tych dniach, Kochany Pamiętniczku.
Wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija, to prawda.
W nocy przed pogrzebem śniło mi się, że sąsiadka zalała mi tak łazienkę, że z sufitu lały się strumienie wody.
W dniu pogrzebu Eksa sąsiadka faktycznie zalała mi łazienkę.
Przed kwiaciarnią byłam za dwie minuty ósma, spanikowana, że nikogo nie ma i już pisałam scenariusze...
Pan przyjechał minutę po ósmej, a wieniec był przepiękny.
Mniejsza z większym, że kosztował jak za zboże, bo pani wykorzystała całą graniczną kwotę. No, ale nic.
Taksówka też swoje kosztowała, byłam przed kościołem pierwsza, za 15 dziewiąta.
I zjeżdżali się ludzie, których albo nie znałam, albo z rodziny szwagierki, ale oni mnie nie pamiętali, więc stałam jak taki kołek w płocie.
Ja jedna z wieńcem, bo wszyscy wypasionymi furami, więc badyle mieli w bagażnikach.
G. pisała, że już jadą, że mnie zabiorą, ale za dwie dziewiąta nadjechał syn TEGO szwagra, co mnie ogolił i zupełnie jakbym do słupa mówiła.
Więc wlazłam sama do kościoła, sama dźwigając te badyle, tuż przed kazaniem w kościele zlądował TEN szwagier, a rodziny dalej niet. (Bo TEN szwagier to nie rodzina i już).
Ksiądz kazanie zaczyna, wchodzi rodzina nieboszczki.
Usiedli koło mnie, T., jej syn, nachyla się i mówi przepraszam, a zajechało jak z gorzelni.
Ksiądz pieprzył jak Piekarski na mękach, po drugim zdaniu straciłam wątek, a pierdolił pół godziny!
Jakoś dotrwałam do końca.
Wzięli i wieniec, i mnie, za co niebiosom dziękowałam, bo ciężki był jak diabli, a perspektywa brania drugi raz taksówki znacząco zubażała mój budżet.
Z duszą na ramieniu, jako że ten chuch, a ruch był jak diabli, dojechaliśmy koło cmentarza, gdzie udało nam się zaparkować naprawdę psim swędem pod pięknym napisem na płocie
nie zauważyłam niestety, że Z. wlazła mi w kadr i zasłoniła słowo śmierć.
T. po wyjściu z auta łypnął na mnie i rzekł: nie wiedziałem, że mam taką fajną ciocię. Masz fantastyczny dystans do siebie i do świata.
Miód na moje serce :)
Odrzekłam: dziwnie się czuję, gdy słyszę ciocia skierowane do mnie. Przez prawie 20 lat go nie słyszałam.
Myślę, że z młodymi znalazłabym wspólny język, ale chyba już za późno na budowanie jakiejś więzi.
Pozostają spotkanie cmentarne, albowiem już po ślubach, a jeszcze przed ślubami nowego pokolenia, ale jako że i ja na ich ślubach nie bywałam, wątpię, że w następnej turze się załapię. I też dobrze, bo to zawsze kosztowne imprezy są.
T. wieniec w pocie czoła doniósł do kaplicy, niezależnie od tego, którym wejściem bym weszła, nie znalazłabym tej kaplicy, a od każdego wejścia jest do niej kawał drogi. Więc dobrze, że pojechałam do B. na mszę.
Tegoroczny listopad wygolił mnie w sumie na prawie tysiąc, wliczając w to okryjbidę, której nie kupiłabym, nie idąc na pogrzeb. No ale mniejsza z większym :)
Na stypę jechałam już z wdowcem, bo przetasowanie nastąpiło. Nie zmienił się nic a nic w sensie psychiki - jak był złośliwy i zgryźliwy, tak taki pozostał. Nie, żebym mu to miała za złe, bo i ja jestem z tych, co kurwą rzucą, ale do głowy nie przyszłoby mi wrzeszczeć, że ludzie powariowali, tak jeżdżą, że korki są, nie mogą kurwa, w domu siedzieć, tylko na cmentarz muszą się pchać.
Był wstrząśnięty, to było widać, ale... I tak chamowatość się dalej wylewała. PYta, dlaczego Inżynier wraca, mówię, że ze względu na żonę. A on na to: to niech się rozwiedzie, a nie babę niańczy...
Wpadliśmy na chwilę do jego chaty i serio: nie poznałam ani domu, ani okolicy. A w domu, a siedziba to nie byle jaka, same antyki i inne takie tam, a jechało stęchlizną gorzej niż w piwnicy.
Żal mi gościa.
Stypa dziwna, bo nie znałam na niej prawie nikogo, no ale też ze szwagierką nie utrzymywałam od dawna kontaktu, a właściwie po tym, jak się T. opiekowałam, prawie wcale. Bo ona, gdy ja przyjeżdżałam do nich w wakacje, dla teściowej, która u nich do śmierci mieszkała, ja tam całe wakacje sprzątałam i gotowałam dla całej okolicy, wyjeżdżała zawsze na całe lato na letnisko.
Widziałam ją zaraz po pogrzebie Eksa, bo przyjechała do mnie z tymi papierami i potem jeszcze utrzymywałyśmy rzadki kontakt elektroniczny. Kiedy dowiedziałam się, że jest chora, zaproponowałam odwiedziny w szpitalu, ale powiedziała, że nie chce i nie trzeba, nie powiedziała mi nawet, który to szpital. Potem napisała, że jest OK i nie chce rozmawiać o chorobie, a potem wzięła i zmarła.
