czwartek, 25 maja 2023

Sprawdziła się

 stara zasada, Kochany Pamiętniczku, że im bardziej ci się nie chce, tym lepiej jest potem. 

Obudziłam się wczesnym rankiem, zniechęcona do życia, bo mam iść na to spotkanie, a i Inżynier, zamiast przysłać kartkę dowcipną, jak to czynił z UK, zapowiedział, że wleci z Łobuzami jutro, no a wiadomo, olaboga.

Zatem zwlokłam szlachetne zwłoki bladym świtem z wyrka i na Manhattan pobiegłam rączo jak ta łania, aczkolwiek w gnatach i w kręgosłupie łamało mnie jak diabli.

U rzeźnika wydałam prawie 70 zł (sic!) na takie piękne zrazy wołowe


 

- chudziutka wołowinka z krówki mięsnej, nie zdechłej ze starości mlecznicy...

Wyszły z tego dwa gary


zrazów, w jednym się nie zmieściły, ale po opieczeniu wskoczyły do jednego i tadam...


Są mięciutkie jak kaczuszka :) 

A ponieważ nie wiadomo, czy Łobuzy zjedzą zrazy, albowiem one są homoniewiadomo, poczyniłam jeszcze


bazę na pomidorówkę.

Z rozpędu, aczkolwiek bolały mnie już nawet kosteczki, których nie mam ogarnęłam całą chałupę, łącznie z praniem, zrobiłam sobie obiad, zjadłam, siadłam i zadumałam się, jaka to ze mnie idiotka.

Bo mam teraz trzy dni wolne, nie licząc jutrzejszego gotowania i zmywania, a także przetrwania najazdu Hunów, znaczy się, Inżyniera z Łobuzami, który matkę uściska, odda ją w szpony Łobuzów i pójdzie pracować dalej :) 

Ale to jutro.

A dziś miałam jeszcze randkę z Anią. Koleżanka ze studiów, żadne tam przyjaźnie, koleżanka. Najczęściej spotykałyśmy się w palarni, bo ona robiła inną specjalizację.Po latach los zetknął nas na fejsbuczku, miło nam się gadało, no i jakoś tak wyszło, że się umówiłyśmy w Kociaku. A Kociak to nasza kultowa kawiarnia z czasów studiów, rzut beretem za rogiem Ratajczaka, na której to ulicy stoi do dziś moja dumna Alma Mater.

 Przebiłam się przez dalej rozkopane centrum - bimby jeżdżą, a jakże, ale piesi chodzą wężykiem Jasiu, wężykiem, starając się nie dostać pod koparki i inne ustrojstwa, do tego mgła z ciętych bloków kamieni i warkot przecinarek i ojaciepierdolę...

A niby już jest cudnie...


Ania już czekała w Kociaku i dobrze, bo to jednak inne zasady są, niż za moich młodych lat.

Tylko deser taki sam :) 


Choć może za młodu inaczej smakował? Ale i ten był pyszny, chociaż cena mniej, no ale raz się żyje, potem się straszy.

Dostałam od Ani 


kogucika z piernika z wycieczki do Kazimierza Dolnego i... poszło...

Fajnie nam się gawędziło, nagadałyśmy się w sumie więcej niż przez całe studia :) 

W Kociaku jednak trudno było o spokojną rozmowę, bo hałas niesamowity. Ania, rasowa bibliotekarka, zaproponowała wycieczkę do Biblioteki Uniwersyteckiej - naszej Alma Mater przez piękne cztery lata. Że jest jakaś wystawa i...

Nie do wiary, że przez 46 lat nie przestąpiłam progu tej biblioteki. Dokładnie 28 maja 1977 roku miałam absolutorium, więc prawie rocznica dziś.

Biblioteka jest inna, ale wciąż ta sama.


Po tych schodach wchodziliśmy, z prawej była palarnia (nie sfociłam), w której spędziłam wiele pięknych chwil, kopcąc w czasie okienek... Ania pali do dziś, palarni już nie ma.

