czwartek, 7 listopada 2019

Czwartek

udanym dniem był, Kochany Pamiętniczku.
Zameldował się Pierworodny, oddał Inżyniera klucze, znaczy się, swoich nie zgubił.
Miał wolne i chwilę pogadaliśmy, miał dziś wolne.
Było tak, jak powinno być.
Poszliśmy na Manhattan, był jeszcze Pan od Pomidorków i miał o dziwo pomidorki dobre i...

Kto zgadnie co dostanę w sobotę? :)


Odprowadziłam go na pętlę, słoneczko świeciło, ciepło było, wózeczek się toczył raźno, nie, nie grała muzyczka, bo w aparatach poleciałam.
Świeżutkiego, jak rzadko, rogala dorwałam, tak, wiem, Zmorko, są okropne :)

Ogarnęłam jadłospis, więc mam czas na kilka dni.
Sprzątanie jutro, choć gdybym się uparła i nie sprzątała, tragedii by nie było :)

Film oglądnęłam

Jest na Netflixie.
Wybaczyć wystarczy tylko raz.
To prawda.
Podpisuję się pod tym obiema ręcami.

Apotem Inżynierowa podesłała mi filmik z Kalafiorkówną, jak rozebrana do rosołu je makaron w sosie brokułowym.
Wspominałam już parokrotnie, że mnie nie kręci taki widok, wprost przeciwnie, no ale jak widać, teściowej można dojebać.
Nie wiem, co inteligentnego jest w tym, że dziecko je jak świnia i zostaje mu to na długo.
Nie dziwię się knajpom, odmawiającym wstępu dzieciom, które mało że jedzą jak świnie, to jeszcze cyrk w knajpie robią, bo mogą.
Moje dwulatki umiały jeść nożem i widelcem i jakoś nie zauważyłam, żeby były z tego powodu zestresowane i miały traumy z wczesnego dzieciństwa.
Za to ja mam odruch wymiotny, patrząc na dziecko upyprane od stóp do głów czymś, co wygląda jak rzygi albo kupa.
Nie mówiąc już o myciu dziecka, sprzątaniu.
W sumie - chcą, niech karmią, ale dlaczego tak trudno zrozumieć, że nie czekam na takie filmiki?
Za to nie wolno mi wrzucić zdjęcia złoszczącego się dziecka, chociaż gdy się złoszczą wyglądają przefantastycznie, bo to może je straumatyzować kiedyś.
A moja trauma po widoku takim jak dziś?
W Halloween puścić takie coś na ulicę i już przebrania nie trzeba.

A rząd-nierząd swoimi działaniami handel wykańcza powoli.
Pani w piątce skróciła godziny otwarcia.
Z Galerii, zresztą nigdy nie w pełni zasiedlonej wycofała się cukiernia, a kolejka tam zawsze stała, pralnia i stoisko z biżuterią.
Jak ją zamkną, żal będzie, bo tam jest dobrze zaopatrzona Biedronka Plus. No cóź, Kaczor w Biedronkach nie kupuje.

Prezenty urodzinowo-gwiazdkowe dla Pierworodnych mam z głowy. Dokładam, już pokupowali.
Inżynierostwo też dostanie urodzinowo-gwiazdkową kasę, ale to za miesiąc.
Tak więc rozłożyło mi się to na raty i mam już święty spokój.

Coraz bliżej święta, ale przedtem sobota i...


TADAM :)


środa, 6 listopada 2019

Kolejna

środa, Kochany Pamiętniczku.
Coś jednak złapałam, będąc z wnukami, jako że wszyscy tam kichali, smarkali i kaszleli jak najęci.
Dziś już troszkę lepiej, ale jeszcze niekomfortowo.
I tak kolejne wolne dni spędzam na kurowaniu się, a miałam tyle planów, że ojapierdolę. No nic, dobrze, że nie muszę chora do pracy latać :)
Część balkonowych badyli wystawiłam na korytarz, bo sąsiadka w tym roku pelargonii nie zimuje, no i masz. Zielistka poszła w sina dal. W sumie na potrzebującego trafiło, bo zielistek mam od groma, no ale zastanawia mnie: obok stała zielistka, z której można wziąć pierdyliard szczepek, ale nie, nóg dostała już ukorzeniona.
Obawiam się, że złodziej się przeliczył, bo choć ukorzeniona, to przez całe lato na balkonie nie puściła ani jednej odnóżki, co u zielistek jest rzadko spotykane.
A mojej sąsiadce nigdy nic nie zginęło z badyli.
A mnie zawsze.
No cóż.
I tak się kuruję i kuruję, kakałko sobie popijając, a jakże



I tak za mną chodzi: idź do Lidla, idź do Lidla.
Nie lubię tam, bo ostatnio drogo jak cholera, ale...
Poszłam...
I :)

Nacieszyłam oczy resztkami cudów jesieni...

... a i nos mnie nie mylił, bo w domu mam

Znów będę narzekała na ból głowy, ale co tam :)

I tak pięknie nic się nie dzieje, powoli opadają emocje tego wszystkiego.  Z tyłu głowy tłucze mi się mycie okien, ale nie, za stara już jestem na mycie okien z chorym gardłem.

