noce parne, gorące... Kochany Pamiętniczku...
Uświadomiłam sobie, że nigdy z Eksem nie byliśmy na wczasach, poza jednym wyjazdem do Konotopu, który wspominam bardzo niemile, bo nikt mnie nie słuchał, że to nie jest dla niego dobre miejsce, bo to wtedy była baza wojskowa... No ale miało być tanio. I było, jedzenie że ojapierdolę, ale otoczenie wojskiem źle mu na psyche zrobiło. A i hotel w którym w wannie we wspólnej łazience skrobano ryby, prysznice były koedukacyjne, a z komarów na ścianie szlaczek krwawy się zrobił...
Nieważne, już nie wróci :)
Zbuntowała mi się playlista i radia muszę słuchać, ale nie jest źle.
Zawsze jakaś odmiana.
Przeraża mnie, jak szybko wszystko się kręci, jak zewsząd atakują coraz to nowe odkrycia i idee, a teraz w dobie neta jeszcze szybciej i jeszcze bardzie popierdolone.
Najpierw masło było złe i zalecano margarynę. To żarliśmy margarynę, tym bardziej że właśnie weszła na rynek Rama. Co za wygoda - mieć zawsze łatwo rozsmarowywaną rzecz w lodówce. Po latach Inżynier wyszczekał mi, że chleb z masłem to u Sikory dopiero jadł, niedoszła tesciowa go tak dopieszczała.
A ja się nie zastanawiałam nad tym, co lepsze, po prostu wygodne było.
Od kilkunastu lat używam masła, bo tak, bo lubię.
I teraz wraca znów do mody.
Jak i smalec.
A smalec to ja zawsze lubiłam, ale u mnie tylko Pierworodny był amatorem, Eks nosem kręcił, bo on pod względem jedzeniowym był francuskim pieskiem, a Inżynierowi smalec kiepsko wchodził. Mnie zawsze wchodził i z tej okazji sobie dziś
z jabłuszkiem, czosnkiem, cebulka i majerankiem strzeliłam.
A kto bogatemu zabroni.
I gdzieś wyskakuje mi artykuł, że tylko smalec, li i jedynie, że najzdrowszy z tłuszczów.
A jeszcze niedawno wyklinany i gromy na niego rzucano.
Kierownik Budowy ma fazę. Jedzenie do niego przemawia. Uświadamiał mi, że są specjalne techniki, dzięki którym nasz organizm mówi nam, co mamy jeść.
Ojapierdolę.
U mnie się to zawsze chcica nazywało i całe życie to stosowałam, bez żadnych technik. Jak mam na coś napad, to po prostu jem i nieważne, czy mi to szkodzi, czy nie :) Zawsze tak miałam ze śledziami przed okresem. Musiałam zjeść śledzia i koniec. Wszyscy mówili, że w ciąży jestem, ale nie. Jak byłam w ciąży od razu mnie od śledzi odrzucało :)
Ale dorabiać do tego ideologię, teorię i kursy z tego robić?
Jednak ludzie potrafią każde gówno i sprzedać i wmówić drugim, że bez tego żyć nie będą mogli.
Wszystko musisz mieć, bo inaczej będziesz w tyle za Murzynami.
I coraz więcej recept na życie, na zdrowie, na szczęście i powodzenie.
A coraz mniej ciepła i życzliwości.
Adwokat odwołał wtorek, idę jutro. Tak się to wszystko ślimaczy.
Chciałam dziś ściąć włosy, ale kolejka była, a nie miałam ochoty na siedzenie.
Więc dalej chodzę rozczochrana jak wiedźma.
Pensja znów goła, więc kolejny raz będę musiała się upominać o docenienie wkładu i prywatnego czasu.
Ale nic.
Jest cudnie.
Że w ogóle jest.
I rachunek za prąd o 30 zł niższy, niż za miesiąc, kiedy mnie przez miesiąc nie było.
I bądź tu człowieku mądry.
Tylko dzieci więcej nie rób.
Sześć stóp pod ziemią skończyłam.
Czułam się, jakby to było o mnie.
Nieźle popierdolona jestem :)
środa, 28 lutego 2018
niedziela, 25 lutego 2018
Przeleciało
migusiem, Kochany Pamiętniczku, co nie?
A działo się pracowo-wkurwiająco, bo mało, że poszłam na rękę warzywkom, to mi dwa dni ukradły.
Życie.
Jadąc do nich stałam sobie na przystanku, a słońce tak jechało po oczach, że ojapierdolę.
Zatem wydobyłam z czeluści torby słoneczne okulary, w których wyglądam jak rasowy kret.
Pożałowałam przy nich na antyrefleks, więc aczkolwiek, jak na kreta przystało, są minusowe, to i tak niewiele w nich widać, jak światło pada pod jakimś tam kątem.
Ale nic to, oczy nie łzawią.
Na przystanek wdrapał się rasowy dres. Rasowy, znaczy się, chudy, z kapturem na łebku, trzy paski na spodniach, a jakże, olbrzymi karton w rękach mając, zza którego ledwo chudzinę widać było. W oddali zamajaczył autobus. Luboński.
- Pani, gdzie ten autobus jedzie?
- Ślepa jestem. Jaki numer?
- 610.
- To na pętlę, koło tramwaju...
Widzę, że dresik coś wnerwiony, zaczerwieniony po koniuszek kaptura, ale rzecze grzecznie:
- Dziękuję, przepraszam najmocniej - i wskakuje do rzeczonego lubońskiego...
WTF? Za co przeprasza?
I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że gość przepraszał za to, że ślepą pytał.
Bo mam taki głupi zwyczaj, że jak czegoś nie widzę dokładnie, na przykład drobnych w portmonetce, a sprzedawca chce drobne, to mówię: ślepa jestem - i podsuwam rzeczoną portmonetkę, żeby sobie wybrał.
Bo nie dorobiłam się jeszcze bryli na tip-top. Ogarniających mój astygmatyzm i inne przypadłości. W okularach,w których łażę po ulicy czy po redakcji nie czuję się dobrze w domu. Na kompiku w nich nic nie widzę, do kompika mam inne bryle. Na wydrukach czytam saute, bez niczego na nosie, nawet najdrobniejszy maczek, bo... na wydrukach w żadnych brylach mi nie pasuje. Tak samo książki gazety i inne takie tam.
Wiem, wiem, stara wariatka jestem :) Ślepa.
A na dokładkę, jak nie mam bryli na nosie, to nic nie słyszę, bo nie widzę, co kto mówi :D
Ale wychodząc rano z mieszkania, gdy świeci słońce widzę każdy pyłek, którego normalnie w okularach nie widzę... I muszę się siłą wstrzymywać, by nie sprzątać.
Bo na co dzień wystarczy, że zdejmę okulary i...
Jak pięknie jest...
Ano :)
Wpadli dziś Kierownikowstwo Budowy.
Spóźnieni, jak zwykle.
Ale...
Było super, aczkolwiek Kierownikowej mi żal.
Może Kierownik sam wleci, bo blat do krzesełka do karmienia Alienka ma dowieźć, to mu nawtykam.
Jednak kawał z niego... nie w porządku.
I nie, nie zajmę jego strony, choć jest mi bliski, jak rodzone dziecko.
Bo jest nie w porządku.
Nie oceniam, ale widzę, co robi.
A Kradziejka przesłodka, nagle zaczęła mówić całymi zdaniami. Zrozumiale. Dziewczynki pod tym względem są nie do podrobienia.
Oczywiście, oprócz Pierworodnego, który mając półtora roku wymądrzał się tak, że ojapierdolę.
Ale wymądrza się do dziś, wkurzając wszystkich, bo...
Nie zna proporcji, mocium panie.
I tak to się plecie.
Krzesełko dla Alienka dostałam, do karmienia gada, jak wleci. Zapnie się w pasy, posadzi na folii malarskiej i niech śmieci, ile chce. Sprzątają rodzice :P
Kukiza z Santorką odkryłam. I tak jak za politykę nakopałabym mu do dupy, to Już nie ma dzikich plaż w tym duecie wymiata...
A działo się pracowo-wkurwiająco, bo mało, że poszłam na rękę warzywkom, to mi dwa dni ukradły.
Życie.
Jadąc do nich stałam sobie na przystanku, a słońce tak jechało po oczach, że ojapierdolę.
Zatem wydobyłam z czeluści torby słoneczne okulary, w których wyglądam jak rasowy kret.
Pożałowałam przy nich na antyrefleks, więc aczkolwiek, jak na kreta przystało, są minusowe, to i tak niewiele w nich widać, jak światło pada pod jakimś tam kątem.
Ale nic to, oczy nie łzawią.
Na przystanek wdrapał się rasowy dres. Rasowy, znaczy się, chudy, z kapturem na łebku, trzy paski na spodniach, a jakże, olbrzymi karton w rękach mając, zza którego ledwo chudzinę widać było. W oddali zamajaczył autobus. Luboński.
- Pani, gdzie ten autobus jedzie?
- Ślepa jestem. Jaki numer?
- 610.
- To na pętlę, koło tramwaju...
Widzę, że dresik coś wnerwiony, zaczerwieniony po koniuszek kaptura, ale rzecze grzecznie:
- Dziękuję, przepraszam najmocniej - i wskakuje do rzeczonego lubońskiego...
WTF? Za co przeprasza?
I dopiero po chwili uświadamiam sobie, że gość przepraszał za to, że ślepą pytał.
Bo mam taki głupi zwyczaj, że jak czegoś nie widzę dokładnie, na przykład drobnych w portmonetce, a sprzedawca chce drobne, to mówię: ślepa jestem - i podsuwam rzeczoną portmonetkę, żeby sobie wybrał.
Bo nie dorobiłam się jeszcze bryli na tip-top. Ogarniających mój astygmatyzm i inne przypadłości. W okularach,w których łażę po ulicy czy po redakcji nie czuję się dobrze w domu. Na kompiku w nich nic nie widzę, do kompika mam inne bryle. Na wydrukach czytam saute, bez niczego na nosie, nawet najdrobniejszy maczek, bo... na wydrukach w żadnych brylach mi nie pasuje. Tak samo książki gazety i inne takie tam.
Wiem, wiem, stara wariatka jestem :) Ślepa.
A na dokładkę, jak nie mam bryli na nosie, to nic nie słyszę, bo nie widzę, co kto mówi :D
Ale wychodząc rano z mieszkania, gdy świeci słońce widzę każdy pyłek, którego normalnie w okularach nie widzę... I muszę się siłą wstrzymywać, by nie sprzątać.
