piątek, 24 października 2014

Wiedziałam

że z tego Sierściucha nic dobrego nie wyniknie i dlatego nie chciałam jechać.
Pal licho wydatki, nie moje pieniądze, gówno mi do tego.
Ale...
Wczoraj go przywieźli i zaczęła się jazda.
Najpierw Inżynier mi przysrał, że psuję mu humor.
Bo jak przysłał mi zdjęcia, to bezstronnie stwierdziłam, że robi z Sierściuchem to, co Pierworodny z Małą Wiedźmą, znaczy się, na dzień dobry widać, że Sierściuch ma więcej zabawek, jak ja włosów na głowie.
Jakoś się nie zająknął, kiedy pogadamy, a ma 3 dni wolnego.
Pierdolę, nie będę prosiła, ani nie będę czekała.
Już się naumiałam, olać.
Powiedział, że idzie na zasłużone piwo.
Zapytałam, czy da Sierściuchowi też i to okazało się obrazą majestatu.
Że fajerwerków nie puszczam.
Swoją drogą Star, pomysł z fajerwerkiem w dupie jest genialny, co by nie mówić :D
No to pa.
Dziś rano chyba spostrzegł, że przeholował, więc pisze.
Ale ja mam to w dupie.
Bez fajerwerków.
Nie odpisuję. Wali mnie to...
Wrzucił za to na FB film z sierściuchem i ojapierdolę.
Na laptopie siedzi. OK, ne mój laptop. Osobiście nie daję sprzętu dzieciom, nie dałabym też sierściuchom, Nie stać mnie na nowy, więc szanuję to, co mam. I nie sądzę, że będę się zachwycała, jak wlezie na moje. Cięzko na to pracowałam i mówię nie...
Zmorko, Ty chyba masz jakiegoś odmieńca, bo to jest rasowy Brytol, a lata prawie po suficie...
Z kanapy, przez którą przejeżdża jak Pendolino, skacze na tę swoją drapaczkę... i nazad... Niestrudzenie.
Oki, mi to rybka. Nie mój cyrk, nie moje pchły, jak ktoś chce mieć zrypane nowe meble, nie moja broszka. Do mojego domu też bym ich z Sierściuchem nie wzięła, chociaż to jest mój syn. Powiedziałabym nie, tak jak twardo mówiłam nie przez wszystkie lata, na wszystkie "chorowania na zwierzątka". Inżyniera dopiero miłość odmieniła, bo tak nic nie chciał i nie planował. Wiem, bo pytałam, podpuszczając, że teraz już może mieć zwierzę, ale odpowiadał: nie czuję potrzeby... Mi to, jak mówiłam, rybka, niech mają i stado w domu.
Ale...
Tu jest kot pogrzebany.
Umawialiśmy się na święta u Barana.
I tak chcę, bo od lat spędzam z Baranem Gwiazdkę, i to najmilsze, co mnie w roku spotyka.
Mieli dojechać, ale teraz nie wiem, jak to będzie. Wiem o tym od dawna, że chcą przyjechać na parę dni, u Barana jest miejsce i tak się umawialiśmy. Ale wiem też, choć Baran kazał mi trzymać gębę na kłódkę, że chcą przywieźć Sierściucha.
Kurwa.
Kurwa.
Kurwa.
Takie coś, co lata po meblach??? U Barana wszystko nówka nieśmigana i wycyckane na połysk. I wiem, ile go kosztowało urządzenie wszystkiego... Baran to dobry człowiek i jakby chciał mieć Osobistego Sierściucha czy innego Srajdę, to by miał.
Ale nie chce.
Tyle, że nie umie mówić nie i nie oparł się Shrekowym oczom Inżyniera, który niecnie sytuację wykorzystał.
I tu ja mówię stanowcze veto!!!!
Nie będzie Gwiazdki z Sierściuchem.
Zostając u Barana narażę się na sceny balkonowe: bo mama to... No i płacił za mój bilet, znaczy się, towar macany należy do macanta.
Jadąc do nich, zepsuję święta Baranowi, to wiem.
I dlatego myślę, że najlepsze było moje wyjście, że w tym roku nie jadę.
Zna ktoś lepsze rozwiązanie??
Ostatecznie zawsze mogę się pochlastać, co nie?? Zaczyna mi to po łysej głowie chodzić, bo za dużo tego dobrego jak na mnie.
Bez sensu wszystko...

