czwartek, 19 listopada 2020

Gazetka

 a właściwie gazetki, bo trzy się robiły jednocześnie, Kochany Pamiętniczku, wolnym walcem szły jak zawsze. A to to, a to sramto, a to SE, a to nie wiadomo co i chuj.

Zabrakło jednego materiału, dział zorientował się w ostatniej chwili, kiedy już wszystko jechało do drukarni. Piszę do autora, bo w I korekcie nie było. I dalej dzióbię, bo mam co. Pięć minut później emilek od Bossa. Że AS nie żyje, zmarł nagle.

Tak, autor, do którego pisałam. Poprzedniego dnia robiłam kilka jego tekstów, ot, standard. Lubiłam robotę od niego, miał lekkie pióro, pióro rasowego dziennikarza. Nie zajmował się rzeczami stricte rolniczymi, znaczy się uprawą, hodowlą... Zajmował się rolnikami, ich życiem, ich problemami.

Miał 56 lat.

Jak kruche, jak ulotne jest życie, wciąż nie mogę się pozbierać. Był w redakcji dłużej niż ja, więc znaliśmy się 10 lat w sumie. Znaliśmy - duże słowo. Pracował z Lubelszczyzny, spotkaliśmy się w tym czasie kilka razy. Ale zawsze był supergrzeczny, doceniał, gdy mu coś wychwyciłam. 

Widać w niebie potrzebowali jakiegoś dobrego reportażysty, ciekawe co tam się odpierdala...

Śpij spokojnie, Kolego, będzie mi Ciebie brakowało, nie będzie Cię łatwo zastąpić, bo mało kto ma lekkie pióro i talent do pisania. I do tego z minimalną ilością błędów.

I nie, nie miał COVIDA.  Ludzie nadal zwyczajnie umierają, szkoda, że tak młodo. Za tydzień miał mieć urodziny...



niedziela, 15 listopada 2020

Pół

 dnia męczył się Inżynier z kompikiem, Kochany Pamiętniczku. Najpierw oberwało mi się z lekka, ale po sprawdzeniu czarów marów kompikowych i długiej walce okazało się, że winna jest... aktualizacja. Zainstalowała się sama, bo Microsoft wyłączył opcję nieautomatycznego aktualizowania i tadam. Okazała się niekompatybilna z moją kartą graficzną, a na dokładkę, kierując się wskazówkami i naukami dziecka, mając czarny ekran wyłączyłam kompik awaryjnie i tadam, wszystko poszło się jebać. No cóż, przepadło parę memów zapisanych, parę złotych myśli, kilka fotek, całe gazety, ale na szczęście już wysłane, więc jak coś jest na poczcie...

Co się biedne dziecko me namęczyło, to się namęczyło, co ja przeżyłam wklepując zapisane hasła, które o dziwo - znów nie pasowały, co naszukałam się kabli a to sieciowego, a to do monitora, a to pendrive'a... Tego na wołowej skórze by nie spisał. Kable i owszem, niby są, ale nigdy nie ma kabla w miejscu gdzie powinien być schowany. Pendrive był za mały, system się sam wyczyścił, no to sposobem, sposobem, zainstalował mi Windowsa 7 z płytki, bo mam, a jakże, Professional, potem przerobiony na dziesiątkę i tadam, zamiast karty graficznej,w  której nagrzebał Windows aktualizacja, karta graficzna wbudowana w procesor... 

No wiem, wiem, mądra jestem, jak cholera :) Tyle, że oprócz donoszenia potrzebnych rzeczy nic nie robiłam, no kawkę :) Jeść nie chciał, bo ma wyliczone, więc o suchym pysku siedział...

Tak sobie leżąc i nie śpiąc kombinowałam, że jednak zrobię sobie prezent, bo kto jak kto, ale ja o siebie nie dbam i kombinowałam, że kupię Jabola :) Taki, jaki by mi pasował, z lekka 11 tysi... Ale co tam, w końcu to dla mnie, a że nawet gaci nowych nie muszę kupować, to po co ja pracuję? Tak kombinowałam jak szkapa pod górkę :)

Nakręciłam się, albowiem Jabol to moje marzenie od 1992 roku. I nie boli mnie, że niektóre gry na nim nie chodzą. To był zawsze główny argument, bo faktycznie na początku na Jabola gier nie było.

I tu mnie zgasił. Nawet nie zdmuchnął, ale zgasił. Jak krowie na rowie tłumaczył, że on się zastanawia, czy kupić sobie za 10 tysięcy wyjechany PC do grania. Że za tę cenę będę miała coś, czego do końca życia nie ogarnę, z tego prostego powodu, że nie gram w takie gry, bo nie. Bo mnie to nie kręci. A Jabole też się psują. Jak się zepsuje PC, to się rozkręci i dołoży, rozszerzy i takie tam. W Jabolu wszystko zlutowane i tu agrafka nie pomoże, tu potrzebne nici, to akurat wiem, że śrubokrętem tego nie zrobi. Bo ja pracowy komp dostałam po kimś i na monitorze były... ślady brudnych pazurów, co mnie, czytającej w Wordzie na białym tle doprowadzało do białej gorączki. Ale ja asertywna jestem, więc mimo tego, że się nie da, dostałam, co chciałam. Wiem, musieli w to włożyć dużo pracy, ale za co im płacą. Z tym, że moje dziecko nie ma ani narzędzi, ani możliwości do takiej pracy. Poza tym teraz Jabol wprowadził nową, niesprawdzoną serię procesorów firmowych i jak chcę, robić za królika doświadczalnego, to proszę bardzo, ale on mówi: pas... A dziecko me kochane jest po wielu kursach jabolowych, ma ichnie firmowe certyfikaty i wie, co rzecze. Mówi, że żeby osiągnąć w parametrach te PC-towe 10 tysięcy musiałabym kupić Jabola za 20, a tyle to mi już szkoda, bo to by było hmmm... zboczenie seksualne. Tak jak torebka za kilkanaście tysięcy (dla mnie to zboczenie, torebka to torebka, ma pomieścić, co mieści i pasować mi, logo mi rybka i już). Na spokojnie już, bo słuchałam nie przerywając zgodziłam się, że może kiedyś, jak już ten podkop pod bank skończymy :) 

Ostrzegał, że przez to, że karta graficzna z procesora jedzie, spowolni mi kompika, ale jakoś żadnego spowolnienia nie zauważyłam. 

I nawet mi nie żal tego, co poleciało, jednak zbiera się tyle śmieci w kompiku, a tak sruuu i wyczyszczone. 

Zdjęcia, które mi się podobają, są na portalach, na Fejsie, na blogu i nawet mnie nie wzrusza, że w gorszej rozdzielczości, bo nie mam najmniejszego zamiaru ich drukować. Nie ogarniam tego, co mam realnie, a co dopiero takie ulotne, o idziesz ulicą, robaczek, piesek, kotek, gówienko :)  Olać.

Czekałam na niego do południa, a że nie włączyłam pracowego kompa, a iPad to jednak nie to - nagle poczułam jak dużo mam czasu... Pewno, na iPadzie też mam Netflixa i inne zabawki, ale... 

Jak dużo czasu z życia zabiera to urządzenie. Gdybym nie czekała na niego, poszłabym na spacer, nie oglądając się na nic, ale nie chciałam go dodatkowo absorbować godzinami, bo wszak poświęcił mi swój wolny dzień, kosztem Łobuzów i żony.

No i minęła mi reszta niedzieli na przywracaniu przeglądarki do stanu akceptowanego przeze mnie, nic mnie bardziej nie wkurwia, jak "obca" przeglądarka.

Pracka już czeka, ale poczeka, bo tak. 

Bo jestem asertywna.

Mam kochane dziecko, co nie? <3 Nieasertywne :)

sobota, 14 listopada 2020

Kompik

 Jednak na dnie z honorem legł.

Zobaczymy, dobry Bóg zrobił co mógł, jutro wpadnie fachowiec. Obawiam się, że będę jednak o parę tysięcy lżejsza.

Obym tylko takie problemy miała. 

Kompikowi

 zajączkować się zaczęło, Kochany Pamiętniczku.