Bo na co dzień wystarczy, że zdejmę okulary i...
Jak pięknie jest...
Ano :)
Wpadli dziś Kierownikowstwo Budowy.
Spóźnieni, jak zwykle.
Ale...
Było super, aczkolwiek Kierownikowej mi żal.
Może Kierownik sam wleci, bo blat do krzesełka do karmienia Alienka ma dowieźć, to mu nawtykam.
Jednak kawał z niego... nie w porządku.
I nie, nie zajmę jego strony, choć jest mi bliski, jak rodzone dziecko.
Bo jest nie w porządku.
Nie oceniam, ale widzę, co robi.
A Kradziejka przesłodka, nagle zaczęła mówić całymi zdaniami. Zrozumiale. Dziewczynki pod tym względem są nie do podrobienia.
Oczywiście, oprócz Pierworodnego, który mając półtora roku wymądrzał się tak, że ojapierdolę.
Ale wymądrza się do dziś, wkurzając wszystkich, bo...
Nie zna proporcji, mocium panie.
I tak to się plecie.
Krzesełko dla Alienka dostałam, do karmienia gada, jak wleci. Zapnie się w pasy, posadzi na folii malarskiej i niech śmieci, ile chce. Sprzątają rodzice :P
Kukiza z Santorką odkryłam. I tak jak za politykę nakopałabym mu do dupy, to Już nie ma dzikich plaż w tym duecie wymiata...
czwartek, 15 lutego 2018
Koń
po westernie, Kochany Pamiętniczku, to przy mnie małe miki.
Ale jest dobrze. Jutro będę spała skolka ugodna i chuj :)
Niby spokojne zamykanie, ale ile godzin można czekać?
A czekałam 5 godzin, a potem spadło na mnie stado sępów i wrzeszczało "time, time".
No cóż, to było do przewidzenia i po tylu latach nie powinno być już dla mnie niespodzianką.
Inżynier wczoraj podniósł alarm, że będzie więcej płacić za samochód, ale oprotestował moją chęć pomocy.
Dziś okazało się, że nie tak dużo więcej, więc ją olał.
Rybka mi to.
Tylko żal mi dziecka, że ma takie samo życie, jak ja miałam: budzi się i licznik mu w głowie cyka. Kalkulatorek...
Tak mi życie minęło.
Mnie już nie cyka od jakiegoś czasu, oszczędności nie mam, ale póki mam pracę, nie jest źle. Nawet jak w ciągu dwóch dni zostawiam w aptece dwie stówy, to nie lamentuję. Leniwa jestem i biorę receptę na wyrost, te dwie stówy są na cztery miesiące :) Zawsze istnieje ryzyko niedożycia, ale w sumie - rybka mi to :) I nie muszę pamiętać, że znów trzeba lecieć po receptę :)
Hasta maniana :)
Na fejsbuniu sobie siedziałam, bo coś robić musiałam, a w pracy bloga pisała nie będę. I nagle Synowa wrzuca fotkę Papryczka. No cóż, wolno jej. Dzieciuk nos marszczy, bo taką ma manierę, jak mu się fotkę cyka. Ale nos cały zaskorupiały w babolach. No to pytam, czy ma kaca, ot tak, dla jaj (dla jaj to się kury hoduje, ale wiadomo ;). I piszę, że babole są. A druga Synowa się odzywa (na pieńku mamy od tej akcji, a jakże, o nie, mi tak szybko nie minie) i pisze, że tak wygląda normalne dziecko ranem.
Japierdolę.
Wiem, że wygląda tak, ale na kija wrzucać zdjęcie osmarkanego, z niewytartym nosem? Wszak to przestrzeń publiczna i nic tam wrzucone nie ginie. Piszę do matki osmarkańca, że kiedyś jej kopa da za tę fotkę. A ona: ale on się na to zgodził. Taaaa, trzylatek rozumie, co to znaczy wrzucić zdjęcie na fejsa i jakie są tego konsekwencje.
Jprdl, jak mówi gimbaza.
Patrzę na moje foty, na foty dziadków mych, pradziadków, na nasze foty z dzieciństwa. Zdjęcie było wydarzeniem, czymś ważnym. Wiem, że fotografowano kiedyś nawet rodziców z martwymi dziećmi, żeby była jakaś pamiątka.
Ale nie rozumiem dzisiejszych czasów tak do końca. Sama trzaskam tak, że Japończyków pobiłam (zdanie Inżyniera), ale... Nie wszystko publikuję. I na bór liściasty, nie cykam sobie fotek w kiblu, bo po co? To miejsce dla ludzi, mam wiele zahamowań właśnie w związku z nim, bo nienawidzę publicznych toalet i z wielu rzeczy potrafię zrezygnować z tego powodu, ale na litość boską, na cholerę mi fotki z kibla?
Tak samo jak fotki ubrudzonych jedzeniem wnuków (moje Synowe publikują je namiętnie). OK, fajna rzecz do pośmiania się w gronie rodzinnym, ale we mnie fotografie dzieci, opapranych jedzeniem, a wyglądających przy tym, jakby się wytytłały w gównie, nawet jak to są moje osobiste wnuki, budzą niesmak, żeby nie rzec, że obrzydzenie. OK, wypapra się, bo jest małe, bo tak się zdarzyło, nie mam gwarancji, że za parę lat nie będę tak samo paprać :P Ale takiego opaprańca to ja czule za kark i do łazienki, umyć mordkę, wytrzeć, przebrać i ucałować. Ale podniecać się buzią wyglądającą gównianie?
Przytulałam zarzygane, sprzątałam osrane, ale to nie dowód, że trzeba wszystko dokumentować. Można. Tylko pytanie: po co?
Stara jestem, nasrane mam, nie idę z duchem czasu.
Fajna jest fotka, jak małe sika i olewa przewijającego. Ale do użytku wewnętrznego.
Kiedyś Eks przewijał Pierworodnego, a pieluchy wtedy trzeba było prać. I jakoś nam się kończył zapas świeżych, a tu w trakcie przewijania Pierworodny zaczął sadzić kozie bobki :) No to Eks rączkę nadstawił, pielucha ocalała :) Ale to tylko rodzinna anegdota, nieudokumentowana fotkami wrzuconymi na fejsa...
Jednak nie wszystko na sprzedaż.
Ale wszystko do kupienia...
No wlazłam znów po pracy do Biedronki (innej, bo mam dwie na trasie), a ta... tonęła w kwiatach :)
Wlazłam tylko po cytryny!
A wyszłam z cytrynami i pięknym, brudnoróżowym bukietem 11 róż za jedyne 7,99 :)
Jak nienawidzę pinkowego, tak te brudnoróżowe róże z brzegami płatków wyglądającymi jak opalone płomieniem świecy budzą we mnie rozkosz.
I jestem z siebie dumna, że kupiłam tylko jeden bukiet, bo...
Biedronka zawalona jest badylami, feeria róż, pieścichłopów, boligłówek i innych wynalazków.
Jednak Polacy albo nie są zakochani na maksa, albo nie lubią walentynek :P
A ja siebie kocham.
I badyle też :)
Ale jest dobrze. Jutro będę spała skolka ugodna i chuj :)
Niby spokojne zamykanie, ale ile godzin można czekać?
A czekałam 5 godzin, a potem spadło na mnie stado sępów i wrzeszczało "time, time".
No cóż, to było do przewidzenia i po tylu latach nie powinno być już dla mnie niespodzianką.
Inżynier wczoraj podniósł alarm, że będzie więcej płacić za samochód, ale oprotestował moją chęć pomocy.
Dziś okazało się, że nie tak dużo więcej, więc ją olał.
Rybka mi to.
Tylko żal mi dziecka, że ma takie samo życie, jak ja miałam: budzi się i licznik mu w głowie cyka. Kalkulatorek...
Tak mi życie minęło.
Mnie już nie cyka od jakiegoś czasu, oszczędności nie mam, ale póki mam pracę, nie jest źle. Nawet jak w ciągu dwóch dni zostawiam w aptece dwie stówy, to nie lamentuję. Leniwa jestem i biorę receptę na wyrost, te dwie stówy są na cztery miesiące :) Zawsze istnieje ryzyko niedożycia, ale w sumie - rybka mi to :) I nie muszę pamiętać, że znów trzeba lecieć po receptę :)
Hasta maniana :)
Na fejsbuniu sobie siedziałam, bo coś robić musiałam, a w pracy bloga pisała nie będę. I nagle Synowa wrzuca fotkę Papryczka. No cóż, wolno jej. Dzieciuk nos marszczy, bo taką ma manierę, jak mu się fotkę cyka. Ale nos cały zaskorupiały w babolach. No to pytam, czy ma kaca, ot tak, dla jaj (dla jaj to się kury hoduje, ale wiadomo ;). I piszę, że babole są. A druga Synowa się odzywa (na pieńku mamy od tej akcji, a jakże, o nie, mi tak szybko nie minie) i pisze, że tak wygląda normalne dziecko ranem.
Japierdolę.
Wiem, że wygląda tak, ale na kija wrzucać zdjęcie osmarkanego, z niewytartym nosem? Wszak to przestrzeń publiczna i nic tam wrzucone nie ginie. Piszę do matki osmarkańca, że kiedyś jej kopa da za tę fotkę. A ona: ale on się na to zgodził. Taaaa, trzylatek rozumie, co to znaczy wrzucić zdjęcie na fejsa i jakie są tego konsekwencje.
Jprdl, jak mówi gimbaza.
Patrzę na moje foty, na foty dziadków mych, pradziadków, na nasze foty z dzieciństwa. Zdjęcie było wydarzeniem, czymś ważnym. Wiem, że fotografowano kiedyś nawet rodziców z martwymi dziećmi, żeby była jakaś pamiątka.
Ale nie rozumiem dzisiejszych czasów tak do końca. Sama trzaskam tak, że Japończyków pobiłam (zdanie Inżyniera), ale... Nie wszystko publikuję. I na bór liściasty, nie cykam sobie fotek w kiblu, bo po co? To miejsce dla ludzi, mam wiele zahamowań właśnie w związku z nim, bo nienawidzę publicznych toalet i z wielu rzeczy potrafię zrezygnować z tego powodu, ale na litość boską, na cholerę mi fotki z kibla?