Na nowej portierni pogawędziłyśmy z panią, pytając ją o naszego promotora i okazuje się, że teraz już profesor, nie doktor Wydra, mój promotor (nawiasem mówiąc do jednej z jego najważniejszych prac przyczyniła się proweniencja z  mojej magisterki, a i jego i moje ścieżki się później splotły i wiele mu zawdzięczam), ma nawet miejsce w Wikipedii, sprawdziłam, wciąż bywa na uczelni... Rocznik 1947...
Tylko 7 lat ode mnie starszy. Czyli da się żyć i w tym wieku :)

Ania była napalona na łazęgę jak szczerbaty na suchary, a mnie się w głowie kręciło, bo przez te 46 lat zapomniałam jakoś, że do biblioteki może wejść każdy, taki ze mnie nierasowy bibliotekarz. Ale pracowałam w bibliotece naukowej, specjalistycznej, w technologii żywności, gdzie raczej ludzie z ulicy nie lądowali. Nie korzystałam od dawna z żadnej biblioteki publicznej, wolę swoje książki, a i czasu na latanie do biblioteki nie mam.

Ania, w przeciwieństwie do mnie, jeździ na wycieczki, spotyka się z ludźmi, chodzi do kina, teatru, jeździ za dzieckiem po całym świecie, jest na emeryturze szczęśliwa, ale też ma ją dwa razy taką jak ja. Też bym rzuciła tę brudną robotę i wzięła się za węgiel z taką kasą.

Czy byłabym równie szczęśliwa? Tego nie wiem...

Ale...








Katalogi. Wciąż są tradycyjne katalogi, wciąż pachnie w nich tak jak wtedy, gdy byłam młoda. Tyle że nie ma już ręcznie pisanych kart katalogowych, wszystkie są przepisane na maszynie do pisania...

Pisanie kart katalogowych to cała epopeja bibliotekarska, zwłaszcza pisanie ręczne, druczkiem bibliotekarskim, specjalne odstępy i inne takie tam.

I jedna niepozorna książeczka, jeżeli miała kilku współautorów, była tłumaczona z języka obcego - wymagała kilku kart katalogowych, a jeszcze do tego katalogi dziesiętne (klasyfikacja UKD), umieszczające daną książkę w odpowiedniej dziedzinie.

Nie, bibliotekarstwo nie jest nauką łatwą ani małą.

A jeszcze do tego starodruki, wydawnictwa ciągłe i inne takie tam...

Dziś poczułam, jak wiele z tego pamiętam, a także jak dużo zapomniałam.

Ania pocieszała mnie, że poszłam inną szosą, drogą edytorstwa, ale ja byłam zakochana akurat w starodrukach i edytorstwo mnie w ogóle nie ruszało.

Jak dziwnie plecie się w życiu :)

Prawda, że cudnie? Te witraże i te schody czasem mi się śnią...
A to już nowość, za moich czasów nawet nie było o tym mowy. To pracownia komiksów, gdzie są wszystkie ulubione komiksy Pierworodnego (ma hopla na ich punkcie), Małej Wiedźmy (manga) i Inżyniera (Batman)... Miałabym gdzie zabrać MW, ale nic na siłę, wszystko młotkiem...





Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie.

Poszłyśmy jeszcze na Plac Wolności, pogawędziłyśmy dalej (papy nam się nie zamykały) i obiecując sobie następną randkę, pojechałyśmy każda z nas w swoją stronę.

A ja, zamiast męczyć kolejny odcinek głupiego serialu, podziwiałam miasto po 20...


 zupełnie nie kojarząc tego budynku w oddali...

Może najwyższy czas, by znów zacząć żyć?

Dziś rano był jeden tekst z maszynek, więcej nic nic było i to, że nie kwitłam cały dzień przed monitorkiem nie zmieniło losów tego świata.

A Łobuzy pojechały na spotkanie z paczką Inżyniera, urwały się i same zamówiły u kelnerki jedzenie. Ta zdezorientowana odnalazła Inżynierową, by upewnić się, że może to dzieciom zaserwować...

Tak że każdy z nas miał fajny dzień :) 

Czasem tak bywa.

Może pora skończyć z odludkowaniem?

I z fejsbuczkiem?


wtorek, 23 maja 2023

Huknęło

 Kochany Pamiętniczku, już dawno takiego echa nie było...

Zatem oficjalnie i do końca - nie wiem - życia, kariery - będę już pracowała z domu.

Źle się dzieje w państwie duńskim, ale państwo sobie samo na to pracuje.

Nie tak dawno przeprowadzaliśmy się z R., gdzie lata spędzone w piwnicy były najfajniejszymi latami w moim życiu zawodowym, pomijając start w bibliotece AR.

