piątek, 19 kwietnia 2013

Rolling...

I piaty numer za mną, jak ten czas leci.
Wczoraj, jak oznajmiłam stanowczo, że idę do domu i na nic już nie czekam, szaty darli i sceny robili.
I co??
I nic. Przyszłam rano i nic nie było, chociaż wczoraj: już, już za sekundę, za minutę...
Więc pozmywałam w ramach relaksu po wczorajszej kawie w salonie - a co, korona mi z głowy nie spadnie, a jak spadnie - podniosę, sprzątaczka się strasznie ucieszyła, ze pozmywane i sprzątnięte, a ma odbitą nerkę, twierdzi, że klamka i przeciąg, nie wnikam... Może mi zapiszą po stronie dobrych uczynków, a nawet jak nie, olać.
Potem poszłam zobaczyć, czy są moi kochankowie na gałęzi, ale nie, poszli dziś chyba na inne drzewo, pewno dlatemu, że samochodu Bossa nie było do obsrywania...
I tak wolnym walcem: Facebook, kulki, WP, Onet, ile można??
No nic.
Kolejna herbatka.
Podlanie kwiatków.
Włóczęga.
Spis treści.
Porządki, żal wywalić pieścichłopy, bo mogły jeszcze ze dwa dni postać, ale... Zwiędną i zaśmierdną, zanim wrócę.
O, strona.
Koło 14 zrobiło się gorrrrrąco jak w ruskim czołgu w samo południe, a o 15 siedziała mi na karku wataha głodnych wilków, tfuuuuj, dziennikarzy, którzy nagle sprawdzali stadnie, czy pracuję, czy może gram w kulki??
Wyrzuciłam za drzwi.
Żeby myśleć i oceniać ich wielką TFÓRCZOŚĆ potrzebuję spokoju...
Najgorsi są mający dwie literki przed imieniem, co to myślą, że pozjadali nie tylko całe rozumy, ale i cały Internet wchłonęli.

O 16 zamknęłam i spoczęłam na laurach (znaczy się, już w domu, bo wciąż mam listek bobkowy pod dupą).

Czas zapierdala, jak rakieta.
Przede mną szósty numer - połowa roku minęła.
Jak, kiedy??
Przecież wczoraj siedziałam z Baranem i Żłówikiem w pubie, witając Nowy Rok...
Ojapierdolę...

Tylko życie pędzi coraz prędzej...



czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna, again

Jest ciepło, a nawet gorąco (u mnie w porywach 26 stopni, mimo porywistego chwilami wiatru)...
Rankiem






słoneczko pokazało bajzel na moim balkonie - będzie sprzątany w sobotę i później sukcesywnie...

W pracy za dużo pracy nie było, a że dziś zabrałam Kanoniczka, to zajmowałam się śledzeniem zakochanych. Srajd, of course...









Oj, będą z tego dzieci, srające, znaczy się. Koledzy się wściekają, bo mają już osrane samochody, dziś siedziały nad autem Bossa. Szczyt bezczelności....


Ponieważ miała być jakaś nasiadówka, mimo protestów Wice zerwałam się o 15 i pojechałam do domu, bijąc się z myślami. Moja ciemna strona mówiła: klapniemy na fotelik, a moja jasna: idziemy z plecaczkiem.
Zwyciężyła jasna. Najpierw zaliczyłam aptekę, bo odkryłam, że w domu nie ma ani kawałka wapna, a przeciwhistaminowe się przeterminowało. Na dworze zaś roi się od czegoś, nie wiem, weszki to czy nie weszki, ale... strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc nie chcąc dowalać roboty Aniołowi Stróżowi kupiłam leki. Baran pewno pamięta jak mnie na ostry dyżur wiózł i do leżenia na łóżku wśród umierających babinek motywował... Bał się, że spuchnę, wykituję, a on nie wie, co zrobić z ciałem, bo nietutejszy ;)

Po drodze, co ja pacze??
Kowale (Pyrrhocoris apterus) wiosenne gody rozpoczęły...


 Kasztanowce starają się jednak nadgonić, bo to obciach, żeby przez nie matur nie było...

Motylek wygrzewał się, ale nie mogłam go złapać, bo co kawałek rowerzyści biedaka płoszyli...




Żaby na Dębinie używały ile wlazło...

A niektóre ruję i porubstwo w biały dzień odstawiały. Przy dzieciach...







Na stawku facet puszczał stateczek na pilota, a obok jego dziecko kijkiem się bawiło znakomicie... Jednak to prawda, że rodzice kupują zabawki dla siebie, a nie dla dzieci.

I kwitną już fiołki






A stokrotki całe jaśnieją z radości, że to już wiosna, wiosna, wiosna :)






Jeszcze tylko juterko na parę godzin i zaczynam sezon włóczęg.
Kapturki w kijkach się starły, szybko, dobrze, że kupiłam dwie pary, mam zapasową, ale i tak muszę po następne jechać :D :)

Wiosna. Niech trwa...







środa, 17 kwietnia 2013

Work, work, work

Ufff... Nie miałam czasu podrapać się po dupie... I jeszcze głupiego emilka odesłałam, bo mnie popędzał wicenadzorca, a ja mu na to: Jeszcze mi ekonoma brakowało... Wyszłam z siebie i stanęłam obok.
Pierworodny ponoc przyjedzie, ale... przyjedzie na 5 dni, z czego można wykorzystać na wszystko JEDEN, jako że przylatuje w czwartek, a wylatuje w poniedziałek, geniusz. Musi odebrać paszport (są potężne kolejki właśnie), pojechać ze mną do PKO i złożyć wniosek o dowód. Ja cała w nerwach a on do mnie: pożyjemy, zobaczymy co się uda załatwić. Nosz ojapierdolę. I przyleci z Małą Wiedźmą. Wiem, wredna babcia jestem, ale czemuż mnie to w ogóle nie rajcuje??? Ma luz zupełnie na poziomie instrukcji obsługi kalkulatora...
Chce mi się wyć.
A tymczasem w pracy






Pieścichłopy dodają mi otuchy, szafkę spod biurka wysunęłam, nie chcę ich stawiać koło komputera, jeden ruch, wylewa się wszystko i koniec balu panno Lalu...


Wczoraj jak gnałam na najwyższe piętro, paczę ci ja przez okienko i co ja paczę?? Trzy kocury w sąsiedniej kamienicy w oknie, wśród storczyków, wielkie bydlaki, grzeją się na słoneczku. Jeden rudy... Z ajfonika, to dupa nie zdjęcie, ale...





A dzisiaj latam po schodach i co ja paczę??? Amory...




