Wczoraj było zwariowane, bo po porannej pogawędce z Pierworodnym uświadomiłam sobie, że teraz to już z remontem zupełnie nic nie wiadomo. I olśniło mnie, że znów mi się pokickały miesiące i na gwałt muszę mieć kartki. Więc zebrałam tłustą dupę w troki i poleciałam najpierw ze świeczuszką do wujka Mietka, a potem przez zalaną słońcem wioskę, gdzie nieco kasy zostawiłam w Empiku. Nieco ;) A na placu Wolności taki napis na murze i za cholerę nie wiem, jak mam go rozumieć??
Potem poleciałam w dół, ale nic szczególnego nie było do pstrykania, oprócz smoka, który się na mnie wykrzywił
Stary Rynek już w wiosennej odsłonie, ogródki są, a i ludzie coraz bardziej wiosenni...
Ciekawe, co biedne bratki przeskrobały, że je tak za kratki wciepli???
I co za prosię zrobiło to temu rowerkowi???
Potem wróciłam do domu, pogadałam z Inżynierem, wymęczywszy znów chłopaka i przerzuciłam się na Spartakusa, ostatnią serię.
A poniedziałek zaczął się nieziemsko. Jako że musiałam wysłać dziś te kartki koniecznie i bezapelacyjnie, a chciałam to zrobić PRZED pracą, żeby zyskać na czasie, poleciałam tuż przed ósmą na pocztę, z nadzieją, że nie będzie kolejki. Kolejka jednak była, zakręcona jak świński ogonek - same emerytki i emeryci, ojapierdolę, ludzie, na emeryturze nie możecie pospać?? Pomyślcie, że pracujący muszą coś PRZED pracą załatwić. Stało toto i pieprzyło (tak, wiem, też będę emerytką i jestem stara) i wszyscy karnie dzierżyli w ręku koperty z nadrukiem TESAT. Fuck, dziś 15, więc pewnie wszyscy rachunki płacili. Nastałam się w kolejce, przestępując z nogi na noge, bo to musieli okulary wyjąć, zdjąć te z nosa, założyć nowe... Niech mnie ktoś zarżnie, zanim dojdę do tej fazy. Z tym, że ja rachunki płacę w necie, a znaczka w necie nie kupię... Wyprysnęłam z poczty, wpadam pędem do piekarni, a w piekarni kolejny erotoman kupuje pieczywo: a to taka bułeczka, a to taki precelek, a może pani tamtą pokaże. Ojapierdolę... Ludzie, życie ucieka... Po drodze na Manhattanie złapałam bukiet pieścichłopów, 5 zł za 10 sztuk, umilają mi życie w pracy i aż się za mną kurzyło, tak leciałam na bimbę. I jedną ulicznicę znalazłam, co szczęście przyniosła (bo ja wariatka jestem i po grosz się schylam), bo na koncie wylądowała dziś jedna kasa, o której chłop nie wie. W poniedziałek, juuuupi :)
W pracy byłam za piętnaście dziewąta, niezła jestem ;)
Ryłam jak ten biedny mrówek zaorany, a słoneczko grzało plecki i miziało po nich, aż chciało się żyć...
I prysnąwszy do domu grzebię w szparze unijnej i co ja pacze?? Awizo. Dobrze, że mnie małaczarna uprzedziła, bo bym się znerwowała, ale tak wdrapawszy się na moje piętro (winda zastrajkowała), zrzuciwszy paltot, rączki, siusiu, rączki, woda, kijki w dłoń, awizo do plecaczka i lecę ci ja, cała mokra na pocztę. A tam kolejka jak świński ogonek... No nic. Stoję, przede mną gość za jakimi się nie oglądam, bo w moim wieku, a ja lubię tylko młode męskie piersi, ale... tak fajnie ogolony, że łapa swędziła do pogłaskania. Jak mój Ojciec, który zawsze miał twarz wygoloną jak dupa niemowlęcia, nie to, co dzisiejsi meni. Ale jako rozsądna kobieta przemogłam swoją zachciankę i katując kolejną pozycję z playlisty, karnie stoję w ogonku. A facet wyciąga coś z torebki, odrzuca otwartą torebkę do tyłu i tak stoi, a z niej wyziera mu portfel, dokumenty, karty... Tłok jest, myślę sobie, będzie heca, ktoś się nie bał i zajebał, a na moje konto pójdzie. I zatapiam w karku faceta jadowity Jędzowy wzrok, facet się odwraca, a ja grzecznie: przepraszam, ale lepiej żeby pan zamknął tę torebkę... I wykrzywiam się, a on zamiast się bać, pogawędkę zaczyna... Ojapierdolę, nie cierpię pogawędek w kolejkach. Wreszcie poszedł do okienka. Ale... nie załatwił nic, moja kolej. Sunę z awizem, a kobiałka: proszę na Bukową 8. Ja, że jak, co po co, a ona: tak jak tamten pan, bo nie mamy jeszcze przesyłek, są na Bukowej 8, zamykają o 18 (a było już 20 po), ale jeszcze jest tam listonosz (!) i wyda... Więc już nawet nie polemizując, odpaliłam motorek, lece pod ósemkę, a tam nieznajomy z kolejki błaga listonosza, żeby mu przesyłkę dał. Zakrzyczeliśmy biedaka i poszedł szukać, a za nami wpycha się pani z wózkiem i dzieckiem też po przesyłkę. Gość z przekąsem: kiedyś komputerów nie było, a poczta działała jak złoto... Dostaliśmy wszyscy swoje przesyłki, nawet mi dowodu nie sprawdzili, pogawędziliśmy jeszcze chwilę i dziarsko machając kijkami szurnęłam okrężną drogą do domu. I co ja pacze??
Dostałam - serdecznie dziękuję - od małejczarnej śliczną widokówkę (nazwę uciełam, bo nie wiem, czy chce, żeby było ją widać) z Jej rodzinnej miejscowości i kolejny naparstek do kolekcji, tym razem z Lublina :)
Pozwalam zazdrościć :)
I tym sposobem dzień minął mi jak mgnienie oka.
Pogoda letnia (latałam już bez paltotka i ciepło mi było).
A u mnie w chacie w wielkiej zgodzie egzystują Pani Zima i Panna Wiosna... :) Doszły do porozumienia...
Grzeczne dziewczynki :D :)