

Tylko zawinięta w kocyki siedzę, bo znów rwa, bo przewiało, ale co tam, posprzątałam mimo zaciskania zębów z bólu, tak trzeba :) Chociaż prostuję się z trudem, myśląc o łożu Madejowym jako o krainie luksusu :)

 Życie jest diabła warte, poza Chopinem, Mozartem, poza Słowackim, Mickiewiczem jest w ogóle niczem :)

Polemizowałabym, muszę poszukać coś a la Ragnarok, żeby znów wciągnęło :) 


A na razie idę wykopać kolejne kocki na łóżko. Wygrzane minie. Nie ma innej opcji :)


poniedziałek, 24 maja 2021

Jakby

 mi w myślach czytali, Kochany Pamiętniczku.

Od rana w radiu mówili, że nie docierają wszystkie szczepionki. No a mnie 8.45 rano średnio pasuje, bo i do Inżyniera muszę dojechać, a i on z wywieszonym ozorem do roboty będzie leciał...

A tu wieczorem zonk - emilek i SMS, że przenoszą na niedzielę w południe. No i cót, mjut i ożeszki laskowe, co nie :)

Dzień wstał dziś taki piękny i słoneczny, a mnie od ranka bladego zamiast warzywek maszynki atakowały, aż się wkurzyłam, bo wczoraj wieczorem zeżarłam prawie całe kilo ukiszonych szparagów, wiem, grzech śmiertelny dla mojej biednej dny...

No i MUSIAŁAM kupić nowe szparagi.

I cudna piosenka mnie się przypomniała: bierz kapotę, pierdol szefa i robotę. Poleciałam. Zła, bo w poniedziałek nie lubię wydawać kasy, ale oj tam, oj tam, w jeden dzień całej nie wydam, więc...

W Biedronce były klocki LEGO Awengersów. Więc piszę do Inżyniera, czy mają. Nie, nie mają, a wiem, że moje Alieniątko kocha Awengersów.

Raz się żyje, potem się straszy. Kupuję i synowej piszę, a ta, że z jakiej okazji?

Bo taką mam fantazję, bo mogę. Zawsze tylko kasę daję, no musiałam, czasem człowiek musi fizycznie grosz wydać, bo się udusi :)

Dowiedziałam się, że Alienek, niewiniątko kochane, sprytnie Kalafiorkówną manipuluje, albowiem gdy ktoś ją pyta, co chce na Dzień Dziecka, Alieniątko podsuwa jej folder z klockami LEGO i namawia niewinne dziewczę na klocki, które sam chce :) 

Mistrzostwo level master :) Nie muszę tego dawać na DD, mam dla Alienka dwie książki z mapami (uwielbia mapy, czterolatek!), a klocki nie kiełbasa, nie zepsują się, leżąc. No a poza tym mogę rozpieszczać, co nie? Nikt tak pięknie nie straszy mnie, że mnie dinozaur zje, by potem mnie pocieszać, że nie mam się bać, bo ten jest akurat roślinożerny. Jak na dziecko z SI jest niesamowicie inteligentny. Takie moje kochane kulawe kurczątko.

(A rano, obudziwszy się, tradycyjnie z ajpadzikiem, zamarłam, bo pierwsza wiadomość to o tym bestialsko zamordowanym chłopcu z Sosnowca. A MW ma dokładnie tyle lat, co on, jest seksowną laską, a gość zamordował chłopca, bo wziął go za dziewczynkę...Tak mnie wyśmiewali, że pilnuję ich jak cnoty nie pilnowałam, Pierworodny wyrwał się sam pierwszy raz w miasto, jak wiózł podanie do liceum, tak zawsze jeździł  z asystą. A ona wędruje po mieście z koleżankami, po całym mieście, a to nie jest powiatowe miasteczko...).

Poszłam w długą, a było cudnie...

Ach, co to był za ślub, tak mi w duszy grało, bo wszystko bielą oszalało...


... nawet irys albinos był...


tylko przy pierwszym bloku, w kąciku, skulone, smutne, jeszcze nierozkwitłe wdowy... Irysy. Ukochane mojej mamy i mój nr dwa po bratkach...

Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
- Lęk.

I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
... Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...

Jak co roku w Chałupach...

Stara wariatka, a co :)

Manhattan, kilo szparagów, kalafiorek, sery z budki (najlepsze) i na śledzie się załapałam, na świeżutką dostawę. Koniec z kupowaniem śledzi a la matias. Mają matiasy wymoczone, sporo droższe od tych a la, ale za to smak bez porównania :) Więc mam znów śledzie w oleju ostropestowym i czarnuszkowym. Trochę roboty, a kupne gotowce nie mogą im butów czyścić (oczami duszy ujrzałam, jak jeden śledź drugiemu buty czyści, ma się tę fantazję, co nie?) :) Do tego słodka cebula i pieprz, nic więcej i... Żyć, nie umierać.