Fakt, ciepło było, wracałam do domu bez kurtki, choć skończyłam o 18, a balkon dopiero teraz zamknęłam.
Jutro ma być jeszcze cieplej - 23 stopnie.
Założę chyba sandałki, bo dziś mi nogi w półbutach spuchły jak balerony.
Jeszcze dwa dni, na jutro dużo nie ma, a w piatek to już lajtowo.
I znów się Bossowi podlizałam, w sensie, jaka to ze mnie miszczyni. Miał rycinę, rysowaną przez grafika, na wydruku napisy zlewają się w jedną plamę, a ja znalazłam tam błąd w opisie. Pokazuję, a on na to: jakim cudem, przecież tego nie widać, korzystała Stara Jędza z komputera?? A ja na to: nie, widziałam na wydruku... Jakim cudem, zapytał?? A takim, że jakbym tego nie widziała, nie byłabym korektorką prima sort ;) Nic nie rzekł.
Ale faktem jest, że normalny człowiek nie widzi różnicy tam, gdzie ja widzę, np. jak ktoś wstawi niemieckie "ss" zamiast greckiej "bety"... Albo że linijki różnią się o oka mgnienie stopniem czcionki... Widać to w programie, ale ja widzę to też na wydrukach. Praktyka czyni mistrza :) I dobrze...
Wczoraj w tramwaju kobieta, którą kojarzę z widzenia, młoda, dobrze ubrana, próbowała wysiąść w czasie kontroli biletów. Trafiła na twardego kanara i jej nie wypuścił. Robiła sceny i pokazywała co to nie ona. Nie lubię kanarów, ale jak już złapią kogoś ewidentnie na jeździe na gapę, nie że minutę przekroczył na bilecie czy coś, to robienie cyrku - moim zdaniem - jest żenadą.  Taki mają zawód,  jak nikt nie będzie płacił, to co będzie jeździło?? To zwykłe złodziejstwo jest. Przed wojną ludzie chodzili na pieszo z jednego końca miasta na drugi, jak nie mieli na bilet. Więc... śmieszne to było, oburzona pańcia... :)

Koniec ględzenia na dziś :D :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Zwariowane dni

Wczoraj było zwariowane, bo po porannej pogawędce z Pierworodnym uświadomiłam sobie, że teraz to już z remontem zupełnie nic nie wiadomo. I olśniło mnie, że znów mi się pokickały miesiące i na gwałt muszę mieć kartki. Więc zebrałam tłustą dupę w troki i poleciałam najpierw ze świeczuszką do wujka Mietka, a potem przez zalaną słońcem wioskę, gdzie nieco kasy zostawiłam w Empiku. Nieco ;) A na placu Wolności taki napis na murze i za cholerę nie wiem, jak mam go rozumieć??






Potem poleciałam w dół, ale nic szczególnego nie było do pstrykania, oprócz smoka, który się na mnie wykrzywił







Stary Rynek już w wiosennej odsłonie, ogródki są, a i ludzie coraz bardziej wiosenni...






Ciekawe, co biedne bratki przeskrobały, że je tak za kratki wciepli???






I co za prosię zrobiło to temu rowerkowi???




Potem wróciłam do domu, pogadałam z Inżynierem, wymęczywszy znów chłopaka i przerzuciłam się na Spartakusa, ostatnią serię.
A poniedziałek zaczął się nieziemsko. Jako że musiałam wysłać dziś te kartki koniecznie i bezapelacyjnie, a chciałam to zrobić PRZED pracą, żeby zyskać na czasie, poleciałam tuż przed ósmą na pocztę, z nadzieją, że nie będzie kolejki. Kolejka jednak była, zakręcona jak świński ogonek - same emerytki i emeryci, ojapierdolę, ludzie, na emeryturze nie możecie pospać?? Pomyślcie, że pracujący muszą coś PRZED pracą załatwić. Stało toto i pieprzyło (tak, wiem, też będę emerytką i jestem stara) i wszyscy karnie dzierżyli w ręku koperty z nadrukiem TESAT. Fuck, dziś 15, więc pewnie wszyscy rachunki płacili. Nastałam się w kolejce, przestępując z nogi na noge, bo to musieli okulary wyjąć, zdjąć te z nosa, założyć nowe... Niech mnie ktoś zarżnie, zanim dojdę do tej fazy. Z tym, że ja rachunki płacę w necie, a znaczka w necie nie kupię... Wyprysnęłam z poczty, wpadam pędem do piekarni, a w piekarni kolejny erotoman kupuje pieczywo: a to taka bułeczka, a to taki precelek, a może pani tamtą pokaże. Ojapierdolę... Ludzie, życie ucieka... Po drodze na Manhattanie złapałam bukiet pieścichłopów, 5 zł za 10 sztuk, umilają mi życie w pracy i aż się za mną kurzyło, tak leciałam na bimbę. I jedną ulicznicę znalazłam, co szczęście przyniosła (bo ja wariatka jestem i po grosz się schylam), bo na koncie wylądowała dziś jedna kasa, o której chłop nie wie. W poniedziałek, juuuupi :)
W pracy byłam za piętnaście dziewąta, niezła jestem ;)
Ryłam jak ten biedny mrówek zaorany, a słoneczko grzało plecki i miziało po nich, aż chciało się żyć...
I prysnąwszy do domu grzebię w szparze unijnej i co ja pacze?? Awizo. Dobrze, że mnie małaczarna uprzedziła, bo bym się znerwowała, ale tak wdrapawszy się na moje piętro (winda zastrajkowała), zrzuciwszy paltot, rączki, siusiu, rączki, woda, kijki w dłoń, awizo do plecaczka i lecę ci ja, cała mokra na pocztę. A tam kolejka jak świński ogonek... No nic. Stoję, przede mną gość za jakimi się nie oglądam, bo w moim wieku, a ja lubię tylko młode męskie piersi, ale... tak fajnie ogolony, że łapa swędziła do pogłaskania. Jak mój Ojciec, który zawsze miał twarz wygoloną jak dupa niemowlęcia, nie to, co dzisiejsi meni. Ale jako rozsądna kobieta przemogłam swoją zachciankę i katując kolejną pozycję z playlisty, karnie stoję w ogonku. A facet wyciąga coś z torebki, odrzuca otwartą torebkę do tyłu i tak stoi, a z niej wyziera mu portfel, dokumenty, karty... Tłok jest, myślę sobie, będzie heca, ktoś się nie bał i zajebał, a na moje konto pójdzie. I zatapiam w karku faceta jadowity Jędzowy wzrok, facet się odwraca, a ja grzecznie: przepraszam, ale lepiej żeby pan zamknął tę torebkę... I wykrzywiam się, a on zamiast się bać, pogawędkę zaczyna... Ojapierdolę, nie cierpię pogawędek w kolejkach. Wreszcie poszedł do okienka. Ale... nie załatwił nic, moja kolej. Sunę z awizem, a kobiałka: proszę na Bukową 8. Ja, że jak, co po co, a ona: tak jak tamten pan, bo nie mamy jeszcze przesyłek, są na Bukowej 8, zamykają o 18 (a było już 20 po), ale jeszcze jest tam listonosz (!) i wyda... Więc już nawet nie polemizując, odpaliłam motorek, lece pod ósemkę, a tam nieznajomy z kolejki błaga listonosza, żeby mu przesyłkę dał. Zakrzyczeliśmy biedaka i poszedł szukać, a za nami wpycha się pani z wózkiem i dzieckiem też po przesyłkę. Gość z przekąsem: kiedyś komputerów nie było, a poczta działała jak złoto... Dostaliśmy wszyscy swoje przesyłki, nawet mi dowodu nie sprawdzili, pogawędziliśmy jeszcze chwilę i dziarsko machając kijkami szurnęłam okrężną drogą do domu. I co ja pacze??
Dostałam - serdecznie dziękuję - od małejczarnej śliczną widokówkę (nazwę uciełam, bo nie wiem, czy chce, żeby było ją widać) z Jej rodzinnej miejscowości i kolejny naparstek do kolekcji, tym razem z Lublina :)


Pozwalam zazdrościć :)

I tym sposobem dzień minął mi jak mgnienie oka.
Pogoda letnia (latałam już bez paltotka i ciepło mi było).
A u mnie w chacie w wielkiej zgodzie egzystują Pani Zima i Panna Wiosna... :) Doszły do porozumienia...