I tak sobie z Niechciejem kakałkiem życie umilamy, wspaniały z niego towarzysz.


niedziela, 3 listopada 2019

Wkurw

kosmiczny ogarnął mnie po tym, Kochany Pamiętniczku, jak G. przysłała mi zdjęcie grobu Eksa.
Ni chuja nie wiem, kto tam był, nie zapytałam nawet, ale oba wieńce ode mnie wywalono za grób, a na samej płycie dyskoteka.
I pierdyliard doniczek z chryzantemami.
Już napisałam do Inżyniera, że więcej nie jadę.
Odpisał spokojnie, że i owszem, pojadę, bo potrzebuję.
Ale nie muszę sprzątać, wystarczy, że świeczkę zapalę. W sumie ma rację. Tam leżą też ich dziadek i ojciec, dla mnie obcy ludzie. Oni sami dziadka nie znali. A z teściem widziałam się może 2-3 razy w życiu, za każdym razem w nieciekawych okolicznościach, mąż nie utrzymywał z nim żadnych stosunków.
A tak było porządnie zrobione. Pewno przez ten pogrzeb szwagierki chcieli się popisać i pojechali. Jadąc tam, muszą przejeżdżać koło mojej chaupki. A nie, nikt nawet się nie zająknął, że jedzie i może mnie zabrać.
A to ja, jak był jeszcze grób ziemny, sprzątałam po pierwszych Wszystkich Świętych, wynosząc tony zwiędłych wrzosów i zniczy.  I umarłych chryzantem. No cóż, mają kasę.
Na Wielkanoc tam sprzątałam.
Na jesieni był już grób murowany, ale pusto i cicho. W pierwszą rocznicę śmierci Eksa byłam tam sama, potem nikogo nie było, bo jak przyjechałam sprzątać na Wszystkich Świętych był tylko stroik ode mnie.
Po Wszystkich Świętych w zeszłym roku myślałam, że zwariuję, bo oprócz kochającej rodziny nakładli tam jeszcze jakichś flag opiekunowie Powstańców Wielkopolskich. Gips się ze mnie sypał, zanim dowlokłam to wszystko do śmietnika.
Na Wielkanoc i w drugą rocznicę nikt nie był, co takoż odkryłam po resztkach.
No a teraz znów roboty po kokardkę i kucyki. I nie, nie każę tego ogarniać Pierworodnemu. Nie jestem służącą i on też nie jest.
Gdyby mieli po kolei w głowie, zrzuciliby się na jeden porządny wieniec, który nie zaśmieci grobu. Chryzantemy za parę dni padną i jak ktoś chce takie kwiaty stawiać, powinien je sprzątać.
Będzie na grobie syf i śmietnik już za parę dni.
Pierdolę, nie robię.
Rozmawiam z G., a ta znów litanię z przeszłości ciągnie. Że był u niej TEN szwagier z żoną, że najpierw u nich siedzieli (G. ma agroturystykę), a potem jej dupę obrabiali. Że TEN rozpowiada w P., że mężowi G. nic nie jest (mąż G. jest najmłodszym z rodziny Eksa), a jest tylko spasiony. Mąż G. ma guz na mózgu, zaawansowanego parkinsona i jedzie na tlenie. TEN jest lekarzem, profesorem.
Kurwa mać.
Tylko z grzeczności nie zapytałam, po co ich zapraszała do siebie?
Tym bardziej, że dzieli ich 7 godzin jazdy samochodem :) Że nieboszczki nie odwiedzali, a już rozpowiadali, że ona umrze.
Jprdl...
Że ze mną nie utrzymują kontaktu, bo jestem biedna.
Serio?
Napisałam, że jestem bardzo bogata. Mam dzieci, wnuki, pracę i samą siebie. I to mi do szczęścia wystarcza. Częścią ich rodziny nie czułam się nigdy, parę razy mi to dobitnie podkreślono, a i sama G. nie jest bez winy - na komunię swojej jedynaczki nas nie zaproszono, bo... miała za mało miejsca. Ja Inżynierowi wyprawiłam komunię na 21 osób w naszym mieszkaniu. Było zajefajnie.
Ale... W dupie to wszystko mam.
Mam swoje życie i jest mi w nim dobrze.
Czy oni są szczęśliwi? Nie wiem, nie wnikam, nie obchodzi mnie to.
Nie mój cyrk, nie moje pchły.
 Jeżeli G. czuje się odtrącona, to po co do nich rękę wyciąga? Zostawili wszystko tu, pojechali tam, budować nowe życie, a ciągle kręcą się w tym zaklętym kręgu tego, co było, co kto powiedział, kto kogo jak oszukał i kto jest większym chujem.
Na moje: są siebie warci.
I nie potrzebuję ich do niczego.
Więc?

Nigdy nie jest za późno na ratowanie samego siebie.

sobota, 2 listopada 2019

I po

tych dniach, Kochany Pamiętniczku.
Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, to prawda.
W nocy przed pogrzebem śniło mi się, że sąsiadka zalała mi tak łazienkę, że z sufitu lały się strumienie wody.
W dniu pogrzebu Eksa sąsiadka faktycznie zalała mi łazienkę.
Przed kwiaciarnią byłam za dwie minuty ósma, spanikowana, że nikogo nie ma i już pisałam scenariusze...
Pan przyjechał minutę po ósmej, a wieniec był przepiękny.