Przedwczoraj mu się blue monitor zrobił, nawet nie wiedziałam, jak go zrestartować, a niby tak się znam na kompach :) Zawsze miałam ten problem na netbuczku, jedyne co mam opanowane to CTRL_ALT+del, no ale jak to zrobić na błękicie? W kompikach miałam taki przycisk do restartu, ale w tym nie ma... Tragedia :)

Na szczęście mam dziecko na stanie. Kazało cisnąć power kilka sekund i pomogło. Wczoraj łażę po necie i nagle Wirtualna Polska zaczyna wariować, wyskakują dygocące okienka... Rachunek sumienia robię, porno nie oglądam, od wieków nic nie ściągałam, ki diabeł. Ale udało mi się stronę zamknąć. 

Dziś audiencja u Łobuzów, wracam do filmu i nagle znów błękit zakwita...

Ale od czego mam dziecko. Wlazło zaocznie do kompika i podreperowało. Jednak wiedziałam, co robię, majstrując takie dziecko, co nie? :) Dobrze zmajstrowane. Ale okazuje się, że 31 grudnia kończy się Adobe Flash i moje kulki pójdą się jebać. Nie wiem, czy nie ominie to też Angry Birds, no jak żyć bez Angry Birds?

Tak sobie pierdołami zapycham czas, żeby nie myśleć o ponurościach realnego życia. 

Wczoraj kupowałam wątróbkę, a że cholerstwo kosztuje 2,99 za kilogram, pani spojrzała na mnie okiem bazyliszka, gdy wybrałam najmniejszy płat i jeszcze był mi za duży. Wzdech, kupiłam cały, myśląc, że najwyżej do kubła wywalę, trudno. Nie mam już żołądka jak struś i choć staram się gotować jak najmniejsze porcje, kłopot z tym, ile można jeden obiad jeść na okrągło, zamrażalnik pełen, a ja nie jestem fanką odmrażanego, jedzie mi zamrażaniem zawsze...

Ale... Myślę (choć myśliwym nie jestem), że przecież leberka jest z wątroby robiona. Wątróbka wyszła przepyszna, a ja poszperawszy w necie znalazłam przepis na wątrobiankę. Nie trzymając się ściśle przepisu, bo smażę z jabłkiem, zblendowałam wszystko i tadam, akurat na smarowanie do chleba zużyłam...

Że też przedtem na to nie wpadłam nigdy, no ale miałam w domu materiały żrące i nic nie zostawało.  A żrące były, oj żrące. Inżynier jak tylko do pociągu wsiedliśmy zawsze pytał: ma mama coś do jedzenia? Za którymś razem wsiadamy, chłopcy siadają, a pierwszy odzywa się Pierworodny i mówi do Inżyniera: nie możesz jechać, wysiadaj. My w szoku, a Pierworodny pokazuje tabliczkę: Zabrania się przewożenia materiałów wybuchowych, żrących i cuchnących, Inżynier siadł dokładnie pod nią :)
Poszłam dziś na zakupy tylko po to, żeby z domu wyjść, bo jednak takie siedzenie to się na psychice człowiekowi odbija. Posprzątane miałam, więc spacerek taki sobie, a że nie lubię bez celu, to chciałam sobie ciepłe kapcie zakopiańskie kupić. Niestety, miał je tylko dziad, którego nie cierpię, więc jak coś, przeproszę się z wełnianymi skarpetkami i kockiem, zanim dotrę pod Okrąglak do górali :)

A że moje grudnie się na mnie wypięły, skubane, tom sobie zafundowała


o, taki,  z Biedronki :) 

Nie będą sobie ze mnie kpiły, paskudy jedne.

Jak kiedyś wspominałam, u mnie zawsze pomieszanie z poplątaniem, co wkurzało Eksa.

I tak od wieków pieprz mam w puszce


puszka od teściowej, przedwojenna, a jakże, sfociłam, bo powoli wszystko się wyciera, a w puszce w środku na wieczku


 


a jakże, reklama pasty do butów. Ja jeszcze pamiętam Erdal z czerwoną żabką, ale dla moich dzieci to już epoka lodowcowa...

Niech ocaleje chociaż tak, choć żona Pierworodnego lubi stare śmiecie, to może nie wyrzucą... :)

A ja wracam do Jamiego


 z bólem serca, bo ostatnie 3 odcinki, a potem przerwa co najmniej do 2022 r. Wprawdzie są jeszcze dwa tomy książki, ale wątpię, czy przeczytam,  idzie mi naprawdę kulawo. I nie, że wyobraźnia mi zardzewiała, ale po walkach z ocieleniem klimatu i klika zmianami, tudzież ze zborzem i przenicą, nie mówiąc już o ważeniu piwa, nie mam wielkiej ochoty na czytanie...

Gdy rozmawiam z Inżynierem tłumaczy mi jak krowie na rowie, że gdzie indziej też jest źle, a nawet gorzej niż u nas.

Ponieważ rozmawiamy wirtualnie i bez piwa, nie mam siły na przypominanie, że to on uczył mnie nie porównywać niczego...

No nic.

Oby tylko zdrowie było, reszta przyjdzie sama :) 

 



piątek, 13 listopada 2020

Nie ogarniam

 rzeczywistości, Kochany Pamiętniczku, po prostu nie ogarniam.

Przerosło mnie to wszystko. Dobrze, że znów jest praca i to na maksa, bo wszystko naraz, nie mam czasu po dupie się podrapać, inaczej chyba zbieraliby mnie w kaftanie, bo nawet nie mam z kim porozmawiać. 

Dziś minęło 41 lat od chwili, gdy "stanęłam na ślubnym kobiercu".

I nie, nie żałuję. 

Nie ma czego.

Boję się tego, co nadchodzi, jak jeszcze nigdy się nie bałam.

Jaki straszny jest ten świat.

wtorek, 10 listopada 2020

Asertywność

 level maks, Kochany Pamiętniczku :)

Pocztę mam otwartą i tylko sruuu, sruuu lecą emilki, że SJ na urlopie i smyrgają odwrotne, że sorry Batory, niech mi urlop fajny będzie.

Na prywatnej zaś zapytanie od koleżanki do całego zespołu, co robić bez SJ? I odpowiedź Bossa, że pracować jak najlepiej i nie oglądać się na korektę. Hehehehehehehehehe...

Korekta w przerwach odpoczywania, z nudów skorekciła to, co nadesłano, ale nie odesłała, odeśle hurtem 12 listopada :D

Będzie spokojnie swoje następne robić, rękawów sobie nie wyrwała, bo jak mówię, w przerwach zrobiłam, będę miała luz, a Bossowe jak najlepiej to hehehehehehe, jak w takiej wersji pójdzie, to cyrk będzie, no i moje nazwisko jest w stopce. 

No dobra, taki life, bywa. Wypocznę w urence, choć obiecują, że i tam coś podrzucą :D 

A teraz z innej bajki. 

Inżynier, wleciawszy jak po ogień w sobotę kamerkę zainstalował, swoją, wypasioną, bo mu nagle zaczęła moja rozmazana na Skype morda przeszkadzać, a że dostał firmową super, a potem sobie kupi wyjechaną w Kosmos, to kto dostał kamerkę? Matka, a jakże. I w niedzielę była kontrola techniczna i o dziwo, Łobuzy tak zgłupiały, że monitorek całowały, posyłając babci całuski :) 

Trochę mam niehalo w chaupie, bo za ścianą nikt nie mieszka i zakręcili kaloryfery, obawiam się, że nawet ich nie odkręcili na załadowanie, mam przez to o wiele chłodniej w mieszkaniu mimo włączonego na maksa kaloryfera, fakt, że kaloryfery jeszcze słabo grzeją, a i okno jest nieszczelne, myślę o uszczelnieniu, ale nie będę sama kombinowała, poczekamy, zobaczymy. Jednak siedzę cały dzień w domu, to nie to, co po pracy wpaść, lec na fotelu pod kockiem i już git majonez.

Ale poczekamy :)

Poszłam dziś na zakupy, bo wszystkie warzywa wymiotłam ze szuflad i rogale świętomarcińskie chciałam kupić, żeby już jutro nie latać.