Grzeczne dziewczynki :D :)


niedziela, 14 kwietnia 2013

I po pitoleniu

Jak co roku w wielkich bólach i męczarniach zabrałam się wreszcie za pitolenie.  Najpierw ściągnęłam program, którego uzywam co roku, ale... Nie chce cholerstwo zapisać się w PDF, a ja nie mam drukarki. Na służbowym kompie instalowała nie będę programu, a bez niego mi się dokument nie otworzy. Nosz, kurde blaszka, nienawidzę pisania, a tym bardziej ręcznego klepania razy dwa tych rubryczek. Sikora mówiła, że na stronach Ministerstwa Finansów jest program, że można wysłać online... Do online jeszcze nie dorosłam, choć wiem, że potwierdzą mi mailowo. I łamałam się, bo w chmurze w MF trzeba się zalogować, ale przecież i tak mają moje zeznania, więc kij im w...
Policzyłam sobie w obu programach, wyszło identycznie. Ale MF pięknie zapisuje w PDF, więc sobie jutro wydrukuję i przy okazji wrzucę do US. Co potwierdzenie, to potwierdzenie, z pewnych rzeczy w kontaktach z urzędami się nie wyrasta ;)
Dostanę kaskę z powrotem, ale to już ostatni raz :( Zlodzieje, na leczenie ściągnęli mi ponad 2,5 tys., nawet licząc, że poszłabym 4 razy w roku do lekarza i zapłaciła za wizytę (a tyle razy byłam po... receptę) 100 zł, to co robią z resztą mojej kasy, skoro nigdzie dostać się nie mogę, a kolejki są jakie są?? Doliczając 2 wizyty u chirurga naczyniowego w ubiegłym roku, bo do reumatologa już nie poszłam to ile wydałąm na swoje leczenie?? I tak latami. Wiem, wiem. Solidarność społeczna. Złodziejstwo, bo za badania laboratoryjne płaciłam z własnej kieszeni, no nic, nie denerwuje sie, bo szkoda zdrowia.
Na emeryturę też mi nieźle ściągnęli. a przecież to by mogło leżeć na procencie. Mogloby, ale chore to jest, jak jest. Swoją rentę z tych składek opłaciłam w całości i jeszcze na 5 takich innych gównianych zostało ;) Ojapierdolę.
No ale kamień z serca, że popitolone, lepiej późno, niż wcale :D

I kolejna kaska, o której chłop nie wie będzie... Nienawidzę tej roboty, ale kocham tę kaskę :) Już teraz rozumiem cykl: dostaję, jak są wolne okresy, bo wszyscy jadą na urlop, a ja pracuję :) Ale nic to, poradzę sobie.
Żeby jeszcze Pierworodny nie nawalił, bo nie mogę nic ruszyć, póki nie mam jego książeczki, bo... wszystkie dokumenty są ważne tylko 3 miesiące, więc jak kupię okna na fakturę, a spółdzielnia mi nie chce tego cholernego papierka wystawić, to nie odzyskam premii!!! Stanęło więc w  miejscu i kiedy ruszy??? Nie wiadomo... Czekam na rozmowę z nim na Skype, ale pewnie będziemy gadali, jak gęś z prosięciem, więcej dowiem się od Inżyniera, ale to dopiero wieczorkiem.

Niedziela, bratki pięknie na razie rosną, lecę z nimi pogadać :D
Miłego :)

sobota, 13 kwietnia 2013

Gorączka sobotniego dnia

Oj, działo się dziś działo....
Zgubiłam, kurde, okulary, ślepa jestem i co teraz?? jak każdy krótkowidz mam problemy, a na stare lata wzrok mi szaleje, w mieszkaniu raz lepiej z brylami, raz bez nich. Zdejmuję i rzucam. Rzuciłam, jak wróciłam z piątki po ocet, tylko do jasnej ciasnej, gdzie?? Nigdzie nie ma, choć przeryłam nawet kosz na śmieci, paprząc sobie ręce wyrzuconym przeterminowanym majonezem. Mam zapasowe, ale bardzo ciężkie, bo szklane, bez oprawek i bardzo delikatne, nie wytrzymają zdejmowania i zakładania na dłuższą metę. Czyżby pora na nowe bryle?? Hmm... Zakład coś tam dopłaci, ale mnie to nie kręci, bo... No właśnie, kto mi pomoże z oprawkami?? Jak nie wybiorę właściwych Inżynier się ze mną na ulicy nie pokaże... :(
Ale co tam...
Rano poleciałam na Manhattan i...
Tralalalalala :)








Niniejszym inaugurujemy sezon sadzenia badyli. Wiem, wiem, skrzynka odrapana, ale co tam... I jakaś srajda dostała się na balkon mimo zabezpieczeń, bo znalazłam gówien sztuk 3, wyglądają na wróble...

Ale przedtem




lecąc na Manhattan pobawiłam się w znajdź życie na obrazku ;)


I... czy one przed zamrożeniem myślały to, co ja słyszę od Inżyniera, jak kwękam?? "Spoko matka, wrzuć na luz, nie pękaj, będzie OK"... :)


No i kolejna broszka: zmyłka dla nietutejszych, strzałka donikąd... Rossmann znajduje się prosto od tej tablicy, po prawej stajemy i idziemy prosto w kierunku kościoła, za skrzyżowaniem jest Rossmann... Niewiarygodna zmyła...
Wróciłam z Manhattanu i stwierdziłam, że skoro tak pięknie świeci słonce, to olać burdel w chacie (w koncu rasowa burdelmama jestem) i... kijki w dłoń wziąwszy poleciałam.... Zrobiłam 5 km, w połączeniu z wyprawą na Manhattan 6. I wiecie co?? Na wyświetlaczu Ajfonika mam anioła. Seksowny, w podartych dżinsach, siedzi sobie z gołym torsem na krawędzi wieżowca.... Bo... Choć córka szwagierki namalowała mi anielicę jako mojego Anioła Stróża, wierzę, że mój Anioł Stróz jest seksownym młodzieńcem, wiecie, takie marzenie każdej kobiety i każdego geja.... No i lezę z tymi kijkami w stronę słońca, gdy wtem mija mnie rowerzysta, kaloryferek na kaloryferku, obcisły kostium, seksowne okularki i coś wrzeszczy. Jako że ja na wrzaski nie reaguje, a na dokładkę w słuchawkach leci "Breakfast of Tiffany" na full, to sobie myślę: zbok, na kubańska starą dupę leci.... A onże ogląda się do tyłu i macha łapą, trudno to opisać jak. Sobie myślę, coś zgubiłam... Oglądam się, a za mną o włos bryczka z końmi. Na chodniku, na trasie pieszo-rowerowej. O koniach mowy nie było. Jeżdżą z Lubonia do mojej wioski, na Stary Rynek. Uskoczyłam w ostatniej chwili. I nikt mi nie wytłumaczy, że anioły nie są seksownymi menami ;) Zwłaszcza mój osobisty Anioł Stróż... Kolejny, już nie mój, przemknął na rowerku, zostawiając za sobą kilometrowy zapach seksownych perfum, a potem jechała cała banda aniołów.... :) No co... Opisuję fakty.... Dobrą wybrałam porę na wędrówkę, bo teraz na zmianę słońce, deszcz, słońce, deszcz, burza....  I wiosna. Chce się żyć... Nieprawdaż?? Nawet bez okularów :D





No i poszła

... w świat. Z plecaczkiem i kijkami. Robota leży i kwiczy, a niech tam.

Zycie, kochanie, trwa tyle, co taniec...


piątek, 12 kwietnia 2013

Weekendowo

Lubię piątki, nieważne, czy pracuję, czy nie.