Na stypie siedziałam przy rodzinnym stole, obok siostry Eksa, A. A. jest lekarzem, zaś brat nieboszczki, siedzący tuż obok ją zna, więc cała konwersacja toczyła się wokół chorób, operacji, sposobów leczenia, diet, oczyszczania jelit i kurwa mać. Picia trzech litrów wody dziennie, jogi, wegetarianizmu i innych pompek w powietrzu.
Ale co miałam zrobić?
Między rosołkiem a drugim wysłuchałam na temat wycinania czegoś tam, z detalami, pytania, co by tu jeszcze wyciąć albo zaszyć, więc wyłączyłam opcję słuchanie i oddałam się jedzeniu.
Zaraz po kawie złapałam ludzi, którzy jechali do Poznania i mieli miejsce, prosząc o wysadzenie na Ogrodach. Chcieli mnie odwozić do domu, ale podziękowałam, mówiąc, że korki, że szybciej będę MPK :)
TEN szwagier przy rodzinnym stole nie usiadł, a i zwinął się jak błyskawica.
Nikt z nim nie rozmawiał.
Taka to kochająca się rodzina.
Wróciłam do domu zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa, przeszczęśliwa, że to wszystko już za mną.
Inżynier wyciągnął mnie na Skype na 3 godziny, ale to już całkiem inna bajka. Jutro wraca mu rodzina, więc nie za bardzo będzie jak gawędzić.
Wieczorem był dwa razy dzwonek jak na alarm, ale to pewno halloweenowi wędrowcy. Nie otwierałam, nawet nie miałam cukierasków, ale następnego dnia miałam porozrzucane wycieraczki. Nie było więc tak źle.
Do dziś nie ruszyłam palcem w bucie, odpuszczając sobie cotygodniowe sprzątanie. Ogarnęłam z grubsza i jest git majonez.
Wczoraj pojechałam do wujka Mietka, zapalić ogarek, dawno mnie tam nie było.
Chyba wszyscy jechali na cmentarze samochodami, bo w MPK można było tango milonga w pojazdach tańczyć.
No ale dzięki temu spokojnie się przejechałam, ogarek zapaliłam, westchnęłam do moich Umarlaków
Takie apele na nowo posadzonych drzewach w Alei Niepodległości wiszą :)
Dzisiaj pojechałam do Synowej, do Alienka i Kalafiorkówny. Jeżu kolczasty, jacy oni słodcy. Alienka wymiziałam i coraz więcej mamy wspólnych zabaw, szkoda, że znów będzie taka długa przerwa. Ale na pytanie, czy będzie ze mną rozmawiał na Skype, odpowiadał, że tak, a na pytanie, czy będzie mnie na nim straszył gębusia mu się uśmiechała od ucha do ucha :) A Kalafiorkówna, aczkolwiek niechętnie siedząca u mnie na rękach, jednak piątkę mi przybijała, bo ją tego nauczyłam, zatem pierwsza piątka Kalafiorkówny jest moja :)
Nie siedziałam długo, mimo namów, bo...
Mieszkanie jest, jakie jest, podłoga się klei. Kalafiorkówna pełzająca ma wszystko brudne.
Synowa tłumaczy, że pies, że takie tam, mi to rybka.
Nie oceniam, jej sprawa, że jej się tam więcej podoba niż u mnie. Na dokładkę wszyscy kichający, smarkający, charczący. Ale nie, nie wietrzymy, bo zimno leci. Kiedy moje dzieci były małe, zaraz po śniadaniu brałam odkurzacz i potem myłam podłogę. Codziennie. Też miałam wtedy wykładzinę lenteksową, tak jak oni, ale co dzień ją myłam. No i nie miałam psa. Co z tego, że pies zlizuje z podłogi to, co spadnie?
Dlatego nie lubię tam chodzić i tak, jak zawsze zdejmuję buty, choć nie muszę, to tam nigdy. Boję się, że nie odkleiłabym skarpetek w domu. A klejkiego nienawidzę z całego serca :)
Dlatego podziękowałam za propozycję zjedzenia obiadu, w domu czekała na mnie zupa kalafiorowa (tak, z mojej własnej wnuczki) i mielone.
Teraz tylko pranie i bez okularów mieszkanie jest hasta manana :)
Zostaje mi do sprzątnięcia balkon, bo w nocy był mróz i wszystkie komarzyce padły. W zeszłym roku niepadnięte dotrwały do lutego, ale w tym mi przeszkadzają, więc jak się tylko ociepli - ogarnę.
Mam jeszcze tydzień wolnego, chyba że będzie coś na gwałt.
Oby nie było.
Lecąc do wnusiów zanabyłam
Drogi jak diabli, chociaż reprint, ale od dawna chciałam go mieć. To nie jest mój elementarz, bo jest to reprint wydania z 1971 roku, ale... Dostałam za Office'a, jednak emilek zadziałał, więc... No co, moje dzieciństwo :)
Moje oko korektorki już znalazło błąd :P
Cudzysłów zamykający cytat jest nieprawidłowy, albowiem jest to cudzysłów angielski, nie polski. Nie wiem, jakie były wtedy reguły, musiałabym poszperać.
Ale dla mnie to jest błąd.
Przeczytam w wolnej chwili cały elementarz.
I może wreszcie wypocznę.
Losie, pozwól :)