Poszłam do Zagrodniczej, bo zawsze w pracy mieliśmy najlepsze rogale i ciacha z Zagrodniczej, rzut beretem od pracy. Przy Manhattanie też jest Zagrodnicza, ale nie lubię tam kupować, bo obsługa niemiła i chamowata, co zresztą kiedyś powiedziałam w pracowej Zagrodniczej, pracuje tam dziewczyna przesympatyczna, zawsze parę zdań zamieniałyśmy. Ja to mam szczęście do piekarni, a lubię kupować tam, gdzie są miłe kobietki :) 

Więc dziś się przełamałam, bo od paru lat w Faworze zmieniła się obsada, na niesympatyczną, a i rogale takie jakieś suche są :D Stoję pod Zagrodniczą, akurat gość przywiózł świeżutki towar i czekam, wszak dostawa musi wejść... Patrzę i patrzę, a feler mam, do twarzy nie za bardzo mam pamięć, ale dziewczyna śmigająca za ladą wydawała mi się znajoma, ale skąd? Zapytać? Nie zapytać? Moja skleroza, ślepota i takie tam... Wchodzę, a ona: to pani? A ja:pracowała pani może na Głogowskiej :) A ona: od razu panią poznałam... A ja na to: widać się za słabo zamaskowałam :) Nie sądziłam, że ktoś mnie rozpozna, tym bardziej że od marca mnie tam nie było, no i maseczka :)

Dostałam najświeższe rogale, chlebek i... będę tam łaziła, bo w Tosmaku, w którym ostatnio kupowałam chleb coś się spsuło i chleb po trzech dniach pleśnieja, a mam przedwojenny chlebak, w którym nie ma prawa mi nic pleśnieć. 

Zatem będę chodziła do Zagrodniczej i na zdrowie mi to wyjdzie, bo Zagrodnicza dalej niż Tosmak :)

No i jako że jutro 11 listopada, moja wioska świętuje już dziś, co widać u mnie na obrazku

 


 Bratki jeszcze dziś były, więc dokupiłam, więcej nie kupię, bo nie mam w co sadzić, jeszcze letni urobek dycha, mieczyki też już pewno ostatnie.

Dni takie szarobure, bez światła prawie, a w radiu Pogoda co godzinę prognoza mówi, że w całym kraju pięknie świeci słońce, co mnie wkurwia na maksa. Ten wkurw musiał do nich dojść, bo o 15 zaczęli mówić, że zachmurzenie duże :)

Życie też szarobure, rządzi nami kupa wariatów, i jakoś nigdy nie byłam omdlewającą fanką JPII, nawet jak był w wiosce nie byłam na Łęgach. W świetle tego, co wychodzi na jaw - jednak mój bunt i odejście ma swoje podstawy. Bóg to bóg, a to jest do szczętu zgniła instytucja, która niewiele albo i nic nie ma z nim wspólnego. Czymkolwiek-kimkolwiek on jest.

Po raz kolejny miesięcznica i składanie wieńców, szopka za pieniądze z moich podatków, zapaść.

To jebnie. Nie ma innej opcji, któregoś dnia po prostu jebnie.

I tak jak moja teściowa nienawidziła komuny i Jaruzelskiego, tak zawsze usprawiedliwiała jego stan wojenny.

A tym razem nie ma żadnych usprawiedliwień. To po prostu jest kurestwo. Niezwykłe i haniebne. Bo kurestwo to nie zawód. To powołanie.

Ale i tak będę jutro po wioskowemu świętowała 11 listopada, rogalem, jak na porządną SJ przystało :) A od czwartku do roboty. W sumie urlop przeleniuchowałam i to mi się chwali :)

 

piątek, 6 listopada 2020

Jakie

 śmieszne były traumy mojego dzieciństwa, Kochany Pamiętniczku, kiedy z moją przyszłą przyrodnią siostrą wymyślałyśmy "sposoby na Niemca", tak to nazywałyśmy.

Dziś na tę traumę, która jest wokół nie ma żadnego sposobu, niestety. Tak, stosuję się do zasad, maseczka, mycie rąk, dystans.

Ręce myłam od wieków, nie do pomyślenia było dla mnie wejście gdziekolwiek i nieumycie rąk. Inżynierowi zostało to we krwi, choć może nie do końca, Pierworodnemu nie.

Maseczka cóż, noszę. Duszę się, ale noszę, sama już nie wiem, co lepsze: maseczka  czy przyłbica i w tym, i w tym ślepa jestem i tyle. Mało, że głucha, to ślepa.

Gdzie te czasy, gdy w uszy wtykałam słuchawki i szłam w stronę słońca w trzydziestostopniowym upale, słuchając Christmas time, czy zachłystując się I just called to say I love you...
Albo chociaż Zakochani są wśród nas.

I nie było to dla mnie tylko pierdolenie o Szopenie, bo na chorobę Meniere'a, na którą cierpię, zalecane jest właśnie słuchanie muzyki.  

Dziś w galerii leci za mną, wsiadającą do windy moja rówieśniczka, plus minus i drze się, więc trzymam windę. A ona leciała, bo ktoś na ławce zostawił banany i myślała, że to ja. Jakbym nie miała aparatów, nie słyszałabym nawet, że woła: pani, pani... 

Tak, wiem, marudzę.

Budzę się rano w swoim łóżku, w ciepłym, posprzątanym mieszkaniu, lodówka pełna, łazienka wolna. Mam na chleb, na obkład, na lekarstwa. Na zachcianki. Mam pracę.

Ma siły na marudzenie, że mi źle, bo Mała Wiedźma sieje zamęt w moim życiu..

I... Obym tylko takie zmartwienia miała, cóż mam rzec.

 Ale czuję się, jakbym stała na bagnie, wciągającym mnie coraz głębiej.

Odskocznia: Outlander. 

I nie, nie jestem nieszczęśliwa, że nie trafiła mi się nigdy taka superhistoria z takim superrudzielcem w tle.

Po prostu - nie myślę, nie analizuję, zamykając oczy tylko wtedy, gdy zbyt dużo krwi jest na ekranie lub gdy efektownie spada ścięta głowa.

Nie mam już siły martwić się tym, co będzie, bo na nic w sumie nie mam wpływu.

Błagam tylko los, by nie był dla mnie zbyt okrutny, by był łaskaw tak, jak dotąd.

 


 

środa, 4 listopada 2020

W Zaduszki

 poleciałam na Manhattan, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją na jeszcze trochę bratków, ale niestety, pana nie było.

Było za to 



widać, że ludzie sobie do serca biorą groźbę odwołania Gwiazdki... :) 

Pogoda była niezdecydowana, jak i ludzie też. Niby dzień pracowy, ale połowa sklepów zamknięta i zakupy były jak loteria...

Ale mój Heimat porządny jest



i o dziwo, spodobał mi się spacer w deszczowo-słonecznej scenerii, jako że wzięłam sobie do serca informację, że przez to kwitnięcie w domu mam za mało witaminy D3, więc szłam w deszczu w stronę słońca...



... w stronę słońca aż po horyzontu kres... W domu czekała na mnie pracka, a jakże...

We wtorek znów poszłam w stronę słońca, tym razem grzało i świeciło jak należy, wróbliszonów była cała chmara



... a ja kontemplowałam kolory pod moim oknem z bliska



a pracka znów czekała...

W środę zaś, kontynuując tak dobrze zaczęty tydzień łaziłam jeszcze więcej (no i jeszcze więcej kasy wydałam), a na skutek tego 


coraz bliżej święta, a moja dracena coraz bardziej przypomina choinkę, co nie? Nic dziwnego przy tym rządzie. W związku z groźbą zamknięcia sklepów w galeriach dokupiłam trochę świecidełek i baterii (wiem, nieekologicznie, ale cóż - jak to będzie działać jak działa, nie wykończy nas nieekologiczność, ale zwykłe życie).

Olej z czarnuszki zanabyłam (już kiedyś miałam, ale nie przywiązywałam do niego takiej wagi i przeterminował się i to sporo), tym razem olbrzymią, bo półlitrową butelkę (kieszeń zabolała) i aczkolwiek pierwszego dnia troszkę mi gębę wykrzywiało, teraz już jest spoko. Jako że nie robiłam sałatki ani surówki, polałam sobie pomidory na chlebku tym olejem i jest git majonez. Nie wiem, czy tak spektakularne efekty, jak obiecywała Kitty, ale dziś tylko raz było mi gorąco, nie spociłam się na spacerze, a i śpię prawie idealnie. 

Staram się nie myśleć, nie analizować, nie drążyć.