Mniejsza z większym, że kosztował jak za zboże, bo pani wykorzystała całą graniczną kwotę. No, ale nic.
Taksówka też swoje kosztowała, byłam przed kościołem pierwsza, za 15 dziewiąta.
I zjeżdżali się ludzie, których albo nie znałam, albo z rodziny szwagierki, ale oni mnie nie pamiętali, więc stałam jak taki kołek w płocie.
Ja jedna z wieńcem, bo wszyscy wypasionymi furami, więc badyle mieli w bagażnikach.
G. pisała, że już jadą, że mnie zabiorą, ale za dwie dziewiąta nadjechał syn TEGO szwagra, co mnie ogolił i zupełnie jakbym do słupa mówiła.
Więc wlazłam sama do kościoła, sama dźwigając  te badyle, tuż przed kazaniem w kościele zlądował TEN szwagier, a rodziny dalej niet. (Bo TEN szwagier to nie rodzina i już).
Ksiądz kazanie zaczyna, wchodzi rodzina nieboszczki.
Usiedli koło mnie, T., jej syn, nachyla się i mówi przepraszam, a zajechało jak z gorzelni.
Ksiądz pieprzył jak Piekarski na mękach, po drugim zdaniu straciłam wątek, a pierdolił pół godziny!
Jakoś dotrwałam do końca.
Wzięli i wieniec, i mnie, za co niebiosom dziękowałam, bo ciężki był jak diabli, a perspektywa brania drugi raz taksówki znacząco zubażała mój budżet.
Z duszą na ramieniu, jako że ten chuch, a ruch był jak diabli, dojechaliśmy koło cmentarza, gdzie udało nam się zaparkować naprawdę psim swędem pod pięknym napisem na płocie


nie zauważyłam niestety, że Z. wlazła mi w kadr i zasłoniła słowo śmierć.
T. po wyjściu z auta łypnął na mnie i rzekł: nie wiedziałem, że mam taką fajną ciocię. Masz fantastyczny dystans do siebie i do świata.
Miód na moje serce :)
Odrzekłam: dziwnie się czuję, gdy słyszę ciocia skierowane do mnie. Przez prawie 20 lat go nie słyszałam.
Myślę, że z młodymi znalazłabym wspólny język, ale chyba już za późno na budowanie jakiejś więzi.
Pozostają spotkanie cmentarne, albowiem już po ślubach, a jeszcze przed ślubami nowego pokolenia, ale jako że i ja na ich ślubach nie bywałam, wątpię, że w następnej turze się załapię. I też dobrze, bo to zawsze kosztowne imprezy są.
T. wieniec w pocie czoła doniósł do kaplicy, niezależnie od tego, którym wejściem bym weszła, nie znalazłabym tej kaplicy, a od każdego wejścia jest do niej kawał drogi. Więc dobrze, że pojechałam do B. na mszę. 
Tegoroczny listopad wygolił mnie w sumie na prawie tysiąc, wliczając w to okryjbidę, której nie kupiłabym, nie idąc na pogrzeb. No ale mniejsza z większym :)
Na stypę jechałam już z wdowcem, bo przetasowanie nastąpiło. Nie zmienił się nic a nic w sensie psychiki - jak był złośliwy i zgryźliwy, tak taki pozostał. Nie, żebym mu to miała za złe, bo i ja jestem z tych, co kurwą rzucą, ale do głowy nie przyszłoby mi wrzeszczeć, że ludzie powariowali, tak jeżdżą, że korki są, nie mogą kurwa, w domu siedzieć, tylko na cmentarz muszą się pchać.
Był wstrząśnięty, to było widać, ale... I tak chamowatość się dalej wylewała. PYta, dlaczego Inżynier wraca, mówię, że ze względu na żonę. A on na to: to niech się rozwiedzie, a nie babę niańczy...
Wpadliśmy na chwilę do jego chaty i serio: nie poznałam ani domu, ani okolicy. A w domu, a siedziba to nie byle jaka, same antyki i inne takie tam, a jechało stęchlizną gorzej niż w piwnicy.
Żal mi gościa.
Stypa dziwna, bo nie znałam na niej prawie nikogo, no ale też ze szwagierką nie utrzymywałam od dawna kontaktu, a właściwie po tym, jak się T. opiekowałam, prawie wcale. Bo ona, gdy ja przyjeżdżałam do nich w wakacje, dla teściowej, która u nich do śmierci mieszkała, ja tam całe wakacje sprzątałam i gotowałam dla całej okolicy, wyjeżdżała zawsze na całe lato na letnisko.
Widziałam ją zaraz po pogrzebie Eksa, bo przyjechała do mnie z tymi papierami i potem jeszcze utrzymywałyśmy rzadki kontakt elektroniczny. Kiedy dowiedziałam się, że jest chora, zaproponowałam odwiedziny w szpitalu, ale powiedziała, że nie chce i nie trzeba, nie powiedziała mi nawet, który to szpital. Potem napisała, że jest OK i nie chce rozmawiać o chorobie, a potem wzięła i zmarła.
Na stypie siedziałam przy rodzinnym stole, obok siostry Eksa, A. A. jest lekarzem, zaś brat nieboszczki, siedzący tuż obok ją zna, więc cała konwersacja toczyła się wokół chorób, operacji, sposobów leczenia, diet, oczyszczania jelit i kurwa mać. Picia trzech litrów wody dziennie, jogi, wegetarianizmu i innych pompek w powietrzu.
Ale co miałam zrobić?
Między rosołkiem a drugim wysłuchałam na temat wycinania czegoś tam, z detalami, pytania, co by tu jeszcze wyciąć albo zaszyć, więc wyłączyłam opcję słuchanie i oddałam się jedzeniu.
Zaraz po kawie złapałam ludzi, którzy jechali do Poznania i mieli miejsce, prosząc o wysadzenie na Ogrodach. Chcieli mnie odwozić do domu, ale podziękowałam, mówiąc, że korki, że szybciej będę MPK :)
TEN szwagier przy rodzinnym stole nie usiadł, a i zwinął się jak błyskawica.
Nikt z nim nie rozmawiał.
Taka to kochająca się rodzina.