Tak samo jak fotki ubrudzonych jedzeniem wnuków (moje Synowe publikują je namiętnie). OK, fajna rzecz do pośmiania się w gronie rodzinnym, ale we mnie fotografie dzieci, opapranych jedzeniem, a wyglądających przy tym, jakby się wytytłały w gównie, nawet jak to są moje osobiste wnuki, budzą niesmak, żeby nie rzec, że obrzydzenie. OK, wypapra się, bo jest małe, bo tak się zdarzyło, nie mam gwarancji, że za parę lat nie będę tak samo paprać :P Ale takiego opaprańca to ja czule za kark i do łazienki, umyć mordkę, wytrzeć, przebrać i ucałować. Ale podniecać się buzią wyglądającą gównianie?
Przytulałam zarzygane, sprzątałam osrane, ale to nie dowód, że trzeba wszystko dokumentować. Można. Tylko pytanie: po co?
Stara jestem, nasrane mam, nie idę z duchem czasu.
Fajna jest fotka, jak małe sika i olewa przewijającego. Ale do użytku wewnętrznego.
Kiedyś Eks przewijał Pierworodnego, a pieluchy wtedy trzeba było prać. I jakoś nam się kończył zapas świeżych, a tu w trakcie przewijania Pierworodny zaczął sadzić kozie bobki :) No to Eks rączkę nadstawił, pielucha ocalała :) Ale to tylko rodzinna anegdota, nieudokumentowana fotkami wrzuconymi na fejsa...
Jednak nie wszystko na sprzedaż.
Ale wszystko do kupienia...
No wlazłam znów po pracy do Biedronki (innej, bo mam dwie na trasie), a ta... tonęła w kwiatach :)
Wlazłam tylko po cytryny!
A wyszłam z cytrynami i pięknym, brudnoróżowym bukietem 11 róż za jedyne 7,99 :)
Jak nienawidzę pinkowego, tak te brudnoróżowe róże z brzegami płatków wyglądającymi jak opalone płomieniem świecy budzą we mnie rozkosz.
I jestem z siebie dumna, że kupiłam tylko jeden bukiet, bo...
Biedronka zawalona jest badylami, feeria róż, pieścichłopów, boligłówek i innych wynalazków.
Jednak Polacy albo nie są zakochani na maksa, albo nie lubią walentynek :P
A ja siebie kocham.
I badyle też :)
środa, 14 lutego 2018
Jebłam
mówiąc krótko, Kochany Pamiętniczku.
Zwyczajnie.
Trzeci dzień z motorkiem w dupie, bo tak wyszło.
Atmosfera nerwowa na maksa, krążą wieści, że Boss coś knuje.
Ale co? Homoniewiadomo...
I stoimy pode drzwiami od fotoskładu, a tu nagle Boss zakwita i w te słowa rzecze: błędy, błędy, wszędzie błędy, no co wy, ludzie, matury nie macie?
Milczę, bo cóż mam rzec. Czasem dają mu teksty bez korekty. A czasem on po mnie uparcie poprawia, jak w tym numerze. Puszczam: przy pomocy babci, a on odsyła z poprawką: za pomocą babci. Ja z pyskiem do redaktora, co on po mnie poprawia, a redaktor: to nie ja, to Boss. I weź tłumacz, jak krowie na rowie, że pierdolenie kotka za pomocą młotka, ale dom budujemy przy pomocy sąsiada...
Zatrudnia fachowców, ale nie od języka, tylko z konkretnych dziedzin. Od języka jestem ja, a że mi nie wierzy? Zawsze mam linka i słownik pod ręką :D I - odpukać, zawsze dotąd moje na wierzchu, Pewno, że są literówki, ale korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, o nie. Korekta jest po to, żeby błędów było mniej i to jest PRAWDZIWA definicja korekty :)
I tak się składa, że jeżeli po pierwszej korekcie w kompiku "tylko parę słów dopisują", to wydruk jest czerwony jak krew :)
Ale co ja będę mu dorzucała węgla do kotła.
Lata całe temu moja koleżanka, wściekła, że kolejny dyżur siedzi po godzinach (a na nocki wtedy chodziłyśmy) rzuciła redaktorom, którzy spokojnie piwko popijali (godzinami bym mogła opowiadać): macie maturę? Macie? Kto wam ją dał? To se sami poprawiajcie, torebkę wzięła i poszła w siną dal, w siną dal...
Osobiście dziś miałam 7 orgazmów, bo siedem ortografów znalazłam, a każdy ortograf to u mnie orgazm, więc walentynki miałam z głowy.
Coś mnie trzepło i mówię do Bossa: czyżby pan planował zlikwidowanie korekty?
A Boss na to: rozważam to.
Moi: tylko proszę to zrobić po mojej śmierci, chcę pracować do śmierci.
Echo niosło jego rechot po całym korytarzu.
Uchyliły się sąsiednie drzwi, wyszedł kolega, taki spokojny, szary, swoje robi, nigdy się nie wychyla, nikomu na odcisk nie wchodzi i patrząc na Bossa rzecze:
O, właśnie, dopiero po śmierci SJ...
Nie ma innej opcji...
Nie ukrywam, ciepło mi się zrobiło, a Boss poczołgał się do swojej nory, rechocąc radośnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
I gdy wleciałam śpijmą nocą do Biedronki po piwko, a co, należy mi się, róże były po 7 złotych za 11 sztuk. Co, ja siebie nie kocham? Kocham się najbardziej na świecie, więc oprócz róż kupiłam sobie jeszcze trzy boligłówki w metalowym wiaderku, też za grosze :D
Kto bogatemu zabroni?
Jeszcze juterko przeżyć. Będzie dobrze :)
Zwyczajnie.
Trzeci dzień z motorkiem w dupie, bo tak wyszło.
Atmosfera nerwowa na maksa, krążą wieści, że Boss coś knuje.
Ale co? Homoniewiadomo...
I stoimy pode drzwiami od fotoskładu, a tu nagle Boss zakwita i w te słowa rzecze: błędy, błędy, wszędzie błędy, no co wy, ludzie, matury nie macie?
Milczę, bo cóż mam rzec. Czasem dają mu teksty bez korekty. A czasem on po mnie uparcie poprawia, jak w tym numerze. Puszczam: przy pomocy babci, a on odsyła z poprawką: za pomocą babci. Ja z pyskiem do redaktora, co on po mnie poprawia, a redaktor: to nie ja, to Boss. I weź tłumacz, jak krowie na rowie, że pierdolenie kotka za pomocą młotka, ale dom budujemy przy pomocy sąsiada...
Zatrudnia fachowców, ale nie od języka, tylko z konkretnych dziedzin. Od języka jestem ja, a że mi nie wierzy? Zawsze mam linka i słownik pod ręką :D I - odpukać, zawsze dotąd moje na wierzchu, Pewno, że są literówki, ale korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, o nie. Korekta jest po to, żeby błędów było mniej i to jest PRAWDZIWA definicja korekty :)
I tak się składa, że jeżeli po pierwszej korekcie w kompiku "tylko parę słów dopisują", to wydruk jest czerwony jak krew :)
Ale co ja będę mu dorzucała węgla do kotła.
Lata całe temu moja koleżanka, wściekła, że kolejny dyżur siedzi po godzinach (a na nocki wtedy chodziłyśmy) rzuciła redaktorom, którzy spokojnie piwko popijali (godzinami bym mogła opowiadać): macie maturę? Macie? Kto wam ją dał? To se sami poprawiajcie, torebkę wzięła i poszła w siną dal, w siną dal...
Osobiście dziś miałam 7 orgazmów, bo siedem ortografów znalazłam, a każdy ortograf to u mnie orgazm, więc walentynki miałam z głowy.
Coś mnie trzepło i mówię do Bossa: czyżby pan planował zlikwidowanie korekty?
A Boss na to: rozważam to.
Moi: tylko proszę to zrobić po mojej śmierci, chcę pracować do śmierci.
Echo niosło jego rechot po całym korytarzu.
Uchyliły się sąsiednie drzwi, wyszedł kolega, taki spokojny, szary, swoje robi, nigdy się nie wychyla, nikomu na odcisk nie wchodzi i patrząc na Bossa rzecze:
O, właśnie, dopiero po śmierci SJ...
Nie ma innej opcji...
Nie ukrywam, ciepło mi się zrobiło, a Boss poczołgał się do swojej nory, rechocąc radośnie...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)
I gdy wleciałam śpijmą nocą do Biedronki po piwko, a co, należy mi się, róże były po 7 złotych za 11 sztuk. Co, ja siebie nie kocham? Kocham się najbardziej na świecie, więc oprócz róż kupiłam sobie jeszcze trzy boligłówki w metalowym wiaderku, też za grosze :D
Kto bogatemu zabroni?
Jeszcze juterko przeżyć. Będzie dobrze :)
wtorek, 13 lutego 2018
Taka stara
Kochany Pamiętniczku, a taka głupia...
Zdrowy tryb życia atakuje zewsząd, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
A ja wciąż zapominam o tym wspaniałym kawale:
Stirlitz ukradkiem karmił niemieckie dzieci. Od ukradka dzieci puchły i umierały.
I tak od czytania tych wszystkich pierdół wpadły mi w oko buraki. Że sok z buraków to umarłych z grobu wyciąga. A że lubię, a i nadciśnienie ponoć redukuje, to co sobie będę żałowała.
Wyciągnęłam sokowirówkę, od paru dni sok popijam, a jakże, zadowolona, bo lubię, no i wiecznie będę żyła.
Amen.
Zamiast piwska szklaneczka soku, wzbogaconego, a jakże, a to marcheweczka, a to gruszeczka, a to jabłuszko.
Cót, mjut i ożeszki laskowe.
Ale samopoczucie od dwóch dni do dupy.
A dziś, ojapierdolę, jak mnie zakłuło, tom całą Drogę Mleczną zobaczyła.
A pracuję, jak ten siwy mrówek, z zaparciem, ale herbatkę piję, bo...
Dwa siki dziennie to trochę mało.
A tu jeszcze kłucie.
Wracam do domu, w charakterze konia po westernie, bo znów po godzinach i...
Wrzucam na Googla: skutki uboczne picia soku z buraków, bo mnie olśniło.
I co ja paczę?
Ano, mało, że męczę się z myciem sokowirówki i wynoszeniem wysłodków, to jeszcze sama sobie grobek kopię.
Precz ze zdrowym trybem życia!
Niech żyje mój rozum. I nie czytamy więcej internetów.