Udało się bezboleśnie zamknąć tt, zostaje jeszcze zasadniczy numer, ale moim zdaniem nie jest źle i lajtowo da się to zrobić.

Wlazłam po pracy do nowo otwartego Rossmanna, bo odkładałam zakupy chemiczne na tę okazję i ojapierdolę.

Obiecałam Dorze, że popatrzę za reklamą z jej córą, ale... nic nie było widać. Kłębiły się tam dzikie tłumy, nic z tego, co było tańsze i co chciałam kupić już nie było, półki ogołocone, kolejka do kas jak za komuny albo i gorzej, a smród, że dech zapierało, kasjerki z wypiekami i z szaleństwem w oczach, drzwi otwarte szeroko i ani kropli świeżego powietrza, pozostałe rzeczy droższe niż w normalnym Rossmannie, co najmniej o jakieś 3 zł... Wpadłam na Biurwę i grzecznie pytam, co z moim zaświadczeniem, a ona na to, że nie wie, czy w ogóle będzie... No nic, we wtorek się tam wybiorę, a potem będę polowała na prezesa... Ojapierdolę.

A rano pojechałam do ZUS. Byłam za minutę ósma, ale pełna kultura, nie trzeba moknąć na deszczu, już otwarte. W holu drepce podenerwowany tłumek z papierami w łapach, automaty wydające numerki wyglądają jak członkowie Klu-Klux-Klanu, na monitorkach mają kapturki, w przegródkach krzątają się ZUS-owskie urzędniczki, hasta maniana, luz blues.  Z wybiciem ósmej ochroniarz żwawo zrywa kapturki z monitorków i dziki tłum rzuca się na numerki, a ja powoli sunę do lady, gdzie jest biuro podawcze, ale ubiega mnie z pięć osób. No nic, postoję. Dochodzę, a pani czytając pismo, zamiast pierdalnąć pieczątkę rzecze: " A może pani pójdzie do informacji i od razu się dowie, bo to śmieszne, co pani pisze". Wiem, śmieszne się upominać o 3 zł, ale... chytra jestem. Primo po pierwsze, nie mam ze sobą tych papierów. Primo po drugie, do informacji kłębi się już niezły ogonek. A primo po trzecie: chcę, kurwa, mieć to na piśmie i chcę, żeby zusowskie urzędasy miały robotę!!!!! Spojrzałam omdlewającym wzrokiem i rzekłam w te słowa: nie, dziękuję, oddam pismo, śpieszę się do pracy i nie mam czasu na stanie w kolejkach.

I poszłam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w strugach wiosennego deszczu, pachnącego wiosennym deszczem i spalinami.

W pracy byłam pół godziny przed terminem, a potem to już wiadomo...

Wracając kupiłam mięso, więc jutro mam pół godziny więcej, bo nie będę kolędować u rzeźnika.

I mam marzenie.

Chcę posadzić jutro bratki... Pranie wylewa się z kosza, a śmieci z toreb i z kubełka.

Podłoga w kuchni zajechana na amen...

Będzie się działo :D

czwartek, 11 kwietnia 2013

Życie, kochanie, trwa tyle co taniec

Dziś pracowałam, może nie jak prawdziwy mrówek, ale większość dnia przepracowałam. Zdążyłam też napisać pismo do ZUS, mam zamiar jutro je zanieść, niech oddają, złodzieje jedne, moje 3 złote, do spółdzielni takoż, kłaniając się czapką do ziemi, żeby pozwolili okna wymienić, choć wg przepisów powinni to sami zrobić.
Życie jest nieprzepisowe.
Co dobitnie pokazał film, jakiego dawno już nie oglądałam, po sznurkach ktoś polecił gdzieś i... jako że jestem fanką Downton Abbey, skusiłam się.

Albert Nobbs.

Dech zapiera.

Nie popłakałam się tylko dlatego, że... wiem jak życie potrafi kopać w dupę.
Ale...
Cieszę się, że żyję teraz i nie muszę nic ukrywać, niczego się wstydzić i jak spotkam miłą kobietę (istnieją miłe kobiety???) to mogę z nią zamieszkać i nie patrzyć, czy się to komuś spodoba czy nie... :)

Żartuję, ale moje czasy są na tyle OK, że nie muszę się ukrywać, żeby coś osiągnąć...

Co nie zmienia faktu, że film jest perełką i polecam. Można ściągnąć z pirata i są napisy.



środa, 10 kwietnia 2013

Trzy po trzy

Jestem zmęczona jak koń po westernie, a skorekciłam dzisiaj jedną (słownie: jedną stronę). Bo tylko jedną dostałam. Poszłam nawet sprawdzić, czy czasem poczta nie padła, ale nie padła. No to za niedługo będzie się działo, nieprawdaż?? I znów zamęczą Starą Jędzę na śmierć, a potem Wielki Pan Profesor będzie się wyżywał, podniecał i miamlał, że błąd jest, o, błąd jest i on go znalazł. A kij mu w oko, a może w dupę?? Bo obrączkę nosi ;)
Zmorka tyle lamenci o pralce, a ja widzę, że moja szufladka cokolwiek nieświeża i wymaga kąpieli w ACE, ale nie umiem jej wyciągnąć... Nie kombinuję, złamię coś i będzie dupa.
Z braku innego zajęcia połaziłam po sznurkach i widzę, że nie tylko ja mam problemy z rzeczami, które diabeł ogonem nakrywa, choć na bank wiem, że są. Pocieszyło mnie to nieco.
Pisma ze spółdzielni nie było w szparze unijnej, ale nie będę darła szat, rozedrę je w przyszłym tygodniu. Była za to waloryzacja z ZUS i co ja pacze??? Okradli mnie, bezczelnie, na 3 zł. W zeszłym miesiącu, jak waloryzowali, końcówka była 5,35. Dzisiaj rano sprawdzałam stan konta i co ja paczę? Jest renta, końcówka 2,35. Nie chciało mi się lecieć w dół i sprawdzać, ale wydawało mi się, że to za mało, że było 5,35 w zeszłym miesiącu. Nie jestem aż tak dokładna przy finansach, żeby się zabijac o 3 złote, zresztą myślałam rano, że mi się przywidziało. Zapłaciłam tylko za neta (przypadkowo znalazłam fakturę providera... w spamie, coś mnie tknęło, żeby tam wejść!!!) i zamknęłam bank. Żeby nie to pismo dziś, to bym nie zauważyła nawet, ale tak??? O nie, zaraz jutro wysmażę epistołę do ZUS, zażyczę sobie na dokładkę przeliczenia renty jeszcze raz na podstawie zaświadczenia o zarobkach z zakładu pracy (wysłali w lutym) i zwrócenia rzeczonych 3 złotych, mogą być z następną rentą, a co?? I myślę, czy powinni odsetki zapłacić??? Bo jak ja zarobek przekroczę o 10 groszy, to mi po bandzie i po kieszeni jadą i muszę zwracać, a jak oni mnie okradają to OK??? 3 złote rocznie to 36 zł w sumie, a to już jest pieniądz. Niech tak nakantolą na wielu kontach to jakie to kwoty idą?? A może ktoś w ZUS sobie dorabia w ten sposób?? Nie popuszczę. Popiszę w pracy i wydrukuję, bo ręcznie to bym zwariowała, a teraz już mi się nic nie chce. Zresztą mam 14 dni na protest. I żeby nie było, że za znaczek więcej zapłacę, ZUS mam po drodze do pracy, wstąpię, oddam w biurze podawczym, sieciówkę mam, więc nieważne ile przesiadek, a co tłustą dupę ruszę, to moje.
Kilka osób reklamowało, że nie ma bloga.
Nie chcę włączać, poczekam.
I dziewczyny pogłupiały, będę miała 2 naparstki znów. Od Renaty i od małejczarnej... Jeden z Gibraltaru, drugi nie wiem skąd... :) Dobrze, że Inżynier półeczek nie wywalił, po remoncie powieszę :D :)
I chyba muszę zacząć podróżować, bo moich naparstków coraz mniej jest :D