Wróciłam do domu zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa, przeszczęśliwa, że to wszystko już za mną.
Inżynier wyciągnął mnie na Skype na 3 godziny, ale to już całkiem inna bajka. Jutro wraca mu rodzina, więc nie za bardzo będzie jak gawędzić.
Wieczorem był dwa razy dzwonek jak na alarm, ale to pewno halloweenowi wędrowcy. Nie otwierałam, nawet nie miałam cukierasków, ale następnego dnia miałam porozrzucane wycieraczki. Nie było więc tak źle. 
Do dziś nie ruszyłam palcem w bucie, odpuszczając sobie cotygodniowe sprzątanie. Ogarnęłam z grubsza i jest git majonez.
Wczoraj pojechałam do wujka Mietka, zapalić ogarek, dawno mnie tam nie było.
Chyba wszyscy jechali na cmentarze samochodami, bo w MPK można było tango milonga w pojazdach tańczyć.
No ale dzięki temu spokojnie się przejechałam, ogarek zapaliłam, westchnęłam do moich Umarlaków



 Takie apele na nowo posadzonych drzewach w Alei Niepodległości wiszą :)

Dzisiaj pojechałam do Synowej, do Alienka i Kalafiorkówny. Jeżu kolczasty, jacy oni słodcy. Alienka wymiziałam i coraz więcej mamy wspólnych zabaw, szkoda, że znów będzie taka długa przerwa. Ale na pytanie, czy będzie ze mną rozmawiał na Skype, odpowiadał, że tak, a na pytanie, czy będzie mnie na nim straszył gębusia mu się uśmiechała od ucha do ucha :)  A Kalafiorkówna, aczkolwiek niechętnie siedząca u mnie na rękach, jednak piątkę mi przybijała, bo ją tego nauczyłam, zatem pierwsza piątka Kalafiorkówny jest moja :)
Nie siedziałam długo, mimo namów, bo...
Mieszkanie jest, jakie jest, podłoga się klei. Kalafiorkówna pełzająca ma wszystko brudne.
Synowa tłumaczy, że pies, że takie tam, mi to rybka.
Nie oceniam, jej sprawa, że jej się tam więcej podoba niż u mnie. Na dokładkę wszyscy kichający, smarkający, charczący. Ale nie, nie wietrzymy, bo zimno leci. Kiedy moje dzieci były małe, zaraz po śniadaniu brałam odkurzacz i potem myłam  podłogę. Codziennie. Też miałam wtedy wykładzinę lenteksową, tak jak oni, ale co dzień ją myłam. No i nie miałam psa. Co z tego, że pies zlizuje z podłogi to, co spadnie?
Dlatego nie lubię tam chodzić i tak, jak zawsze zdejmuję buty, choć nie muszę, to tam nigdy. Boję się, że nie odkleiłabym skarpetek w domu. A klejkiego nienawidzę z całego serca :)
Dlatego podziękowałam za propozycję zjedzenia obiadu, w domu czekała na mnie zupa kalafiorowa (tak, z mojej własnej wnuczki) i mielone.
Teraz tylko pranie i bez okularów mieszkanie jest hasta manana :)
Zostaje mi do sprzątnięcia balkon, bo w nocy był mróz i wszystkie komarzyce padły. W zeszłym roku niepadnięte dotrwały do lutego, ale w tym mi przeszkadzają, więc jak się tylko ociepli - ogarnę.
Mam jeszcze tydzień wolnego, chyba że będzie coś na gwałt.
Oby nie było. 

Lecąc do wnusiów zanabyłam

Drogi jak diabli, chociaż reprint, ale od dawna chciałam go mieć. To nie jest mój elementarz, bo jest to reprint wydania z 1971 roku, ale...  Dostałam za Office'a, jednak emilek zadziałał, więc... No co, moje dzieciństwo :)

Moje oko korektorki już znalazło błąd :P

Cudzysłów zamykający cytat jest nieprawidłowy, albowiem jest to cudzysłów angielski, nie polski. Nie wiem, jakie były wtedy reguły, musiałabym poszperać.
Ale dla mnie to jest błąd.
Przeczytam w wolnej chwili cały elementarz.

I może wreszcie wypocznę.
Losie, pozwól :)

środa, 30 października 2019

Kurcgalopkiem

Kochany Pamiętniczku, z podskoku i z półobrotu.

Takie tam, bladym świtem...






Ale ciepło było i przyjemnie, okryjbida jest cudowna :)



Nie wyrobiłam się punktualnie do Inżynierowej, co mnie, maniaczkę punktualności prawie zabiło, a jej nawet powieka nie drgnęła.
I tak kiblowaliśmy, bo Kalafiorkówna spała.
A potem nagle zryw i poszliśmy na spacer do parku Sołackiego, gdzie wredny Alienek wiał, aż się kurzyło,


a babcia, z trudem mieszcząca się w obiektywie,  zapierdalała za nim jak Zatopek, nawet nie hamując na zakrętach, a ostroga piętowa rechotała cichcem i ukradkiem. No ale lataliśmy jak prawdziwe samoloty, huśtawki, bujaki, zjeżdżalnie, ojapierdolę, parę miesięcy i byłabym jakieś 30 kilo w plecy :)
I tak mijał czas, odstawienie Alienka i Kalafiorkówny do domu, genialny pomysł Inżynierowej, że może w sobotę Alienka mi na solo podrzuci, skoro bawi się ze mną jak głupi...
Kuszące, ale...