I tak przeleżałam plackiem trzy dni, nawet chleb upiekłam, żeby tylko z domu nie wychodzić. Ddopiero dziś rano My Shadow się znudziło leżenie i kopnął mnie, polecieliśmy na Manhattan. I surprise, otworzyli sklep rybny, taki prawdziwy, jak kiedyś Centrala Rybna była :) I mieli karpie, wyfiletowane, a jakże. Zaszalałam, a kto biednemu zabroni??
Potem rozwlekając w czasie ograrnęłam wszystko, zatem weekend mam zamiar spędzić nieco aktywniej.
Tylko po co??
Bez sensu to wszystko...
Nie mam apetytu na życie.
Rzygam tym wszystkim...

Mam koleżankę, z która bardzo lubię się spotykać. Ale widzimy się rzadko. Bo ja do niej nie lubię jeździć, ma psa, który mnie bez ustanku oślinia, tka mi paszczę na talerz jak jem i inne takie. A ona do mnie nie przyjedzie, bo stanowczo mówię nie latającemu po całej chaupie bydlakowi... A tak go kocha, że nie może go na parę godzin zostawić (jak idzie do pracy, zostawia, nawet na 12)... Trudno. no comment...

poniedziałek, 20 października 2014

Ciulato

się tydzień zaczął, aczkolwiek później doszłam do tego,  że ciulatość może nie być prawdą. No nic, zobaczymy po 2 listopada.
Zamiast iść do domu, wylądowałam na 3-godzinnym zebraniu z serii "pierdol, pierdol, ja posłucham", bo nijak nie miało to odniesienia do mojej osoby i pracy, ale że ostatnio padły teksty o niechodzeniu przeze mnie na zebrania - siedziałam jak na tureckim kazaniu i łeb mi pękał. Coraz mocniej wiało, a gdy wreszcie się wyrwałam, zaczęło padać. Nauczona doświadczeniem pojechałam do domu, zaliczyłam w sumie 7 km i tak nieźle, a gdy wlazłam do domu lunęło jak z cebra. I piździ jak za cara. a w UK ma być huragan, a Inżynier jedzie ponad 300 km, ojapierdolę.
Ciulato i tyle.
Napisałam do spółdzielni, ale mnie olali.
A co tam, napiszę do gazety.
Czas mam, że ojapierdolę.
Będzie się działo.
Niech mnie ktoś uśpi...
Zabije.
Cokolwiek.

A teraz bonus, dla Zmorki

Proszę, Little Owl.
Robi kupkę.
Zadowolona??? ;) Pełna krasa, samo życie :D



niedziela, 19 października 2014

Nic się nie działo

w nocy, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Pospałam do 8.
Wykopałam się, bo wreszcie miałam dorwać Inżyniera w szpony i dorwałam.
Z piętnastominutowym opóźnieniem.
Miał nie być w pracy, ale był, a  że był na configu i czekał, aż "praca się zrobi" tośmy pogadali.
Jak gęś z prosięciem.
Wkurzyłam się, ale zacisnęłam szczęki.
Na sierściucha bierze urlop, którego nie ma.
No nic.
Bywa.
A pomarzyć sobie mogę, żeby któryś z nich wleciał do mnie na 3 dni.
Do mnie.
Ogarnąć niedokręcone.
Nevermind.
Skoro nie mogę tego zmienić, kopnęłam w dupę My Shadow, bo był pod ręką :D
Trzeba korzystać z okazji.
Zatem Me, My Shadow and My Angel pomaszerowaliśmy w świat.
Bez plecaczka, za to z torebką, aparatem i pieśnią na ustach. Oczywiście, I just called, bo najlepiej się z tym idzie...
My Shadow and Me



My Angel woli nie mieć fotek :)
Zatem polecieliśmy do wujka Mietka ze świeczuszką, tradycyjnie...
A po drodze cuda wianki były, bo i dzień był cudny... Zdaje się, że ostatni taki przed jesiennymi szarugami, ale trzeba się cieszyć tym, co jest i nie marudzić...