Do fryzjera wleciałam, chciałam się zapisać. Wprawdzie była ta pani, którą mniej lubię (ze względu na technikę strzyżenia), ale ona na mój widok i na pytanie, na kiedy mogę się zapisać, rzekła, że jak mogę chwilę poczekać, to mnie zaraz ostrzyże. No nie dziwię się. Przed pierwszym zamknięciem fryzjerów męskie strzyżenie kosztowało 18 zł, po pierwszym zamknięciu już 28 zł... A ja zawsze daję napiwek, teraz płacę bez drgnienia oka 35, ale cóż, jak widać, procentuje. Nienawidzę umawiania się na godzinę, mam taki feler, że nic nie zacznę, bo gdzieś muszę iść na godzinę... Więc urządzało mnie poczekanie parę minut, pomessengerowałam z synową, dowiadując się o niecnych knowaniach Alienka. A u fryzjera

 


 ... taki grudnik :) 

Inżynier fryz pochwalił, rzadkim komplementem obdarzając...

Nawet się odważyłam na wrzucenie fotki, choć wyglądam na niej jak po upadku z trzeciego piętra na mordę, ale cóż. Piękniejsza nie będę.

A w szparze unijnej koperta z Irlandii tkwiła, aż się zdziwiłam i rachunek sumienia popełniłam, albowiem tylko Dzień Matki wchodzi w rachubę, ale dla moich Przyjaciół tam jestem ich Basią Kochaną, tak była koperta zaadresowana, ale na pewno nie mamą... R. ma 52 lata, ja 66, trudno, żebym była jego mamą... 

Drżącymi ręcami kopertkę rozrywam, a tam...

Kurwa, życzenia bożonarodzeniowe. Kocham Cię, Poczto Polska, miłością wielką jak cały świat, boś w końcu dostarczyła życzenia...

 


 

.Na pocztę (emilkową lecę, bom zabałaganiła nieco, a dziś zamykanie). A tam nic, teatr się dobija, ale teatr to nie na gwałt, tylko normalny seks...

Więc spokojnie sekszę, na gwałt mam czekać do 15 (czekałam do 16.30). Jak ja nienawidzę czekania na cokolwiek. A jeszcze przede mną maszynki, zerkam do kalendarza i od razu gazetka... 

No, chociaż praca na mnie leci :)

I tak miło minął mi dzień. 

A za linią Dębiny widać już ciemne chmury, idzie burz (tak mówiły zawsze dzieci).

Ale mimo wszystko, to był wspaniały dzień...

Aby do 21 czerwca, skończą się szparagi i nic już nie będzie biednej dny maltretowało :) 



niedziela, 23 maja 2021

Pierworodny

 był, sam z dziećmi, Kochany Pamiętniczku.

Żona mu nagle źle się poczuła i nie mogła dojechać, ale ja myślę, że po prostu sumienie ją gryzie. W dupie to mam, nawet spoko, że jej nie było.

Mała Wiedźma przesiedziała 80 pro. czasu w słuchawkach i grzebiąc na iPadzie. Papryczek zaś olał zabawki, którymi się zawsze bawił i latał po mieszkaniu, wywijając pompką od rowerku, którą przyniósł ze sobą, doprowadzając mnie do białej gorączki, bo na drodze dzikowania były i skorupy, i router, i kompiki...

No i ciasta, a przepyszne było, kijem nie tknął, bo chciał... chleba z nutellą.

Czasami mnie kurwica, bo uczona byłam, że albo jem, co jest i nie marudzę, albo morda w kubeł i siedzę na dupie.
Moje dzieci takoż.

No ale inne pokolenie, inne czasy.

Niewiele się dowiedziałam, poza tym że zmienia pracę na wariata (co też wytykał Inżynier, jak rozmawialiśmy), ale powiedziałam sobie: dość martwienia się o to, czego zmienić nie mogę. 

Pora zająć się dopieszczaniem siebie.

Przedtem była rozmowa z Inżynierem i jasno postawiłam sprawę: nie rozpatruję opcji wynoszenia się z wioski. Nie mówię o przyszłości, bo nie jestem wróżką Sylwią i nie wiem, co będzie za parę lat. Ale skoro nie jest to pieśń dnia, a przyszłości - nie ma tematu, nie drążymy. Widać było, że jest zły, ale przełknął pigułę. Nabzdyczył się, gdy powiedziałam co myślę o temacie budowy w obecnych warunkach, że wie, co robi, więc pożyczyłam powodzenia, zaznaczając, że mam też prawo do swojego zdania.

No i zgwałcił mnie. Zapisał mnie na szczepienie, a poszło lekko jak po maśle. A ja się tydzień temu namęczyłam i system się zawiesił. Dostał dostęp do kompika i po 10 minutach było po bólu. Niestety, w czerwcu nie było nigdzie terminu na sobotę, więc będę bladym świtem szczepiona tam, gdzie on, odprowadzimy Alienka do przedszkola i hajda. Chciałam J&J, ale nie ma nigdzie, załapałam się na Pfizera. Co ma być będzie. 

Co najwyżej kolejne odcinki ukochanych seriali będę oglądała, machając nóżką na chmurce i nie będę się musiała zadawać ani z krowami, ani ze świniami, ani z żadnym zmechanizowanym sprzętem rolniczym. Wola boska i skrzypce.

Na tyle starczyło mi refleksu, że nie wpisałam się na żaden termin stricte pracowy, bo byłyby jaja jak brylanty. No cóż, rozsądna ze mnie kobieta, jak zawsze ;) 

I tak w telegraficznym skrócie minął mi kolejny dzień. 