No...

To tylko skromna część, bo w małym pokoju jest reszta, bo bukiet był taki bajerancki, wiem, że na groby, ale... Jak zapalę pod tym świeczuszkę to tak, jakbym na grobach była i tak stałabym wszędzie samotnie i takie tam...
Ale zestaw taki i Alienek?
Masakryczne.
Przed dziećmi Pierworodnego ledwo to ochroniłam, a to dorosłe egzemplarze są.
Po randce z Alienkiem i Kalafiorkówną  kurcgalopkiem do domu, sik, ręce, picie i wio...
Po druga turę.
A pięta bolała jak jasny pierun, ale co tam, uśmiech na ustach, choć w nogach ból, to najtrudniejsza z życiowych ról.
Kurwa.
To ja czekam.
Piszę.
Cisza w eterze.
Jak dla mnie to nie jest śmieszne, ale wkurwiające. Bo to nie mój interes, ale moja dobra wola.
No nic. 10 minut po czasie pojawia się, sunąca jak Titanic na spotkanie z górą lodową majestatycznie Synowa... Raczyła przybyć. No ba, powinnam wciąż pamiętać ten T-shirt witający: Królowa jest tylko jedna.
MW wita mnie radośnie, Papryczek stawia warunek:puści matkę, jak dostanie loda. Przechodzimy przez skrzyżowanie, na rogu Żabka, Synowa rzuca, ze idziemy po loda. WTF? Do Żabki? Rydzykowi dać zarobić?
Nie ma chuja we wsi.
Wykopuję Synową na przystanek, biorę Papryczka za rękę i pilnując MW, żeby nie zginęła, lecimy na nasz przystanek.
Szkoda, że nie miałam biletów na ten cyrk, bo zarobiłabym, że ojapierdolę.
Przedstawienie pod tytułem: chcę loda i ja, w roli nieugiętej Królowej Śniegu.
Jak ja to zagrałam.
Moja odpowiedź: a ja chcę gwiazdkę z nieba, kafelek z pieca i szybkę z okna wywołała na przystanku salwę śmiechu.
A na słowa: krzycz głośniej, bo nie słyszę ludzie tarzali się z radości (aparaty miałam).
1 : 0 dla mnie.
W domu: nie rozbierze się.
Ja: nie musisz. Możesz siedzieć w kurtce, ogrzewanie nie jest włączone.
Rozbiera się.
Idę do kuchni.
Nie będzie nic jadł.
Nie musi, gotuję dla siebie i MW.
Szybka pomidorówa z lanymi kluskami na gotowym już rosołku i...
Przed obiadem zeżarli po bananie, bez proszenia.
MW wciąga talerz pomidorówki, Papryczek dwa i tłumaczy mi, że jak pokazuje kciuk podniesiony w górę, to znaczy, że pomidorówka jest wyśmienita.
No ja sądzę :)
Trochę zabawy, pogawędki i drążenie, czy zostają na noc.
MW chce, Papryczek chce do domu.
Jednak odmawiam MW, bo jutro pogrzeb, a poza tym - szczerze - marzę o wyciągnięciu kopyt w górę, wypiciu piwa i nieodpowiadaniu na pierdyliard dylematów, czy można komuś usiąść na głowę, na plecy, na nogi i na inne części ciała. Twardo zaznaczam, że nikt nie będzie na mnie siadał, a już na pewno nie będzie właził mi na głowę.
Ale na głowę dziadka S. można włazić. I na inne części ciała też.
No ale dziadek S. miał zawał, ma by-passy, więc nie.
Babcia SJ nie życzy sobie tego.
Leją się.
Udaje mi się zażegnać konflikt międzyrodzeństwowy.
Wkracza na scenę matka.
Od proga się podlizuje, że ładnie pachnie...
Dostaje pomidorową, ale małe szakale znów są głodne, więc załapuje się tylko na jeden talerz.
A był pełen gar pomidorówy!
A i soczek i ciasteczka też obciągnęli po drugim obiadku (bo i w szkole, i w przedszkolu mają pełne żarełko).
Serio?
Nie ogarniam.
Moje aż tak nienażarte nie były, a na ludzi wyrosły.
Powiedziałam Synowej, co myślę.
Kajała się, że jak ogarną, to już nie będę musiała wszystkiego ciągnąć sama.
Pożiwiom, uwidiom.

Jadę jutro na mszę, nie mam zielonego pojęcia, czy ktoś mnie z tej pipidówki zabierze z wieńcem, czy po raz kolejny będę zamawiała taksówkę. Po dzisiejszej eskapadzie w godzinach, w których jutro musiałabym jechać na cmentarz wiem, że nawet z wiązanką się nie wcisnę do MPK.