Dopóki nie stosuję cudów wianków, ale jem śledzie wtedy, kiedy mam na nie ochotę, a biały ser, kiedy za mną chodzi - nic mi nie jest.
I tego się będziemy trzymać - mój organizm wie najlepiej, czego mi potrzeba, a sok z buraków chodził ze mną raz na ruski rok, a tu cały tydzień go piłam :D
Teraz będę odkręcała wszystko, mając nadzieję, że uratuję nereczki.
Inżynier już w poniedziałek nie wytrzymał i litanię napisał.
Odpisałam grzecznie, ale bez euforii.
To nie jest coś, o czym można korespondować.
A jeszcze po bandzie pojechał, jak Synowa jesienią: zagrał kartą Alienka.
Ona na wieść, że nie jadę do UK też nią zagrała: a Alienek.
Ale...
Nie, to tak nie działa, Alienek to inna bajka i tak, jak ja nie mieszałam chłopców do małżeństwa, tak oni nie będą mnie Alienkiem straszyli.
Facet ze zdjęcia miałby dziś 88. urodziny.
A w pracy wpada do mnie dziś
Ja, z entuzjazmem: o rety, jaki fajny dzień, kominiarz w pracy, będę miała farta.
A kominiarz: Ale jest trzynasty...
A ja na to: nie szkodzi.
Parę chwil później oddaję korektę koleżance i wytykam, merytorycznie, co jak wiadomo, do moich zadań nie należy. Na to ląduje Boss i marmoli: no, no, proszę, proszę, przykłada się pani. A ja na to: ktoś musi :p
I tak mimo ataków kłującego bólu udało mi się dotrzeć do domu, a teraz luz i hasta maniana.
Nie licząc smogu, to żyć, nie umierać, bo
Mimo mrozu. Na dworze minus pięć, a w tramwaju plus trzydzieści, ja w zimowym płaszczu. Wyobraża sobie ktoś chodzenie latem w zimowym płaszczu?
Nic dziwnego, że wszyscy chodzą smarkający i kichający, bo to niezdrowe takie skoki temperatury, a trudno w tramwaju, jadąc dwa przystanki rozbierać się do rosołu.
A propos tego rozbierania, kolega dziś mi uświadomił, że to nie chodzi o rozbieranie się do rosołu (chłopców zawsze rozbierałam, bo jeszcze nie odkryłam sposobu na spieranie rosołu z T-shirtów z bawełny, więc na hasło: rosół lecieli po specjalne, stare rzeczy, że jak kapnęło, to szat nie darłam), ale... O rozbieranie zabitej kury do rosołu. A umarłabym nieświadoma tego :)
Zaszokowani byli w pracy, że nie drę szat i nie marudzę, ale wszystko opóźniło się tak, że... nie miałam chwili wolnej. A w pracy chodzi mi o to, żeby pracować, a nie czekać godzinami na pracę. Jak jest praca, nie marudzę. Nakręca mnie bezczynność i czekanie, aż ludzie wezmą się solidnie do pracy, żebym ja miała co robić.
A ukochani rządzący planują, żeby na etacie nie można było dodatkowo dorabiać, tylko żeby trzeba było zakładać działalność gospodarczą.
Jak im ten posrany pomysł przejdzie, to pogorszy mi się, bo nie będzie kasy, o której chłop nie wie. Nie będzie mi się opłacało z warzywkami się bawić za te parę groszy, jak jednocześnie będę musiała działalność gospodarczą ogarniać. A pracuję tam, gdzie żadna szara strefa nie działa, nie ten poziom. Chociaż?
Olśniło mnie.
Polak potrafi.
Już kiedyś rozmawialiśmy o tym z Kierownikiem Budowy.
I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku, jeszcze obiad na jutro muszę ogarnąć.
Baran i Postman wrócili w domowe pielesza. Szczęśliwie. Ale Murzynka nie przywieźli :P :) Szkoda :D Co będziemy zatem piec?
Zdrowy tryb życia atakuje zewsząd, chyłkiem, ukradkiem i znienacka.
A ja wciąż zapominam o tym wspaniałym kawale:
Stirlitz ukradkiem karmił niemieckie dzieci. Od ukradka dzieci puchły i umierały.
I tak od czytania tych wszystkich pierdół wpadły mi w oko buraki. Że sok z buraków to umarłych z grobu wyciąga. A że lubię, a i nadciśnienie ponoć redukuje, to co sobie będę żałowała.
Wyciągnęłam sokowirówkę, od paru dni sok popijam, a jakże, zadowolona, bo lubię, no i wiecznie będę żyła.
Amen.
Zamiast piwska szklaneczka soku, wzbogaconego, a jakże, a to marcheweczka, a to gruszeczka, a to jabłuszko.
Cót, mjut i ożeszki laskowe.
Ale samopoczucie od dwóch dni do dupy.
A dziś, ojapierdolę, jak mnie zakłuło, tom całą Drogę Mleczną zobaczyła.
A pracuję, jak ten siwy mrówek, z zaparciem, ale herbatkę piję, bo...
Dwa siki dziennie to trochę mało.
A tu jeszcze kłucie.
Wracam do domu, w charakterze konia po westernie, bo znów po godzinach i...
Wrzucam na Googla: skutki uboczne picia soku z buraków, bo mnie olśniło.
I co ja paczę?
Ano, mało, że męczę się z myciem sokowirówki i wynoszeniem wysłodków, to jeszcze sama sobie grobek kopię.
Precz ze zdrowym trybem życia!
Niech żyje mój rozum. I nie czytamy więcej internetów.
Dopóki nie stosuję cudów wianków, ale jem śledzie wtedy, kiedy mam na nie ochotę, a biały ser, kiedy za mną chodzi - nic mi nie jest.
I tego się będziemy trzymać - mój organizm wie najlepiej, czego mi potrzeba, a sok z buraków chodził ze mną raz na ruski rok, a tu cały tydzień go piłam :D
Teraz będę odkręcała wszystko, mając nadzieję, że uratuję nereczki.
Inżynier już w poniedziałek nie wytrzymał i litanię napisał.
Odpisałam grzecznie, ale bez euforii.
To nie jest coś, o czym można korespondować.
A jeszcze po bandzie pojechał, jak Synowa jesienią: zagrał kartą Alienka.
Ona na wieść, że nie jadę do UK też nią zagrała: a Alienek.
Ale...
Nie, to tak nie działa, Alienek to inna bajka i tak, jak ja nie mieszałam chłopców do małżeństwa, tak oni nie będą mnie Alienkiem straszyli.
Facet ze zdjęcia miałby dziś 88. urodziny.
A w pracy wpada do mnie dziś
Ja, z entuzjazmem: o rety, jaki fajny dzień, kominiarz w pracy, będę miała farta.
A kominiarz: Ale jest trzynasty...
A ja na to: nie szkodzi.
Parę chwil później oddaję korektę koleżance i wytykam, merytorycznie, co jak wiadomo, do moich zadań nie należy. Na to ląduje Boss i marmoli: no, no, proszę, proszę, przykłada się pani. A ja na to: ktoś musi :p
I tak mimo ataków kłującego bólu udało mi się dotrzeć do domu, a teraz luz i hasta maniana.
Nie licząc smogu, to żyć, nie umierać, bo
Mimo mrozu. Na dworze minus pięć, a w tramwaju plus trzydzieści, ja w zimowym płaszczu. Wyobraża sobie ktoś chodzenie latem w zimowym płaszczu?
Nic dziwnego, że wszyscy chodzą smarkający i kichający, bo to niezdrowe takie skoki temperatury, a trudno w tramwaju, jadąc dwa przystanki rozbierać się do rosołu.
A propos tego rozbierania, kolega dziś mi uświadomił, że to nie chodzi o rozbieranie się do rosołu (chłopców zawsze rozbierałam, bo jeszcze nie odkryłam sposobu na spieranie rosołu z T-shirtów z bawełny, więc na hasło: rosół lecieli po specjalne, stare rzeczy, że jak kapnęło, to szat nie darłam), ale... O rozbieranie zabitej kury do rosołu. A umarłabym nieświadoma tego :)
Zaszokowani byli w pracy, że nie drę szat i nie marudzę, ale wszystko opóźniło się tak, że... nie miałam chwili wolnej. A w pracy chodzi mi o to, żeby pracować, a nie czekać godzinami na pracę. Jak jest praca, nie marudzę. Nakręca mnie bezczynność i czekanie, aż ludzie wezmą się solidnie do pracy, żebym ja miała co robić.
A ukochani rządzący planują, żeby na etacie nie można było dodatkowo dorabiać, tylko żeby trzeba było zakładać działalność gospodarczą.
Jak im ten posrany pomysł przejdzie, to pogorszy mi się, bo nie będzie kasy, o której chłop nie wie. Nie będzie mi się opłacało z warzywkami się bawić za te parę groszy, jak jednocześnie będę musiała działalność gospodarczą ogarniać. A pracuję tam, gdzie żadna szara strefa nie działa, nie ten poziom. Chociaż?
Olśniło mnie.
Polak potrafi.
Już kiedyś rozmawialiśmy o tym z Kierownikiem Budowy.
I tym optymistycznym akcentem żegnam Cię, Kochany Pamiętniczku, jeszcze obiad na jutro muszę ogarnąć.
Baran i Postman wrócili w domowe pielesza. Szczęśliwie. Ale Murzynka nie przywieźli :P :) Szkoda :D Co będziemy zatem piec?
sobota, 10 lutego 2018
Świat
obojętnym krokiem mija mnie codziennie, Kochany Pamiętniczku...
Cóż go obchodzą sentymenty i wzruszenia
Przecież historii nie zatrzyma głupia łza
Świat nie ma czasu, by wyrzuty mieć sumienia
Może dlatego my mijamy, a on trwa...
Ano.
Trwa.
Cóż go obchodzą sentymenty i wzruszenia
Przecież historii nie zatrzyma głupia łza
Świat nie ma czasu, by wyrzuty mieć sumienia
Może dlatego my mijamy, a on trwa...
Ano.
Trwa.
piątek, 9 lutego 2018
My tu gadu-gadu
a walizka po peronie skacze, Kochany Pamiętniczku.
Wkurw totalny ogarnął mnie w pracy za sprawą Synowej od Inżyniera i nie odpuszcza za Chiny Ludowe.
D. zauważyła, że jest ze mną nie tak, gdy wlazłam do kuchni, żeby sobie herbatkę zrobić. Taką mam parszywą mordę, że wszystko się na niej maluje, a na dokładkę ciśnienie mi tak skoczyło, że wyglądałam jak burak po liftingu.