 Bezdomni też docenili ciepełko, klapiąc na ławeczce...
 A jak widziałam harcerzy, od razu pomyślałam o Zmorczym synku...
 Jedyny spadający listek, jaki udało mi się sfocić, mimo że liście leciały jak deszcz...
Na trawniku przed fontanną wciąż można spotkać amatorów słonecznych kąpieli, chociaż już nie saute :)
 I znów koledzy Kubali...
 ... i tęcza była, a jakże...
 ... piękna, nieprawdaż???
 Kiedyś ten plac zawsze tętnił życiem... Myślę, że zatętni znów 11 listopada, a potem dopiero w maju, gdy znów zaczną się absolutoria...
 Winobluszcz na Collegium Minus odżył po remoncie, jak widać...
... co raduje moje serce...
... i wciąż widzę, jak idziemy tam z Pierworodnym w ten dzień, a jeszcze przedtem jak idę zawalona kwiatami, z Ciocią, Ojcem i Pawłem... To se ne vrati i ludzi już nie ma... I żal tam wciąż serce ściska... Upływa szybko życie...
 Nowe gmachy Akademii Muzycznej...
... i Akademia Ekonomiczna...
 ... też bym sobie posiedziała w takim słoneczku, profesorze... :)
 dziewczynka z pawiem w Parku Marcinkowskiego stoi odkąd pamięcią sięgam...
 ... i tak cicho, ciepło i zielono dziś było...

 ... tylko niezliczone anteny na dachach śledzą nas, nasze telefony. Wiem, nie jest jak w amerykańskim filmie, ale z drugiej strony, jak można zaginąć, mając telefon??
 Stary Browar zawsze mnie urzeka...
 ... a rzut beretem na Piekarach znów szpiegowanie na dachu...
 No i co? Spotkałam w mieście paru Murzynów (oj tam, oj tam, wiem, że niepoprawne, ale nie pytałam, czy są Afroamerykanani, czy Afroanglikami czy innymi Afro...) w t-shirtach. Skoro Murzyni u nas łażą w t-shirtach w październiku, to i mi ma prawo być gorąco, znaczy się, ciepłe kraje tu są... Potwierdzają to palmy, które wyrosły koło Paderewskiego :) I inne takie tam :D


 Japoński ogródek koło Hotelu Rzymskiego ;)
 Gdy dojechałam do domu, pojawiły się pierwsze chnury...
... cudne...
 ... zachwycające...
... piękne...
Jutro ma padać i cały tydzień też, więc cieszę się, że złapałam pożegnanie lata i jesieni...
A to kompletnie zaparło mi dech w piersiach. W pierwszej chwili myślałam, że coś się pali...
A to tylko

Rataje pozdrawiały Dębiec, żegnając odchodzący dzień...

Dobrej nocy :)

PS (poprawnie, bez kropek) My Angel się przydał :) Upolowałam coś, ale to tajemnica, choć w sumie nie tajemnica, ale nie kłapiemy ozorem :D Obiecane, dotrzymane, jest :)

Sawicki ozorem mełł jak baby w maglu. Będzie się działo, zatem obiad trzeba zabrać. Jak nie minister, to dziki, zawsze ktoś w szkodę wlezie :D 

piątek, 17 października 2014

Nareszcie

weekend.
Dziś cały dzień czekałam na półgodzinną pracę. Gość męczył 4 strony (więcej fot, jak tekstu), w sumie może jedna A4 w Wordzie i jak już w końcu wymęczył, to mnie pyta, czy mogę coś wyszlifować, czy może coś zmienić. Spojrzałam jak na wariata i rzekłam: prosze o wydruk, nic nie będziemy zmieniać... Nie rozumie, że ja pracuję, żeby żyć, a nie żyję, żeby pracować?? Chciał poezję pisać, miał na to cały miesiąc, a przynajmniej ostatnie dwa tygodnie. W tym czasie to napisałabym sama całą gazetę, skorekciła i jeszcze bym wcześniej z pracy wychodziła :) I zautoryzowała wszystko z pomocą zdolnej sekretarki, gdyby trzeba było dzwonić... O 12 gazeta miała być w drukarni... Wali mnie część artystyczna, za to mi nie płacą... :)
Rano pojechałam autobusem i bimbą, bo padało. I byłam w pracy później, niż na piechotę, choć wyszłam z domu pół godziny wcześniej niż na piechotę. I szlag mnie trafiał, bo byłam tak samo mokra, jak leząc, bo w pojazdach MPK ogrzewanie chodzi na full... I te zapachy spoconych od rana cielsk, blehhhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh.........
Ojapierdolę.
Wychodząc stłukłam ramkę od zdjęcia, ale udało mi się złapać panie sprzątaczki i ostrzec, że u mnie szkło. Nie chciałabym mieć nikogo na sumieniu :)
Wyszłam z pracki i... słoneczko gdzieś mignęło. Anioł mówi twardo: idziemy na tramwaj, a ja... zaparłam się jak koń piekarza i poleciałam. Kto by tam Anioła słuchał, co nie?? ;)
Ale po drodze nawdychałam się smrodu palącego się plastiku i wiem, że Anioł miał rację. Idę ulicą, gdzie są domki jednorodzinne, a że nagle wilgotno i chłodniej, oszczędni mieszkańcy mojej wioski zaczęli palić... To już wolę piękny zapach spalin na ulicach, gdzie musi być cywilizacja. Są mniej szkodliwe, jak dym z komina z całą tablicą Mendelejewa. Zatem sorry, Winnetou, życie to nie je bajka, będziemy słuchać Anioła i basta:)
A w domu na dole na tablicy kartka od mojej sąsiadki z piętra (z literówką, ale nie miałam nic do pisania, żeby poprawić, a złazić mi się już nie chce), że w sobotę robi imprezę i przeprasza, że będzie nieco głośno od 21 do 23.30 :) Mnie już osobiście przepraszała, ale powiedziałam, że mną się ma nie przejmować, nie włączę aparatów, graniczy jej mieszkanie z moją łazienką i pokojem chłopaków, nie moim, to mi hałas to rybka, chyba że włączą nagłośnienie jak na koncercie Metalliki... Ale myślę, że będzie się działo... Dziewczyna (bo to w wieku moich chłopców) nierozsądna jest. Nie jest biedna, to widać, jest tyle lokali, które można zarezerwować, stolik, salę, i to wcale nie kosztuje dużo, wiem, bo chodziłam na takie imprezy. Można szaleć do woli, dłużej jak do 23.30, a tu nie sądzę, żeby ktoś na tablicy przeczytał kartkę, a jeśli nawet, żeby ją rozgrzeszył. W bloku są chorzy i małe dzieci, a to nie sylwester.
Ale nie mój cyrk, nie moje pchły :D
Będę "kontempluje" weekendowo... A tylko w poniedziałek do pracy i potem hasta manana...