Niby piwnica, ale było tam super, latanie po piętrach z wydruczkami utrzymywało mnie w znakomitej kondycji i nawet kibel nie budził tam we mnie obrzydzenia, chociaż korzystały z niego i panie, i panowie (nie, nie było pisuaru, był zwykły kibel, jak to w kamienicy). 

W piwnicy miałam też nieprzyjemność pracować przez kilka lat w Auschwitz, ale tam w jednym, przechodnim pokoju siedziało siedem osób i wielki wrzask był, gdy chciałam otworzyć okno w czasie upałów. Od czasu do czasu wybijało tam szambo i zalewało komputery. Mój na szczęście stał na murku, nie czułam się zobligowana do sprzątania wybitego po ulewie szamba.

Ludzie na różne rzeczy się godzą, nie wiadomo w imię czego.

Z R. przenieśliśmy się, z tej starej kamienicy (serce mi się kraje, gdy tam przejeżdżam czasem, pięknie odnowiona, mojego piwnicznego okna nie widać zza nowego muru, odremontowane wejście i mnóstwo kwiatów przy nim), do nowoczesnego biurowca. 

Ale atmosfera R. za nami nie poszła, coś się skończyło, coś pękło, coś odleciało i nie wróci.

O ile na R. Boss pizzę zamawiał, gdy zasiedzieliśmy się przy zamykaniu i było tak jakoś - to w biurowcu już nie. Chociaż niby wszystko nowe, świeże, a i ja miałam tam swój pokój, już nie w piwnicy, nie latałam z wydruczkami po piętrach - wszyscy byliśmy na jednym, każdy w swoim pokoiku, a ja, roznosząc je w gorących dniach na samym korytarzu lekko nawijałam 10 tys. kroków :)
Ale coś ulatywało, jak powietrze z wentyla...

Powoli, ale systematycznie. 

Aż przyszła pandemia i nagle, 13 marca (kalendarz wisi do dziś) zostałam wyeksmitowana przez Bossa, przerażonego tym, że "jak to, pani MPK dojeżdża?", jakby nie wiedział, że z mojej pensji to sobie nawet na rower nie za bardzo mogę pozwolić, a co dopiero na samochód :)

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Okazało się, że z domu mogę pracować (przedtem działało to sporadycznie, na prywatnej poczcie, w razie potrzeby, ale działało), dostałam firmowy komputer i drukarkę, bo to moje narzędzia pracy, ale skaner mam już swój (morda w kubeł, pasuje mi, w dupie to mam). I tak minęła pandemia, przerywana emilkami, że jak bardzo brakuje nam SJ, stającej w drzwiach i motywującej jojczeniem do pracy, bo ona chce iść do domu, bo kocha swoją chałupę, chociaż w niej dzieci nie płaczą. :)

Potem powrót do pracy i nieudane próby Bossa ściągnięcia mnie do niej, zrezygnowany stwierdzał, że ja jedna z całej załogi na home office nie potrzebuję bacika... 

Ale on ma silnie zakodowane, że załoga musi być na pokładzie, więc męczył. A i ludzie męczyli, bo wiadomo - Polak nie lubi, jak ktoś inny ma lepiej.

A dla mnie to jest raj, bo praca jest jaka jest - najgorsze w niej jest czekanie na pracę, w biurze mogłam tylko siedzieć na fejsie, a i to z oporami, bo nigdy nie wiadomo, kto do pokoju wparuje, a i wylogować się, ciasteczka wypierdolić... Nauczyło mnie tego doświadczenie z Auschwitz, że jak ktoś chce psa uderzyć, kij zawsze znajdzie.

Udzielałam się tam na Kakofonii, takiej platformie dla słabosłyszących i głuchych. A że nie miałam w domu wtedy internetu, to przychodziłam do pracy godzinę wcześniej, żeby poczytać emilki i na nie odpisać. A że szef fotoskładu był szują do kwadratu i przydupasem szefów, groził mi ujawnieniem tego faktu...

Było, minęło, nauczyłam się.

Gość wysłał mi zaproszenie na FB, ale zablokowałam.

Nie ma miejsca w moim życiu na szuje.

Na home office zaś, uzbrojona w firmowy sprzęt, pracuję na nim, nie używając go do żadnych prywatnych celów. Teraz mamy już tam tyle zabezpieczeń, że nawet ciasteczek nie da się wypierdolić z trybu prywatnego, ale mnie to rybka :)

I nowy regulamin, łącznie z niedopuszczaniem osób postronnych i inne sranie w banie (tak, wiem, rozumiem, podpisałam), ale...

