rano poleciałam na Manhattan, Kochany Pamiętniczku i pecha miałam.
Choć była pełna skrzynka pomidorów na przecier, ktoś mi ją sprzed nosa sprzątnął, co wcale nie poprawiło mi humoru.
W założeniu piątek to dzień gospodarczy, ale jakoś mi ten między palcami przeleciał, fotelowo i z dochodzeniem do kuchni, żeby wciąż ten sos nawinie zrobić.
I nawet truskawki i papryka jeszcze do niego trafiły, no i cukinia, a co, kto bogatemu zabroni,
i jest przepyszny, aczkolwiek jeszcze niezasłoikowany, bo takie były dziś okoliczności przyrody, że się nie dało :)
I tak mi zeszło, film wciągnął, Rodzinny dylemat, wstrząsający, cały czas miałam z tyłu głowy, że dobrze, że moje dzieci weszły w dorosłość w sumie bezboleśnie. Jest na HBO Max, jak ktoś ma ochotę, polecam.
I odezwała się M., podesłała mi program zjazdu. No i gadu-gadu, pitu-pitu. Okazuje się, że za te 300 zł mamy mieć UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT - mszę i balangę w Crystalu.
Jprdl. Jeszcze nie wiem, co obejmie ta balanga, no ale msza się za darmo nie odprawi, co nie? Dziewczyna organizująca zjazd, w sumie zjazd mini, bo tylko nasz rocznik maturalny (z jednej strony super, bo nie będzie tłumów, z drugiej ja poza moją klasą nie za bardzo kojarzyłam kogokolwiek, ale będzie chłopak, z którym chodziłam do podstawówki też i którego już spotkałam na zjeździe podstawówkowym i jakieś 10 osób z mojej klasy, więc gra warta świeczki), jest silnie związana z Kościołem. A to nie byle kto w K., bo jedna z najbogatszych person tam, ma sklepy, ten hostel i parę innych interesów. No mówię do M., że mnie w kościele nie zobaczą, od razu do knajpy wparuję. Że jak to, bez budy, a do kościółka? M. zastanowiwszy się, mówi, że mądrze prawię, ona też niekościółkowa, ale to sobota, buda zamknięta, otwierają tylko na ogólne zjazdy. Pytam więc, czy któryś z nas, maturzystów sprzed pół wieku, z granatnikiem tam wparuje, by zemścić się za maturalną traumę? M. zastanawia się i mówi, że pogada ze synem, który jest w naszej budzie profesorem, może nam ją otworzą. To ja już wolałabym zapłacić za dozorcę, ciecia czy jakąś ochronę, co nas tam odeskortuje na godzinę, a nie za mszę. Nie mam za co dziękować, maturę zdałam dzięki swojej ciężkiej pracy i ukochanym profesorom, a nie dzięki boskiej opatrzności (opaczności). Jak mądrze rzekłam na spowiedzi proboszczowi (tak mądrze, że mnie wypierdolił od konfesjonału bez rozgrzeszenia), gdyby Pan Bóg był, zabrałby ojca, a nie mamusię. Mądra byłam już wtedy, a co :) Na szczęście moje kalectwo było hamulcem przy spowiedzi, bo nie wiedziałam nigdy, czy mówię tak głośno, że słyszy mnie cały kościół, czy tak cicho, że nie słyszy mnie nawet spowiednik, a mało który z księży był skłonny iść ze mną do zakrystii, więc było jak było, każda wada ma swoje zalety.
Ale sam fakt mszy tak mną wstrząsł (wiem, wiem, wstrząsnął, ale na blogu nie jestem korektorką i purystką językową), a i po szale ciał dotarło do mnie, że w hostelu za 200 zł będę stała w ogonku do łazienki (Inżynier mi to od razu podkreślił, zna mnie na wylot i wie, jakie to ma dla mnie znaczenie, tym bardziej że nienawidzę obcych w łazience, dziecko me strawię, nawet gdy wpadając do mnie zawsze najpierw znaczy teren, cóż, to moje dziecko i jego przyległości też akceptuję), na dokładkę nabiję kabzę kościółkowej kobiecie (wredna jestem na maksa, co nie), więc pytam M. o inne opcje. Bo pamiętam Krotosza, rzut beretem od dawnego mieszkania Cioci. Nocowaliśmy tam po śmierci mojego brata, przed pogrzebem, bo Ciocia miała mikroskopijne mieszkanie. Wspomnienia mam traumatyczne, bo Inżynier już wtedy miał wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, po którym wylądował na OIOM z optymistyczną wersją przeszczepu serca... A nie dał znać po sobie, że choruje, bo... po co mamę denerwować, dość ma zmartwień.