Okna umyłam w ramach niemyślenia, decydując się na użycie samych ściereczek z mikrofibry i gorącej wody i jestem w szoku... Poszło migusiem i piorunem, a tak długo się temu opierałam. Inżynierowa mówi, że to dlatego, że ja w sumie nie mam brudnych okien, przynajmniej nie tak brudnych ja zazwyczaj oni mają. Spodobało mi się to, bo kuchenne okna miałam gotowe w 10 minut, nie licząc zestawiania badyli i wstawiania ich z powrotem.

I to już połowa mojego urlopu za  mną. Dziś zaczęły spływać materiały, świerzbiło mnie korekcenie, co tam ten tekścik, ale zdrowy rozsądek wziął górę i odpisałam, że 12 listopada do usług :) Jednak ludzie nie czytają maili, bo myślą, że zrobię. Powinnam ustawić automat, ale nie mogę, bo robię też inne rzeczy, których urlop nie obejmuje.

I na koniec - tak, wbrew niedowierzaniu moich dzieci, słucham Big Cyca :) O, kurwa. Usunęli mi Twierdzę z walla i nie mogę jej tu wrzucić. Zainteresowani muszą jej sami poszukać na YT. Warto.




niedziela, 1 listopada 2020

Halloween

 wczoraj było, Kochany Pamiętniczku, a jakże :)



To moja ulubiona (bo jedyna) śnieżna kula, dostałam do Inżyniera kiedyś na urodziny, bo skunks stwierdził, że jak zobaczył to mu się ze mną skojarzyło i musiał kupić... Nie miał wyjścia. Własne dziecko kojarzy mnie jak kojarzy, no cóż :) Tam jest wiedźma na miotle, nietoperki latają, jak się wstrząśnie :)


 Kocham moje dziecko i tak :)

Wszystkich Świętych zaczęło się przecudną pogodą, ogarnęłam więc szybko resztę świniorków, skanowanie jednak trwało prawi pół godziny, więc zleciało i poleciałam po badyle dla wujka. Badyle niestety były wykupione, więc kupiłam taką małą doniczusię kalanchoe, pogawędziłam z panią z kwiaciarni i pojechałam. Jak hrabina czy inna Elżunia - przegubowe, zazwyczaj pojedyncze autobusy jeździły dziś na linii puściuteńkie, przez 6 przystanków byłam sama... Z przeciwka jechał przegubowiec pusty w środku. Tak się roztrwoniła kasa MPK, wozili powietrze, ciekawe, kiedy znów będzie podwyżka cen biletów. Za to na Łęgach Dębińskich tłumy były niesamowite.

Przesiadka.

W tramwaju jechało tyle żuli, że mimo maseczki z trudem wstrzymywałam rzyg. Żule, oczywiście, maseczek nie miały. I nie, nie gardzę bezdomnymi. A, nie będę się dziś rozpisywać. Oczywiście, żul też człowiek.

 


Uhoronowawszy Wujka (jaki on, kurde, Wujek, do 21-letniego smarkacza będę mówiła Wujku?) i resztę familii, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, zaprosiłam na balangę i poleciałam złapać autobus.

I stałam na przystanku vis-a-vis mojego pokoju na ostatnim roku studiów...


to okno pod daszkiem i z daszkiem nad nim to jedno z dwóch okien w moim pokoju....

Młodość przeleciała mi przed oczami.

Wsiadam do autobusu i sruuu, kierowca włącza wycieraczki nagle, myślałam, że szyby przeciera, ale nie, lunęło :)

Do domu dojechałam suchuteńka, Umarlaki się dziś o mnie troszczyły, co nie?

Obiadek popełniłam, film o złej teściowej z moją ukochaną Jane Fondą obejrzałam (jak ona się pięknie starzeje, chciałabym tak, no ale jak urodę rozdawali stałam w innej kolejce).

A potem po perypetiach, bo to znów inny sprzęt, a to kamerka, a to słuchawki,a  to inne chuje muje, pogadałam sobie miło z Baranem i Postmanem.

To był piękny dzień.

A Umarlaki wpadły teraz na lampkę wina



jednak znicz im zgasiłam, jutro zapalę. Nie sądzę, żeby chciały, żebym się jakimś dziwnym trafem sfajczyła :)

Póki żyję, będę pamiętała.

A, już wiadomo co zrobi ARiMR i KOWR z wykupionymi chryzantemami.

Będzie akcja Senior+ - dwa znicze i chryzantema dla każdego seniora :)
Załapałam się, ojapierdolę :)


sobota, 31 października 2020

Ten

 świat jednak zwariował, Kochany Pamiętniczku. 

W nocy, idąc do kibelka, włączyłam światło w przedpokoju i witki mi opadły, z hukiem. Miała się spakować, tymczasem pokój wyglądał jak pole bitwy pod Grunwaldem... 

A, Pierworodny przybył, kazania wysłuchał, herbatkę wypił i zabrał swoje dziecko.

Nigdy więcej.

Dom wyglądał jak pobojowisko, ale olałam i poleciałam do kwiaciarni po chryzantemy, bom pani obiecała, że kupię. Po drodze w aptece zostawiłam 100 na zasadzie - przezorny zawsze ubezpieczony, kupiłam witaminy, tak na wsjakij słuczaj, bo aczkolwiek nie używam suplementów, w dzisiejszych czasach tonący brzytwy się chwyta. A w kwiaciarni czekał na mnie przecudny okaz


w jednej doniczce i tak jak nie kupuję nigdy żywych kwiatów na Wszystkich Świętych, ten kupiłam, ręka mi nie zadrżała nawet, gdy zbliżałam kartę do terminalu, a pani miała łzy w oczach, gdy rozmawiałyśmy. A potem pod chryzantemą zapaliłam Umarlakom znicz, teraz winko za ich zdrowie popijam, na pohybel pisuarom. U siebie mają ogarnięte moje Umarlaki, balangę mają u mnie, czegóż im brakuje :)

W kajeciku zanotowane i podkreślone wężykiem: kupić choinkę i karpia jak najszybciej, zanim Pinokio coś 23 grudnia odwali :) Choinka nie taka pilna, bo mam sztuczną, jeszcze z PRL, ale karp koniecznie :)

Ciepło było, więc powlokłam się bez celu na Manhattan, a tam, kurde: bratki. Pan od Pomidorków miał bratki. Przez te wszystkie manifestacje nie wyskoczyło mi powiadomienie o nich i załapałam się dosłownie na ostatnie i też ostatni grosz u niego wydałam...



I cały plan poszedł w pizdu, bo najpierw przesadzałam bez umiaru, potem balkon ogarniałam, następnie korytarz myłam, bo mój dyżur w tym miesiącu wypadał dwa razy, a pierwszy termin olałam, a potem przyszły wyrzuty sumienia :) 

Następnie reszta, powoli, systematycznie, 3 pralki prania wyszły, bo pościel po MW, musiałam od razu, zlikwidować wszystkie ślady, ale wróci, bo kurtkę zimową zostawiła. I wreszcie wywietrzyłam mieszkanie, bo już zatęchłe wszystko było, bo nie mogłam u niej okna otworzyć, bo siedziała tam non stop, pokój mały i wieje. I wiecznie zamknięte drzwi od łazienki, fuj :)

Mieszkanie wróciło do normy, skorekciłam trochę świniorków na koniec, ale odezwał się Inżynier i na Skype zaprosił, więc godzinka miło minęła, aczkolwiek Kalafiorkówna musiała się zastanowić, skąd zna tę panią. Inżynier mówi, że mam gruchot, nie kamerkę, ale podrzuci lepszą, bo ma :) Wysokie strony uzgodniły, że na razie dystans zachowujemy, bo i oni mieli styczność z osobami, które miały styczność z wirusem,  z czego jedna jest zakażona. A i liczą się z tym, że Alienek prędzej czy później coś może przywlec z przedszkola.

I padło pytanie, czy w razie W będzie tragedia z Gwiazdką.

Dla mnie nie - kaskę na prezenty dla Łobuzów poślę i... 

No jeszcze trzeba dożyć. Dopóki nie zablokują neta, będzie kontakt, to dla mnie żyć i nie umierać.

Nie jestem dobrą babcią, zmęczona jestem walką z "wychowanymi inaczej". Wyrzucaniem jedzenia, nieszanowaniem cudzych rzeczy. Mnie wychowywano inaczej, nie było mowy o wychowaniu bezstresowym. Wychowując dzieci zrezygnowałam z bicia (sama mam z tym bardzo złe wspomnienia), nie zaniedbując kindersztuby i manier, dyscyplina i odpowiedzialność była. Mam dobre wspomnienia i dobre stosunki z dziećmi,pomijając specyficzne akcje Pierworodnego.