Admin założył mi na moim prywatnym kompie pocztę i program, w którym pracujemy. 

Tyż piknie, sama bym tego nie zrobiła, bo nie mam haseł admina :)

No i dziś nadeszła wiekopomna chwila, bo i w firmie rewolucja pałacowa jest, że miałam się stawić na 14.30 do Bossa.

A kadry mówiły, że podwyżka i zgoda na home office będzie online.

Kolega się śmiał, że Boss nie ma kim rządzić, to mnie ściąga.

Byłam w firmie prawie godzinę wcześniej i całe szczęście, bo nie zmokłam jak kura, miałam parasol, ale lunęło.

Kartę wciąż mam, więc wejście do biura bez problemu.

A tam wszędzie szaro i buro. Ludzi jak na lekarstwo, więc poszłam do kibelka po bimbach ręce umyć, tradycyjnie, zawsze się ze mnie śmiali z tego powodu, no ale tam wszyscy jeżdżą samochodami, a może przez ten mój nawyk nie złapałam żadnego świństwa?

A w kiblu... Santa Madonna. Patrzę w lustro, a tam upiór dzienny. I tak sobie myślę, czy ja rzeczywiście wyglądam tak strasznie, bo w domu, wychodząc, w promieniach słońca odbitego jakąś okrężną drogą do mojego lustra w przedpokoju wyglądałam całkiem sympatycznie, no wiadomo, na zasadzie: panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce, ale lekko muśnięte mascarą rzęsy, bez kaca, usta jak te maliny bez pomadki, a że rozmiar 36 to wspomnienia? Nieważne, nawet włosy na łysej główce, niedawno strzyżone układały się całkiem, całkiem.

A w pracowym lustrze to jakiś Iron Maiden był...

Ten...


I to powietrze, nie da się oddychać. Kiedyś swoją stację z domu przywlokłam, okazało się, że w firmie jest 20% wilgoci, a to już nie za dobrze. Pomijając uroki klimatyzacji w czasie upałów i to, że do kibla chodziłam na ostatnią minutę (nie powiem, czysty, co dzień sprzątany, ale... nieważne) . Kuchnia, z bajerami, ze zmywarką, ale w zlewie wciąż sterta naczyń, tak że wody nie można było nalać do czajnika i żadne karteczki nie pomagały.

Okazało się, że muszę czekać dokładnie do 14.30, aczkolwiek prawie żadnego człowieka nie było, ale...

Wszyscy mieli audiencję na godzinę u Bossa.

Poszłam więc na pierdoły do pani M. Wice.  Wparowała sekretarka i pyta, czy nie pojechałabym jutro na imprezę firmową, bo... nie mają ludzi.

Wykręciłam się zręcznie, albowiem nie uśmiecha mi się siedzenie cały dzień (nawet z podwózką i wyżerką, ale za friko) na stoisku firmowym. No cóż. Gdy wychodziłam, okazywało się właśnie, że to będzie duży problem.

Marketing ma pensje o niebo większe niż ja, niech jedzie cały.

Tego nie ma w zakresie moich obowiązków.

Pogawędziłam sobie z M. jak czekista z czekistą i nieśmiało zapytała mnie, kiedy wybieram się na emeryturę, albowiem koleżeństwo jest przerażone tym, że ten czas się zbliża.

Hmmm...

Nie dotarło ani do niej, ani do nikogo innego, że ja na emeryturze jestem już od 8 lat :) 

Serio? Serio? Ależ to niemożliwe.

I tak się zastanawiam, czy ja faktycznie nie wyglądam na staruchę, czy chciała być po prostu miła. Myślała, że dobijam powoli do sześćdziesiątki :) 

Nie mówię, że nie było mi miło.

Poszłam na ten dywanik i okazało się, że sranie w banie, żadnych negocjacji, podwyżka z urzędu (pracowego) 10% i jeszcze się czepiał, że maszynki mi za dużo płacą. Bo maszynki były w aneksie, ale tam nawet nie pytam o podwyżkę, z wiadomych względów, a kasa z nich i wyrozumiałość naczelnego piechotą nie chodzi. Nawet się nie zacukał, że nie maszynki mi za dużo płacą, ale on za mało. Nie będę się kopała z koniem, bo stanęło na tym, że jednak się sprawdzam na HO. I zagroził, że zlikwiduje mój pokój. Nie wzruszyło mnie to, absolutnie. Zatem dokonam żywota na HO albo odejdę na zasłużoną emeryturę w siną dal.
Zobaczymy, co los da.