czwartek, 16 października 2014

Wygło się dziś wszystko

My Shadow od kilku dni leży z Miśkami na kanapie i animrumra, zejść nie zamierza, więc lata za mną Anioł Stróż. Ano, tyż piknie, lubię jak się obok jakiś męski osobnik kręci ;)
Dziś rano łaził i marudził: załóż buty, załóż buty. Założyłam, choć moje nogi jeszcze w mieszkaniu zaczęły krzyczeć: zdejmuj to gówno... Ale Anioł twardy był, nie popuścił.
I tak polecieliśmy w tę mgłę, fajnie było, ale żeby zimniej to ni chuchu, a na dokładkę do mokrości wszystkiego dołączyła się mokrość od mgły...
Ale dotarliśmy do pracki żywi, wyschłam i rzuciłam się w wir pracki i tak mi dzień zleciał. Wypogodziło się, ale mnie przetrzymali i jak wychodziłam, siąpił kapuśniaczek.
No nic...
Jestem podatna na nałogi, a łażenie wlazło mi w krew, więc parasolek w dłoń i polecieliśmy...
W połowie drogi kapuśniaczek się skończył, a zaczęła się ulewa...
Byłam w połowie jeszcze znośnej drogi, ale wizja roztopów (nie ma chodnika, jest zwykłe pobocze) i fontanny błota, w której tonę, ojapierdolę...
I wtem na horyzoncie... przystanek :) Nie wiem, czy jest tam zawsze, nie zwracam uwagi na przystanki, ale hycam i co ja paczę? Za 4 minuty mam autobus, który dowiezie mnie tam, gdzie jest cywilizacja... Czuwał, kochany, bo ten autobus (jedyna linia tam) jeździ raz na godzinę :P
Spóźnił się, skubany, 2 minuty :D
Ocalałam.
Do domu doleciałam nawet niezbyt przemoknięta, w papciach suchutko, więc nie powinno być źle. Po drodze jeszcze kupiłam delicję warzywną (MLASK) i polędwiczki, co się właśnie musztardowo-miodowo na juterko pyrgają.
I tak, kochany Aniele S., zapisałam w kajeciku: jeśli muszę łazić, gdy pada deszcz, leziemy tam, gdzie jest cywilizacja, nieważne gdzie, wyrabiamy normę, a potem w razie katastrofy mamy gdzie wsiąść, ewentualnie wlecieć na herbatkę, o ile nas jeszcze będzie przed pierwszym stać :)
Yes, Sir :)

środa, 15 października 2014

Nowa metoda??

