wzięłam się do kupki, Kochany Pamiętniczku.
Wstaję i nie bladym świtem, bo urlop mam, łażę jak mucha w smole, idę się wykąpać, a tu ciśnienie jak u nieboszczyka, zatem łapię wodę, klnąc, bo jak to, bez wody w dzień gospodarczy? Nałapałam, śniadanie zjadłam, odkręcam wodę w kuchni, a ona sruuu... A ja pół garów wody nałapałam, wiadra i takie tam. Szlag.
Urlop mam od wczoraj, ale wyjebane mam od tygodnia.Teraz wyjebane mam jeszcze bardziej. Ale się dziś stracha najadłam, serce stanęło mi w gardełku. W szparze unijnej albowiem znalazłam list z firmy, taki prawie A4 (powinnam znać wszystkie formaty, wszak się o tym na studiach uczyłam, no i w wydawnictwie pracuję, ale nie znam). Pierwsza myśl, jaka przeleciała mi przez łeb: wypowiedzenie. Zdrętwiałam, ale że miałam obie ręce zajęte, otworzyć koperty nie mogłam, więc kurcgalopkiem do windy, mieczyki rzuciłam na kanapę i drżącymi ręcami rozrywam kopertę.
A, sztywna kartka od sekretarki, że przesyła, i zaklejona koperta z kadr. Wiedziałam...
Do rąk własnych Pleno Titulo Starej Jędzy.
No szlag, teraz nad Wartę, kamień do szyi i chlup, żegnaj życie jak w Madrycie.
No ale otwieram, bo muszę wiedzieć od kiedy, wszak może jeszcze jeden numerek skorecę ku chwale ojczyzny...
(A za jebane świnie do dziś mi nie zapłacił, znów będę się musiała prosić jak ta maciora, więc zanim ten kamolek i hyc do rzeczki, to jeszcze muszę reklamować i dzieciom dyspozycje wydać... Nie odpuszczę).
(A sny były z błotem i kąpielą, znów woda, przesrane i przerąbane jak w ruskim czołgu,co nie?)
Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc, ale kto bogatemu zabroni) kopertę (grubą) otwieram, a tam...
Ojaciepierdolę.
Skierowanie na badania okresowe (z poślizgiem bodaj dwuletnim, jak nie dłuższym).
Skoro badają, to znaczy zwalniać nie chcą.
I cały pogrzeb znów na nic. Nienawidzę badań okresowych, bo to pic na wodę i fotomontaż, a zależy jeszcze, na jakiego idiotę lekarza się trafi. Kiedyś z powodu słuchu nie chciał mi podpisać zdolności do pracy, tłumacząc mi, że kieruje się moim dobrem (jak słyszę o moim dobrze, idę je głęboko schować), bo mogę nie przypasować jakiemuś klientowi i nie zrozumieć, co do mnie mówi. Wkurwiona, powiedziałam, że pracuję z lekarzami i profesorami, którzy czytać umieją, pisać też, jak czegoś nie zrozumiem, dam im kartkę i ołówek i napiszą, co chcą, ale to do konowała nie trafiło (pracowałam wtedy w wydawnictwie medycznym). Więc się rozdarłam, że w takim razie poproszę kierownika, nie ustąpiłam i zrozpaczony konował podpisał mi zdolność do pracy.
A innym razem Lekarz, na widok orzeczenia komisji "praca nie wymagająca kontaktu z ludźmi" spojrzał na mnie i zapytał: co za chuj to pani napisał.
Więc każde takie badanie to dla mnie loteria i wkurw.
Skoro pracuję, chcę pracować, sprawdzam się przez lata, to dlaczego mam być dyskryminowana?
Podatki płacę.
Zawsze wizytę załatwiała mi D., dzwoniąc, no ale D. nie pracuje, a nowa sekretarka nie jest chętna do takich akcji.
Ale jest e-mail. Teoretycznie mam urlop i mogłabym to załatwiać po, ale jestem w gorącej wodzie kąpana. Więc emilka piszę i szok: parę emilków później jestem umówiona na wizytę 16 lipca :) Piszę do kadr, ale kadry milczą jak zaklęte, a mi usta milczą, serce śpiewa, że załatwiłam sobie, tralalalalalala :) I mam poszukać orzeczenia, o grupie inwalidzkiej, za chuja nie wiem, gdzie papierek mam, ale pani pisze: jakikolwiek. Ano, niczego nie kocham bardziej niż zaginionych niepotrzebnych papierków. Nie mam pojęcia, gdzie mam dyplom, gdybym zmieniała pracę (hahahahaha) i musiała go pokazać, to w ciemnej dupie jestem.
No nic :)
Urlop to taki radosny czas, zatem
beza z Zagrodniczej, złotych polskich 6 za sztukę...
takie cuś, złotych 7 za sztukę. Przedobre, ani odrobiny chemii, wszystko świeżutkie, śmietana smakująca śmietaną, a nie śmietanfixem...
I mieczyki moje ukochane już są. Nie mogę postawić na stole, bo podmuch wiatru mi je wywalą, nie mam takiego wazonu, który byłby na 100% stabilny przy mieczykach :) Jeżu kolczasty, jak ja je kocham :)
Inżynier awansem dostał ode mnie na urodziny klimator, pracuje w takiej ciupie, gdzie ma jak w piekarniku, a dzieli go jeszcze dużo czasu od wymarzonego biura. Dostał więcej niż Pierworodny, sumitował się, alem wrzasnęła i się zamknął. Zasłużył. Pierworodny do dziś nie zapytał o moje szczepienie, nie odezwał się też słowem, a od wczoraj miał pracować w nowym miejscu. Nie ukrywam - boli.
Więc tak jak całe życie byłam sprawiedliwa (co Inżynier podkreślił, mówiąc, że sobie dołoży), tak przestałam kierować się ślepą sprawiedliwością.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom, trudno.
A i o siebie zadbałam. Skoro Kitty mi tak dobrze doradziła z tą czarnuszką, postanowiłam posłuchać i...
i faktycznie. Maznęłam po brzuszku, klnąc, że nie znika, że będę ojodynowana łaziła (no ale kto mi w gacie będzie zaglądał), a 10 minut później po jodynie ani śladu.
Biotyna, pani poleciła skrzyp z biotyną, a że skrzyp też jest dobry na włosy, a jedna kapsułka dziennie zaspokaja zapotrzebowanie, tom wzięła, wzdech... Kolejna piguła...
I dokupiłam
jednak w pigule, bo ile mogę dziennie wypić herbatek i naparów, zwłaszcza jak są dni, że nie mam czasu nic sparzyć. Więc piguły, zwłaszcza że cena była atrakcyjna.
Na moje kłopoty z niespaniem kupiłam lipę i głóg, bo to nie tylko na niespanie.
Gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy...
wieje ;)
Dzięki Kitty, mam zamiar stosować regularnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że zioła działają po jakimś czasie, a nie tak hop siup :)
Dzień gospodarczy zakończony sukcesem, za oknem pogoda idealna (no prawie, z 19 skoczyło do 24 stopni), a jutro może będę miała kolorowego kalafiorka (uwielbiam).
Najfajniejsze są małe szczęścia.



