A, znalazł DWIE literówki w poprzednim numerze.

Brawo, brawo, bravissimo :)

Na 250 stron 2 literówki i to nawet nie wiadomo, czy to moja wpadka (bo czasem dopisują po ostatniej korekcie), czy wpadka grafika...

I tym optymistycznym akcentem kończę kronikarski wpis na temat mojej kariery zawodowej.

Z jednej strony - żal trochę, z drugiej - ulga - zawsze mogę tam wlecieć, wciąż mam kartę do drzwi, wciąż pracuję, co w moim wieku jest powodem do dumy (chyba? - nie zapytał, kiedy chcę odejść).
A że nie stosuję się do złotych zasad w internetach, że żyje się chwilą i trzeba ją łapać?

No cóż...

Raz się żyje, potem się straszy.

Wkurza mnie moja praca, ale ją lubię i po paru dniach bez pracy jest mi czegoś brak.

W sumie mam do niej stosunek seksualny - bardzo ją kocham, a co kocham, to pierdolę :) 

No, nie do końca, ale home office to dar od losu, za który dziękuję.

Przede mną zatem oczekiwanie na zaległe wypłaty za dodatkowe dzieła (redachtóry też nie dostali ich jeszcze, mętnie się Boss tłumaczył), na podwyżkę i na to, co przyniesie jutro.

O ile będzie.

Dziś była


 

biedronka na pędzie (nowym) chmielu, który niedawno rwałam na obiadek...


Chyba ci jeszcze nie mówiłam, Kochany Pamiętniczku, że jestem sentymentalną kretynką i kocham swoje proste życie?

sobota, 20 maja 2023

Przepraszam

 Cię, Kochany Pamiętniczku :) 

Nieczynne do odwołania, doba nie jest z gumy, ma tylko 24 godziny.

Kiedyś wrócę :) 


czwartek, 18 maja 2023

Koń

 po westernie jest bardziej wypoczęty niż ja, Kochany Pamiętniczku...

W sumie nie było źle, bo szło wolnym walcem, ale praca non stop przez 10 godzin to w moim wieku już nie przelewki. Ostatnia godzina to było czekanie na pracę, ale nie mogłam się już na niczym skupić.

Jedyne, co mnie ostatnio uspokaja, to mahjong i też sobie go układałam. 

A potem wyprysnęłam do Biedronki, bo Inżynierowa wypatrzyła tam jakieś puzzle (jest maniaczką, ja też lubię, ale na iPadzie, kawałków nie gubię i mam za darmo, ona układa z 9 tys. kawałków, mnie by szlag przy tym trafił, pomijając już fakt, że niespecjalnie robi to, co powinna, bo i haft diamentowy, i puzzle, a reszta leży i kwiczy, ale nie mój cyrk, nie moje małpy), za 29,90 z jakimiś sorterami, a same sortery kosztują 33 zł. Pomijając fakt, że nie zależało jej na puzzle, tylko na sorterach, robienie zamieszania o 3,10 moi zdaniem jest śmieszne. No ale że miałam w ten sposób pretekst do wyjścia z domu, to polazłam i rzeczone puzzle dostałam. Od razu przypomniała mi się moja szwagierka z Niemiec, notabene lekarka z mężem lekarzem, z obywatelstwem niemieckim, jadąca przez całe Essen na drugi koniec miasta, bo była tam włóczka o 10 fenigów tańsza (było to jeszcze w czasach markowych). Nawet jej matka mówiła, że to żadna oszczędność, bo benzyna ją więcej kosztowała. Fakt faktem, że ja, nieoszczędzająca aż tak mam dziś swoje mieszkanie, a ona (moja równolatka) po śmierci męża sprzedała dom i mieszka w jakimś małym, służbowym mieszkaniu przy szpitalu, chyba jeszcze wciąż pracuje, i wciąż narzeka na koszty utrzymania. Może ma lepiej ode mnie, ma samochód, nie oceniam, ale...
Śmieszy mnie to, nic na to nie poradzę. 