Wnuki mnie przerastają jednak. Trudno :) 

Jutro muszę dokończyć to, co dostałam, zeskanować, wysłać. Tak myślę, żeby pojechać do wujka Mietka ze zniczem, pomników nie zamknęli :) A i tłumów tam nie będzie. 

A wieczorem randka z Baranem się kroi, a potem znów poniedziałek i kierat (teoretycznie od jutra mam urlop, jak zwykle - teoretycznie, wiedziałam, że jak wezmę urlop, to książka ruszy, no ale to i kasa bliżej, i dobrze, że w czasie wolnym, inaczej zabiłabym się). 




piątek, 30 października 2020

Negatywny ma

Kochany Pamiętniczku.

Co nie zmienia faktu, że wolałabym, żeby to mi pozostawiono możliwość wyboru opcji :) Już chciała dzisiaj jechać po MW, ale powiedziałam, że nie. Lało cały dzień, MW ma ogromniastą torbę, a jednak ona po pracy, z Papryczkiem u cycka (przenośnia), spoko, jeszcze jedną noc z MW wytrzymam.

Biedna ona, bo ją ucho boli. Wiem, bezlitosna jestem, ale ją wciąż coś boli. I jakoś przestałam współczuć, bo kto, kurwa, pomyśli o tym, że ja też...

Nieważne, nie nakręcam się, bo i po co?

Mała Wiedźma zaś, mimo próśb, kazań, zwracania uwagi i tak robi swoje.

Wczoraj wieczorem znów ręcznik w łazience na podłodze...

Oddychamy głęboko, drobiazg wszak. 

Przypomina mi się moja teściowa i jej kawał dyżurny: 

Babcia z Jasiem idą przez drogę i chłopiec znalazł 10 zł. Podniósł. Babcia mówi:
- Jasiu, to co leży na ziemi, tego się nie podnosi.
Ida dalej babcia upadła. Krzyczy :
-Jasiu pomóż mi.
A Jaś:
-To, co leży na ziemi, tego się nie podnosi. 

U niej wszystko działa identycznie. Złożyłam jej pranie. Wczoraj. Dziś rano skarpetki leżą na fotelu. Proszę: schowaj. Parę chwil później skarpetki leżą na podłodze pod szafą, leżą tam nadal.

Wchodzę do kibla, szczotka od czyszczenia wywalona,  z pojemniczka wycieka woda. Pytam: co to? Nic, ona nie wie, nie była w ubikacji. Myślę sobie: coraz gorzej z moim Austriakiem, byłam w kiblu, wylałam, nie pamiętam, może Miśki? Drzwi zamknięte, a ja drzwi nie zamykam (no jak ktoś jest, a ja w środku, to zamykam), bo blok jest jaki jest i pleśń, i smród... Sprzątam podłogę papierem, podnoszę klapę i WTF? Gówno w kiblu...

Aż takiego alzheimera nie mam, nie moja pora na sranie.

Opierdalam, że kłamie jak jej ojciec. Spływa jak po gęsi.

Niby słucha, ale gdy kończę, już dalej gra.

Zaciskam zęby i idę, nie, nie w pizdu. Bo drabinę i pracowicie ścieram kurze z każdego kurzołapa na półkach, wieszam lampki, znalezione w czasie szukania czegoś innego.

Obiad taki se, bo napleśniki z mąki Graham takie se, zjada dwa, a w domu do teraz jebie smażeniną, mimo wietrzenia i świeczek.

Ale pierdolę :) 

Świnki dochodzą, więc drukuję, na spokojnie pracuję, bo i tak do poniedziałku mam czas. A robię to, żeby nie mieć kontaktu z własną wnuczką.

Na kanapie skłębiona pościel, bo ja od dwóch dni nie posłałam jej wyra, w dupie to mam. Bajzel, jak w amerykańskim filmie: może nie w butach, bo nigdzie nie wychodzi, ale w ciuchach, w których łazi cały dzień, w pościel. Zęby nieumyte, w sumie mi już to rybka.

I co z tego, że na zdjęciach miss Polonia małolatów, jak w naturze niedorobione? Widelec trzyma jak chłop widły, ale już nawet nie oceniam Pierworodnego, że jeść nie nauczył, bo chłopa gonią do wszystkiego, aż dziw, że jeszcze nie rodził. On je, jak go uczyłam, z klasą. A ja wspominam jedzenie z książkami pod pachami, żebym się nie garbiła i - serio - na złe mi to nie wyszło. 

I tak, jestem wredna - nie będę uczyła wnuków kindersztuby.

Nie mam na nic wpływu, każda moja uwaga jest kwestionowana, a jedyne co jest ode mnie wymagane to dyspozycyjność i poświęcenie.

Nie mam ochoty ani na jedno, ani na drugie. Wraca młodość i teksty: kto to zrobi? (pracownicy mieli urlop albo strajkowali, mowa o warsztacie, który firmowała teściowa, firmowała, nie była właścicielką). Jak to kto?Stara Jędza, co ona ma tam do roboty w tej ciupie... (mowa o moim mieszkaniu).

No dobra, nie wracamy do wspomnień. Dziś śnił mi się szwagier, ten od tej roboty w ciupie, który dokładnie rok temu grzebał żonę, z którą się nie rozszedł, bo w rodzinie Eksa nie ma rozwodów :) 

Nieważne. 

Przeżyłam, kurze mam dokładnie starte (prawie), jutro dopieszczę, bo dziś mi się nie opłacało.

Wino w lodówce się chłodzi.

Od Umarlaków wieści, że co rusz dziś ktoś im znicz zapala i foteczka, a posprzątane lepiej jak moja chata.

Żal mi Synowej, która chciała jutro jechać na grób mamy, ale mieszkając tu i mając bimbę spod domu pod cmentarz mogła sobie spacer tam zrobił, Alienek w przedszkolu, a Kalafiorkówna jak nie u dziadka, rzut beretem od cmentarza, mogła u mnie wylądować, albo ja bym poleciła ją niańczyć. Leciałam z koksem na początku października, bo dopuszczałam taką opcję. I jak pisałam w Pamiętniczku: żona ma swoje, większe prawa.

No nic. Mam nadzieję, że sprawa z cmentarzami wkurwi naród tak, że wszystko zmiotą. No bo kto w małych miejscowościach ochroni cmentarze przed inwazją miejscowych? Tych dwóch policjantów na wieś?

Ale i tak nie jestem optymistką. Niestety.


A powinnam nią być?

Niech ten 2020 się już skończy. Jutro poszperam, czy 1010 był równie pojebany, ale biorąc pod uwagę, że nie było wtedy PiS i Kaczora - wymiata 2020 :)

środa, 28 października 2020

Wytrzymałam

 


trzy dni, całe jebane trzy dni, Kochany Pamiętniczku. Zaciskając zęby, wstając wcześniej, bo MW niebudzona nie raczy wstać, chociaż słyszy doskonale, ale nie wstanie, bo nie. Budzika nie nastawi, bo ma nienaładowany telefon. Nienaładowany, bo zapomniała naładować. Nie ma MSG, bo nie może mieć FB. Ma What Apps, ale go nie ma, bo ma nienaładowany telefon.

Nie śledziłam, nie sprawdzałam, poszła spać ze słuchawkami na uszach i słuchawki za 250 zł poszły się jebać… A są potrzebne do nauki zdalnej. Miałam nie pilnować, ale w praniu wyszło jak wyszło. Więc zamiast polegiwać w łóżeczku do wypęku, wstaję, bo chcę się ogarnąć, nie lubię się afiszować z moją starością, próżna jestem.

Śniadanie: pytam ile chleba? Dwie skibki. I serek. Dostaje, połowa nietknięta, ląduje w kuble. Dla mnie wyrzucanie żywności do kubła to zbrodnia. Ale cóż, zdarza się.

Tyle, że nie notorycznie, co nie?

Kazanie.

Obiad. Ile chcesz mielonych? Dwa. Dostaje. Na talerzu zostają pyry i mielone, i nie, że waliłam „jak świniowi”, jak mówił Eks, który cierpiał, bo czasy były jakie były i dostawał pyry, a najchętniej jadłby samo mięso. A jak dostał mniej to i tak potem wołał o jeszcze i marudził, że mu żałuję.