Update

Skończyła się dobra passa, mam prawie 400 zł niedopłaty do czynszu, czyli nici w tym roku z niepłacenia przez 2 miesiące. No trudno, życie. Mam nadzieję, że po wstawieniu lepszych okien za ciepło chociaz, tu było najwiecej niedoplaty - ponad 300 zł, a i zima była ciężka, mroźna w ubiegłym roku - opłata spadnie. Woda to już pikuś, choć tylko ja myślę o zakręcaniu. Nieważne, będę żyła :D Inna para kaloszy, że w zeszłym roku miałam 2 czynsze nadpłaty i obniżyli mi stawki, to też się nałożyło na wszystko. Tragedii nie ma, poradzę sobie :D 
Ściągnęłam program, muszę jeszcze PIT rozliczyć, nie chce mi się!!!!!! Mam nadzieję, że chociaż tu wyjdę na zero.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pierwsza spokojna noc

Spałam snem sprawiedliwego do 6.30, z trudem się wygrzebałam, ale nic to.
W pracy spokojnie, tylko wice ma pierdalca, kazał mi korekcić stare reklamy, a jak skorekciłam, to powiedział, że to nie są błędy, jak były. Kij mu w oko, bo w dupę by jeszcze przyjemność miał...
Wczoraj Inżynier się grzecznie zameldował, ale był zmarnowany jak nieboskie stworzenie.
A dziś gadając z koleżanką w pracy dowiedziałam się, że ma stolarza godnego polecenia, choć wolno pracującego i zapyta go, czy by u mnie nie zrobił szaf i półek. I nie będę już rzeczy ani zabawek wyrzucała, ona zabierze do domu dziecka. I dobrze, bo parę fajnych ciuchów jeszcze ocalało i szkoda je wyrzucać na śmietnik.
I tak wtorek, wtorek i po wtorku, a jutro już środa. Nieiwele zrobione, jazda dopiero się zacznie... :)
Nic to...

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Gdy mi Ciebie zabraknie

Sponsoruje dzisiejszy dzień. Niehalo się czuję,  z jednej strony ulga, że Inżynier wyjechał i spokój jest nocami, z drugiej serce pęka na tysiące kawałków, że nie będzie rano sublokatora i szczecinki wystającej spod kordełki, że nie będzie można dopaść i po szorstkim łapą przejechać.
Boli...

Ale nic to, żyć trzeba i uśmiechać się, udając, że wszystko gra, śpiewa i tańczy.
Najwcześniej zjedzie we wrześniu, bo koleżanka Dziewczyny wychodzi za mąż. Już się postawiłam na jeża, bo... Co mi to za wizyta, jak będę miała Dziewczynę na dokładkę. Mieliśmy wybrać meble. Razem. Nie chcę z Dziewczyną, niech ze złota będzie, nie chcę. Powiedziałam to wprost, że jak coś, sama wszystko załatwię, nawet meble skręcę. To miało być moje, a nie że doradztwo podatkowe jest. Nic to.
Doleciał, jeszcze musi do Sroczego Zaułka dojechać, załatwił jeszcze rzutem na taśmę Biurwę stawiającą opór, mają zaświadczenie wrzucić do szpary unijnej. I makaron do rosołu ugotował, ale też zostawił dwa napoczęte kartony soku i jestem opita jak bąk. Zasadniczo nie pijam tych kupnych cudów, ale goście na mój sok kręcą nosem, domagając się kupnego, zostaję z litrami soku...
Nic to.

W pracy chodzili koło mnie jak wokół chorego :) Żeby broń buk liściasty nie uciekła :D I była trzygodzinna nasiadówka z profesorem - gawędziarzem erotomanem, który w kółko pieprzył kotka bez pomocy młotka, co się nazywa podnoszeniem poziomu pracy. Ojaciepierdolę, o wykresie, na który żaden normalny czytelnik nie zwróci uwagi pieprzył pół godziny. I tak dookoła Macieju, a Boss wciąż rękami "time, time" robił i da capo all fine. Profesor głos ma donośny, delektuje się nim i po 3 godzinach miałam dość i byłam gotowa każdego gołymi ręcami udusić.
Nic to.

Wróciłam do pracy, a Boss mnie znów dorwał do szukania tytułu nowego pisma, bo niemiecki, na którym się wzorujemy jest nieprzetłumaczalny. Miałam ochotę rzucić "Wszystkie koty za płoty" i jedyne co mnie trzymało przy życiu, to zabawka, jaka miał facet - coś jak kompik, pisał po tym wskaźnikiem, dawało to różne czcionki i wyświetlało obraz na  ścianie :D  Będę musiała Inżyniera przy okazji pomęczyć...
Nic to.

Wracam do pokoju, SMS od Pierworodnego: standardowy: wejdzie mama na skype'a?? Nerwy mi puściły, ale nic to. W domu włączam Skype'a i huzia na Józia, a co??? Wydarłam się, jak stare kalesony na płocie, bo znów kręcił z głupią miną o tym nieszczęsnym dowodzie, że może w grudniu po południu, więc rozwyłam się, że jak on coś potrzebował, to na tacy dostawał, że sami z żoną życzył mi w Wigilię łatwego remontu i takie tam. Zamilkł, Mała Wiedźma też, bo gdy ją prosiliśmy o 5 minut spokoju, wrzeszczała jeszcze głośniej, podtykając pod kamerkę kolejny pierdyliard nowych zabawek, kupili jej chyba 5 wielkich poduszek z jakimiś stworami i odtwarzacz muzyki ze słuchawkami i kolejną huśtawkę, ojapierdolę. Rozwyłam się tak, że zamilkł i obiecał, że w piatek pojedzie do Londynu. No to rozwyłam się jeszcze bardziej... Na to jego Żona: o, to mi się podoba, kocham cię, że go do pionu stawiasz. Nie musiałabym, gdyby ona głupia nie była, a mówiłam jej na początku: podpisz ze mną pakt, bo to ciężki przypadek. Chciała po swojemu, ma, się nie wtrącam, ale swoje egzekwuję. Ten mi mydli, że przyleci z Małą Wiedźmą, a ja na to: veto. Mam rozebrane łóżko, stoją metalowe rury, kartony, coś jej na łeb zleci i nieszczęście gotowe. Zresztą on ma posprzątać swoje skarby. Musi z nią przyjechać, bo żona ma już cały urlop zabukowany. Nosz, kurwa, wiedziała, że mam remont, że są sprawy do załatwienia, ciekawe, gdzie na cały miesiąc dupę wywiezie. Bo do mnie nie. I już: że w lipcu albo sierpniu do mnie na urlop wlecą. Po moim trupie.
Nic to.

Nic, tylko się pochlastać, ale żyletka tępa, będzie bolało.
Sznurka szkoda, zresztą nie mam haka, który by mnie utrzymał.
Kurwa mać.
Nic to.