Lato ma być ciepłe, aczkolwiek chłodnawe, co mnie jakoś szczególnie nie martwi. Martwi mnie beztroska rodziców, puszczających MW samopas, bez telefonu, nie nosi, bo nie lubi, nie ładuje, nie odpisuje. Puszczają ją też w świat z koleżanką na wakacje. Fakt, moi jeździli na obozy i kolonie, nie było komórek. Ale moi nie byli seksownymi laskami, jadącymi nie wiadomo do kogo, bo ciocia koleżanki z klasy to jednak nie jest dla mnie rekomendacja. Zwłaszcza w obecnych czasach.

No nic...

Stop.

Mam nie martwić się rzeczami, na które nie mam najmniejszego wpływu i nie pisać scenariuszy. I tego się trzymajmy :) Tym bardziej że nie podejmę się zapewniania wakacji wnukom, bo nie mam jak, tak przynajmniej mówi mój kalendarz, a on nie kłamie. 

Takie czasy...

piątek, 21 maja 2021

Lipiec

 na horyzoncie, Kochany Pamiętniczku, nadciąga, czerwiec już za mną, hurrra :)

Żyj szybko, umrzyj młodo, wybrańcy bogów umierają młodo, to moje hasła od zawsze, no co z tego, że się nie sprawdzają, bo stara dupa ze mnie?

Ale szybko żyję, co nie?

Wkurzona jestem na warzywka, bo pani poetka zajęła się swoim tomikiem, przesuwając zamykanie i dziś, zamiast pracowicie czytać wydruczki i mieć wyjebane dostałam emilka, że się przesuwa na poniedziałek i na wtorek, że ona będzie pracowała w poniedziałek. Chuj mnie to w sumie, dostaję za to grosze, dlaczego mam dokładać swoje dni? Ale morda w kubeł, napisałam, że zrobię jak zrobię, wydrukowałam i leży. Zrobię, jak natchnienie przyjdzie. W dupie mam. Nie wywali mnie, bo za tę kasę nie znajdzie nikogo dyspozycyjnego jak ja.

A jeszcze maszynki na horyzoncie, więc uspokajałam wszystkich zaniepokojonych moim stanem psychicznym, co ja będę robiła,jak te 812 stron pojechało do drukarni...

Nic, położę się w izolatce, zażyczę sobie słomy pod tłustą, kubańską dupę i będę czekała aż dotrze do mnie knur szukarek, by mnie zastymulować, żebym nabrała ochoty na seks pod wpływem jego zapachu i kontaktu ryj w ryj, zaczęła ruję i po zainseminowaniu zaszła w ciążę, wydając na ten świat jak najwięcej młodych prosiąt, uruchamiając wszystkie moje 16 (albo i więcej) sutków, żeby je wykarmić i nie przygnieść broń bór liściasty...

Brzmi ciekawie?

Świnia to ma klawe życie, co nie? Sprzątać i zmywać, gotować nie musi :) 

Oj, poleżałabym, no może bez knura, ale taki Murzyn (pieprzyć poprawność polityczną) w typie Denzela Washingtona to mógłby mnie powachlować. Na seks nie namawiam, nie byłam nigdy seksowna, tak mi już zostało :) 

Znaczy się, w sensie fizycznym, bo inne to kwestia gustu ;) 

A że szybko? Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy. 

Tego nauczyłam, niestety, dzieci, czego żałuję, ale mniejsza z większym :) 

W każdym razie - czekam na lipiec, na resztę mam wyjebane. 

Wino dobrze schłodzone, mieszkanie sprzątnięte, lodówka umyta - a właśnie, w lodówce zachował się jogurt, bio, eko, a jakże, z datą przydatności nie jak pisałam na FB, ślepota bez bryli, luty, ale grudzień 2020. Mała dziurka w wieczku. Otwieram, żeby wywalić a opakowanie do plastiku i... Nic, normalny jogurt, gdybym daty nie sprawdziła, zeżarłabym, choć nie wiem, czy sraczki bym nie dostała.

Ile musi być chemii w tym eko-sreko-bio, że nic się nie psuje? Nic dziwnego, że jestem tak dobrze zakonserwowana, tylko coraz łatwiej mnie przeskoczyć niż obejść.

Mniejsza z większym, Murzyn będzie wachlował za kasę, więc nie ma prawa marudzić.

A lodówka pusta, zostały mi jeszcze jutro zakupy, ale spoko, ogarnę.

W południe odezwał się Pierworodny: Hej mamo, zmieniam pracę.

Powinnam się zaciąć w milczeniu, aczkolwiek od jakichś dwóch tygodni filuje na FB, więc wiem, że chce coś.

Ale w dupie to mam.

Grzecznie wyraziłam zainteresowanie, on zmieniał już pracę więcej razy niż ja mam włosów na łysej głowie, ale mniejsza z większym, ponoć to pokolenie tak ma.

Będzie miał 1000 zł więcej i jedną zmianę, więc OK :) I się szczepi w czerwcu. OK. Czy mogą wpaść w niedzielę? OK, ale po obiedzie.

Nie ma opcji, że będę gościła.