Synowa mnie atakuje na MSG: każ jej włączyć telefon, niech mi da hasło do szkoły i login.

WTF? Masz dziecko praktycznie od marca na nauczaniu zdalnym i nie znasz hasła i loginu? Kurwa.

Latam od Annasza do Kajfasza, znaczy się od mojego kompika do małego pokoju, bo Panienka na wszystko ma wytłumaczenie.

Hasło nie wchodzi, synowa z pretensjami, mnie wkurw, bo dziewczyna i tak robi co chce. Nikt nie dał mi dostępu do jej laptopa, a ja, pomna moich traum, nie stoję za plecami i nie sprawdzam, co robi. A gra, co widzę, idąc do łazienki. Pytam: lekcje. Odrobione. Ma przeczytać do piątku Mikołajka, czyta jakby za karę. Ja tomik Mikołajka i jej ojciec również wciągaliśmy w jedno popołudnie, no ale ciekawsza jest gra w kompie. Gdy robiąc korektę zaprosiłam ją do stołu na czytanie wyglądała, jakby połknęła niemoczonego śledzia, a ja żałowałam zaproszenia, bo wierciła się tak, że myślałam, że wybuchnę. Do czytania, jak pisze Marta S., co mnie wkurwia od lat, potrzebuję idealnego spokoju.

Śpiewam, tańczę, recytuję, daję dupy i gotuję. Jak nie powiem trzy razy, że ma umyć zęby, nie umyje. Nawet jak powiem, że ma się uczesać, trafiam jak kulą w płot, nie uczesze się. Za to psika ten niemyty łeb jakimś sprayem Barbie, który jej matka kupiła, a jedząc wytrząsa te tłuste kłaki nad stołem.

Kurwa.

Wyszarpuje je, wygląda mi to na trichotillomanię, ale z kim mam o tym porozmawiać? Z Synową, która pisze: Papryczek jest głodny, bo przechodzą koło kolejnej Żabki i musi mu kupić kolejną parówkę?

Z Pierworodnym? Dziś powiedziałam, co myślę o wysłaniu MW do mnie, bo miał wolne. Odpisał, że nie mieli wyniku kierowniczki jeszcze? And? Jeżeli było podejrzenie, należało mnie oszczędzić, co nie, zakładając, że wynik jest dodatni, a ja jestem w grupie ryzyka.

Proste jak budowa cepa.

Z trudem wydukał, przepraszam, a ja, choć serce mówiło nie pisz, napisałam, że widzę w tym celowe działanie w celu pozbycia się mnie, bo to rozwiązuje wiele spraw.

Bo tak jest.

Kurwa.

Niby taka chętna do samoobsługi, ale mam przejrzane wszystko. Rybka mi to, ale jak znajduję w zlewie nóż, który wsadziłam 7 lat temu do nieużywanej szuflady, to co mam myśleć? Sztućce są w pierwszej górnej szufladzie, jak w każdym porządnym domu. Robi kanapkę i pół kuchni uświnione, dziękuję, wolę sama zrobić, mniej zachodu i podłoga się nie klei. Nie kroi na deseczce, ale na blacie. Serio? Uwalany blat, podłoga, więcej roboty ze sprzątaniem niż z wstaniem i zrobieniem. Powiedziałam to wprost.

Kupiłam kaki. Zasmakowało, nigdy nie jadła. Więc nie żałuję, podaję na talerzyku. I co ja paczę? Ponadgryzane wszystkie kawałki, a w całości nie jest zjedzony żaden. Opierdoliłam, podlewając smrodkiem dydaktycznym o głodzie.

Wsadziłam do wanny, łeb umyłam, żeby znów nie mieć prysznica na suficie, bo już miałam, potem siedzę i czekam, a światło w łazience wciąż się pali i pali, ma okres, więc może zasłabła. Ale gdzie tam, gra, na kompie, na kanapie jeden mokry ręcznik, w łazience rzucony drugi (w dzień znalazłam ręcznik rzucony na kibel) mokry na wannę, w pokoju na podłodze papierki od podpasek. Serio? Mimo moich kazań, że nie lubię bajzlu? Mnie w życiu nie przyszło do głowy rzucić papierek na podłogę czy na ziemię. Znana jestem ze zbierania papierków na ulicy…

KURWA MAĆ.

Nie, nie obchodzi mnie, jaki będzie wynik testów synowej, bo jej jutro test robią.

Powiedziałam do piątku i tego się trzymam.

Było nie było, książeczka ruszyła z kopyta i przede mną, mimo urlopu 600 stron. I chcę je na spokojnie skorekcić, nie martwiąc się, co w ząbki wejdzie, co będzie zachlapane i czy wanna będzie pełna po brzegi (wielkie oczy robi, jak tłumaczę, że oszczędzam wodę i dlaczego).

I nigdy więcej zrozumienia dla utrudzonych rodziców.

Trudno.

Ja nie byłam utrudzona wychowywaniem, bo wychowywałam porządnie, nie bijąc, ale będąc konsekwentna.

Boli mnie ucho, gardło, na razie szpikuję się domowymi sposobami, mając nadzieję, że to tylko efekt łażenia w sandałkach.

I staję do konkursu o tytuł najgorszej babci świata 😊

Jak wygram, dam znać 😊

Nie piszę o polityce, bo nie jestem Atlasem, więcej nie uniosę, ale mój scenariusz jest najczarniejszy z czarnych.

Niech to wreszcie jebnie, będzie wiadomo, czego się trzymać.

 

 

poniedziałek, 26 października 2020

Szczyt bezmyślności

 Kochany Pamiętniczku?

Mój starszy syn i jego żona.

W związku z zamknięciem szkół powiedziałam, że wezmę MW na tydzień,  bo żal mi dziecka. Wczoraj wieczorem pyta, czy aktualne, odpisuję, że tak.

Przesyłka dostarczona dziś rano, jak się już rozpakowała, to syn mówi mi, że kierowniczka synowej (pracują w jednym pomieszczeniu) ma koronawirusa.

No cóż, mleko się wylało.

Wychodząc do pracy mówi, że synowa dziś do mnie wpadnie. Pytam: po co?

Ano tak, w odwiedziny.

Piszę do niej, że nie, nie chcę jej w takiej sytuacji widzieć. I po co? A ona, że chciała zobaczyć, jak MW sobie radzi. No i że martwi się o mnie. 

TERAZ, kurwa?

Byłam od wszystkiego odizolowana i spokojna.

No nic.

Wspominajcie mnie czule albo wcale, jakby co, nie, że mam pełnego pampersa.

Pampersa najpierw muszę sobie kupić :) 

Niech moc i zdrowie będzie z Wami :)

piątek, 23 października 2020

Ja

 pierdolę, Kochany Pamiętniczku.