Update

Znalazłam


http://www.sony.pl/product/vn-duo/tab/overview

niedziela, 7 kwietnia 2013

Wreszcie przyszła, paskudnica

Słońce świeciło tak, że nie miałam litości dla biednego Inżyniera, wykopałam go z chaty długo przed czasem i...
Poszliśmy nad Wartę, gdzie jebnęłam mu sweet focie, ale jak wiadomo, nie publikujemy sweet foci Inżyniera, dlatego w ramach rekompensaty sweet focia ostatniej budy Inżyniera






Prawda, że pikna?? Prawie tak pikna, jak Inżynier...

A Warta już wiosennie płynie




Na brzegach leżą ludzie, nie wiadomo, czy to piwko, czy grzeją zmarznięte kości, a może  już piegi opalają??






Mniej zdesperowani spacerują.

Latarnik uparcie gasi ostatnią gazową latarnię w mojej wiosce, nie zważając na to, że niedziela jest...

No i lato, lato wszędzie....






Niebo wiosenne.


I zimy już resztki, naprawdę resztki, blehhh....








Na dziedzińcu byłej pracy Sikory szaleje wiosenne słońce i słoń też wariuje...

 Nieopodal wyrastających szybko pieścichłopów leży żubr, ciekawe, spił się, czy grzeje się?? Jak wiadomo, ciepłe piwo i spocone kobiety to zgroza, ale tej wiosny można wszystko wybaczyć, każdy odchył...






I jeszcze krótkie czekanie w Manekinie na wolny stolik, a potem na kobiety i... to było fajne popołudnie.
Zgodnie doszliśmy do wniosku z Kuzynką Inżyniera, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to w Photoshopie...
Z nowych pierdół: kolejny wnuk mojej Teściowej okazał się gejem. Taki najmniej - po moich dzieciach - lubiany, ale zawsze wnuk. Biedna babcia w zaświatach spokoju nie ma...
Ale sama sobie wykrakała, bo los jest mściwy...

Nie, żeby mi Jej było żal, ale przypominają mi się nasze wieczne kłótnie, chociażby o polskość. Wściekła była, jak mówiłam, że nigdy nie wiadomo, czy nie ma domieszki krwi żydowskiej, bo i kiedyś zdarzały się zdrady małżeńskie, a nie wszystkie wychodziły na jaw, a jak wiadomo, Żydzi to dobrzy kochankowie ;) Piany na ustach dostawała, argumentując, że jej rodzina "ma papiery".
Ja też mam, bardzo dużo papierów i będę miała mnóstwo roboty z wyrzucaniem makulatury :)

I już jutro Inżynier wraca do siebie, ja do pracy i koniec balu, panno Lalu...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...












To ostatnia niedziela

wiec nie zaluj jej dla mnie, spojrzyj czule dzis na mnie ostatni raz... :)
Tak mi po glowie chodzi to przedwojenne tango, choc mam nadzieje na wiele jeszcze niedziel.
Mlodziez odsypia wciaz szalenstwo sobotniej nocy, a ja laptopuje, dlatemu nie ma polskich znakow...
Dzis ma wpasc rowiesniczka Inzyniera, jego kuzynka, ta od Mojego Aniolka, z nowym Aniolkiem dla Sikorki, ale nowego bede mogla pokazac dopiero w maju, bo Sikora tez tu wlatuje, a to ma byc niespodzianka, w tym sensie, ze nie wie, co namalowane, bo sobie taki prezent zamowila, wiec wie, ze dostanie :)
Myslac, jako ze mysliwym (znaczy sie, Strzelcem) jestem, intensywnie, podczas robienia biznesplanu i kosztorysu remontowego, wloczac sie po necie, nie spiac w nocy wpadlam na pomysl, ktory Inzynier zaakceptowal (a to najwazniejsze)... Mieszkanie male jest i zagracone i najwiekszym problemem jest przesuwanie mebli, jako ze do kladzenia podlog praktycznie wszystko powinno byc wyniesione, a nie ma jak!!!! Najgorszy problem ze sprzetem TV, bo odbiornik ogromniasty i tak ciezki, ze nawet Inzynier cwiczacy na silowni nie podniesie go sam... I gdzie to wstawic, jak w malym pokoju ledwo sie sama mieszcze (watpie, czy zrzuce tyle kilo, zeby zrobic miejsce dla TV)... Juz gospodarskim okiem, z bolem w sercu przejrzalam, co pojdzie do smietnika (gromadzone latami przydasie), wspomnienia zapachow i takie tam pierdoly, artystyczne bukiety (zrobie nowe), mam nadzieje, ze kurzolapy z naparstkami zmieszcza sie do jednego pudla, no ale co ze sprzetem.
I tu... eureka.
Nie wiem jeszcze, czy dam to do self storage (hmmm... takie komorki, jak w amerykanskim filmie do wynajecia, bo weszlismy do Europy i w mojej wiosce takie komorki sa, a dzieki debetowi bede miala na wynajem), czy tez do magazynu do firmy przeprowadzkowej, bo i one taka usluge oferuja. A calosc zapakuje i wywiezie firma, bo nie bede robic wsrod znajomych i krewnych krolika lapanki na transport i tragarzy. Zaplace i koniec, czasem to taniej wychodzi, jak "wieczna wdziecznosc". I w tym momencie otwiera mi sie noz w kieszeni i chyba laleczke voo doo zrobie, jak mysle o moim sasiedzie... Zostawilismy w nieuzywanej wozkarni kartony od calego sprzetu TV i styropian od niego, nikomu to nie wadzilo, jemu tak. Zorganizowal w spoldzielni akcje: czyscimy komorki przeciwpozarowo i wywalil mi wszystko. Nie moglam tego zniesc do piwnicy, bo nie mam takowej. Na moja niesmiala uwage, ze to moze sie przydac w razie transportu sprzetu rzekl lekcewazaco: wyprowadz sie pani?? Nie... A na moja uwage, ze naprawa lub cus, zasmial sie i mowi: naprawa?? Jaka naprawa. Idziemy do marketu i kupujemy nowe. Gownozjad. Idzie do marketu i kupuje za kilka stow, co mu sie zaraz sypie. A ja, kurwa, kupuje sprzet dobry jakosciowo, drogi, dzialajacy lata!!! Przez 30 lat mialam 3 odbiorniki TV, nie liczac malego czarno-bialego turystycznego!!!! Pierwszy wywalilismy, bo zmienial sie PAL na SECAM, czy na odwrot. Drugi wyladowal wlasnie na smietniku w stanie "nowka niesmigana" - nie byl nigdy naprawiany, a gral jak zloto. A trzeci stoi na komodzie i gra jak mistrz, choc ma juz co najmniej 10 lat... I te wszystkie LCD i cuda wianki z marketu moga sie schowac. Nie wiem, czy przetrzyma transport bez oryginalnych opakowan, ale musze zaryzykowac, nie mam wyjscia, bo przestawiany w domu z kata w kat tez moze pasc. Czy przezyl, dowiem sie, jak po remoncie wpadnie Inzynier i podlaczy to ustrojstwo, bo akcja odlaczania polegala na fotografowaniu gniazd i opisywaniu who is who... Pierdyliard kabelkow blog wi do czego :)
I to jest moj genialny plan. Jak usune te zawalidrogi, to przerzucanie reszty z pomoca ofiar z lapanki do przenoszenia powinno mi sie udac.
A jesli latajac zgubie pare kilo, to super.
I pozostaje jeszcze kwestia mebli.
Moze ktos z czytaczy cos poleci?? Zabudowa na wymiar?? Ikea?? Bo Sikor odradza Ikee, mowiac, ze drozej jak na zamowienie.
Pierwszy raz w zyciu (zawsze jest ten pierwszy raz) bede kupowac meble nie jak leci, czy biorac to co komus zbedne, ale do mieszkania. Bo i wybor jest i cene mozna dopasowac.
No nic, zobaczymy, ale plan jest madry, nieprawdaz?? :)

sobota, 6 kwietnia 2013

Piątek nie świątek

Nie załatwiliśmy nic w spółdzielni, bo Biurwa miała wolne, będzie w poniedziałek. Inżynier zaofiarował  się, że przed wyjazdem na lotnisko wleci do spółdzielni. Może nabierze ją na swoje oczy kota ze Shreka??
A potem się rozkręciliśmy i pooooooszło...
Sąsiedzi napatrzyć się nie mogli na zapełnianie śmietnika.
Samych klawiatur wywaliłam słownie: trzy, nie licząc miliarda myszek, słuchawek i innych śmieci elektronicznych, spinaczy, długopisów, tony papieru, telefonów znaleźliśmy kilka, w tym jeden, w którym bateria... wybuchła...