Navigare necesse est...
A zaczęło się tak niewinnie na Messengerze, bo się nudziłam jak mops czekając na prackę.
Zapytałam, co Alienek dziś zbroił, bo co rusz mam fajne filmiki, jak pędzi do otwartej zmywarki, rzucając inną robotę, jak chomikuje jedzenie na później i inne takie tam rozrywki pojebanej na maksa babci, za co Synowej chwała i cześć. Bo ta od Pierworodnego nigdy mnie tak nie rozpieszczała, a z Alienkiem jestem na bieżąco.
No i informuje mnie, że kupili bilety do PL. Bo lecą do PL urządzać Alienkowi pierwsze urodziny. I lament, że bilety drogie, że już nie ma biletów za 40 zł w obie strony.
Hmmm....
Lecą tuż przed świętami, więc jak sobie wyobrażali cenę? Primo po pierwsze.
Primo po drugie. Po chuja lecą, można Alienkowi roczek w UK zrobić. Dziury w niebie nie będzie. No ale dla niej, jak wiem, to jest okazja pokazania się w PL i poszpanowania.
Rybka mi to.
U mnie nie będą, bo... nie ma warunków lokalowych, co orzekł sam Inżynier. Bo ona ma lepsze warunki lokalowe.
Tak, oczywiście.
W moich mizernych warunkach lokalowych wyprawiłam komunię Inżyniera na 21 osób i wszyscy się znakomicie bawili. Do dziś wspominają.
Ale rybka mi to. Lepsze warunki mieszkaniowe to stara kamienica, gdzie już na klatce schodowej śmierdzi grzybem i moczem, a w mieszkaniu w klitkach, w których nie można się poruszyć śmierdzi psem. Bo śmierdzi i żaden miłośnik zwierząt mnie nie przekona, że nie śmierdzi. Przyjmuję tłumaczenie, że ponaddziewięćdziesięcioletnia babcia nie dojedzie do mnie. Ale nie przyjmuję tłumaczenia o lepszych warunkach w miejscu, gdzie nie ma czym oddychać, żeby wstać, trzeba skakać, no i śmierdzi. I pies co kawałek szczeka tak, że własnych myśli nie słychać.
Dla mnie - śmierdzi, aczkolwiek po kilkunastu minutach nie czuję smrodu i te parę godzin wytrzymam.
Ale nie będą u mnie, bo im się nie opłaca przeprowadzać na te parę dni.
I dobrze. Moje badyle ocaleją. A i ja, spojrzawszy w harmonogram zrobiłam wzdech-wydech-wzdech. Bo będę w międzyczasie warzywka robiła. No cóż, ktoś na adwokata musi pracować, nawet jak cała moja zapłata za miesiąc pracy to pół honorarium adwokata za jeden raz.
Nie będzie prania pościeli i sprzątania, ganiania za Alienkiem i gotowania.
Cud, mjut i ożeszki laskowe.
Nie ma za co :)
Ale...
Odkąd się pobrali - jestem za burtą.
Ależ wszystko rozumiem. Pismo mówi: opuścisz matkę swą i ojca swego.
Super.
Brawo, hurra, jestem za,
Ważne, że dzieci są szczęśliwe.
Jeszcze raz.
Understand, że Inżynier też jest wykończony, jak najbardziej. Jakbym ja taką żonę miała... Miałam takiego męża i jakoś nie skoczyłam z basenu na główkę, ale nevermind. Widocznie silny po mamusi.
Więc kółeczko i raz, i dwa, i wianuszek do środka, panie proszą panów...
Tyle że na moją nieśmiałą prośbę, że może przez ten tydzień tu znajdzie chwilę na odsunięcie mi lodówki, że kupię sobie wtedy nową, nadął się jak ropucha... Że ma harmonogram zapełniony, że przecież wniosą, wyniosą i takie tam...
Tak, wiem, przywiozą mi, nikt mu nie każe wynosić starej. Aczkolwiek muszę za to zapłacić i to nielicho. Za wypoziomowanie i inne cuda wianki osobno.
Ale...
Jak przywiozą, to wstawią na brud po starej?
A nic, poradzę, kurwa sobie, nie ma tematu.
Rozumiem, że muszą Alienka wśród wszystkich jej znajomych pokazać.
Bo Inżynier już raczej ziomków tu nie ma.
Nieważne, co tam moja lodówka.
No i KURWA.
GWÓŹDŹ PROGRAMU.
Przełykam wszystko i mówię Synowej, że fajnie, że mają kasę na bilet.
AND?
Że mam się cieszyć, że wysłuchują mojego jojczenia, że tyle wydaję na adwokata.
Tak, kurwa. Wymyśliłam sobie wydawanie na adwokata.
Dla własnej przyjemności wpakowałam już dwie pensje w adwokata. I wpakuję może jeszcze dwie.
No, kurwa.
A przecież MOGĘ kazać, żeby sobie to sami załatwiali. Latając do PL, płacąc.
Nic to, Michałku.
Rzekłam, że idę do chowaczka brukwiaczka, bo akurat doleciał. I poszłam.
Pół godziny później Inżynier się odezwał.
Nie odpisałam dotychczas, bo kurwica wciąż mną miota. Cokolwiek nie powiem - zajmie jej stronę, tak jak uczyłam, wkurwiona tym, że Eks zawsze uważał, że mama ma rację, nawet jak jej, kurwa nie miała...
Mam za swoje.
A mógł wybrać inną. Tej innej mu nie daruję... Ano :) Jakkolwiek na początku nie byłam jej zagorzałą fanką, zawsze można wybrać gorszą, co nie?
Ale w sumie co mnie to?
Co będzie, to będzie, z mieszkania mnie nikt nie wywali, a że oni zostaną z gołą dupą, rybka mi to.
Nie wiem, co jest TAM.
Wiem, że dopóki mnie nie wypierdolą, muszę pracować do usranej śmierci, bo nikt się mną nie zajmie. Bo jestem mniej ważna od kotków, piesków i innych żyjątek (obrońców zwierzątek, z całym szacunkiem, proszę o ewentualne niekomentowanie, albowiem wiem, nauczona ostrym bacikiem, że liczą się tylko one, reszta do piachu i morda w kubeł). I gdy będzie trzeba wybierać między leczeniem mnie a kotełka, ewentualnie innego piesełka, kotełek albo piesełek górą. No bo taki bezbronny, a ja sprężyć się mogę i zapierdalać dalej.
Amen.
Gdzieś tę żółć musiałam wylać, i wylałam.
To mój Pamiętniczek, i moja żółć.
Wyszłam z pracy, nawet niemiotana uczuciem obowiązku, jak wczoraj, bo okazało się, że wczoraj wykorzystano mnie #meetoo, nie nie dosłownie tak, ale na zasadzie: ale dlaczego korektorka nie ma posiedzieć, skoro nam nie idzie?
Jadąc, marzyłam o kupieniu miodowego, aczkolwiek staram się nie pić i mi się to nawet udaje.
Włażę do piątki, a tam ciemno jak w dupie u Murzyna...
Aczkolwiek na dworze jeszcze jasno.
Pytam, co jest. Od południa na osiedlu nie ma prądu.
Nie ma wody zatem ani ogrzewania. Nie ma windy. Nie ma płatności kartą. Ale na szczęście mam drobne. Pani Ania uśmiecha się w wątłym świetle ledowej lamki i mówi, że jak dla mnie kredyt otwarty :) W życiu nie brałam nic na kredyt, znaczy się alkoholu i żywności, bo meble i inne takie tam i owszem :)
Płacę za łomżę, pnę się na swoje piętro... Rozmyślam, co będę czytała. Świeczek ci u mnie dostatek. W iPhone mam 50 GB, jest co podłączyć do iPada. Oba naładowane... Da się żyć.
Ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ledwo żywa (kiedy ja ostatnio chodziłam po schodach, wyjmując wiadukt na Hetmańskiej, który omijam, jak tylko mogę) wtykam klucz do zamka i....
Na korytarzu zapala się światło.
Mamy lampy reagujące na ruch.
Kurtyna.
Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
Nie wiem, co dalej,
Pewno jutro tradycyjnie Inżynier zaprosi na Skype w niedzielę.
Ale...
Nie mam ochoty rozmawiać.
Nie powiem, że mnie KURWA wkurwia jego żona w depresji, bo musi cały dzień zajmować się dzieckiem. Nie martwiąc się KURWA, za co jutro zakupy zrobi.
Nie, żebym jej zazdrościła.
Ale po kiego chuja planuje troje dzieci, trzy koty i psa, skoro z jednym dzieckiem i dwoma kotami nie ogarnia tej kuwety.
Nie pracując.
Ja pracowałam, na czarno, ale pracowałam.
Ogarniałam.
KURWA.
Nagroda dla wskazanie mi miejsca, gdzie mnie bezboleśnie uśpią.
Bo mam dość bycia najbardziej pojebaną w galaktyce...
Zastanawiam się, przy tym pojebanym rządzie, czy nie wnieść ustawy o obowiązkowe usypianie teściowych po ślubie młodych, coby się nie nerwowały niepotrzebnie :P
Wkurw totalny ogarnął mnie w pracy za sprawą Synowej od Inżyniera i nie odpuszcza za Chiny Ludowe.
D. zauważyła, że jest ze mną nie tak, gdy wlazłam do kuchni, żeby sobie herbatkę zrobić. Taką mam parszywą mordę, że wszystko się na niej maluje, a na dokładkę ciśnienie mi tak skoczyło, że wyglądałam jak burak po liftingu.
Navigare necesse est...
A zaczęło się tak niewinnie na Messengerze, bo się nudziłam jak mops czekając na prackę.
Zapytałam, co Alienek dziś zbroił, bo co rusz mam fajne filmiki, jak pędzi do otwartej zmywarki, rzucając inną robotę, jak chomikuje jedzenie na później i inne takie tam rozrywki pojebanej na maksa babci, za co Synowej chwała i cześć. Bo ta od Pierworodnego nigdy mnie tak nie rozpieszczała, a z Alienkiem jestem na bieżąco.
No i informuje mnie, że kupili bilety do PL. Bo lecą do PL urządzać Alienkowi pierwsze urodziny. I lament, że bilety drogie, że już nie ma biletów za 40 zł w obie strony.
Hmmm....
Lecą tuż przed świętami, więc jak sobie wyobrażali cenę? Primo po pierwsze.