Co wydarzyło się poza tematem aborcyjnym?
Co „klepnięto” w cieniu aborcji?
Lepiej się zapoznaj, żebyś był/a świadoma, że nie masz już żadnych praw. Udostępnij i przekaż znajomym, niech także będą świadomi, w jakim kraju żyją.
Rozumiem, że wielu za nic ma to czy kobiety będą miały wybór, czy nie. Rozumiem, że wielu w głębokim poważaniu ma innych.
Być może jednak, po przeczytaniu tego co poniżej i oni zdecydują się dzisiaj wyjść na ulice. Wybór dla kobiet to jedno i nie dotyczy każdego człowieka. To dotyczy KAŻDEGO.
19.00 pod domem posła Kaczyńskiego.
Dz.U.2020.1845 t.j. |
Akt obowiązujący
Wersja od: 20 października 2020 r.
Art. 36.
[Zastosowanie środków przymusu bezpośredniego]
1. Wobec osoby, która nie poddaje się obowiązkowi szczepienia, badaniom sanitarno-epidemiologicznym, zabiegom sanitarnym, kwarantannie lub izolacji obowiązkowej hospitalizacji, a u której podejrzewa się lub rozpoznano chorobę szczególnie niebezpieczną i wysoce zakaźną, stanowiącą bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia innych osób, może być zastosowany środek przymusu bezpośredniego polegający na przytrzymywaniu, unieruchomieniu lub przymusowym podaniu leków.
2. O zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego decyduje lekarz lub felczer, który określa rodzaj zastosowanego środka przymusu bezpośredniego oraz osobiście nadzoruje jego wykonanie przez osoby wykonujące zawody medyczne. Każdy przypadek zastosowania środka przymusu bezpośredniego odnotowuje się w dokumentacji medycznej.
3. Lekarz lub felczer może zwrócić się do Policji, Straży Granicznej lub Żandarmerii Wojskowej o pomoc w zastosowaniu środka przymusu bezpośredniego. Udzielenie pomocy następuje pod warunkiem wyposażenia funkcjonariuszy lub żołnierzy w środki chroniące przed chorobami zakaźnymi przez tego lekarza lub felczera.
4. Przed zastosowaniem środka przymusu bezpośredniego uprzedza się o tym osobę, wobec której środek przymusu bezpośredniego ma być zastosowany, i fakt ten odnotowuje się w dokumentacji medycznej. Przy wyborze środka przymusu bezpośredniego należy wybierać środek możliwie dla tej osoby najmniej uciążliwy, a przy stosowaniu środka przymusu bezpośredniego należy zachować szczególną ostrożność i dbałość o dobro tej osoby.
5. Przymus bezpośredni polegający na unieruchomieniu może być stosowany nie dłużej niż 4 godziny. W razie potrzeby stosowanie tego przymusu może być przedłużone na następne okresy 6-godzinne, przy czym nie dłużej niż 24 godziny łącznie.
6. Przytrzymywanie jest doraźnym, krótkotrwałym unieruchomieniem osoby z użyciem siły fizycznej.
7. Unieruchomienie jest dłużej trwającym obezwładnieniem osoby z użyciem pasów, uchwytów, prześcieradeł lub kaftana bezpieczeństwa.
8. Przymusowe podanie leku jest doraźnym lub przewidzianym w planie postępowania leczniczego wprowadzeniem leków do organizmu osoby - bez jej zgody.
 
A prywatnie, powlokłam się do mojego banku, bo za kredyt odnawialny, z którego od kilku lat nie korzystam, ściągają mi co roku 500 zł i chciałam go zlikwidować. Pan w banku nie był tak miły i nie chciał zdjąć maseczki, mimo że był za pleksi. OK, życie. Powiedział, że u niego tego nie załatwię, mam iść do Andersia Tower. W Andersia Tower o moim banku nie słyszeli, ale co sobie kroczków nadreptałam, mokrzuteńka, bo upał, a tam pod górkę, to moje. A mógł, jebany, powiedzieć, że mogę to załatwić online. Moja głupota, że nie spróbowałam najpierw, ale lazłam po książki dla Łobuzów, a bank vis a vis, to sobie myślę: wlezę, załatwię...
Rzutem na taśmę do domu wróciłam i nie, nie padłam. Nawodniłam się i...
Wlazłam na bankowy czat i tadam...
Okazało się, że nie muszę dzwonić na żadną jebaną infolinię, na czacie też załatwię likwidację kredytu, aczkolwiek wymagało to klikania i latania, ale :)
Zadziałałam w ostatniej chwili i już mi nikt za nic nie ściągnie 500 zł z konta.
Pracuję i jak się uprę, to kredyt znów dostanę.
Kocham czaty bankowe i ich operatorów :)
 
Może u mnie zlądować Mała Wiedźma na wycug, sama zaproponowałam, zamykają szkoły od 4. klasy na razie.
Do teraz nie mam odpowiedzi, ale w sumie mam na to wyjebane, zaproponowałam.
Papryczka nie wezmę, nie na całość. Na niego dostaną zwolnienie, sorry Winnetou.
Ale w sumie nie mówię nie, zobaczymy.
Dla Alienka mam parę namiarów na leczenie, ale na razie cisza, a ja nie drążę.
Czasem nie warto pchać się przed orkiestrę.
Ma uderzenia gorąca ( w tym wieku i tyle lat po początku menopauzy), ale ani zwykły termometr, ani ten sprytny, elektroniczny nie pokazują więcej niż 36,6.
Kicham i leje mi się z nosa, ale...
Węch i smak mam super :)
A w poniedziałek dentysta...
Śledzę demonstracje i nie, nie poszłam.
Nie chcę być dla nikogo ciężarem, a w tym zamaskowanym tłumie, w którym ledwo się dogadam, jak dziś w banku
Aby do juterka :) 
Dożyć, of course:) 

Słoneczko się odezwało, z Zielonej Wyspy. Zaprasza wciąż, polecialabym, ale... Na pieniądzach nie śpią, a nie daj blog mnie coś tam trzaśnie...
Więc...
Co ma być, będzie :) 

czwartek, 22 października 2020

Państwo

 duńskie stoczyło się w przepaść, Kochany Pamiętniczku.

Dzisiejszy wyrok TK w sprawie aborcji eugenicznej to już koniec. I tak jak tęsknię za młodością, tak jestem szczęśliwa, że nie będę już skazana za żadną aborcję. I pełna obaw o moje synowe, bo chociaż nie są moimi córkami, to w razie W ich tragedia jest przecież także moją. Jak można zmuszać kobiety do tego, by były chodzącymi trumnami?

Owszem, są bohaterki, które chcą. Cześć im i chwała.

Ja jestem z tego paskudnego odłamu ludzkości, który uważa, że każdy ma prawo do wyboru. I nie, nie chciałabym nosić w łonie dziecka, którego jedynym życiowym celem będzie wieczne cierpienie, rehabilitacja, niekończący się ból. Potrafiłabym przeżyć swój ból po stracie dziecka, ale patrzeć jak ktoś, kogo kocham cierpi, bo odleżyny, bo inne takie tam?

Nie. 

Nie i jeszcze raz nie.

Mam jeszcze wnuczki, wprawdzie mocno nieletnie, ale dziesięcioletnia Mała Wiedźma może już zostać matką. 

Jest wyrośnięta, rozwinięta jak na swój wiek i...

Nie, nie będę pisała scenariuszy.

Jedno wiem - mój brzuch, moja decyzja. Wierzący - Bóg dał wam wolną wolę. 

Moja babcia zmarła z powodu martwej ciąży, osierocając trójkę dzieci własnych i jedno przyrodnie, bo nie rozpoznano tego w porę. 

Moja mama miała pierwszą ciążę martwą. Nikt nie wiedział wtedy, że jest konflikt serelogiczny. Potem byłam ja. Z wadą słuchu, do dziś nie wiadomo, dlaczego. Potem moja siostra, która żyła tylko trzy dni. Nie wiadomo dlaczego. Potem mój brat, przy którym lekarze kazali wybierać ojcu, kogo ratować, matkę czy dziecko. Zaparł się, kazał ratować oboje. Brat też miał wadę słuchu. Jestem ciekawa, jak wyglądałoby to dziś. 

Jestem szczęściarą, urodziłam dwójkę dzieci z ciąż zagrożonych, walcząc, podtrzymując, nie miałam żadnych badań, bo wtedy nie było: w sensie badań genetycznych, przesiewowych. A mieliśmy konflikt serelogiczny. Są idealni, pomijając astygmatyzm odziedziczony po mnie (to jedyne, co po mnie wzięli, cudownie). 

Jedna z moich synowych miała dwa poronienia. O Alienka się trzęśliśmy, bo jakiś tam guzek był na głowince, w głowince - i nikt Alienka nie wyskrobał. To nie jest tak, że kobiety się namiętnie skrobią, bo lubią.

Rządzącym wieczna hańba.  Niech sczezną. Niech ich diabli wezmą.

Tak samo jak w przypadku zwierząt. Jestem za ich niekrzywdzeniem. Ale jeżeli ktoś nie chce tak naprawdę krzywdzić zwierząt - rezygnuje z jedzenia mięsa. Proste. Przyroda jest tak skonstruowana, że trawożerne żrą zielsko i są atakowane przez mięsożerne. Lwa nie nakarmi się trawą, więc albo sam upoluje, albo dostanie mięso. 

Jeśli padnie rolnictwo, a padnie, nie ma innej opcji, to i wszystkim obrońcom biednych krówek zajrzy głód w oczy. Chłop jak się uprze, na swoich hektarach posadzi sobie na własne potrzeby i tak, chłop się sam wyżywi. Miasto nie.