W dupie mam, kawa, herbata, płaszcz.

Że się stęsknił?

Serio? Mnie było bardzo przykro, jak nawet nikt mi rączką w święta nie pomachał, ani thank you za kasę nie rzekł.

Co napisałam, bo ja prosta kobieta jestem.

Przyjdą, kawa, herbata, płaszcz.

Kaska dla dzieci na Dzień Dziecka, do łapki, rybka mi to, że sobie hot dogi czy inne gówno kupią.

Tęsknię za mamą.

Serio? 

Ja już za nikim i za niczym nie tęsknię.

Dziś mija 5 lat jak szaleliśmy w W. na ślubie Inżynierostwa.

To był piękny dzień, aczkolwiek i Alienek, i Kalafiorkówna byli jeszcze w dalekich planach.

No, trzy dni, ale mniejsza z większym, to se ne vrati.

Czeka mnie jeszcze przeprawa z Inżynierem, wczoraj mi się upiekło, bo nie obiecałam obecności o 20 i słusznie, bo pracę kończyłam grubo po, a dziś oni mają rocznicę.

Nie widzę powodu, by ich informować, że do Lusówka to mnie siłą i w kajdanach zaciągną, uprzednio ubezwłasnowolniając.

Po co im psuć nastrój.

I, Kochany Pamiętniczku, będę Cię informowała sukcesywnie, a teraz lecę sprzątać skrzynkę z komarzycami, którą wiatr zwalił z parapetu.

A myślałam, że już mam wszystko ogarnięte...

Wino w lodówce się chłodzi. Muszę. Wiem, jestem znanym pijakiem, nie AA, płacę kartą imienną :) A dziś tylko do piątki wpadłam, wynosząc dwa worki pełne bio odpadów. Tak się kończy bez knura szukarka na horyzoncie ;) 

 


środa, 19 maja 2021

Ja pierdolę

 to przedszkole, Kochany Pamiętniczku. I bławatki, i kąkole, jeszcze tylko jeża wolę, ale jeża też ogolę. Ukochany wierszyk moich dzieci z przedszkolnych lat pasuje jak ulał...

13 godzin pracy, dopiero pozmywałam w kuchni po śniadaniu... Cały dzień zapierdalania, nawet się wykąpać nie zdążyłam rano, pracowałam w piżamie, bo nie było chwili wolnej, a 17 załamałam się i wskoczyłam w dżinsy, poszłam po piwo.

Nie chcę się znów pół nocy po suficie tłuc, a nie zasnę normalnie, więc notkę skrobnę, piwko dopiję i padnę.

Aby do piątku.

W piątek będzie już lipiec, no nie licząc warzywek, ale warzywka to pikuś :)

W niedzielę prawie śpijmą nocą zafundował mi niespanie Inżynier, bo na Skype'a wezwał w trybie pilnym, snując spiskową teorię dziejów, zgodnie z którą powinnam przenieść się do Lusówka. Jako że myślałam tylko o tym, aby na dnie z honorem lec, znaczy się, do wyra spierdolić, bo w poniedziałek robota, powiedziałam, że ładnie, cudnie, że OK, że już lecę.

No, jak było do przewidzenia, prawie całą noc chodziłam po suficie, pisząc scenariusze, zamiast się wypiąć na całokształt.

W poniedziałek ludzie w pracy się jeszcze nie obudzili po weekendzie, więc sprawdzając na spokojnie namiary na Lusówko... 

Podsumowując za i przeciw, wiem, że chuj, a nie Lusówko.

Jedyne mieszkania, jakie tam były (bo nie ma nic aktualnie) do kupienia w moim zakresie cenowym to są na parterze, u developera w stanie upadłości. Mieszkanie mniejsze niż moje, na parterze (spokojnie na parterze nie zasnę, będę miała wrażenie, że mi ktoś w nocy wlezie), bez śladu balkonu, 44 m kw. Bez kuchni, z tak modnym livingiem - wiem, jak to wygląda i nie bawi mnie to. Więc nie dwa pokoje, a jeden - pokojokuchnia. Patodeveloperka, ściany jak z tektury. Do tego mieszkanie w pipidówce, bo to pipidówka. Nie mam ani prawa jazdy, ani samochodu (wszędzie mamę zawieziemy). Ta, nie jestem moją teściową, która tylko pierdła, a cała rodzina stała z samochodami na życzenie mamusi. Chociaż mamusia miała i prawko, i swój car :) Nie ma opcji - będzie a to dzieci na zajęcia, a to inne chuje muje. Nie. 

Tu, nawet z balkonikiem, dojdę i do sklepu, i na Manhattan. A tam będę skazana na zakupy w wykonaniu: nie było tego, wziąłem to. Nie.

Na taksówkę jeszcze mam. Jak coś. Sieciówka na rok 90 zł. 

Tam komunikacja podmiejska - autobus raz na ruski rok, na Ogrody, a stamtąd wlecz się, człowieku do miasta :) Na Manhattan nie dojadę, nie ma opcji.

Że nie będą mieli czasu na dojeżdżanie do mnie? Przeżyję, teraz też nie mają czasu, choć ja do nich dojeżdżam zbiorkomem w półgodziny i na 3. piętro włażę.