Dobra, zakończyło się szczęśliwie, gad wyszedł z tego, półmaraton w Londynie przebiegł, Łobuzy zmajstrował, chałupę postawił, jest cudnie...
M. mówi, że Krotosza już nie ma, że jest Kantyna, dzwoni tam, są miejsca. W międzyczasie znajduję to na bookingu, ale niepewna do końca, że czegoś nie schrzanię, męczę Inżyniera. Ten już po godzinach, ale wciąż pracuje, potem mówi, że po 19, ale coś mnie tkło i mówię, nie, teraz. Okazuje się, że M. dzwoniąc pomyliła daty i na nasz dzień już nie ma miejsc. Akcja błysk i... bukujemy pokój dwuosobowy z własną łazienką, bez śniadania, kilkadziesiąt złotych drożej jak w hostelu i w Kantynie, w innym hotelu, też OK, więc pierdolę to :) Własna łazienka, nawet hotelowa to jest to, co Stara Jędza kocha najbardziej. Już nie te lata na schronisko i stanie w kolejce do kibelka i prysznica :)
To był ostatni pokój w okolicy, do końca września mogę odwołać za friko - zobaczymy.
Więc zaczyna się powoli ogarniać, bo skoro msza o 17, balanga o 18, to spokojnie Inżynier ogarnie swoje sobotnie domowe obowiązki, pojedziemy do K. jak zawsze, ogarniemy Umarlaków, zjemy obiad. Nie wiem, jak zaplanuje resztę dnia I., ale ma tam znajomego, z którym online zabija od lat i chcą się spotkać - to był plan jeszcze z czasów pandemii.
Więc albo pójdę z nim i pokażę mu trochę moje miasto, albo od razu spadnie na randkę z kolegą, zobaczymy.
Skoro to tylko spotkanie w knajpie, nie będę się wygłupiała w garnitury - coś się wymyśli, byle po kosztach.
Wieczorem I. pisze, że jadą do IKEA i czy mogą później wpaść na lody.
Wpadam w panikę, bo piątek minął, a ja wciąż niczyja, ale mówię, OK :)
Lody mają być, staje szewskim targiem na cieście, bo nie mam miejsca w zamrażalniku.
Może być.
Sobotni poranek, tradycyjnie w porze na sik poranny budzi się jeszcze letni
Na Manhattanie wygrana, bo zdobywam pomidory na przetwory o Pana od Pomidorów, jak dobrze wstać, skoro świt.
Wracam do domu zgrzana jak siwa mysza, z lodami (zrobiłam czystkę w zamrażalniku). Śmieci, korytarz, bo dyżur, pomidory do gara, bo to chlapie, akcja błysk sprzątania, obiad mam, więc z głowy...
Lądują. Jak zawsze zamieszanie, atak, kłótnia o więcej lodów, bo u babci można, ale tym razem jestem nieugięta, bo nie lubię przeciągać struny cierpliwości mojego dziecka, a wiem, że cukier źle działa na smarkaczy...
I akcja Alienka, który wypatrzył w kącie żelki, bo nie mam zwyczaju chowania niczego, po czym rozgoryczony, że babcia, która jednak lody z lodówki wyczarowała, jajek nie wyczaruje tym razem (chodziło oczywiście o jajka czekoladowe, zwykłymi pogardził), chyłkiem i ukradkiem zbliżając się do żelków, rozdzierającym tonem zapytał: czy mi się wydaje, czy na półce leżą żelki, które nie są do zjedzenia? Pospadaliśmy z krzeseł, żelki wylądowały u matki cwaniaka, jaki będzie ich dalszy los - nie wiadomo, albowiem to są lukrecjowe, których I. nie lubi i mówił, że będzie je wydzielał. Inżynierowa zaś uwielbia lukrecję, ale to już nie moje zmartwienie. Alienek interesu dopilnuje, bez wątpienia. Kalafiorkówna została obdarowana papryczkami od Pana od Pomidorków, co wprawiło ją w zachwyt. Alienek na nie nawet nie spojrzał. Gardzi każdą zieleniną, dla niego liczy się tylko słodkie.