Tak się sam telefon "otworzył". Baterie, niektóre już sikające, ołówki, drobne... Inżynier znałazł też kopertę, w której była niezła suma funtów, a o której zupełnie zapomniał. A ja głupia też ;)  Dobrze, że mam maniacki zwyczaj zaglądania do każedej koperty, nawet pozornie pustej, bo wylądowałoby to w śmietniku... Wynieśliśmy tym razem na śmietnik monitorek komputerowy, który dłużej czekał na amatora, ale też go znalazł. Nic w przyrodzie nie ginie.
I tym sposobem zostały tylko pierdyliardy przydasiów po Pierworodnym, ale to będzie ciężki orzech do zgryzienia.
W międzyczasie wpadł Eks... Po instrukcję obsługi kalkulatora, no comment, ale moje nerwy powoli puszczają.
Spałam do 2.30, a Inżynier wciąż się szlajał, więc ślę krótkiego, treściwego SMS wołając go po imieniu. I nic, głucha cisza, no to spać już nie mogłam. Po godzinie SMS: odwożę Dziewczynę, zaraz wrócę. Nalegam: taksówką. Oczywiście, odpowiada grzeczne dziecię. Za chwilę: tylko coś zjem. Grożę szlabanem i kuszę jajecznicą, ale gdzie tam. Później SMS: złapałem autobus... Ojaciepierdolę... Dotarł do domu o 4, w całości i nawet niezmasakrowany mocno, no ale mój słodki sen poszedł w siną dal...
Dziś się byczymy, ma jeszcze zdemontować TV, głośniki z sufitu, odłączyć całe ustrojstwo.
Bo... Wymyśliłam chytry plan na remont...
Ale o tym w następnych odcinkach serialu, w końcu dbam o Barana, musi mieć co czytać, a długich tekstów nie lubi :)

A rano znów pada śnieg, pada śnieg...
Ojapierdolę.
Miłego dnia.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Jak kolęda, to kolęda

Wypisali zaświadczenie w spółdzielni, ale nie do końca. Pani w PKO przejęta faktem, że nie może mi od razu kasy przelać w ustawowym terminie kazała nie dać się Biurwie (w końcu płaci jej pani pensję - co fakt, to fakt) i choć książeczka na mnie już przepisana, jutro kolędy ciąg dalszy z prośbą o odpowiednie zaświadczenie. Ojapierdolę, będzie się działo :D :) Pani była też tak miła, że powiedziała, że mnie zapamięta i nie będzie dzwonić w razie czego, tylko wyśle SMS. Są Urzędniczki i są Biurwy...
I tak gawędząc zjechałam z Inżynierem pół miasta, pozbyłam się kolejnych 70 zł. Kolega Inżyniera dotrzymał słowa, kupił mi na Alledrogo doładowanie i dzięki temu mam już wszędzie Internet. I to za nieduże w sumie pieniądze, nie muszę wysyłać SMS, mogę wysłać wiadomość na FB. Jeśli nie będę oglądała w mieście You Toube i filmów, powinno mi to spokojnie na co najmniej rok starczyć. Super... Czyli jestem wyajfoniona na maksa.
Ostatnim rzutem na taśmę przypomniałam sobie, że musimy wystawić śmieci wielkogabarytowe, bo jutro je wywożą za darmo, ale nie wiadomo o której. Mieliśmy do wyrzucenia dwa telewizory, jeden, całkiem sprawny i na chodzie kolorowy, dobra marka, bo SONY, nie zepsuł się nigdy, stał u Inżyniera, odkąd kupiliśmy ostatni telewizor. A drugi, czarno-biały, turystyczny,  robił u nas lata całe za głośnik, bo gdy wkładałam słuchawki, blokowałam dźwięk, żebym miała do mojego słuchu - i tak lata całe ciągnęliśmy... Od dawna stał na szafie, nieużywany, raz do roku ocierałam go z kurzu. Ponieważ przed remontem pozbywamy się rzeczy, z których nie korzystamy, a nawet SONY nie był włączany od wyjazdu Inżyniera, a teraz w ogóle nie mamy TV, nie mam też piwnicy, gdzie mogłabym go wstawić i stwarzać zagrożenie pożarowe, z bólem serca zanieśliśmy na śmietnik. I mówię do Inżyniera: postaw pod daszkiem, bo szkoda. Nakleiliśmy kartkę 100 procent sprawny, przykleiliśmy taśmą dwustronna pilota i... :) 15 minut później wynosiłam śmieci i żadnego odbiornika już nie było. Niech nowemu właścicielowi dobrze służą :D :)
A Pierworodny tłumaczy mi, że "taki odbiornik to obciach, wszyscy mają płaskie i LCD". Widocznie nie wszyscy mają i jeżeli komuś się taki chociaż na działkę przyda, to super. Zostałam z jednym z ostatnich modeli SONY, nie jestem w stanie nawet tego kolosa unieść, kolory ma lepsze od tych nowych wypasionych. Może kiedyś zechcę na tym filmy oglądać?? Mam podłączony do kompa, ale wolę kompika... :)
I tak się to wszystko kręci...
W autobusie rozmawiałam z sąsiadką z bloku i okazuje się, że nasza spółdzielnia to niezłe zajoby robi...
No nic, muszę jeszcze napisać podanie o pozwolenie na wymianę okien.
Będzie się działo...

środa, 3 kwietnia 2013

Hej kolęda, kolęda...