Ich dom będzie wg ich planów, bo tak sobie zasmrodzili i wymarzyli, bo nie wystarczylo im 100 m kw. w wiosce od ręki, bo mają inne fantazje. Moje argumenty, że brać to, co jest od ręki, bo czasy są jakie są, zostały olane. OK, no problem, nie mój cyrk, nie moje pchły.

Mój cyrk i moje pchły są tu, gdzie jestem. Z moimi półkami na książki, na zamówienie, których nie zabiorę, bo nie będą pasowały do nowego miejsca. Przeprowadzka też pochłonie kilka tysięcy, meble się nie zmieszczą, a ja, zwyczajnie nie mam siły na pakowanie, segregowanie, przekładanie.Teściowa mówiła, że przeprowadzka to jak pożar i miała rację.

Przeprowadzając się na nasze pierwsze mieszkanie zmieściłam wszystko na tylnym siedzeniu malucha.

Przeprowadzka na to, w którym jestem wymagała wynajęcia stara. Obrócił raz.

A teraz?  Nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.

Nie przesadza się starych drzew.

A kwestia internetu? Że będę mogła pracować dalej? Nie, nie sądzę. Internet tu, w mieście, zwłaszcza na moim łączu i u mojego providera nie ma opcji w tej pipidówie. Ani w cenie, ani w szybkości łącza.

Że nie mam nikogo w wiosce? No cóż, nie miałam od dobrych 15 lat.

Umiem żyć sama. 

Jak mnie pojebie, mam nadzieję, że będę miała siłę iść nad Wartę. I że będę pamiętała, po co tam lezę.

Tak, wiem, jaka to trauma, przerabiałam na własnej skórze.

Pozostaje mieć nadzieję na inne opcje zakończenia żywota, mniej traumatyczne.

Czeka mnie jeszcze ciężka rozmowa z Inżynierem.

 

No cóż, the heart is a lonely hunter...  


Ozalidy poszły, ludzie szczęśliwi.

A ja, wstyd przyznać bez bicia, mimo tylu lat pracy, mimo studiów, nie wiem do dziś, jak wygląda ozalid...




niedziela, 16 maja 2021

Coś

się wygło, Kochany Pamiętniczku :)

Spałam do 9.30, obudziłam się spanikowana, bo umówiłam się na rano z Inżynierem na randkę, no ale nic się nie stało. Tyle, że dzień mi szybciorem zleciał, w kocku, a jakże.

Jedenaście pracowych emilków obleciałam, w tym o seksie świń (już nie książka, ale artykuł do gazety), szeroko rozpisujący się o znaczeniu samca w życiu samicy i stymulowaniu rui.

Tak sobie pomyślałam, że cud prawdziwy, że niestymulowana tyle lat żyję :) Wprawdzie kolega ostrzegał mnie, że emilek na jutro, bo niedzielna praca w gówno się obraca, ale złośliwie odpisałam mu, że pracuję w niedzielę, dlatego że inni nie pracowali w tygodniu, bo taka prawda. Jeżeli w godzinach pracy ogarniam pół chałupy, czekając na pracę, to coś jest na rzeczy. W pracy te godziny bezproduktywnie traciłam i dlatego lubię home office - jak chcę, to tracę, a nikt mi znienacka nie wyskakuje za plecami z komentarzem, że o, nie pracuję :) 


Lelujka pięknie się rozwinęła





... i w połączeniu z konwaliami, które się trzymają ekstra (te manhattanowe zazwyczaj już na drugi dzień mają żółte główki i padają) pachną lepiej niż wszystkie wonności Arabii :)

I tak minęła niedziela, spokojnie, leniwie, bez wysiłku, bo tylko szparagi oskrobałam (zwiędłyby, więc zeżarłam, za drogie, żeby wyrzucać), ale za to mam jeszcze cały słoik botwinki na jutro, więc luz i hasta manana, nawet z nawałem pracy.

E. się odezwała SMS, że chce adres, bo chce mi coś wysłać. Napisałam, że jak nie wejdzie do szpary unijnej, nie odbiorę, bo nie mam czasu latać na pocztę. Była zdziwiona, ale jak wytłumaczyć komuś, kto o tobie nie wie nic, bo nigdy nie słuchał, że jest jak jest. I żali się, że nie ma dostępu do neta, bo jej sprzęt padł, a tak narzekała, że net jej szkodzi. Może i szkodzi, ale za to masz łączność ze światem. Jak chce, może pisać listy, ja nie umiem już utrzymać długopisu w ręce i jak jest dużo poprawek na wydrukach, jestem nieszczęśliwa.

Próbowałam się zarejestrować na szczepienie, bo Inżynier dupę truje, ale... Mam ten jebany profil zaufany, wszystko przeszło, ale jak chciałam się zarejestrować, to się zakółkowało, znaczy się powiesiło, a strona banku wysłała mi komunikat, że jest zagrożona. Więc mnie szlag. Dziecko powiedziało, że przy okazji ogarniemy. 

Dlaczego mnie pojebało? Bo dziecko powiedziało, że mam się zarejestrować na sobotę, pojedzie ze mną, posiedzi, dowiezie, dopilnuje (no oczywiście w ramach ludzkich możliwości), żeby mu matki szlag nie trafił po szczepieniu.

