mam chyba coraz krzywiej pod kapturkiem, Kochany Pamiętniczku, ale cóż. Nie jest najgorzej.
Tydzień intensywny był w wydarzenia, a raczej w ich brak.
Znaczy się, działo się, ale i się nie działo.
Alienkowi przepadła konsultacja z powodu, że kaszle i następny termin jest... we wrześniu. Bo placówki diagnozujące, opiekuńcze i inne takie tam mają przerwę wakacyjną i chuj.
Chuj bombki strzelił, świąt nie będzie. Jakby ludzie mieli takie wakacje jak oświata i inne tam społeczne. I nie, nie jestem wredna, znam nauczycielski trud, moja Mama była nauczycielką i do dziś widzę jej zmęczone oczy nad stosem kartkówek i pytanie: dziecko, wiesz może jak się pisze żaba? Bo ja już nie wiem, czy przez ż czy przez rz. A komórka? Jak się pisze komórka?
A tak się bawiłam wczoraj wieczorem apką... Ta pani to moja Mama... Prawda, że cudna? Miała 48 lat, gdy odeszła i była naprawdę dobrym człowiekiem i wspaniałą kobietą, do dziś wspominają ją dzieci jej "dzieci", znaczy się uczniów, które jej nawet nie znały. Krążą o niej legendy...
A, nevermind...
Z tej zabawy wyszłam i ja...
Niektórzy dojrzeli tu Elsę, a i ja nie zaprzeczę, znaczy się - warkocz rządzi, fajny był, żal, że włosy wywaliłam na śmietnik, znalazłszy je w szafie Cioci, która chciała z nich treskę zrobić... Były miękkie, jedwabiste, ale... bałam się ich. Tak, jestem starą wariatką, bywa.
Ja na studiach, wciąż młoda i piękna, ale apka wciąż się dopomina o kasę.
Więc tu już matka dzieciom, z których jedno już wywiało do UK, dokładnie pięćdziesięciolatka. Wciąż młoda i piękna, aczkolwiek już niekochana, ale trudno, z absztyfikantem jak z tej włoskiej komedii na Netflixie, mam nadzieję, że wciąż mnie tak kocha, jak obiecywał, aczkolwiek niczego nie oczekuję, wciąż jest ważny w moim życiu, bywa...
A i ja
dziś. Polukrowana, ale fajna karykatura.
Apkę wywaliłam, bo nie chcę płacić. Zdaję sobie sprawę z tego, że to czyjaś praca. No cóż...
A tak na co dzień?
Poza wkurzaniem się, że znów bajzel, bo bajzel jest, ekstras poszedł bez korekty spisu, bo drukarnię szlag trafił, mnie nie może, aczkolwiek czasem trafia...
... irysy, kosaćce, dzięki Zmorencjo za słówko, co z tego, że cudze, ale wciąż moje, bo co roku czekam na nie z aparatem, z nadzieją w sercu, że "ciemnych irysów dostałem pęk", choć już od dawna od nikogo ich nie dostaję...... popełniłam z pocie czoła pesto z lubczyku, z olejem za 120 zł za litr, a Inżynier napisał mi, że on na samochód tyle nie wydaje...
... a moja piwonia seksi do upadłego...
... ludziom szajba odbija, skoro wysypują chleb byle gdzie, dzięki czemu po mieście wojewódzkim włóczą się dziki, a ptaki, chorujące po tym chlebie, bo tak, mają na to uczulenie, srają gdzie popadnie, i także na obrzeża mojej loggii, walka ze srajdami przypomina walkę Don Kichota z wiatrakami...
... a babka lancetowata ma taką wolę przeżycia, jak nie przymierzając ja sama...
... uśmiecha się do mnie ta płytka, czy ze mnie drwi?
A pod blokiem, na trawniku, który pielęgnował chłopak z zakładu fryzjerskiego (moje osobiste podejrzenia: gej, ale nigdy się nie odważyłam zagadać, ale mam coś takiego jak gejdar...no cóż, nie czas na żałowanie, chłopaka już nie ma, a i zakład zmienił właściciela) zakwitły piwonie, a wydawało się, że nic tam nie będzie...
... a i balkon na którym królował gość w pinkowej czapeczce zmienił image :)
Czekam, aż znów zakwitnie oliwnik, chociaż chyba nie ma opcji, żeby wleciała do mnie Zmorencja, powąchać, jak pachnie szaleństwo w czerwcową noc.
W Lidlu kusił mnie
znaczy się legalna opcja z CBD. Aczkolwiek znając opowiadania, nie kręci mnie :) Wolę się napić.Wino w lodówce się chłodzi. I serio, 30 zł za takie maleństwo, z którego mogę zjeść łyżeczkę na dzień?
Wino w lodówce się chłodzi :)
No dobra, co jeszcze?
A, zupę z sałaty polecam :)
Jak to u mnie - na winie. Przepyszna jest, choć nie wygląda :)
A na co dzień odżywiam się tak
dziękując niebiosom za bycie singlem, tęskniąc za Eksem, tęskniącym za schabowym, ciesząc się, że nie mam na stanie wnuków, jedzących z rozkoszą li jedynie margaritę... Pizzę, of course, nie drinka :)
A...
Świat i tak zwariował. Popylam sobie majestatycznie z wózeczkiem, zła, bo zamiast rozdzierającego duszę "Amado miiiijo, love me forever" słyszę w aparatach jebane F16 lecące z Krzesin ( a słyszę ja i bez nich, wciąż zastanawiając się, kiedy jebną w mój blok, nie takie cuda widziałam...), Majestatycznie zbliżam się do przejścia dla pieszych i... Ojapierdolę... Gość przepuszcza kobietkę, gadającą przez komórkę i jak jej nie zatrąbi... Kobiałka zgłupiała, podskoczyła, ale of course, gość miał rację. Pieszy nie jest świętą krową. Na tym przejściu straciła życie mama mojej kumpeli z pierwszej pracy. Nie od razu, na miejscu, ale męcząc ją latami, po wyjściu zza stojącego autobusu. Opieką ją męcząc, of course. Nowe przepisy nakazują kierowcom przepuszczać pieszych, co jest bardzo upierdliwe w PL - na odcinku niespełna 300 m są 4 przejścia dla pieszych. A pieszym nie wolno patrzeć w telefon i gadać, gdy przechodzą, więc gość miał rację trąbiąc.
Więc moi, pojebana na maksa, wolę się narazić na gniew kierowców niż być ciężarem dla dzieci.
Silniejszy zawsze ma rację.
A ja.. mam przed sobą...
Reszta jest milczeniem :)
Odezwę się, jak wrócę...
Bo sny mam wciąż koszmarne do nieskończoności.



















