No nic.
Trzymajcie za mnie jutro i w ogóle kciuki, bo kto Wam będzie takie pierdoły opowiadał?





wtorek, 29 października 2019

Kolejna

operacja pod kryptonimem "Dopieszczanie Umarlaków" zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Aczkolwiek Eks mi trochę krwi napsuł, bo autobus do M., jeden na godzinę wypadł z kursu i nie tylko dupa mi zmarzła, ale musiałam kiblować godzinę w M.. bo nic nie jechało.
W międzyczasie się ubrałam cieplej i nie było tak źle.
Na mogiłce stał wciąż wieniec od ukochanej małżonki Eksa, ktoś dołożył maleńką doniczkę chryzantem, które z braku wody i z powodu zimna szlag trafił. Zatem doniczka została eksmitowana,  płyta wyczyszczona, dodany drugi wieniec, bo pierwszy nówka nieśmigana i tadam


Wygląda piknie.
Tyle że wieniec od 10 zł droższy niż w ubiegłym miesiącu.
A i pewnie z okazji wleci ktoś i naćpa wrzosów za 5 zł, które ja potem będę w pocie czoła wynosiła.
No cóż.
Po powrocie z M. kurcgalopkiem na dworzec, bilet na dziś i wpadłam do Maciejki, ale żadnych butów nie mieli.
Trudno. Pójdę w wiśniowych.
Noc przespana na raty, jak zwykle przed podróżą, i żeby zdążyć na pociąg o 8.53 wylazłam z domu o 7.35, nos mnie nie mylił: autobusy miały spóźnienie.
Na pociąg zdążyłam, jechałam fajnym elfem, kontemplując a to rzepaczki kwitnące, a to sarenki (trzy) z białymi dupkami w rzepaczku, a to inne takie tam i broniąc się przed  panią, której wszystko przeszkadzało i która swe bujne owłosienie czesała, a pretensje o wszystko, m.in. o to, że facet wchodząc do kibla drzwi nie zamknął i musiała TO oglądać, kierowała do mnie.
Nie, nie byłam tym facetem siedzącym w kiblu, ani facet nie był mój.
Uwielbiam takie typy.
Nieco się przeliczyłam czasowo, kuśtykając nie wyrobiłam się, za co W. mnie opierdoliła, post factum, że było mówić, to zawiozłaby mnie z dworca na cmentarz.
Ale ja lubię sama.
Bo wtedy nie mam presji czasu, a napisałam, że potrzebuję jeszcze pół godziny.
Mogiłki trzeba było jednak przetrzeć apiać mimo mycia, ale zauważyłam, że w tym roku mało co posprzątane, no ale nie mój cyrk. Ogarnęłam, badyle wymieniłam, jeden znicz wsadziłam "wieczny" na baterie, nie wiem, czy nie zwiną, ale mniejsza z większym, męża Cioci mogiłka się sypie, nic to, że nie w mojej jurysdykcji, ale jak się zapadnie, to i moich Umarlaków znów też ruszy.
Nie będę się martwiła na zapas.
Pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, no bo nie pilnują interesu jak należy i poleciałam na rynek.
Połowa knajp w okolicy zamknięta, ale znalazłyśmy z W. knajpę, w której za CZTERNAŚCIE złotych polskich zeżarłyśmy

  no co, nie pamiętam, kiedy żarłam frytki, czasem trzeba. Potem dołączyły D. i E. i zaprosiłam wszystkie na kawę, dla mnie to drobiazg. Kawa niesfocona, ale było ojapierdolę i...
Nagadałyśmy się, może nie za wszystkie czasy, ale nagadałyśmy się.
To jedne z niewielu osób, z którymi czuję się dobrze.
Na dworzec zawiozła nas córka D., mojej "przyrodniej" siostry i...
Aczkolwiek zapierała się kopytami, że nie jest w stanie mówić mi po imieniu...
Hahahahaha :)
D. ma fajną córkę. Lubię ją bardzo.
I tak poplątane to wszystko, że nie znamy naszych dzieci.
Mamy jeszcze trochę czasu, żeby to odplątać. Może się uda.
W autobusie dostaję SMS od Synowej, że nie ma kluczy. Nie zajarzyłam. myślę sobie, na co jej moje klucze, a ona po prostu wyszła z domu do pracy bez kluczy (a może je zgubiła?) i chce do mnie przywieźć dzieci, żeby jechać do Pierworodnego po klucze (pracuje na popołudnie). No cóż, nie pomogłam, jako że dopiero wyjeżdżałam z K.
No i pytanie, czy jutro wezmę dzieci w razie W, bo ona chce do szpitala do ojca.
Nosz, a ja na jutro mam umówionych Alienka i Kalafiorkównę... Za 3 dni ich już tu nie będzie, to jedyna opcja randki i potupania z Alienkiem! A, skomplikowana, bo ma być zimno, a dzieci nie mają zimowych kurtek. Jak nie mają, jak im kupowali? Może Inżynier zabrał już do UK? Nie ogarniam tej kuwety...
I światło w lodówce, a dni wolne nadchodzą, w piątek to mogę alkohol w piątce kupić, w czwartek pogrzeb...
Wiem, komplikuję wszystko, ale już nie umiem się poruszać z szybkością  ponadświetlną.
I jestem megazmęczona niemożliwością zaplanowania czegokolwiek.
Nie żyję już na spontanie.
No i halo, halo, ale dlaczego zawsze ja na posterunku?
Mimo że informowałam na bieżąco, że cmentarze, że tamto i owamto, nikt nic nie słyszał.
A ja mam zaraz być silna, zwarta i gotowa?
Tak wiem, żywi ważniejsi.
Dobra, ogarnę wszystko, aczkolwiek do nikogo nie dociera, że z ostrogą piętową nie jest się już Strusiem Pędziwiatrem.
Aby do czwartku popołudnia i potem będę miała na wszystko WYJEBANE...