Kiedyś trzeba umrzeć, co nie? :)  Starzeję się, skoro potrzebuję zaopiekowania. Nie podoba mi się to...


sobota, 15 maja 2021

Dziwna

 reguła, Kochany Pamiętniczku - w normalny dzień zwłoki z łóżka nie chcą się zwlec, a w weekend albo święto człowiek budzi się jak skowronek.

Zatem wstałam dziś, skoro świt, pościel puściłam w Cukiereczku, wątłe ciałko okąpałam, śniadanko zjadłam i...

... pomaszerowałam w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres, oblewając się potem, albowiem bolący krzyż osłaniałam sweterkiem, a ciepło było i świat był jakiś taki inny.

Potrwało, zanim chwyciłam, o co b.

Większość ludzi nie nosiła maseczek, maseczki teraz nosi się na gumkach na nadgarstku. Zastanawiam się, jaki to ma sens w ogóle, bo założenie było takie (na początku pandemii), żeby maseczek nie dotykać, bo chronią przed dotykaniem twarzy. No ale noszone w kieszeni, na szyi, na nadgarstku swojego zadania sanitarnego chyba już nie spełniają, więc w ogóle do chuja wafla takie poluzowanie. Ale dzielnie szłam bez maseczki, bo rzygam już wszystkim, zakazami, nakazami, przykazaniami... Dziad, jadący w maseczce na rowerze, nieprzepisowo, po chodniku darł się na mnie: kurwa, maseczkę włóż, chodnik szeroki, ja na brzegu, niedoinformowany czy co? Więcej opluł nawet przez maseczkę, gdyby siedział cicho bez. Trzech młodych nieznajomych, wysiadających z osiedlowej windy bez maseczek, ja naciągająca maseczkę jednak, uprzejmie trzymają drzwi, chwilę później lazłam do śmietnika, wysiadam, a oni znów na dole z kartonami, widać, że się wprowadzają, trzymam drzwi, certują się: ja: teraz ja potrzymam, proszę.

Niby normalne życie, ale jakże nienormalne i pojebane. 

A ja wciąż niezdecydowana co do szczepienia, lata pracy w Traumedii wciąż się czkawką odbijają, czasem lepiej nie wiedzieć,  niż wiedzieć, ale cóż, żyć trzeba.

Idę po chleb, teoretycznie


kasztanowiec wreszcie wziął się do roboty.




... mlecze też nie próżnują, jedne rozkwitają, drugie już szykują się do wylotu (i od razu myślę o szwagrze, który na widok mleczy białej gorączki dostawał i ciął tak, że paluch od nogi sobie odciął)...

I...


 

iglaki też szaleją, a pamiętam takie małe krzewinki na osiedlu, a teraz już przerosły mnie dwa razy...Jak ten czas zapinkala...

W piekarni oprócz chleba kuszę się na dwie bezy, ale w końcu raz się żyje, potem się straszy, na coś trzeba wydać kasę, o której chłop nie wie. I znów myśl, że za dwa chleby (jeden zamrożę, ciężki tydzień przede mną)i dwie bezy zostawić 17 zł, to ile bym musiała mieć kasy mając na głowie dwa materiały żrące, jak kiedyś (Eksa już nie liczę)...  Po powrocie do domu czytam i odsłuchuję program nowego okradania ludzi pracujących i utwierdzam się w przekonaniu, że tak, umrę na posterunku,  chyba że wcześniej mnie dopadnie skleroza albo inna niemoc twórcza, zacznę rąbać w pieluchy (to akurat w domowym biurze mi nie grozi)i spadnę na kark biednemu Inżynierowi.

Z piekarni na Manhattan i...

 


 ... i  tak się jakoś stało
że bez tak pachniał jak bez
i słowo pachnieć pachniało
i łzy były pełne łez.

Jak co roku w Chałupach... I to jest właśnie to moje małe szczęście, to, co zapiera w piersiach dech, wraca w snach, zapachem tego bzu z dziecinnych, młodzieńczych lat, które nie wrócą, które przeżywam wciąż i wciąż, tęskniąc za niespełnionym,kiedy czułam się kochana.

Chichot historii i ironia losu, ale cóż... Na samym serca dnie najskrytszy cichnie żal.

Nie mam już 18 lat... No dobra, 17, potem 18, potem... STOP.

 Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

Doniczki oddaję panu od komarzyc, śledzie, prawdziwe śledzie zdobywam w rybnym (a jak, wypas, mamy sklep rybny), do kwiaciarni lecę, bo reklamowała się na FB, że ma konwalie. Maj bez bukiecika konwalii nie jest majem.

Mam i ja. 


Całe 10 zł.

Po drodze warzywniak, bo na Manhattanie w sobotę grasują kieszonkowcy - dowiedziałam się z FB -  a mam od jakiegoś czasu fobię, że mnie okradną, że zgubię, w warzywniaku fajna botwinka, a ja



z trudem dziś wlazłam w sandały, co z tego, że od trzech lat takie same, zapaliła się lampka alarmowa:

Stara Jędzo, znów za dużo szparagów, co z tego, że bez piwa...

