przeleciał maj, Kochany Pamiętniczku.
Pracowo jak zwykle, na petardzie, łącznie z tym, że jebane roboty udojowe, które miały się zamknąć na początku maja, zamknęły się, olaboga, 26 maja. I to w międzyczasie z emilkami od Bossa, który na moje emilki odpowiadał jakby ich nie dostał. Zobaczymy, czy pensja będzie adekwatna do mojej pracy w tym miesiącu, czy znowu będę musiała się przypominać. A jaja jak brylanty, bo dostałam emilka, że do września muszę wykorzystać zaległy urlop za ubiegły rok. Z trudem ogarnęłam połowę tego zaległego, pisząc do wicedyra, że w uzgodnieniu z Panią M. będę zaległe dni wykorzystywała sukcesywnie, po kropelce, jak nie będę na gwałt potrzebna. Nawiasem mówiąc, zaległych dni za ubiegły rok zostało mi... 9. Czyli musiałabym wypisać urlop na 18 dni, bo jako półetatowiec mam urlop po 4 godziny. A że mam układ, że 3 tygodnie po 4 godziny i jeden po 8 (kiedy zazwyczaj siedzę po 10-12) to nie ma mocnych, że ogarnę, tym bardziej że utkali tam tyle dodatków, że klękajcie narody. I w międzyczasie emilek od Bossa, że mam gadać, jak pracowałam dodatkowo i rozpisać CAŁY urlop do końca roku.
No i chuj :)
W międzyczasie synowa poprosiła mnie, bym zarejestrowała w czwartek MW do KONKRETNEGO lekarza, na konkretną godzinę, bo oni idą rano na oddział i nie ogarną. Bo nawet zadzwonić nie mogą wtedy. Nie wnikałam, tym bardziej że to był handel wymienny. Jebnął mi we wtorek ten cudny prysznic w łazience, w tej wymyślnej baterii. Załatałam tą taśmą silikonową, ale i tak sikało aż na sufit. Po naradzie z I., który też mojej nowej baterii nie lubił, nie skusiłam się na baterie za 60 zł na Alledrogo, ale kupiłam taką za 3 stówy. Znaczy się, po uzgodnieniu z Pierworodnym, który jest od hydrauliki, kupił mi wybraną na Alledrogo i obiecał zamontować w czwartek, o ile dojdzie. Bo ze względu na oddział miał urlop. Oczywiście - oddałam kasę, znaczy się tak jakby sama kupiłam na Alledrogo. No i dołożyłam (może nie powinnam, ale wiem, jak ma, a hydraulik wziąłby więcej, cenię też jego czas - ma go dla rodziny mało, zwłaszcza teraz, gdy jeździ w teren - nie da się ukryć - roznosząc ASF).
Więc zamiast wylegiwać się pod kordełką, wstałam ja skoro świt i poleciałam (to był fajny dzień, jak za dawnych lat, wstawanie o 5, bez grania, nie narzekam - dzień był znów dniem, a nie leniuchowaniem).
I budzisz się rano, a piwonie szaleją...
I wkraczam do przychodni lewa, prawa, kolejka mikra - dwie osoby.
Ale okazuje się, że w godzinach, kiedy synowej pasuje, żeby dojechać z MW (bo MW musi być na oddziale do 14), nie ma opcji.
Innego lekarza nie chce, bo ten nie układa w kompie pasjansa, tylko naprawdę zajmuje się MW.
I tak, pani w recepcji miała kwadratowe oczy, że nie dzwonię, tylko na MSG.
I tak bym nie mogła dzwonić, bo na oddziale nie można.
Stanęło na poradzie telefonicznej.
Nie wiem, jaki rezultat, nie dostałam info.
P. wpadł jak po ogień, opierdolił, że to tylko wąż prysznicowy, ale i tak jestem zadowolona i to bardzo, że wymienił wszystko. Nie podoba mi się słuchawka prysznicowa, ale mam jakąś inną, jak wleci znów, każę wymienić. Bo wpadł jak po ogień, talerz pomidorówki łaskawie zjadł, ratując mnie od trzech dni jedzenia jej - i poleciał. Nie zatrzymywałam, cóż, to już nie jest moja jurysdykcja, ma swoje życie - w biegu, w galopie, oby nie padł.
A potem (się śmierdzi) spokój był mimo wariatkowa pracowego.
A ile osób mnie kochało, to ojacierpiędolę. Zalała mnie fala miłości, znów byłam młoda, piękna, kochana i...
znów ciemnych irysów dostałam pęk, nie wiem od kogo...
Niestety, nie udało mi się nigdzie dorwać ich, ale...
I tak napasłam oczy...
Aż nadszedł poniedziałek, 25 maja, kiedy to miałam jechać na badania pracownicze. Wtedy w nocy z niedzieli na poniedziałek Boss wysłał mi tego jebaniutkiego emilka o urlopie o... 0.03 OJACIERPIĘDOLĘ.
Najgorsi to są mężczyźni z andropauzą. Kobieca menopauza to małe miki jest.