A pierworodny wczoraj nietoperka dotykał. A u nas jest wścieklizna nietoperków.
Kurwa.
Twierdzi, że w rękawicach i nic mu nie zrobił.

Dlaczego JA?

Pourquoi? Pourquoi? Porquoi? 

Ano, tak wyszło :P

I na Samotnej w tym roku nie byłam, życie pędzi coraz prędzej :)

niedziela, 27 października 2019

Niedzielę

znienacka zasponsorowała mi okryjbida, Kochany Pamiętniczku.
Już w nocy wiedziałam, że Inżynier dotarł do domu, więc spałam spokojnie jak noworodek.
I o 5.24 obudziłam się jak skowronek, jako że była 6.24, czas przesuwaliśmy, a jesienne przesuwanie mi pasuje.
I nagle w głowie genialna myśl i rozwiązanie, którego brak nie pozwalał mi zasnąć.
Jadę do M. jutro, mam wtedy resztę dnia na zamówienie wieńca i na kupno biletu.
We wtorek pojadę do K., wszystkie trzy dziewczyny mówią, ze chcą się zobaczyć, to pojadę pociągiem i będziemy miały parę godzin dla siebie.
W kwiaciarni mam fajną panią, to doradzi co i jak i ogarnę z logistyką. Jak trzeba będzie, to wezmę taksówkę, trudno.
A że z Inżynierem umówiłam się na popołudnie, poleciałam na Katowicką. Drogo, no ale jakość też kosztuje. Okryjbidy, bo o to mi chodziło, na targu w neonowych kolorach, 290 zł, ale nosi takie pół miasta. Tych pikowanych nie chcę, wyglądam w nich jak baleron wielkanocny.
No dobra, poncho, ale skąd długi rękaw? Bo ma się ochłodzić, w granice zera-siedmiu stopni, wieniec, a co z torebką? Bo torebki na poncho nie zawieszę, a mam tylko taką na pasku (ma już ze 30 lat, ale nówka nieśmigana). Nie chcę kolejnej torebki, bo po co? Więc albo coś ciepłego ciemnego z długim rękawem, albo okryjbida. Unikam czerni, bo jestem już na nią za stara, nawet jak wyszczupla. Mam elegancki zestaw z pogrzebu Eksa, noszony raz, bo- no bo cmentarny.
Na stronie Katowickiej mieli fajne okryjbidy, w praniu okazało się, że to takie coś polaropodobne, po praniu to super nie będzie, no i cena -290...
Fuck.
Ale że na Katowickiej własną matkę potrafią sprzedać, zanabyłam

Cena, zazgrzytałam zębami, ale co tam :) Uruchomiłam znów kartę, o której chłop nie wie i nie bolało :)
Zdążyłam wrócić do domu, zanim się rozpadało i rozjesienniło.

Inżynier się zameldował i...
Parę godzin pogadaliśmy. Aż miałam wypryski, ale mówił, że to rzadka okazja, żeby dzieci nie przeszkadzały i że też chce. Gotował jakieś cuda wianki z mieszanką grzybów i gadaliśmy. Inżynierowa grzyba kijem nie tknie, więc korzystał...
Znów trochę darowanych chwil.
Napaliłam się na nowego iPada jak szczerbaty na suchary, ale fakt faktem, że w starym zaczyna bateria puszczać. A że nie jadę na święta, to za cenę wyjazdu z palcem w dupie sobie kupię zabawkę, bo to i święta, i urodziny, i Gwiazdka. Dlaczego mam sobie żałować?  Już słyszę D.: pierścionek sobie kup :)
Swędziło mnie od razu, ale jednak połażę po sklepach, może trochę taniej trafię, ale w sumie specjalnie mi nie zależy. W końcu ryję na 4 etatach...
Ale emerytura nie starczy na taką zabawkę, a nawet dwie.
Więc dziękuję losowi, że jest jak jest.
Wiem, za kilkaset złotych mogę mieć tablet.
Ale nie chcę tabletu, chcę zabawkę :)

Od studiów nie byłam na wakacjach, w sensie, że do UK jeździłam, ale to jak do rodziny, nie na wczasy.
Przez całe małżeństwo byłam na wczasach raz i to jedno z najkoszmarniejszych moich wspomnień.
W sanatorium nie byłam nigdy :P
Więc mam prawo kupić sobie zabawkę :P
Bez wyrzutów sumienia, że mogę komuś pomóc...

Głupia cipa ze mnie, że usprawiedliwiam się z mojej własnej kasy przed samą sobą.
Stara wariatka :P 

sobota, 26 października 2019

Dawno

reportażu nie było, więc pora się poprawić Kochany Pamiętniczku.
Tak jakoś aparat wzięłam i...




Tak wygląda nowy kościół...




... a tak nowy park za nim, nawet dla kundli jest plac zabaw. Jak drzewa urosną, bo na razie to tam goła patelnia, może być całkiem, całkiem.



No i moja ukochana Dębina, na której ostatnio bywam raz na ruski rok...


... i rzadko teraz budzi mnie tak słońce, ale wciąż jest ciepło...