W szufladce w lodówce jeszcze jest pęczek szparagów, ale to już na jutro, potem pęczek szparagów na tydzień. Obiecuję :) Sama sobie :) Ileż zaoszczędzę, trudno wprost sobie wyobrazić...

Taka stara, a co roku taka głupia i łakoma :)


PS Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się zmęczeni po czytaniu tej notki, ale życie pędzi coraz prędzej, co ja na to mam poradzić?


piątek, 14 maja 2021

Wrocławskie

 gwiazdy, Kochany Pamiętniczku, zatęskniłam, zabolało jednak, nie da się ukryć...


To miasto ma w moim sercu szczególne miejsce, po Gdyni. Gdybym miała wybierać między moim Koziołkowem a innym miastem, Wrocław byłby pierwszy. Spędziłam tam miesiąc na Podwalu, wysłana zaraz po ukończeniu I klasy podstawówki, sama, pociągiem, z K., z tabliczką tekturową na piersi do siostry mojego ojca. Nie dowiem się już, jak przeżywała to moja mama, bo telefonów wtedy nie było... To były czasy, że można było tak dziecko wysłać. Piękny miesiąc, po którym zostały mi zdjęcia w albumie, na których jest Maciek z podwórkowej bandy, w którym kochałam się na zabój, i Madzia, z którą miałam się nigdy nie rozstać, i trzepak, tak, trzepak to było coś. I wyprawy w ruiny, w których były niewypały, wyprawy, o których na szczęście nie dowiedział się wujek, będący a jakże, zgniłym sługą reżimu, znaczy się, milicjantem i wg rodzinnych legend szabrownikiem na dużą skalę. Dostałam od nich wózek dla lalek, którego serdecznie nie cierpiałam, a który stał "na tapczanie", w nieużywanym na co dzień pokoju i lalkę z ruchomymi oczami, gdy wyciągali ją z komórki u babci wyleciała z niej mysz... I nie, nie, bo znów będę miała koszmarne sny. 

A potem miesiąc we Wrocławiu, na praktykach zawodowych w bibliotece uniwersyteckiej, miesiąc cudowny, gdy spotykałam się prawie codziennie, z wyklętym przez mojego Ojca jego najstarszym bratem (parę lat temu byłam na jego pogrzebie), wujka, który traktował mnie zawsze jak księżniczkę, którego listy czytam, gdy mam doła. Mieliśmy kontakt latami, rzadki, ale serdeczny. Byłam zawsze jego cudowną dziewczyną. Wspierał mnie, dodawał wiary w moje siły (swojego osobistego syna traktował hmmm... lekceważąco, ale gdy spotkałam go znów na pogrzebie wujka, nie wiedząc o wszystkim oceniłam go lekceważąco, mówiąco innym kuzynie, żerującym na swojej siostrze, że ja takiego faceta wywaliłabym niezależnie od okoliczności, nie wiedząc, że M., syn wujka, żył latami nie pracując, na koszt ojca i matki). No, palnęłam gafę, ale facet w moim wieku, pozwalający na to, by utrzymywał go ojciec, co z tego, że mający milicyjną emeryturę sprzed dezubekizacji? Tak, drugi brat mojego ojca też był milicjantem, trzeci był pułkownikiem... :) 

Ten miesiąc we Wrocku, te włóczęgi po nocach z wujkiem J. i jego - wówczas - konkubiną, te listy.

A potem śmierć wujka, powrót do Wrocka na zaproszenie eksżony mojego kuzyna od pierwszego policjanta (sam kuzyn to dla mnie tabula rasa)... 

Oj, nocy nie starczy na spisanie.

A i synowie kuzynki są w policji i to na stanowiskach, w kręgach...

Kocham Wrocław, zwłaszcza te krasnale i chętnie bym tam wróciła, ale jest jak jest.

A, nową netową znajomość mam i zaproszenie nad morze, a wszystkiemu winien ten poddupnik... Może będą z tego dzieci, miłe, ale na razie... pracuję.

Dziś miał iść do drukarni świniorz. Znaczy się, książka, nad którą biedzimy się od roku. Robiona absolutnie bez żadnych zasad, za długo tłumaczyć cały proces. Jedno jest pewne - o kant dupy taka robota.

I redaktorka wczoraj przed 17 pisze, że siada i jak chcę, to mi dośle .pdf, ale nie wie, czy mi się otworzy.

812 stron. Otworzyło się błyskawicznie, jako że kompika dziedziczę po Inżynierze. I śmigał, jak strzała, nie że szczała i się nie otwierało. Przejechałam przez te 812 stron w nocy, znalazłam błędów więcej niż mam włosów na głowie i nie, że moja wina. Nie. Nie naniesiono, bo za dużo było na wydrukach, nie naniesiono, bo profesor miał inną koncepcję pisowni, bo tak, bo on jest autorytetem,  podpisy pod fotki były wrzucane zupełnie bez korekty, OJACIEPIERDOLĘ, mogiła. A mój osobisty Boss w swoim wywiadzie puścił polska, mimo że mu podkreśliłam, że ma byka.

Kurwa.

Do tego zdjęcia w technikolorze świń z obgryzionymi ogonami, gówien świńskich, bo gówna też są pomocne w rozpoznawaniu choroby.

Kurwa.