Polazłam do piątki wracając z pracy, a już zmierzchało. Wyłażę z tej piwniczki, a koło mnie ląduje małolat o wyglądzie cherubina i pokazuje na moje uszy, mówiąc: wyjmij słuchawki... Hmmm... Babcią jego mogłabym być, ma pecha, nie wiedział, że czytam z ust. Mówię, że nie wyjmę, pytam, czego chce. A on, "żebyś mi rozmienila 20 zł"... Nie zatrybiłam, że mam mu zmienić, a nie rozmienić i dawaj grzebać w portfelu, bo go po zakupach miałam w ręku... Na to zbliża się drugi, już tyczka nie cherubinek i wyciąga rękę do mojego portfela. Fuknęłam jak osa, odsunął się. Znalazłam te 20 zł (w dwójkach, piątce, jedynce i 10 zł) i chcę je podać cherubinkowi, a ten otwiera garść, a tam pełno monet ma, w tym jednogroszówki i inny szajs i mówi: odliczone... Zarechotałam i mówię: idź z tym do sklepu, niech ci zmieni... Prawie się popłakał i mówi: nie, nie, nie.
Nie miałam serca, wzruszyłam ramionami i poszłam do domu.
Głupich nie sieją, sami się rodzą.
Nie wiem, może i uczciwy był, ale co mu szkodziło w takim razie iść do sklepu, który zawsze chętnie drobne bierze??
Jak miałam liczyć ten szajs na schodach, objuczona zakupami, z cieknącym nosem,  w półmroku, skoro sama wolę płacić banknotami, jak wydłubywać drobne?? :)

Taką mamy młodzież. Nawet nie młodzież, ro jeszcze nieopierzone było. I tak do mnie na ty... Co za czasy...
A ja widocznie wyglądam już na starą i naiwną...  :)

wtorek, 14 października 2014

Emerytura

świadczenia przedemerytalne, ZUS, to był temat przewodni ostatniego zjazdu klasowego. Ale po kolei wszystko.
K. przywitał mnie złotą polską jesienią, wszędzie było tak



 winobluszcze i moje wzdechy... do oszalenia...
Umarlaki leżały grzecznie, jak powinny, ale groby były nówki nieśmigane, nic nie zrobione (w sensie, że grabarz miał ogarnąć). Jako że nie mogę się do skunksa dodzwonić, olałam interes. Jak już umyłam, nie będzie mi właził z buciorami i malował. Wytrzymali tyle, poleżą jeszcze trochę, a potem coś wymyślę. Koleżanka powiedziała, że każe to zrobić synowi, ale wolałabym nie, wolę zapłacić i nie mieć zobowiązań, a ona chce, żeby syn to zrobił za frico, nie pytając go, czy ma na to ochotę... Pomyślę o tym jutro, wzorem Scarlet.
Szarpnęlam się i dokupiłam po doniczce chryzantem, mam nadzieję, że nie zwiędną do Wszystkich Świętych, ale pogoda tak na te chryzantemy kusiła... Koleżance zostawiłam kasę na znicze, to chociaż nieborakom coś zapali...
Po ogarnięciu wleciałam pół godziny przed zamknięciem do takiego baru i zaszalałam, że ojapierdolę...

Kto zgadnie, ile zapłaciłam?? Znajomi z FB wykluczeni ze zgadywanki, jedzenie było mlask, świeże, zero spalonego starego tłuszczu... Jadłabym codziennie, nie oplaciłoby mi się gotować dla siebie samej. I te pyry, te pyry, te pyry mojego dzieciństwa, nigdzie nie ma takich pyrów jak w K. i R., u kumpeli były takie same, nawet w mojej wiosce takich pyrów nie kupię, choć Baran zawsze mówi, że u mnie w wiosce to są pyry. Ale tamte są przez duże "P", choć jak wiadomo, duża literą piszemy tylko Pieniądze przed Pierwszym :)
Rzut beretem od baru mieszka koleżanka, która miała mnie podwieźć do R., ale... na czwartym piętrze, a ja z walizką. Piszę więc, że kolęduję i nie wlezę. A ona na to: zostaw walizkę koło piwnicy albo w sklepie... Z dwojga złego wolałam w sklepie :) Nie ma to, jak małe miejscowości... Kocham je...
Okazało się, że mialam nie żreć, bo żarcie będzie w R., ale na moje pytanie o wyszynk, napisała na FB, że będzie jak w zeszłym roku, a w zeszłym roku głodna dojechałam do R. i ledwo dożyłam obiadu, nikt nie jadł, wszyscy pili :)  No nic...
W R. wylądowaliśmy na rynku, a jakże


O, nawet ratusz mamy i poszliśmy do kultowej knajpy, z której Tatuśka wywlekalam...