I tak przyszedł wyczekany piątek i pojechałam na Retro Moto Show, bo nic innego ciekawego nie było, na randkę z Inżynierostwem.
Alienek na mój widok zacukał się niebożę, ale kiedy go złapałam i wymiziałam, odzyskał rezon i...
Potem już było z górki.
Rodzice na niego narzekają, a ja uważam, że jest najsłodszym łobuzem pod słońcem.
Narzekają, bo nie chce mówić, ale jak dziadek albo ja poprosimy, żeby powiedział jakieś słowo to mówi :) Niewyraźnie, ale mówi :D I usłyszałam pierwszy raz "bacia" :) Już nie "brum, brum", ale bacia. Miód na moje serce.
Piątkę przybija i żółwika, całuska daje, przytuli się, no i słucha babci jak radia, a patrzy jak w telewizor :) No co :)
Bardzo łapczywie je i nie ma co ukrywać, rzyga po tym, ale na moją prośbę oddał ciasteczko i jadł małymi kęskami i...
Obeszło się bez sensacji :)
No jest chuliganem, jest, ale...
Kalafiorkówna słodko spała, tradycyjnie, a po obudzeniu okazało się, że jest na etapie córeczka mamusi. Owszem, da się ponosić, poprzytulać, nawet całować próbuje (protestowałam, małe dziecko nie może staruchy w usta całować, matka ją tak nauczyła i na hasło "daj buziaka" daje całusa. Ja moje dzieci nauczyłam "daj łebka" i zawsze nadstawiały albo czubek głowy, albo czółko do całowania. Inżynier ma to zakodowane, Synowa nie. Ubolewam.), ale po dłuższej chwili rodzicielki szuka, aczkolwiek już cyca na żądanie nie dostaje. No cóż, trudno :) Jest straszną śmieszką i... choć wszyscy zaprzeczają, ma rude włoski. Złociste, of course. Jak babcia  kiedyś miała i niech tak zostanie, rude jest piękne :D Choć moja ciocia mówiła, że jej mąż nie chciał mieć dzieci, boby rude były i Bóg ich pokarał... 
A sama wystawa...
Wróciłam do domu z bólem nóg, ale warto było.




 Tatusia pilnował :)





 Te amerykańskie kolosy to się w obiektywie nie mieściły, zresztą trudno było robić fotki, bo i taśmy, i tłumy, co kawałek ktoś wchodził w kadr :)
 Były też samochody przed odrestaurowaniem.

 A pan od Mikrusa Sam zaprosił Alienka do środka i pozwolił mu klakson ponaciskać. W ogóle Alienek miał branie, bo jak poszedł na stoisko jakiejś firmy kolorowankę robić, to właściciel go sfocił i pytał Inżyniera o zgodę na wsadzenie Alienka do folderu :) Nie sfociłam, bom akurat Kalafiorkównę niańczyła i miałam ręce zajęte.
 I syrena cabrio, co oni od tych syrenek chcieli?


 I dla taty coś, i dla dzieci :)
 Taki maleńki skuterek też był, potem zobaczyłam w necie zdjęcia osobnej wystawy takich maluchów, nie zwiedziliśmy całej wystawy, bo mi nogi do d... weszły, dzieci nam popadały, no a my zwyczajnie zgłodnieliśmy :)

 I stare rowery były..
... i RR... Rolls Royce, kilka ich było, eh... No cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego. A i Inżynier sam stwierdził, że jeżeli samochód kosztuje tyle ile dom, to on jednak woli mieć dom. Rozumek to on ma po mamusi, Pierworodny od razu by kupował każdy samochód.

 Kalafiorkówna zasnęła na plecach u mamy, zakryli jej łebek i słodko spała :)
 A my dalej kontemplowaliśmy...

 Znów dla taty i dla dzieci :)

I harley, eh, mieć chłopca harleyowca... No cóż, za stara już jestem, ale marzenie nie kosztuje nic :)

 I pianista grał pięknie, nogi same mi się do tańca rwały...

 ... i syfony...
 ... gruźliczanka...
 ... maszyny do szycia...
 ... Dziki Zachód...
 ... dawnych wspomnień czar...

.
 I Elvis z Marylin. Marylin była nieuprzejma i poszła w siną dal, ale Elvis...
 ... zapozowal starszej pani :)
 No i nie tylko milicja była, ale zgniła, kapitalistyczna policja też...
 ... i karetka...

Identyczny wózek miałam, tyle, że mój był pleciony z wikliny.

Pomijając samochody, na które nigdy w życiu nie było i nie będzie mnie stać, ale kto broni mi napaść nimi oczy, była cała masa rzeczy, które kiedyś miałam, a które po prostu wyrzucaliśmy. Zresztą, gdybym je zatrzymała, musiałabym chyba mieć magazyn jak IKEA :) Nie można w życiu zatrzymać wszystkiego, ale nasza pamięć to też się liczy.

Te fotki to tylko mały wycinek, bo trzasnęłam ponad 400 zdjęć :)

A balon dla Alienka kosztował tam 35 zł. Dobrze, że Kalafiorkówna jeszcze nie chciała balona.
Bilet - 21 zł.
Może jakbym stała z balonami miałabym na jakiś wypasiony wóz?

Pierworodny rupiecie z UK ściągnął.
Dziś Inżynier wraca w nocy do UK.
Inżynierowa jeszcze zostaje, czekają na Brexit.

A ja zakręcona jak słoik po ogórkach, bo muszę oba cmentarze ogarnąć, a w czwartek pogrzeb. Za stara jestem już na takie bicie rekordów latania, tym bardziej, że jednak noga pobolewa. Nie mogę liczyć na Pierworodnego, bo już nabrał wolnego, a przecież dopiero zaczął pracować. Do tego operacja teścia w poniedziałek, nie wiadomo jak to się potem potoczy.
Ciulaty ten rok, niestety...