Primo po drugie. Po chuja lecą, można Alienkowi roczek w UK zrobić. Dziury w niebie nie będzie. No ale dla niej, jak wiem, to jest okazja pokazania się w PL i poszpanowania.
Rybka mi to.
U mnie nie będą, bo... nie ma warunków lokalowych, co orzekł sam Inżynier. Bo ona ma lepsze warunki lokalowe.
Tak, oczywiście.
W moich mizernych warunkach lokalowych wyprawiłam komunię Inżyniera na 21 osób i wszyscy się znakomicie bawili. Do dziś wspominają.
Ale rybka mi to. Lepsze warunki mieszkaniowe to stara kamienica, gdzie już na klatce schodowej śmierdzi grzybem i moczem, a w mieszkaniu w klitkach, w których nie można się poruszyć śmierdzi psem. Bo śmierdzi i żaden miłośnik zwierząt mnie nie przekona, że nie śmierdzi. Przyjmuję tłumaczenie, że ponaddziewięćdziesięcioletnia babcia nie dojedzie do mnie. Ale nie przyjmuję tłumaczenia o lepszych warunkach w miejscu, gdzie nie ma czym oddychać, żeby wstać, trzeba skakać, no i śmierdzi. I pies co kawałek szczeka tak, że własnych myśli nie słychać.
Dla mnie - śmierdzi, aczkolwiek po kilkunastu minutach nie czuję smrodu i te parę godzin wytrzymam.
Ale nie będą u mnie, bo im się nie opłaca przeprowadzać na te parę dni.
I dobrze. Moje badyle ocaleją. A i ja, spojrzawszy w harmonogram zrobiłam wzdech-wydech-wzdech. Bo będę w międzyczasie warzywka robiła. No cóż, ktoś na adwokata musi pracować, nawet jak cała moja zapłata za miesiąc pracy to pół honorarium adwokata za jeden raz.
Nie będzie prania pościeli i sprzątania, ganiania za Alienkiem i gotowania.
Cud, mjut i ożeszki laskowe.
Nie ma za co :)
Ale...
Odkąd się pobrali - jestem za burtą.
Ależ wszystko rozumiem. Pismo mówi: opuścisz matkę swą i ojca swego.
Super.
Brawo, hurra, jestem za,
Ważne, że dzieci są szczęśliwe.
Jeszcze raz.
Understand, że Inżynier też jest wykończony, jak najbardziej. Jakbym ja taką żonę miała... Miałam takiego męża i jakoś nie skoczyłam z basenu na główkę, ale nevermind. Widocznie silny po mamusi.
Więc kółeczko i raz, i dwa, i wianuszek do środka, panie proszą panów...
Tyle że na moją nieśmiałą prośbę, że może przez ten tydzień tu znajdzie chwilę na odsunięcie mi lodówki, że kupię sobie wtedy nową, nadął się jak ropucha... Że ma harmonogram zapełniony, że przecież wniosą, wyniosą i takie tam...
Tak, wiem, przywiozą mi, nikt mu nie każe wynosić starej. Aczkolwiek muszę za to zapłacić i to nielicho. Za wypoziomowanie i inne cuda wianki osobno.
Ale...
Jak przywiozą, to wstawią na brud po starej?
A nic, poradzę, kurwa sobie, nie ma tematu.
Rozumiem, że muszą Alienka wśród wszystkich jej znajomych pokazać.
Bo Inżynier już raczej ziomków tu nie ma.
Nieważne, co tam moja lodówka.
No i KURWA.
GWÓŹDŹ PROGRAMU.
Przełykam wszystko i mówię Synowej, że fajnie, że mają kasę na bilet.
AND?
Że mam się cieszyć, że wysłuchują mojego jojczenia, że tyle wydaję na adwokata.
Tak, kurwa. Wymyśliłam sobie wydawanie na adwokata.
Dla własnej przyjemności wpakowałam już dwie pensje w adwokata. I wpakuję może jeszcze dwie.
No, kurwa.
A przecież MOGĘ kazać, żeby sobie to sami załatwiali. Latając do PL, płacąc.
Nic to, Michałku.
Rzekłam, że idę do chowaczka brukwiaczka, bo akurat doleciał. I poszłam.
Pół godziny później Inżynier się odezwał.
Nie odpisałam dotychczas, bo kurwica wciąż mną miota. Cokolwiek nie powiem - zajmie jej stronę, tak jak uczyłam, wkurwiona tym, że Eks zawsze uważał, że mama ma rację, nawet jak jej, kurwa nie miała...
Mam za swoje.
A mógł wybrać inną. Tej innej mu nie daruję... Ano :) Jakkolwiek na początku nie byłam jej zagorzałą fanką, zawsze można wybrać gorszą, co nie?
Ale w sumie co mnie to?
Co będzie, to będzie, z mieszkania mnie nikt nie wywali, a że oni zostaną z gołą dupą, rybka mi to.
Nie wiem, co jest TAM.
Wiem, że dopóki mnie nie wypierdolą, muszę pracować do usranej śmierci, bo nikt się mną nie zajmie. Bo jestem mniej ważna od kotków, piesków i innych żyjątek (obrońców zwierzątek, z całym szacunkiem, proszę o ewentualne niekomentowanie, albowiem wiem, nauczona ostrym bacikiem, że liczą się tylko one, reszta do piachu i morda w kubeł). I gdy będzie trzeba wybierać między leczeniem mnie a kotełka, ewentualnie innego piesełka, kotełek albo piesełek górą. No bo taki bezbronny, a ja sprężyć się mogę i zapierdalać dalej.
Amen.
Gdzieś tę żółć musiałam wylać, i wylałam.
To mój Pamiętniczek, i moja żółć.
Wyszłam z pracy, nawet niemiotana uczuciem obowiązku, jak wczoraj, bo okazało się, że wczoraj wykorzystano mnie #meetoo, nie nie dosłownie tak, ale na zasadzie: ale dlaczego korektorka nie ma posiedzieć, skoro nam nie idzie?
Jadąc, marzyłam o kupieniu miodowego, aczkolwiek staram się nie pić i mi się to nawet udaje.
Włażę do piątki, a tam ciemno jak w dupie u Murzyna...
Aczkolwiek na dworze jeszcze jasno.
Pytam, co jest. Od południa na osiedlu nie ma prądu.
Nie ma wody zatem ani ogrzewania. Nie ma windy. Nie ma płatności kartą. Ale na szczęście mam drobne. Pani Ania uśmiecha się w wątłym świetle ledowej lamki i mówi, że jak dla mnie kredyt otwarty :) W życiu nie brałam nic na kredyt, znaczy się alkoholu i żywności, bo meble i inne takie tam i owszem :)
Płacę za łomżę, pnę się na swoje piętro... Rozmyślam, co będę czytała. Świeczek ci u mnie dostatek. W iPhone mam 50 GB, jest co podłączyć do iPada. Oba naładowane... Da się żyć.
Ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ledwo żywa (kiedy ja ostatnio chodziłam po schodach, wyjmując wiadukt na Hetmańskiej, który omijam, jak tylko mogę) wtykam klucz do zamka i....
Na korytarzu zapala się światło.
Mamy lampy reagujące na ruch.
Kurtyna.
Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.
Nie wiem, co dalej,
Pewno jutro tradycyjnie Inżynier zaprosi na Skype w niedzielę.
Ale...
Nie mam ochoty rozmawiać.
Nie powiem, że mnie KURWA wkurwia jego żona w depresji, bo musi cały dzień zajmować się dzieckiem. Nie martwiąc się KURWA, za co jutro zakupy zrobi.
Nie, żebym jej zazdrościła.
Ale po kiego chuja planuje troje dzieci, trzy koty i psa, skoro z jednym dzieckiem i dwoma kotami nie ogarnia tej kuwety.
Nie pracując.
Ja pracowałam, na czarno, ale pracowałam.
Ogarniałam.
KURWA.
Nagroda dla wskazanie mi miejsca, gdzie mnie bezboleśnie uśpią.
Bo mam dość bycia najbardziej pojebaną w galaktyce...
Zastanawiam się, przy tym pojebanym rządzie, czy nie wnieść ustawy o obowiązkowe usypianie teściowych po ślubie młodych, coby się nie nerwowały niepotrzebnie :P
niedziela, 4 lutego 2018
Life
Kochany Pamiętniczku.
Wczoraj w nocy jakiś pijak nie wyhamował na jezdni, przebił płot, barierkę na schodach, i wylądował na drugim płocie.
Pijany w trzy dupy. Złapali jednego, drugi zwiał.
Będą koszty, bo prawdopodobnie nie ma ubezpieczenia, ale policja nie udzieli Inżynierowi informacji, bo... ochrona danych osobowych.
No i kilkaset funtów w plecy, bo uszkodził Inżynierowi zderzak. Sąsiadowi gorzej, bo bok mu wgniótł...
Podskoczy czynsz, bo naprawa płotu i barierki.
I to za niewinność.
Życie jest niesprawiedliwe.
Ale dobrze, że stało się to w nocy, w momencie, kiedy nikogo tam nie było. Że nie zabił nikogo. Że nie wjechał w dom.
Powinno być dożywocie za jeżdżenie po pijaku.
Nie zmienię zdania.
Jak mi o tym pisał wczoraj, oczami duszy zobaczyłam... tfu, tfu...
A dziś u mnie śnieg padał. No ale luz, bo mam Altered Carbon.
A w nocy zamiast spać oglądnęłam Cudownego chłopca.
Jak urlop, to urlop.
Baran w Afryce Murzynów łapie, ale ponoć nie da się żadnego przeflancować, takie zmarzluchy, że przy 30 stopniach na plusie ubierają się na cebulkę. To co ja będę z takim robiła, raz upiekę i po ptakach ;)
Bolą mnie nerki.
Koniec nadciąga :)
Wczoraj w nocy jakiś pijak nie wyhamował na jezdni, przebił płot, barierkę na schodach, i wylądował na drugim płocie.
Pijany w trzy dupy. Złapali jednego, drugi zwiał.
Będą koszty, bo prawdopodobnie nie ma ubezpieczenia, ale policja nie udzieli Inżynierowi informacji, bo... ochrona danych osobowych.
No i kilkaset funtów w plecy, bo uszkodził Inżynierowi zderzak. Sąsiadowi gorzej, bo bok mu wgniótł...
Podskoczy czynsz, bo naprawa płotu i barierki.
I to za niewinność.
Życie jest niesprawiedliwe.