A rano wcześnie do kompika zasiadłam i ulubionemu koledze skorekciłam tekst. Grubo przed pracową godziną, ale co tam, wiedziałam, że potem się wszystko zwali. Odsyłam emilka, a tu bęc:

Już?!
Ja pierniczę… jak gazik za Szkopami w ’45.
😉
Dzięki.…

Hahahahaha :)

On to ma zawsze odzywki, mógłby być moim synem, jesteśmy na pan pani, ale tak serdecznie :) 
A do Bossa mam iść we wtorek na dywanik w związku z nowymi przepisami o home office. Nie wiem, po jakiego grzyba, bo uzgadnialiśmy, że będę miała nową umowę, no i miałam po weekendzie dostać zaległą kasę, a na koncie dalej pustki.
Wkurwia mnie to, ale póki się kulam, chcę tę pracę, lepszej nie dorwę, a kasę lubię. W sumie gdybym aplikowała, nie podając wieku, pewno by mnie gdzieś wzięli, ale na samą myśl o szukaniu dyplomu dostaję białej gorączki.
I zawsze można wdepnąć w lepsze gówno.
Znaczy się, w gorsze.
A wokoło powoli mija maj, moje bratki już jak domino padają, mam jednak mszyce, a nie wywalam starej ziemi, bo nie mam gdzie i tak mam wielki wór zeschniętych szczątków do wyniesienia, chłopacy mieli to zrobić, ale tu działa zasada: umiesz liczyć, licz na siebie, więc przekładam do mniejszych worków i sama wynoszę. Poprzesadzałam już sporo, przesadzona anginka wystrzeliła z kopyta, a zdawało się, że nic z niej już nie będzie

tam na dole były dwa listki na krzyż, a teraz poczekam i będę rozmnażało. Miałam kiedyś całe drzewko w wielkiej skrzyni, dostałam od nieboszczki Feluni, psiapsiółki teściowej, nie mieściło mi się w domu i wystawiłam na korytarz, mamy wielki i pusty. Nie, nikt nie ukradł, sąsiad leń miał psa, wypuszczał go na korytarz i pies lał pod lawendę. I psa, i sąsiada już nie ma. A to jest praprawnuczka tej lawendy i wiem już, że mnie lubi (ciii, nie mówić tego badylowi).
Troszkę słońca i 


trzykrotka też odżyła, będę robiła tak, jak widziałam na rolkach, ale jeszcze musi podrosnąć. Jak moja mama zmarła, to z jej badyli po moim wyjeździe na studia ocalały tylko trzykrotki w nieopalanym pokoju, niepodlewane. Podobno jak w domu są trzykrotki, to nie ma kasy, Eks je wyrzucał, ale ja nie narzekam i lubię. Za to rzekomo pieniądzotwórczy grubosz u mnie zawsze pada migusiem, jak wszystkie inne sukulenty :)
Przesadzona pachira zaś wystrzeliła jak szalona

aż oczy bolą, a biedny filek dusi się, ale nie mam go na czym postawić w większej doniczce, ani nie mam do czego podwiązać, poczekać musi :) 

A kompania z maszyny do szycia po cioci rośnie jak głupia, wszystko się rozpycha, czynszu nie płaci, wody i nawozu się domaga, no i jak z taką bandą żyć? Jak żyć? Powinny być pincetplusy na badyle, o :) 
Na przemian pachnie 

bzem, ledwo doniosłam do domu bukiet, taki ciężki był


I słowo pachnieć pachniało...
A potem znów pachniało 

konwaliami, taki chłopek roztropek stoi w kącie Manhattanu, ma wszystko za darmochę prawie, straganiarze za bukiecik śpiewają 10 zł, a on za piękniejszy mówi: pięć, więc wzięłam dwa i teraz mam w domu konwaliowo...
Tylko to wszystko tak szybko mija, znów za mną kolejny maj.
Za ten maj dziękuję, życie, że jeszcze raz go mogłam przeżyć i ponapawać się jego pięknem. 

I maciejka mi w tym roku rośnie, mam nadzieję, że się jej jeszcze nawącham. 

Tylko na nieogrodzone włości wlazła w nocy sarna i zeżarła dąb Alienka.

Inżynier ma nadzieję, że odbije, ale ja czarno to widzę.

Bardzo mi szkoda Alienka i tych dwóch dębowych lat.