Żyjemy w czasach w jakich żyjemy. I zapewniam - a znam to zawodowo - że zwierzętom hodowlanym krzywda się nie dzieje. Na pewno są gospodarstwa zaniedbane, zwierzęta maltretowane, ale rolnik, który żyje z hodowli, spłaca kredyty, ma na utrzymaniu rodzinę - chucha i dmuchana nie. Setny przypadek afrykańskiego pomoru świń (rujnującego hodowlę tych zwierząt) zdarzył się w gospodarstwie, w którym była 1 (słownie: jedna) świnia i zero bioasekuracji. W gospodarstwach towarowych już ani mysz, ani mucha nie ma prawa wejść do chlewni, nie mówiąc o kotkach i pieskach, które pamiętam z dzieciństwa włóczące się po obejściu. Jaskółki nie mają opcji wicia gniazda w chlewniach i oborach. Świnia ma czasem większy metraż wg przepisów niż niejedna rodzina...

Mogłabym bez końca. 

Jeśli ktoś się na tym nie zna i hoduje, jak niemiłościwie nam panujący, tylko koty (nie żebym miała coś do jebanych sierściuchów) i odgrywa rolę dobrego wujka, nie mając zielonego pojęcia o całokształcie, to ja wymiękam.

Wszystko się stacza w niebyt, koronawirus szaleje, a rządzący pierdami, którymi się powinni zajmować w spokojnych czasach przysłaniają swoje zbrodnie.

Bo okradanie państwa jest zbrodnią.

 

Ale wracam do moich baranów, bo zwariuję. W sobotę byłam na wycugu i Kalafiorkówny, bo rodzina chciała się ubrać, znaczy się, Synowa potrzebowała kurtki na zimę, a Alienek bucików. Inżynier odmówił niańczenia dwójki w galerii, więc Kalafiorkówna została skazana na mnie. Na powitanie obmacała mnie z każdej strony i po tyłku też, Skubana, nie zapomniała, że mam ajfoniczka, w którym jest filmik z nią i Alienkiem, przez tydzień nie zapomniała. Na szczęście udało mi się ajfoniczka na półkę wrzucić. Nawet łezki Skubana nie uroniła, jak się wszyscy wynieśli, nawet nie raczyła im rączynką kiwnąć. 

Oglądała Psi Patrol. Wprawdzie miałam powiedziane, że może oglądać skolka ugodna, ale... Po trzecim odcinku zaczęła się wiercić, więc pytam, czy wyłączyć. Kiwnęła główką, że tak. Wyłączyłam zatem. W ryk. Wniebogłosy. Więc włączam, ale jako że pilot to mój wróg nr 1, zamiast Psiego Patrolu włączył mi się... Strażak Sam :) A Psi Patrol poszedł w siną dal... Ryk już nie wniebogłosy, ale i do piekła sięgał. Udało mi się zażegnać konflikt herbatniczkiem. Ale odkryła korniszony na blacie w kuchni. Ryk. Dostała korniszona. Lodówka. Dostaje parówkę (miałam pozwolenie na karmienie ile się da). Rajd do pokoju, krzesełeczko do półki i: iPad - mama (tak, był mamy), kolejny - tata (tak, był taty), i mój ajfonik... Ryk... Zażegnane. Ajfonik ukryty sprytnie w rzeczach na półce, bo jednak jakiś kontakt ze światem chcę mieć...

Klocki - krótkie zainteresowanie. Wierszyk nie, książeczka nie, włazi kotek po drabinie nie, gruuu za oknem nie.

Chce korniszona, pnie się po szufladach jak alpinista... i ryk, bo babcia nie dała korniszona. Parówka nie, soczek nie, ciastko nie, chce korniszona...

A ja rozpaczliwie kalkuluję, ile korniszonów dziennie może zjeść niespełna dwulatka, skoro zjadła przy mnie dwa dane przez matkę i jeden przeze mnie? Kiszone to sama bym dała, ale korniszony? Kurwa...Noszę, czytam, śpiewam, tańczę, recytuję, daję dupy i gotuję nie przymierzając jak koło gospodyń wiejskich, ulga... Klucz w zamku i wrócili...

Obiad zamawiany w hinduskiej knajpie, synowa kombinuje jak koń pod górkę, Inżynierowi żyłka pulsuje, dzieci wracają z kuchni z korniszonami w ręku - Alienek pomógł siostrze. Są głodne jak cholera...

Ja wiem od razu - krewetki, bo tego nie jem na co dzień, reszta obojętnie, byle papy nie wyżarło.

Obiad dociera o 18. Hmmm...

Dzieci jedzą jak głupie, nawet Alienek niejadek daje się przekonać do jedzenia. Głód robi swoje.

Dzieci po obiedzie lądują do kąpieli, potem na bajce, Inżynier odwozi mnie do domu (zabrał z domu też, na zasadzie strefa czerwona, nie będzie się matka szlajała MPK, niebiosom dzięki, aczkolwiek ja wtedy się trzęsę, bo ta lewostronna kierownica). 

Niedziela lenistwo do entej i poniedziałek.

Zaczyna się najpracowitszy tydzień w miesiącu.

Nowy program nie działa, grafikowi pada komputer, w innych nie ma programu, informatyk ulotnił się jak sen złoty, znów się wszystko posypało, zwalają się na mnie dwie gazetki, bo zmienił się harmonogram, Boss pyta gdzie są teksty po II korekcie, odpisuję, że odesłane do autorów... I tak się to kręci przez cztery dni, od 7 do 21, nie liczę godzin ni lat, co z tego, że kąpiel biorę w międzyczasie, że w którymś momencie nie wiem, czy czasem wylewu nie mam, bo na jedno oko widzę jak przez kalejdoskop...

Dotarłam dziś do brzegu. Zamknęłam dwie jebane gazety.

Zdążyłam dziś kupić piwo, bo wynosząc kwitnące w loggii odpady bio wpadłam na genialny pomysł kupienia piwa. Nie udało mi się to przedtem, bo zawsze ocknęłam się po 19, gdy piątka już była zamknięta, a dalej to już nie doszłabym...

Więc (nie zaczyna się zdania od więc) luz i hasta manana.

I zazdroszczące emilki na poczcie, bo uprzejmie poinformowałam, że do 11 listopada mam wszystko w dupie.

Ale zazdroszczące niezłośliwie. 

Inna para kaloszy, że to urlop za ten rok. Nadgodzin już nawet nie wpisuję do Excela, bo wylewu dostałabym.

Firmową pocztę będę włączała, bo książka, ale to bez presji, już napisałam redaktorce. Warzywka też muszą wziąć na wstrzymanie. Po 12 listopada będzie jazda bez trzymanki, ale tylko do 14 grudnia. Bo wtedy fajrant do początku nowego roku.

Tylko trzeba jeszcze dożyć.

Tęsknię za Baranem i za lataniem, ale cóż.

Nie można mieć wszystkiego.

 Diagnozowanie Alienka i logopeda odwołany przez pandemię.

Sikory teściowa ma wirusa, a Sikora z całym taborem była tam w sobotę.  

Jestem przeziębiona, kaszlę, ale tylko tyle. Węch mam znakomity, właśnie odkryłam na jednej z grup na FB niechemiczny dezodorant... Do starej szklaneczki po świecy (z Pepco) wsypuję sodę, zakraplam parę kropel olejku (paczula, moja ukochana), wstawiam w to podgrzewacz i w całym domu pachnie smrodem aż miło :)

Uwielbiam paczulę, dostałam wieki temu od siostry Eksa z DE. Jak się nią wypachniłam, Eks wywalał mnie z malucha i nie chciał ze mną jechać, a i Inżynier za nią nie przepadał. Skoro czuję zapachy, to wciąż tylko przeziębienie, a nie COVID. A, smaki też czuję, więc jest OK.

A jutro budzę się i NIC NIE MUSZĘ :)

Kobieta z rodziny, która kiedyś mi ogromne świństwo zrobiła, informując mojego ojca, że to ja go podałam na przymusowe leczenie (dziś wiem, że to nie działa, ale wtedy jak tonący chwytałam się brzytwy) napisała mi dziś, że groby pięknie ustrojone i że zapali Umarlakom świeczkę...

I tak ziemskie sprawy z grubsza ogarnięte, rachunek za prąd odkąd pracowy komp nie chodzi non stop spadł o 50 zł (nie do wiary, coś mi właśnie zabłysnęło, do sprawdzenia)...

Życie pędzi coraz prędzej, trzeba żyć, bo drugiej szansy nie będzie :)