... niemal codziennie. Tylko stojaków na rowery wtedy tam nie było...

Czas w środku stanął w miejscu


Podłoga była ta sama, tyle że pomalowana jakąś farbą, a nie impregnowana oliwą, jak kiedyś...
Na ścianie wisiały te same dyplomy

Tylko tabliczki "Pluć tylko do spluwaczki" nie było (w tym miejscu wisiała) i samej spluwaczki też nie...
Za to przybył dyplom za 55 (sic!) lat pracy w branży dla właściciela... jeszcze z czasów komuny :)

A ceny powalają na kolana

Jako i wiszące w tym przybytku wszędzie święte obrazki (jak pogodzić świętość z rozpijaniem ludzi, a i licznymi tu romansami, które jak się okazało trwają do dziś??)


Matka Boska Częstochowska jeno wie...

Wisi nad drzwiami odkąd pamięcią sięgam i wszystko widzi i zapisuje w kajeciku na pewno... :)

Bufet zaś zmienił tylko zawartość, sam nie zmienił się nic, choć wydaje mi się, że za mojej młodości był ciemnobrązowy i "pipa" była trochę inna. Ale to drobiazgi.


Tak był nakryty stól w naszej sali, jak się okazało prywatnym (!) pokoju rodziny (telewizor wielki na regale stał), to się nazywa żyłka do interesów, zaś w sali głównej

stoły czekały na uczestników chrztu, który tutaj odbywa się o 19 (sic!) w kościele, a później balanga... Koło tego słupa stał stolik, przy którym uwielbiał pić mój Ojciec...

A to moja klasa prawie w komplecie :) Prawie, bo tym razem 7 osób nie dojechało. Na początek na stole wylądowały 4 połówki, bo tylu panów było. Stanowczo odmówiłam picia wódki - nie lubię i nie czuję... Kupiłam sobie piwo... W pewnym momencie na stole wylądowały kolejne półlitrówki - od pań... W sumie poszło 14 półlitrówek, ponieważ nauczona doświadczeniem pierwszego zjazdu nie kupiłam pół litra, bo tyle nie jestem w stanie wypić :D Nie w takim czasie i nie tak daleko od domu i od łóżka. I jak mówiłam; cały czas gadki o emeryturze. Byli szalenie zaskoczeni, że nie myślę o niej, ba, że się na nią nie wybieram, ani że nikt mnie na nią nie wysyła. Stwierdzili, że skoro mam tak dobrze, to za rok zjazd u mnie, nocuję wszystkich i mam załatwić trawkę. Bo na emeryturze chcą jej spróbować. Śmiałam się, ale ojapierdolę, mam nadzieję, że to tylko żart... Nie zgadzam się na rozwalanie mojego gniazdka, a jeśli chodzi o palenie - jestem wrogiem i nieważne, co się pali :)
Wyszliśmy jednak o własnych siłach i  z E., która po raz drugi zaprosiła mnie na spanie poszłyśmy spacerkiem jakiś kilometr z hakiem do jej domu, ja w sandałkach i w t-shircie... Czułam się, jakbym wracała z letniej dyskoteki za dawnych lat... :)
Rozmawiałam też z moją przyrodnią siostrą, tą, co ma do mnie dojechać i dojechać nie może. Nie zazdroszczę jej życia. Żyje (sic!) moja macocha (teoretycznie, jako że dzieci nie adoptowali, ani Ojciec, ani Ona), ma 90 lat, fizycznie i psychicznie sprawna, a że zawsze była mistrzynią w zatruwaniu, to ojapierdolę. Moja sister jest nieślubnym dzieckiem i do dziś nie wie, kto jest jej ojcem. Matka uparła się, że jej nie powie i nie mówi, a dziewczynie zależy na tej wiadomości, choć w sumie co jej z tego przyjdzie?? Ale przeżywa jak mrówka okres, nie oceniam, bo nie jestem w takiej sytuacji... Biedna.
Niedziela minęła miło, dziwili się, że nalegam na wcześniejsze odwiezienie na autobus, ale okazało się, że miałam nosa. Ponieważ został tylko ten prywatny autobus, a to już rok akademicki, zdobyłam prawie ostatnie miejsce siedzące tylko dlatego, że byłam 20 minut przed wyjazdem autobusu. Stać dwie godziny w trzęsącym się pojeździe, to by mnie przerosło. Ludzie w moim wieku stali, bo nikt z młodszych im nie ustąpił... Masakra. Jechał też facet z czarnym kotem w pudełku od butów, z wyciętym otworem, przez który kot wystawiał główkę. Facet całą drogę kota całował... Ojapierdolę :)
Poniedziałek minął pracująco, wtorek też, jeszcze cztery dni i fajrant.
O mało nogi dziś nie skręciłam wracając do domu, bo krzywizny chodnika zasypane są liśćmi i nie widać dziur... Anioł Stróż jednak czuwał, za co mu dzięki i chwała, no ale w końcu albo się jest Aniołem Stróżem, albo nie, co nie?? :)