Ale dobrze, że stało się to w nocy, w momencie, kiedy nikogo tam nie było. Że nie zabił nikogo. Że nie wjechał w dom.
Powinno być dożywocie za jeżdżenie po pijaku.
Nie zmienię zdania.
Jak mi o tym pisał wczoraj, oczami duszy zobaczyłam... tfu, tfu...
A dziś u mnie śnieg padał. No ale luz, bo mam Altered Carbon.
A w nocy zamiast spać oglądnęłam Cudownego chłopca.
Jak urlop, to urlop.
Baran w Afryce Murzynów łapie, ale ponoć nie da się żadnego przeflancować, takie zmarzluchy, że przy 30 stopniach na plusie ubierają się na cebulkę. To co ja będę z takim robiła, raz upiekę i po ptakach ;)
Bolą mnie nerki.
Koniec nadciąga :)
piątek, 2 lutego 2018
Okna
pomyłam, Kochany Pamiętniczku, pierwszy raz od grudnia sprzed wyjazdu.
Kto bogatemu zabroni?
Od razu mieszkanie wyporządniało, mimo że reszta po łebkach.
Storczyki kwitną, jakby im za to płacili, a nigdy nie chciały.
I JUPI :)
Nie robią broszury, więc emilka pchnęłam, czy mogę urlop.
Mogę.
I tym pięknym sposobem do wtorku będę siedziała na dupie i nicnierobiła.
Adwokat robi mnie w chuja, bo kazał iść do US po PIT, że potem mi pomoże wypełnić. A PIT można ściągnąć ze strony i co? Nie mógł z ramach tego tysiąca powiedzieć mi, co mam wpisać? US przenieśli na wygwizdowo, gdzie nic nie dojeżdża, jak ktoś niezmotoryzowany, to ma kilometry do przejścia, a i same gmaszyska, że ojapierdolę. I komu przeszkadzał sympatyczny stary US, gdzie wszystko było blisko? A na dokładkę powrót z US pod górkę i to dużą górkę. Zasapałam się nieziemsko, ale może to dobrze, że wreszcie dupę ruszyłam?
Dziś dwie godziny spacerkiem po zakupy, bo słońce przepięknie świeciło (dlatego się za okna wzięłam), plus to mycie i sprzątanie.
Może jeszcze się rozkręcę?
W spółdzielni mam rok na załatwienie i w sumie miałam nosa lata temu płacąc wpisowe. Jestem członkiem, więc nic się nie zmienia.
Ale wpadłam dziś na hydraulika i mówię mu, że będę go potrzebowała do kaloryfera, a on mi na to: proszę zadzwonić do spółdzielni za tydzień, bo w tym nie mam czasu.
Mówię, że przecież nie dzwonię.
A.
Ale czasu i tak nie ma.
Tak wygląda moja spółdzielnia, więc i ja pierdolę, nie pali się...
Kto bogatemu zabroni?
Od razu mieszkanie wyporządniało, mimo że reszta po łebkach.
Storczyki kwitną, jakby im za to płacili, a nigdy nie chciały.
I JUPI :)
Nie robią broszury, więc emilka pchnęłam, czy mogę urlop.
Mogę.
I tym pięknym sposobem do wtorku będę siedziała na dupie i nicnierobiła.
Adwokat robi mnie w chuja, bo kazał iść do US po PIT, że potem mi pomoże wypełnić. A PIT można ściągnąć ze strony i co? Nie mógł z ramach tego tysiąca powiedzieć mi, co mam wpisać? US przenieśli na wygwizdowo, gdzie nic nie dojeżdża, jak ktoś niezmotoryzowany, to ma kilometry do przejścia, a i same gmaszyska, że ojapierdolę. I komu przeszkadzał sympatyczny stary US, gdzie wszystko było blisko? A na dokładkę powrót z US pod górkę i to dużą górkę. Zasapałam się nieziemsko, ale może to dobrze, że wreszcie dupę ruszyłam?
Dziś dwie godziny spacerkiem po zakupy, bo słońce przepięknie świeciło (dlatego się za okna wzięłam), plus to mycie i sprzątanie.
Może jeszcze się rozkręcę?
W spółdzielni mam rok na załatwienie i w sumie miałam nosa lata temu płacąc wpisowe. Jestem członkiem, więc nic się nie zmienia.
Ale wpadłam dziś na hydraulika i mówię mu, że będę go potrzebowała do kaloryfera, a on mi na to: proszę zadzwonić do spółdzielni za tydzień, bo w tym nie mam czasu.
Mówię, że przecież nie dzwonię.
A.
Ale czasu i tak nie ma.
Tak wygląda moja spółdzielnia, więc i ja pierdolę, nie pali się...
środa, 31 stycznia 2018
Koniec
ostatni dzień stycznia, Kochany Pamiętniczku.
Jutro spadnie pierwsza kartka z kalendarza w tym roku.
Wykończona jestem, chciałam wypisać urlop na poniedziałek i wtorek, a tu zonk: jestem potrzebna do kolejnego ekstrasa.
Dziś miałam pracować chwilę z domu. I OK, pracowałam chwilę, ale na tę chwilę czekałam, gnijąc przy kompie... pięć godzin.
Jestem ciekawa, jaka będzie wypłata w lutym, bo w styczniu była goła, jak święty turecki.
Synowa od Pierworodnego napaliła się na Skype, jak szczerbaty na suchary, bo myślała, że już jest kasa w zasięgu ręki.
Ano nie ma.
Ale Inżynier na wieść o tym, ile wydałam na adwokata od razu chciał oddawać kasę, a Pierworodny westchnął głęboko "o kurka" i to wszystko w temacie.
Ale pisała, że muszą kupić Małej Wiedźmie rower teraz zaraz już, bo stary się rozwala. Rower miała dostać na urodziny, a ja obiecałam dołożyć do interesu, bo po co mam kupować byle co, skoro może być coś? Więc takie było zainteresowanie, czy dołożę teraz. Dołożyłam, choć też mnie wkurzyło, bo Inżynier wykładał, ale nie chce zwrotu w funtach, które mam i leżą bezproduktywnie, tylko w złotówkach, których teraz za dużo nie mam.
Nevermind.
I Papryczkowi kupują hulajnogę, bo chce. Na kij? Nie zapytałam, ale... Na Gwiazdkę dostał rower, taki, co się na nim odpycha i idzie. Więc na co mu na gwałt hulajnoga? Skoro rower bardzo lubi?
Nie ogarniam.
Nie wezmą bramki od Pierworodnego dla Alienka. Bo muszą mieć bramkę z przejściem dla kota.
Specjalną.
Starzeję się, Kochany Pamiętniczku.
Całe życie starałam się nie srać wyżej, jak dupę miałam.
I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że gdzieś popełniłam błąd w wychowaniu chłopców.
Duży błąd.
Niewybaczalny.
A Baran w Afryce znalazł w sklepie na półce
LOL :)
Śni mi się Eks. Niefajnie. W tych niedobrych sytuacjach. Kiedy było źle. Budzę się zlana zimnym potem i siłą wstrzymuję się, by nie biec i nie sprawdzać, czy drzwi są zamknięte, nie patrzeć w wizjer...
Mam dość.
Jutro spadnie pierwsza kartka z kalendarza w tym roku.
Wykończona jestem, chciałam wypisać urlop na poniedziałek i wtorek, a tu zonk: jestem potrzebna do kolejnego ekstrasa.
Dziś miałam pracować chwilę z domu. I OK, pracowałam chwilę, ale na tę chwilę czekałam, gnijąc przy kompie... pięć godzin.
Jestem ciekawa, jaka będzie wypłata w lutym, bo w styczniu była goła, jak święty turecki.
Synowa od Pierworodnego napaliła się na Skype, jak szczerbaty na suchary, bo myślała, że już jest kasa w zasięgu ręki.
Ano nie ma.
Ale Inżynier na wieść o tym, ile wydałam na adwokata od razu chciał oddawać kasę, a Pierworodny westchnął głęboko "o kurka" i to wszystko w temacie.
Ale pisała, że muszą kupić Małej Wiedźmie rower teraz zaraz już, bo stary się rozwala. Rower miała dostać na urodziny, a ja obiecałam dołożyć do interesu, bo po co mam kupować byle co, skoro może być coś? Więc takie było zainteresowanie, czy dołożę teraz. Dołożyłam, choć też mnie wkurzyło, bo Inżynier wykładał, ale nie chce zwrotu w funtach, które mam i leżą bezproduktywnie, tylko w złotówkach, których teraz za dużo nie mam.
Nevermind.
I Papryczkowi kupują hulajnogę, bo chce. Na kij? Nie zapytałam, ale... Na Gwiazdkę dostał rower, taki, co się na nim odpycha i idzie. Więc na co mu na gwałt hulajnoga? Skoro rower bardzo lubi?
Nie ogarniam.
Nie wezmą bramki od Pierworodnego dla Alienka. Bo muszą mieć bramkę z przejściem dla kota.
Specjalną.
Starzeję się, Kochany Pamiętniczku.
Całe życie starałam się nie srać wyżej, jak dupę miałam.
I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że gdzieś popełniłam błąd w wychowaniu chłopców.
Duży błąd.
Niewybaczalny.
A Baran w Afryce znalazł w sklepie na półce
LOL :)
Śni mi się Eks. Niefajnie. W tych niedobrych sytuacjach. Kiedy było źle. Budzę się zlana zimnym potem i siłą wstrzymuję się, by nie biec i nie sprawdzać, czy drzwi są zamknięte, nie patrzeć w wizjer...
Mam dość.
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Japierdolę
Kochany Pamiętniczku.
Naorałam się, jak łysy mrówek w ten weekend, ogarniając dwie książki.
Ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam ten pieprzony indeks, a nogi wieczorem miałam jak dwie kłody od siedzenia przed kompem. Spuchnięte i słoniowate.
Dziś tuptam do pracki, a jakże, na luzie, nie na dziewiątą, blog broń.
I co?
Gówno.
Ani jeden redaktor, ani drugi rękawów sobie nie wyrywał i nic nie było gotowe.
To ja pierdolę.
Że po południu będzie.
To poczeka. Na mnie, bo ja wrócę jutro i to nie na dziewiątą. Wrócę, jak będę, a kiedy będę, nie wiem.
Ale jak to, dzisiaj już nie wrócę?
Nie, bo nie mogę.
Ale jak to?
Ano tak to :)
Skoro ja mogłam - blog wie, czy nie za friko - ryć trzy dni, to i oni mogą poczekać.