Kolęduję.
Wczoraj Kolega Inżyniera wspólnie z nim rozebrali łóżko piętrowe, i tak, Zmorko, nie zaznasz już kołysania pod sufitem, niestety. Ale zostaną Ci miłe wspomnienia :D
Nakarmiłam chłopaków, piwkiem podlałam, skończyliśmy obiadowanie i wpadł Eks. Nie wierząc w moją gościnność wpadł z osobistym bochenkiem chleba, sałatką jednak nie pogardzil, choć obiadu odmówił stanowczo. Po raz setny upomniał się o suwak logarytmiczny, zgarnął wszystkie czynne i nieczynne kalkulatory, zamienił parę słów z Kolegą Inżyniera na temat znaczenia sinusów i cosinusów, spytał Inżyniera kiedy się żeni i tyle go widzieli... I dobrze.
Inżynier poszedł w świat, a ja oglądałam filmy.
Dziś pojechaliśmy do PKO, gdzie przemiła pani próbowała przepisać na mnie książeczkę mieszkaniową. Próbowała, bowiem nie mieliśmy... aktu urodzenia Inżyniera. Nie wystarczą dowody osobiste, "bo wiedzą Państwo, jest wielu ludzi o tym samym imieniu i nazwisku"... Tak się składa, że Inżynier ma niespotykane imię, a ja mam rzadką i długą kombinację imion i nazwisk. Ale mniejsza o to, pani była przemiła i poinformowała, że jak przyniosę ze spółdzielni zaświadczenie, że spółdzienia coś remontowała z funduszu remontowego, to w ciągu 15 dni przeleją mi gotówkę z książeczki i nie będę musiała wykładać forsy na okna i latać z fakturami do PKO. Super.
Pojechaliśmy więc na Libelta, do urzędu, gdzie straciliśmy godzinę i 44 zł, plus 2,50 na długopisy (mam w domu milion pińcest długopisów, ale przy sobie nie noszę, a urzędowe były okupowane i zajęte), cierpliwość i stałam się dumną posiadaczką dwóch aktów urodzenia, stwierdzających, że jestem prawowitą, jedyną i nieodrodną matką moich dwóch wspaniałych chłopaków. W międzyczasie, Inżynier, nieświadom, że nie wiem, że Pierworodny, który ma przylecieć do PL odebrać paszport, bo stary miał przeterminowany, zgubił dowód osobisty, poinformował mnie o tym fakcie, dzięki czemu wiem, dlaczego wciąż mówi, że nie wie, kiedy przyleci :| Na moje pytania odpowiadał, że nie wie, kiedy dostanie urlop... I znów kłamstwo. Znając go, zakładałam, że prędzej czy później zgubi jakiś dokument, a wystarczyło powiedzieć. Teraz musi czekać na tymczasowy paszport, żeby móc przylecieć odebrać paszport i wyrobić nowy dowód. Ojapierdolę. A zależy mi na czasie, bo... okazało się, że niepotrzebnie martwię się o remont, kasy z obu książeczek starczy na całość, i nie muszę się martwić.
Odebrawszy akty urodzenia chłopaków, pojechaliśmy do spółdzielni. W dziale członkowskim, gdzie pracuje Biurwa (i dlatego sprzeczałam się z Inżynierem, że wolę faktury i poczekać na kasę, jak iść do spółdzielni) zrobili kwadratowe oczy, a Biurwa dodatkowo z piorunami i kazali nam iść do Prezesa. Gabinetu Prezesa własnym cycem broniła sekretarka, która najpierw kazała nam wyłuszczyć, co chcemy od Prezesa, a potem kazała nam iść do Prezesa :) Prezes słucha i słucha, nasłuchać się nie może, i chociaż Inżynier wykładał mu kawę na ławę, jak czekista czekiście, Prezes mówiąc, że chce nam z duszy serca pomóc, dalej nie rozumiał o co lotto... Dopiero gdy zmęczona na maksa Stara Jędza podsunęła mu pierdyliard kartek z PKO z zakreślonym paragrafem  (przez uprzejmą Panią z PKO), napisanym językiem urzędowym Prezesa olśniło i rzekł: skoro możemy Państwu pomóc, a możemy, proszę przyjść w przyszłym tygodniu po zaświadczenie. Na nieśmiałe słowa Inżyniera, że jego już nie będzie, uśmiechnął się i kazał przyjść jutro o 13. Zawołał Biurwę, która potwierdziła, że wie, że Stara Jędza ma jak ma, kazał jej kserować (Biurwie, nie SJ) pismo z PKO. Nie wiedzieli, że takie coś jest, bo spółdzielnia jest już zamknięta i nikt nie likwiduje książeczek. Czekamy, aż Biurwa skonczy kserować i mówimy, że  wlecimy po pismo jutro, a Biurwa na to głosem mdlejącego łabędzia, że ona nic o żadnym piśmie nie wie. Ojaciepierdole.
Wychodzimy, a Inżynier rzecze w te słowa: nie dziwię się, że mama nie chciała iść do spółdzielni... Ano...
Jutro bojów ciąg dalszy.
Lat temu parę, będąwszy zasilona zastrzykiem gotówki wpłaciłam wpisowe do rzeczonej spóldzielni, choć Biurwa starała się mnie od tego odwieść, tłumacząc, że po co, że skoro Eks jest to mi się należy jak psu zupa, jak on umrze. Wahałam się, bo dla mnie 600 zł to dużo, ale wpłaciłam i dziś cieszę się, że nie skąpiłam.
Miała rację moja Mama, powtarzając: kupuj drogo, boś biedna i jeden mądry człek, który mi kiedyś rzekł: żeby zyskać, trzeba najpierw stracić...
Czyli w sumie operacja REMONT jest w klockach startowych.
Dobrze, że Inżynier wziął parę dni urlopu i ja takoż.
Umarlaki muszą poczekać, pojadę do nich sama.
Mam nadzieję, że wybaczą.
I o ile Korea nie rozpęta piekła na skalę światową, REMONT nadchodzi wielkimi krokami...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Święta, święta i po świętach

Przeżyłam jakoś tę Gwiazkową Wielkanoc w miłym towarzystwie i bez większych konsekwencji.
Poszliśmy z Inżynierem do święconki i  proboszcz, którego znam od dzieciństwa, bo w rodzinnej miejscowości jako wikary przyjmował mnie do Komunii, święcąc pokarmy rzekł, że takiej scenerii śwuęconkowej nie pamięta.
Potem chyżo pobieżyliśmy do Biedronki, gdzie Inżynier uzupełnił zapasy alkoholu.
Następnie pojechaliśmy "do miasta", a tam upał i wiosna. Żałowałam, że nie założylam półbutów, bo w kozakach nogi miałam jak dwa balerony, a co nieco połazilismy...



Kwitnęły stokrotki...

Zajączki kicały bez szalików i czapeczek...




Barankom też nie było zimno....





I nawet laleczki niespecjalnie zimowo były ubrane (jak ten tenisówkowy Inżynier)... Oblecieliśmy po kawce Stary Rynek dwa razy dookoła, a pod Chatką Babuni czekała na nas Dziewczyna Inżyniera, która miała się spóźnić, ale się nie spóźniła. Piwa nie wypiliśmy, bo knajpka dalej nie na koncesji na alkohol, ale zjedliśmy pyszny obiad za grosze...

I ruszyliśmy do 


Brovarii, oczywiście, a gdzieżby, gdzie







Bawiliśmy się znakomicie do późnej nocy....



Dziewczyna Inżyniera jest przemiła i przesympatyczna, prawie równie wyszczekana, jak SJ, więc biedak niewiele miał do gadania, siedział i słuchał, a nam się mordy nie zamykały...

W niedzielę przyjechała Dziewczyna Inżyniera i Sikorka z Sikorem i znów sobie gadaliśmy, ale jeść za bardzo nikt nie chciał, bo wszyscy albo na diecie, albo przeżarci, nie że SJ niedobrze przygotowała, bo schab ze Zmorczego przepisu zrobił furorę i zeżarłi cały :D :)

W poniedziałek Inżynier dzielnie przedarł się przez zamieć w tenisówkach i okazało się, że rodzice Jego Dziewczyny nie są tacy straszni, jak ich malowała, posiedział tam do późna, w międzyczasie wleciały do nas jeszcze raz Sikory, a później SJ klapnęła przed komputerkiem i obżerając się niemiłosiernie zaliczała kolejne odcinki seriali.
Dziś przyjdzie za niedługo kolega Inżyniera i będziemy rozkręcali łóżko pietrowe. Będzie się działo...
I tym prostym sposobem przeżyłam kolejne święta, ale tydzień będzie ciężki, bo wieczorami Inżynier emigruje :(
No nic, taki los Starej Jędzy...