Przejechałam 812 stron i nie, nie korekciłam już, ale polowałam na błędy. I jeżeli autor w tabeli nie wychwycił - ja nie muszę, nie jestem specjalistą, że 109 to nie 109, ale 10 do potęgi dziewiątej, to o czym my, kurwa mówimy? Odesłałam .pdf.

Dostałam emilka, z odpowiedzią, na to, że dziwię się, że w takiej kobyle tak mało błędów, że to moja zasługa.

I że musimy się napić. Ano, ja w alkoholizm się powoli staczam.

Nie wiedziałam, czy dojdę do łóżka, dobrze, że je posłałam. Nogi nie mieściły mi się w kapcie, zastanawiałam się, czy dowlokę się do łazienki.

14 godzin na fotelu przed kompem.

A kręgosłup napierdala. Już sobie kopałam grobek, ale... Jakby to były nerki, bolałoby mnie non stop. A boli mnie, jak dłużej postoję i coś robię, do tego drętwienie nogi i rąk teraz już.

Rwa kulszowa.

Na bank. Więc w 25 stopniach siedzę owinięta w kominy (zapisać na plus w kajeciku, wciąż dupa mieści się w komin), w ciepły szal i koc i to przynosi ulgę. 

Jedyne wyjście, ruszać się, ruszać, szwagier ortopeda może i kanalia, ale tego mnie nauczył: boli? Ruszać, nie ma innej opcji, będzie bolało jeszcze więcej nieruszane. Więc i chałupkę ogarnęłam, mimo bólu i takie tam. No dobra, chwalę się, ale nawet pościel zmieniłam, a jutro będę prała (a nie, wróć, Cukiereczek to za mnie zrobi).

Na zakupy poszłam w zimowej kurtce, ja, naśmiewająca się z ludzi, ale mimo 16 stopni (niektórzy szczęściarze popylali w bermudach i T-shirtach), piździło mocno. Już sama nie wiem. W szparze unijnej awizo sprzed dwóch dni, dobrze, że T. wysłał emilka, że książkę śle, więc na pocztę, KURWA, zawsze mi się trafi przede mną baba płacąca rachunki,  i kupująca, i mydełka, i znaczki i inne chuje muje - nic tylko taką zabić i zakopać...


tylko 400 stron. Może nie do końca zapłacone, ale - piękne i dopracowane.

A wydałam ich (tak, wielkie słowo, ale w sumie wielki mój wkład i ja w stopce)



ten czerwony grzbiet to ostatni - i jak widać - najgrubszy :) Każdą z tych książek przeczytałam ze zrozumieniem DWA razy... T. chce do korekty tylko mnie i tak czasami myślę, że co oni zrobią, jak ja skoczę już do Abrahama na piwo? :) 

Ale będę miała wtedy ubaw :)

A w nocy, gdy już z trudem zasnęłam, bo nawet pół piwa w domu nie było, śniło mi się, że kąpałam się pod prysznicem (nie mam rzeczonego na stanie) przy kaflowym piecu (nie ogarniam sensu, ale to sen), Alienek zwiał i do białego rana szukałam Skunksa po całej wsi i nigdzie go nie było.

Co robił rzeczony delikwent, a mój ulubieniec?



Jedni twierdzą, że to bimber, inni, że narkotyki, zdania są podzielone, ale będą z niego ludzie. Za to synowa twierdzi, że Kalafiorkówna przeszkadzała mu aktywnie w pracy...

A Inżynier mówi, że Alienek spał słodko.

Dobra wiadomość: ma nadwrażliwy słuch, nie ma niedosłuchu. Znaczy się, nie przekazałam złych genów. Nadwrażliwy miał też Pierworodny, do dziś nie lubię z nim wychodzić, bo drze się zawsze jak stare kalesony na płocie, nawet ja bez aparatów mówię mu: mów ciszej... Alienek też się drze...

Diagnozowanie trwa...

A ja zanabyłam sobie dziś w ramach szaleństwa



coś, co żre muchy. U mnie od dawna lata coś muchopodobnego, a LED monitor ma to do siebie, że zostają smugi po trupach...

Jak to będzie żarło, dostanie premię :)

Na poczcie kobyła od festiwalu, ale ponad 800 zł na rękę za 8 godzin pracy to nie jest zła stawka chyba? Pani się krygowała, że przeprasza, że tak mało. No ale w sumie jestem warta tych pieniędzy, bo wiem, jak się pisze #MeeToo, czego nie wie środowisko, którego to dotyczy.Skoro mają taki budżet, to co ja im będę mówiła, że mają mi mniej płacić? Nie rżnę państwa na miliony.

 Dopłacić muszę 320 zł do czynszu, ale jest w tym I rata za te jebane wodomierze, no i za ogrzewanie, bo grzałam w tym roku, o dziwo, za wodę nie ma, a i Inżynier się kwarantannował, i MW siedziała jakiś czas, a i ja od roku na home office, więc więcej wody zużywam i w kibelku, i na zmywanie. Przed rokiem (rozrachunkowym w spółdzielni) miesiąc mnie nie było w chacie. 

Więc nie jest źle. Po to zapierdalam ze śrubką okrętową w dupie numer pięć, żeby się pierdołami nie przejmować.