Rybka mi, że termin i drukarnia :)
Tym bardziej, że odwalam cudzą robotę i gdyby mieli odrobinę przyzwoitości to dobre wino czy inną łapówkę od siebie by dali.
To ja łaskę robię im, nie oni mnie.
I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal do adwokata.
Dupy nie urwało, dziurę w kieszeni zrobiło (całość tysiąc złotych, więc ponad połowa mojej pensji), ale wreszcie coś drgnęło. W sensie, że ponagli, sprawdzi w sądzie, nadzór kuratorski też sprawdzi i w bankach.
Pytał mnie o adres kuratora, powiedziałam, że popytam, ale jak usłyszałam cenę za usługę, stwierdziłam, że niech sobie szukają sami, a co ja się będę w rodzinie Eksa wywnętrzała, że jakoś działam.
Chłopcy na razie nie muszą na gwałt lądować w kraju.
Mamy się w US wyspowiadać z tego, co jest w garści, czyli z mieszkania, a reszta, czyli gołąb na dachu - ma umocowanie w papierach, że pytamy, a tu dupa.
Jak coś, korekta do US i niech ganiają szwagra.
O ile już kasy nie wyprowadził.
Rybka mi to, chcę mieć święty spokój.
Karma to suka.
I tyle.
W następnym życiu idę na prawo.
Tak, wiem, to zamknięty klan.
A że piździ dziś, jak za cara na Skieletczyźnie, to wiadomo, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Ale ponoć gdzieś w wiosce są już pąki na magnolii, a i ja po drodze widzę, że forsycje już wiosenne pędy mają...
Z nadzieją na doczekanie kolejnej wiosny pozostaję, Kochany Pamiętniczku.
Baran i Postman wylądowali w Gabonie czy w innej Zambii i nawet internet mają :D
Naorałam się, jak łysy mrówek w ten weekend, ogarniając dwie książki.
Ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam ten pieprzony indeks, a nogi wieczorem miałam jak dwie kłody od siedzenia przed kompem. Spuchnięte i słoniowate.
Dziś tuptam do pracki, a jakże, na luzie, nie na dziewiątą, blog broń.
I co?
Gówno.
Ani jeden redaktor, ani drugi rękawów sobie nie wyrywał i nic nie było gotowe.
To ja pierdolę.
Że po południu będzie.
To poczeka. Na mnie, bo ja wrócę jutro i to nie na dziewiątą. Wrócę, jak będę, a kiedy będę, nie wiem.
Ale jak to, dzisiaj już nie wrócę?
Nie, bo nie mogę.
Ale jak to?
Ano tak to :)
Skoro ja mogłam - blog wie, czy nie za friko - ryć trzy dni, to i oni mogą poczekać.
Rybka mi, że termin i drukarnia :)
Tym bardziej, że odwalam cudzą robotę i gdyby mieli odrobinę przyzwoitości to dobre wino czy inną łapówkę od siebie by dali.
To ja łaskę robię im, nie oni mnie.
I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal do adwokata.
Dupy nie urwało, dziurę w kieszeni zrobiło (całość tysiąc złotych, więc ponad połowa mojej pensji), ale wreszcie coś drgnęło. W sensie, że ponagli, sprawdzi w sądzie, nadzór kuratorski też sprawdzi i w bankach.
Pytał mnie o adres kuratora, powiedziałam, że popytam, ale jak usłyszałam cenę za usługę, stwierdziłam, że niech sobie szukają sami, a co ja się będę w rodzinie Eksa wywnętrzała, że jakoś działam.
Chłopcy na razie nie muszą na gwałt lądować w kraju.
Mamy się w US wyspowiadać z tego, co jest w garści, czyli z mieszkania, a reszta, czyli gołąb na dachu - ma umocowanie w papierach, że pytamy, a tu dupa.
Jak coś, korekta do US i niech ganiają szwagra.
O ile już kasy nie wyprowadził.
Rybka mi to, chcę mieć święty spokój.
Karma to suka.
I tyle.
W następnym życiu idę na prawo.
Tak, wiem, to zamknięty klan.
A że piździ dziś, jak za cara na Skieletczyźnie, to wiadomo, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Ale ponoć gdzieś w wiosce są już pąki na magnolii, a i ja po drodze widzę, że forsycje już wiosenne pędy mają...
Z nadzieją na doczekanie kolejnej wiosny pozostaję, Kochany Pamiętniczku.
Baran i Postman wylądowali w Gabonie czy w innej Zambii i nawet internet mają :D
piątek, 26 stycznia 2018
I nie jestem
pewien sam, jak to jest, Kochany Pamiętniczku...
Zakupy poczyniłam w kurcgalopku i krowy ogarnęłam, aczkolwiek od oglądania krowich pip w technikolorze rzygać się chce. Ale i tak to jeszcze nie wszystko. I jak zwykle redaktor rękawów nie wyrywał, bo po co?
W sumie co mnie to, nie odpowiadam za merytoryczne.
Ale jakoś nie umiem nie wytknąć krzywym pazurem (na szczęście nieobgryzionym)...
Chwastów jedna czwarta ogarnięta, ale mam jeszcze dwa dni, a nigdzie nie będę już wychodziła, mam wszystko. Nawet półtuszę karpia mam (MLASK). Odbiję sobie wigilię :P A tak wlazłam do rybnego i majątek zostawiłam. Trudno. Pracuję z zaparciem, muszę jeść.
Fajnie się w domu pracuje, nikt mi za drzwiami nie miga, nie puka, w kiblu mój bałagan i jest cudnie :P
Jutro w przerwach ogarnę tę kuwetę, żeby nie zwariować od roboty, mam nadzieję, że do niedzieli skończę, a jak nie, to wola boska i skrzypce. Mam czas do środy jeszcze. Sama korekta to bułka z masłem, ale ten cholerny indeks, psiakostka. W Wordzie jednak lepiej, sam szuka, nie trzeba sterty kartek przewalać i szukać kolejnej pozycji, no ale trzeba najpierw część nazwy w szukaja wrzucić. I skandal, bo moje uwielbiane bratki zaliczane są do chwastów! Tak. A jakie piękne mają nazwy:
I moją ukochaną wycieraczkę, a raczej dwie, chyba do śmietnika wywalę. Sąsiadka ma rudego sierściucha, którego wypuszcza na korytarz. Zrobił sobie z mojej kokosowej wycieraczki drapak, a druga, taka materiałowa jest cała zawalona sierścią. Zresztą cały korytarz w sierści ujebany. Jutro mój dyżur, a że w grudniu nie sprzątałam, bo mnie nie było, to się poczuwam, bo na naszym pietrze ludzie w kratkę sprzątają.
Ta od kota nigdy, ona nawet mieszkania nie sprząta, ma sprzątaczkę.
Wyższe sfery. A reszta takie staruchowo jak ja. I taka nędza z bidą, co sama do końca zapiernicza.
Sąsiadka z lewej mnie martwi.
Ma już demencję i to na maksa. Wciąż zadaje te same pytania, miła, uśmiechnięta, jutro nie będzie pamiętała, o czym rozmawiałyśmy dziś.
Ma męża, ale facet też schorowany.
Życie.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Okna brudne jak cholera, ale nie dam rady ich umyć, póki nie zamknę tego cholerstwa, więc trudno. Potem wezmę urlop za nadgodziny i za 6 lutego, pójdę do pracy na 6 dni tylko, a co. Dam radę, a resztę mam w dupie :P
Pojemną mam tę dupę, co nie? :)
Zakupy poczyniłam w kurcgalopku i krowy ogarnęłam, aczkolwiek od oglądania krowich pip w technikolorze rzygać się chce. Ale i tak to jeszcze nie wszystko. I jak zwykle redaktor rękawów nie wyrywał, bo po co?
W sumie co mnie to, nie odpowiadam za merytoryczne.
Ale jakoś nie umiem nie wytknąć krzywym pazurem (na szczęście nieobgryzionym)...
Chwastów jedna czwarta ogarnięta, ale mam jeszcze dwa dni, a nigdzie nie będę już wychodziła, mam wszystko. Nawet półtuszę karpia mam (MLASK). Odbiję sobie wigilię :P A tak wlazłam do rybnego i majątek zostawiłam. Trudno. Pracuję z zaparciem, muszę jeść.
Fajnie się w domu pracuje, nikt mi za drzwiami nie miga, nie puka, w kiblu mój bałagan i jest cudnie :P
Jutro w przerwach ogarnę tę kuwetę, żeby nie zwariować od roboty, mam nadzieję, że do niedzieli skończę, a jak nie, to wola boska i skrzypce. Mam czas do środy jeszcze. Sama korekta to bułka z masłem, ale ten cholerny indeks, psiakostka. W Wordzie jednak lepiej, sam szuka, nie trzeba sterty kartek przewalać i szukać kolejnej pozycji, no ale trzeba najpierw część nazwy w szukaja wrzucić. I skandal, bo moje uwielbiane bratki zaliczane są do chwastów! Tak. A jakie piękne mają nazwy:
Jack-jump-up-and-kiss-me i
Muttergottesschuh
I moją ukochaną wycieraczkę, a raczej dwie, chyba do śmietnika wywalę. Sąsiadka ma rudego sierściucha, którego wypuszcza na korytarz. Zrobił sobie z mojej kokosowej wycieraczki drapak, a druga, taka materiałowa jest cała zawalona sierścią. Zresztą cały korytarz w sierści ujebany. Jutro mój dyżur, a że w grudniu nie sprzątałam, bo mnie nie było, to się poczuwam, bo na naszym pietrze ludzie w kratkę sprzątają.
Ta od kota nigdy, ona nawet mieszkania nie sprząta, ma sprzątaczkę.
Wyższe sfery. A reszta takie staruchowo jak ja. I taka nędza z bidą, co sama do końca zapiernicza.
Sąsiadka z lewej mnie martwi.
Ma już demencję i to na maksa. Wciąż zadaje te same pytania, miła, uśmiechnięta, jutro nie będzie pamiętała, o czym rozmawiałyśmy dziś.
Ma męża, ale facet też schorowany.
Życie.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Okna brudne jak cholera, ale nie dam rady ich umyć, póki nie zamknę tego cholerstwa, więc trudno. Potem wezmę urlop za nadgodziny i za 6 lutego, pójdę do pracy na 6 dni tylko, a co. Dam radę, a resztę mam w dupie :P
Pojemną mam tę dupę, co nie? :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