Jako że od 5 już nie spałam, odpisałam (a niech ch*j wie, że ja nie od macochy), wyliczając moje zasługi na niwie pracowej i co mam zrobić z tym jebanym urlopem (do dziś nie dostałam żadnej odpowiedzi, ponoć Boss jest na urlopie, nawiasem mówiąc - ja też, ale mniejsza z większym, pracuję, jak zwykle). Zobaczymy, ile dotarło, po wypłacie, a ta będzie najpewniej w piątek :)
I tak ogarniając się systematycznie na tę ocenę, a to dla mnie trauma na maksa, bo jeszcze jak byłam w Auschwitz, a badania były w jakiejś firmie w Ceglorzu, trafiłam na jebaniutką doktórkę (chuj jej w oko i kotwica w plecy - nadal), która spojrzała na moje orzeczenie o grupie inwalidzkiej i stanowczo oznajmiła, że ona mi zdolności nie podpisze ze względu na moje dobro. WTF? Bo mam w orzeczeniu III grupy inwalidztwa zastrzeżenie: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi. I ona mnie chroni, żeby mnie, KURWA, nikt nie skrzywdził. Nie chce mi się już opisywać mojej dyskusji z nią, a umiem swojej racji bronić. Podpisała po moim stanowczym żądaniu wezwania kierownika. To działa na tępe dzidy.
Bo czymże zawiniłam moim słuchem, kończąc na piątkę studia, pracując latami, z zaparciem? W zespołach, gdzie nikt na mnie nie narzekał, oprócz tych, którzy symulowali pracę, bo pracowałam uczciwie? Nie żebym się chwaliła. Została mi trauma. Przy następnym badaniu, w tymże samym Cegielskim, kolejny lekarz, patrząc na to orzeczenie o rencie, zapytał: co za chuj to pani napisał?
Brzmi dziwnie? Ale takie to były czasy i nikt nie uważał, że to dyskryminacja osób niepełnosprawnych.
W moim zawodzie moja wada jest zaletą. Korekta potrzebuje ciszy. Pracuje tam, gdzie słyszący nie mają luksusu skupienia się :)
No ale wracamy do naszych baranów.
Pojechałam, jak zwykle, za wcześnie. Bo ja z tych poszkodowanych, co czekają.
Zarejestrowałam się i okazało się, że okulisty nie ma. Była 8.15. Mam iść do gabinetu 3 i 7.
W gabinecie 3. paliło się zielone światełko, więc pomijając fakt, że była 8.20, a ja miałam wizytę mieć o 8.50, upewniwszy się, że nikt do niego nie czeka, wlazłam.
A... poszło z górki :) Małolata, bo jakieś 26 góra, więcej była zainteresowana datą kiedy uzyskałam orzeczenie o kalectwie (na chuja komu ta data, jestem od 12 lat na emeryturze i moja renta ni chuja już na nic nie wpływa), niż stanem ogólnym. BIM (są nowe przepisy, trzeba mieć i BMI, i badania krwi, ja się na nie nie zgodziłam, bo szkoda było mi czasu). Mam fatalne, wiem. Oczy? Pokazałam okulary, wiadomo, ślepa jestem, o zaćmie się nie zająknęłam, miałam wrażenie, że ona w tym kompie gra w pasjansa... Ciśnienie? Mam nadciśnienie, ale w normie, biorę leki. Założyła mi aparat gdzieś na łokciu i co wyszło? Myślałam, że zejdę, tak mi napompowała, 220/90. A w życiu. Leki biorę regularnie, a tego dnia dodatkowo wzięłam dwie piguły na uspokojenie i w dodatku herbatkę z hibiskusem wciągnęłam, a to mi tak obniża ciśnienie, że schodzę (w domu zmierzyłam ciśnienie - 128/85 - jak na mnie - idealne).
Wychodzę, kabina 7. wolna. Zawsze tam siedział lekarz po... osiemdziesiątce, tłumaczący mi, że praca to zdrowie. Udało mi się ubiec kolejnego amatora...
Siedział tam Adonis, młodszy od moich synów :) Poszło z górki, zainteresował się tylko ciśnieniem, ale przemiło minęło, pośmialiśmy się, aczkolwiek nieco był zdziwiony, że w tym wieku można jeszcze pracować.
Na moje nieśmiałe, że poproszę na 3 lata, odrzekł: w Pani wieku więcej jak na 2 nie mogę podpisać.
A ja, zniesmaczona i już skreślająca go jako Adonisa, odrzekłam z goryczą: tak, tak w moim wieku to tylko do roboty, ale do kochania to już nie ;)
Oczywiście, podziękowałam, pożyczyłam i odeszłam silna w siną dal :)
I tym pięknym sposobem, dzięki wcześniejszemu przyjściu do Polmedu w kilkanaście minut załatwiłam to, na co zazwyczaj traciłam pół dnia.
Kurwa. Na co komu te jebane badania? To tylko wyciąganie kasy z firm.
Rozumiem - badanie przy przyjmowaniu do pracy.
Na stanowiska, gdzie konieczne są KONKRETNE umiejętności.
Ale takie nic jak ja?
Nie mam kontaktu z produktami spożywczymi, nie prowadzę pojazdów i inne takie tam...