piątek, 10 października 2014

Na dywanik

ściągnął dziś Starą Jędzę Boss. Najpierw jej przysłał emilka, że nie pracowała cały tydzień, bo on w tabelce nic nic widzi, a tabelka leży i kwiczy. Jako że nie mogłam za Chiny demokratyczne tabelki znaleźć, napisałam do Bossa, że już lecę, miotłę odpalam. Wpadam, a tam dąs, obraza majestatu i inne takie tam. Że na zebraniu nie byłam, to i o tabelce nie wiem, a przecież z tego tytułu sam Boss Gromowładny emilka mi posłał. Tja, nie byłam, bo zanim zaczęło się zebranie, skończył się mój czas pracy, co ja za to mogę, że wszystko jest z dupy organizowane?? A w sprawie emilka szłam w zaparte, nie usuwam żadnych emilków poza spamem... Boss nadął się jak purchawka i dawaj pocztę ustawiać i co widzim proszę wycieczki?? Nie ma tego emilka do Starej Jędzy :P Znaczy się, chcieć chciał, ale nie wysłał. Pokazał zatem SJ, gdzie tabelka leży i kwiczy i konflikt został zażegnany. Fakt, że dostałam porcję głupiego roboty, która nic nie zmieni, ale pan każe, sługa musi, olać.
Pracuje zatem SJ w pocie czoła (no, taka przenośnia, pocę się tylko jak latam, dziś sobie uświadomiłam, że chodzę za szybko, przeszłam rano swoje km będąc pewna, że idę półtorej godziny, a szłam 53 minuty, z powrotem się wlokłam, ale też za szybko, ale i tak do konowała iść muszę, bo się rozpuszczę i utopię, łojezusineczku, jakie to upierdliwe) i nagle przychodzi na pocztę emilek od mojej imienniczki o nazwisku zaczynającym się na identyczną literę, jak moje, z końcówką -ska... :) Nazwisko kojarzę z firmy, osoby nie znam, ale przemiła koleżanka pisze, że chyba emilek, który do niej przyszedł po prostu zabłądził. I faktycznie, to był ten emilek, który Boss do mnie chciał wysłać :D
Odpuściłam sobie zygzanie Bossowi, nie drażnić lwa...
I poszłam do domu.
A juterko jadę do Umarlaków, posprzątam moim Niebożętom, dam nowe kwiatki i potem się teleportuję do R. na klasowe spotkanie.
A rankiem pisze Inżynier, że w weekend w domu siedzi i ma czas na Skype'a. I kto tu ma sklerozę?? Teoretycznie mogę z fona pogadać na FT, ale po co??
Trudno, tęskniłam tyle, już nie tęsknię :P

I tyle nowin, kochany pamiętniczku :)