Zwinęli się szybko, nie protestowałam, fajnie, że wpadli. Teraz będzie przerwa, mają plany weekendowe, potem wyjazd, no i dobrze.
Dopieścili, nawet Kalafiorkówna wycałowała mnie na pożegnanie tak, że nie mogę mordy umyć, no bo jak takie skarby ścierać wodą?
A że piękną mamy jesień tego sierpnia (nie chcę się nikomu narażać, ale dla mnie pogoda jest IDEALNA, lato jak za mojego dzieciństwa, jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo i po porannej duchocie i wilgoci jest mi teraz zimno w nóżki przy otwartym balkonie, ale jak wiadomo, zimno konserwuje), a i o 19 było jak pod koniec września ciemnawo, to i sobie poprawiłam nastrój, a co :)
Jeszcze działają stare baterie, więc...
Synowa śmieje się, że mam całoroczne dekoracje. No mam, nie przeszkadza mi to, a jest jak znalazł w taki szary, letni dzień.
Muzyka gra, aparaty zdjęte, więc niech ten typ sobie w rury wali, mnie to pikuś.
A i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów naprężyłam serwetkę po praniu
Jeszcze bez krochmalenia, ale poprawię się.
Moja babcia, przyszywana, bo macocha mojej mamy, zajmowała się prężeniem firan. Do dziś widzę ich kuchnię, długą, wąską kiszkę, gdzie stał specjalny stelaż, na którym babcia prężyła te firany. Mama zawsze się żaliła, że jej nigdy nie chciała tego zrobić. Tak samo jak jej teściowa, która prała po domach (ówczesne pranie, dźwiganie wody z pompy czy ze studni, balia, tara, kto nie zna, nie wie, co to życie), ale nigdy mamie nic nie wyprała. A mama, z rękoma schorowanymi od reumatyzmu, prała sama. Nie mieliśmy wody w domu. Pamiętam całe ceremonie prania w balii, na tarze, szare mydło, krochmalenie. Pranie latem na podwórzu się suszyło, zimą na strychu. I nigdy nie chodziliśmy w brudnych ciuchach. Ja sama, po urodzeniu Pierworodnego, prałam dwa dni po wyjściu ze szpitala pieluchy w rękach. Eks się praniem nie zhańbił. Maszynka na prąd jednopalnikowa, kocioł i pranie w rękach. Już wtedy powinnam była w podskokach wiać, ale... Mądrość przychodzi z wiekiem.
Po tygodniu daleka ciotka, z męża rodziny dała nam starą Franię i to był powrót na łono cywilizacji, a moje życie nabrało barw.
Pod koniec okresu pieluchowego Pierworodnego wystałam w dwutygodniowej kolejce automat Polar.
I to było dla mnie jak lot na Księżyc.
I dlatego nie rozumiem młodego pokolenia, które ma wciąż pod górkę i pod wiatr, nawet z pampersami.
Osobiście, gdybym miała teraz noworodka (jaka mądra jest Matka Natura) wolałabym pieluchy niż pampersy. W moich obecnych warunkach. Z myślą właśnie o wnukach tego teoretycznego noworodka.
Ale z pokoleniem moich dzieci w wielu kwestiach się nie zgadzamy.
Trudno :)
Nie da się tego zmienić i czasem cieszę się, że jestem bliżej tego brzegu, który na nas wszystkich czeka.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;)
Do napisania, Kochany Pamiętniczku, chyba wszystko ogarnęłam z kronikarskiego obowiązku :)




