Umrę na własnych warunkach. OK, nadciśnienie zawdzięczam stresowi w pracy - może zupełnie niepotrzebnie je wykryto? Zaćma - OK, leczę się, ale skoro po 3 latach od jej wykrycia wystarcza moje "jak widać, okulary noszę, ale jestem pod opieką okulisty" - to na chuj te badania?
I jako że pora była jeszcze całkiem młoda, pojechałam do redakcji, choć miałam zamykać dój.
Doładowałam akumulatory.
Jakby mieli czerwony dywan, pewno by przede mną rozściełali, jak na tych głupich rolkach.
Tak, byłam w miejscu, gdzie mnie cenią, doceniają i kochają.
Bezapelacyjnie.
Bossa, z którym chciałam pogadać nie było.
Ale z Panią M. uzgodniłam, że tę jebaną jedną korektę (co nie spodoba się Bossowi) będę robiła w Wordzie, wleją ją sobie - i to moja dobra wola (a kocham i tę pracę, i tę ekipę) - ogarnę PDF, w sensie - już nie czytam całości, ale patrzę na belki, tytuły, śródtytuły, wybicia, podpisy pod fotami, bo to się zawsze rzuca w oczy i po nich jebie :)
Ile za to dostanę, zielonego pojęcia nie mam, bo pisałam Bossowi, że robię dwa dodatki, a robię w sumie cztery. W czasie urlopu.
W skali od 1 do 10 - jak bardzo jestem pojebana?
Osobiście obstawiam 11 co najmniej :)
We wtorek zaś, wkurwiona na maksa, poleciałam do dentysty. Na zdjęcie kamienia przez higienistkę. Bo pani doktor kamienia już nie zdejmuje. Takie czasy.
Wkurwiona, bo od poniedziałku co rusz ktoś z telefonu pani doktor, która zawsze wysyłała mi SMS, dzwonił.
W gabinecie NIBY się wyjaśniło, pani higienistka powitała mnie tak, że aż mi serce zadrżało z rozkoszy... Ale... Pani doktor ma o niebo lepszą rękę do usuwania kamienia, a i okazało się, że nie mogę po tym zabiegu wypić... nic kwaśnego i nic barwiącego, zatem opcja lampki czerwonego wina z okazji Dnia Matki odpada. A kupiłam sobie fajne. Na lecenie do marketu po białe, za którym nie przepadam nie starczyło mi już energii.
Moja trójka chłopaków pamiętała. Różnie, ale pamiętała. Pierwszy był jak zwykle Baran - cóż, różnica czasów, ale - w tym dniu jest zawsze dla mnie Synem, nie zaś Przyjacielem. Niech trwa. I pamięta zawsze i w angielski, i w polski dzień. Zaś Inżynier, ochrzaniany, że w angielski dzień nie pamięta (bo, kurde, jest obywatelem UK i bardzo mnie bawiły te angielskie kartki, które dostawałam w obu terminach, nie ukrywam, że mi ich brakuje) odszczekiwał, że mieszka w PL. No i rankiem dupa, ale się zacięłam, w południe tłumaczył, że zakręcił się, bo Łobuzy musiał ogarnąć przed szkołą.
Jak dla mnie to niezorganizowanie, ale OK.
Według internetowych mądrości, nie należę już do rodziny.
On i jego żona oraz moje (tylko moje i chuj) wnuki są już odrębną komórką społeczeństwa, do której nie mam wstępu.
Cóż, jakoś to przeżyję, nie ma innej opcji :P
I w szoku jestem, bo Pierworodny napisał w takim nieswoim stylu...
Pani doktor brała za zdjęcie kamienia 80 zł. Higienistka (przemiła, ale jednak nie będąca jeszcze asem w tej dziedzinie) wzięła 150 zł.
A na panią doktor, bo i protezę po tylu latach trzeba ogarnąć muszę czekać do... sierpnia :)
Biedny Inżynier na ekipę brukarzy też tak musi czekać.
Mam opcję, że jak coś, dostanę wcześniejszy termin, ale to nie znaczy, że będzie mi pracowo pasował...
No i tak czas leci, za chwilę koniec maja, w międzyczasie była 10. rocznica ślubu Inżynierostwa, kiedy to przeleciało?
Niedziela zapowiada się hmmm... grillująco? W piątek Inżynierowa skończy 39 lat (piękny wiek), w przerywniku moja kłótnia z I., dobrze, że minęła w zasadzie bezboleśnie, aczkolwiek...
No właśnie...
Łapię się na tym, że mogę być dla dzieci ciężarem.
I jak z tym żyć? Skoro jestem taka...
No dobra, może nie do końca najgorsza?
Ten entuzjazm w pracy i szeroki uśmiech JB w czasie opierdalania go po całości, tudzież radość załogi, że jednak te jebane dodatki zrobię...
Jak to wszystko rozgryźć?
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, nie raniąc nikogo, w tym także siebie?
A na Manhattanie jest już młoda włoszczyzna po 8.50 za pęczek. A jeszcze nie tak dawno była po 1,50. Ogólnie, nie zaś że młoda...


