czwartek, 9 października 2014

Diabli

mnie wczoraj wzięli, jak spojrzałam do grafiku i spostrzegłam, że robimy dodatek. Dodatek z serii tych, co zawsze materiały są na ostatni dzwonek. Środa, a ja nie mam ani materiałów zasadniczych, ani do dodatku, dodatek zamykamy w przyszły wtorek. Zakipiała we mnie krew, bo jak znam życie, wszystko dostanę w poniedziałek, no i oczywiście co pięć minut ktoś będzie chciał na cito. A tak w sumie łażę do pracy i znikam, a nie pracuję. Więc... Wparowałam najpierw do szefa od dodatku, notabene Vicebossa. Rozdarłam się, bo jak jestem zła to się drę, a gość niewinną minę robi i mówi: naprawdę, taki termin?? Ojapierdolę... Niewiniątko mi odstawia, a ja za Heroda robię, co niewiniątka rżnie. Poinformowawszy więc go, że w takim razie do widzenia ślepa Genia i idę do domu, po drodze wpadłam do kolejnych pokoi z radosną nowiną, że mam wszystko w dupie i w poniedziałek nie będzie żadnego zmiłuj i wszystko będzie leżało karnie na emilku i na kupce i srutututu majtki z drutu... W kolejnych kanciapach ludzie na mój widok już się pod biurka chowali, a ja dalej się darłam: że wiem, że głośno mówię, że wiem, że oni wiedzą, ale nie daruję im tym razem i że idę w świat. Bez plecaczka. I mam wszystko w motopompie.
Dziś dolazłam cała mokra (już sama nie wiem, czy nie jestem chora, bo to nie jest normalne, że mam całe włosy mokre, idę zwykłym tempem, 4 km na godzinę to nie jest szybko, a mam - mimo braku swetra - mokrego t-shirta, rano nie jest jeszcze tak gorąco, jak szłam, było 12 stopni, będę jednak musiała iść do konowała, ale to później) i... Pracowali całe wczorajsze popołudnie w pocie czoła, co było widać.
Dupy nie urwało, ale jednak coś drgnęło. I tak w środku dnia drzwi się otwierają ciuchutko, wlatuje Viceboss i kłaniając się grzecznie mówi: pani Stara Jędzo, bardzo pani dziękujemy, że nam pani wczoraj o terminie przypomniała... Paczę na niego jak na wariata i cedzę przez ząbki jak perełki: tak, tak lekarz kazał potakiwać... A on na to: ależ nie, serio, wiedzieliśmy, że 14, ale nie przyszło nam do głowy, że to już :) No japierdolę... Pierwszy raz w życiu ktoś mnie po główce pogłaskał za darcie mordy :D Inna para kaloszy, że darłam ją w słusznej sprawie.
A jeszcze później rzekł z niepokojem w głosie: słyszałem, że pani nie będzie cały grudzień... A ja na to: to dobrze pan słyszał :D Zamarł i mówi: to nie żarty?? To jak to będzie?? A ja na to złośliwie: Cicho, nikt nie będzie się darł :)
I tak moim modo polazłam o 13 do domu, bo wszystko było ogarnięte i pozamiatane.
Wychodzę na te tereny zakazane, a tu sesemes się dobija... Poleciałam więc w stronę cywilizacji, wyciągam ajfoniczka i co ja paczę?? Szwagierka sobie o mnie przypomniała. Pyta mnie o Eksa, a ja przeciez go od roku ponad nie widziałam. Nie wiem, co z nim i rybka mi to. A ta pisze i pisze i wynika z tego, że mimo zakończenia dziesięcioletniej ponad walki i chałupę, wciąż się o coś tłuką!!!! Ja pierdolę, to są ludzie starsi ode mnie, szwagier, który wszystkim rządzi już do siedemdziesiątki dojeżdzą, jak nie więcej i co?? Wiekować będzie czy do grobu wszystko zabierze?? I ostatnia żona teścia w akcji, a kobieta jest hmm... może w moim wieku, może starsza, ma dorosłą, czterdziestoparoletnią córkę, więc czy ci ludzie pocipieli?? A szwagierka mnie męczy, że mam szukać w necie. Ja pierdole, ma takiego samego neta jak ja, ma komputer, dlaczego ja mam szukać, skoro mnie to ani nie zieje, ani nie grzębi??? Ludzie.... Odpisałam, że nie mam neta, jak znajdę net, to poszukam. Z domu napisałam sesemesa, że nie znalazlam, bo faktycznie nie znalazłam, nie wiem, czy o to im chodzi, a mi to lotto.
Ale ciśnienie mi podskoczyło i znów do domu dolazłam mokra i może przegapiłam księcia po drodze?? ;)

Chociaż... Nie wygląda mi to na książęcy pantofelek, raczej na jakiegoś lumpa :)
I posiliłam się krupniczkiem, bo mi się wczoraj MLASK ugotował sam z siebie.
I herbatkę sobie zrobiłam...



I błogosławię ciszę i spokój domu mego, nie zazdroszcząc nikomu niczego i nie bijąc się o nic. Przecież na tamten świat - o ile jest - nie zabiorę niczego.
No, może tylko wspomnienia, a te lepiej mieć pełne spokoju i kolorów...


A Inżynier wczoraj w Londynie z Rolls Roycem negocjował :) Poszło mu lepiej, niż myślał. Co mnie cieszy. A mógł zostać w rodzinnym sosiku i upominać się o swoje. Walczyć, pazurami wydrapywać, bo mu się należy. Jak psu zupa. Bo teść, zapisując Eksowi wszystko podkreślał, że to dla niego, żeby mógł dzieci wychować...  Miałby ciekawe życie, co nie?? :) Wychowałam ja. Bez grosza pomocy. Co mnie niezmiernie cieszy, że nie jestem taka całkiem do niczego :P