Za to samosiejki rosną wszędzie jak głupie i żadna jebana sarna ich nie żre. 

Proszę, oto dowód

 


 na Manhattanie pod budką sobie klony spokojnie rosną, a przecież jak ich nie wywalą, to korzeniami rozwalą mur.

A u mnie koło gemeli


kupka gruzu leży, od dawna tam wywalam szajs z doniczek, to miał być gruz na utwardzenie miejsca parkingowego, ale leży i kwitnie, za nim zielsko wszędzie, więc nie robię większego bałaganu, a tu nagle dwa drzewka ( (na focie nie widać) i to całkiem spore, pewno je wytną przy okazji porządkowania terenu.

A biedny dąb Alienka na dnie z honorem legł, choć i ja mówiłam i AMP, że mają ogrodzić...

Żeby nie upór Inżyniera, mieliby ogrodzenie, opłaciłabym sadzonki, tyle jeszcze mam, ale nie, bo plan zagospodarowania, architekt krajobrazu i sranie w banie, a kasy nie ma i jeszcze długo nie będzie.

No cóż.

Cieszę się majem, tym że jeszcze dwa dni pracy (piątek i poniedziałek), w poniedziałek dodatkowo audyt instalacji elektrycznej, we wtorek dywanik u Bossa.  

W międzyczasie odpadła randka w niedzielę na wystawie bydła na MTP i dobrze.

Łobuzy wszy z przedszkola przyniosły, teraz są cudowne preparaty, w jeden dzień się ich pozbyli, a jak moi chłopcy od fryzjera je przywlekli, to nawet nie wiedziałam, że mają wszy, bo chowana na nędznej polskiej wsi, bez bieżącej wody, nigdy w życiu ich nie miałam :) Ani nikt u mnie w klasie, a to były siermiężne lata PRL :) 

I tak to leci dzień za dniem :) 

I na trawie się wylegiwałam i żaden kleszcz mnie nie ukąsił, a teraz po prostu boję się w trawę wleźć czy do lasu iść. 

A wszystko przez te internety... :) 



środa, 10 maja 2023

W telegraficznym

 skrócie notujemy, Kochany Pamiętniczku...

Impreza u Małego T. była bardzo fajna, choć tak jak zakładałam, dotarcie tam było survivalem.

Lało jak z cebra, wysiadałam dwa przystanki za wcześnie, tak jak kazał Google i Pierworodny, i nawet dzieci w L.nie wiedziały, gdzie jest szukana przeze mnie ulica, a ja szłam - ojaciepierdolę - Aleją JP II. Dopiero dostawca jakiegoś żarełka wiedział, gdzie jest ta ulica, ale blok, oznaczony literami prawie całego alfabetu, litery B, którą szukałam, nie zawierał.

Tubylcy nie wiedzieli, kazali mi blok okrążyć jeszcze raz i na całe moje szczęście na horyzoncie zamajaczyło Inżynierostwo i  kochane Łobuzy, które pomogły mi się wdrapać na 4. piętro, nadając lepiej niż radio Wolna Europa. Litera B była doskonale ukryta :) Wiedziałam :)

Żarełko było przepyszne, jako że ciocia A. pracuje w kateringu.

Do domu odwiózł mnie jednak znów (!), aczkolwiek zaklinałam się, że nie wsiądę z nim więcej do samochodu legalny dziadek Małego T. i moich Łobuzów :) Instruowany przedtem prze cała rodzinę, jak ma jechać wg wskazań AI. Nawet mi go nie było żal.
Na całe moje szczęście Mały T. pod koniec uroczystości właził mi już na kolana i za skórę bez proszenia.

Ale nigdy więcej jeżdżenia do L.

Aczkolwiek... Może i pojadę, jak nie będzie padać, bo fajne są tam uliczki :) I jak coś, mogę sobie dojechać na Górczyn, znaczy się, do pracki prosto :) Aczkolwiek autobusy jeżdżą tam rzadko. Tak samo jak w Puszczykowie, ale w końcu pora dupę ruszyć, co nie?

We worek wleciał Pierworodny, znienacka, chyłkiem i ukradkiem. Nie udało się nam spotkanie na lody, albowiem...

Ha...

Sprzątali w pocie czoła, albowiem Mała Wiedźma przeszła na  nauczanie domowe i miała przyjść nauczycielka.

Hahahahahahahahahahahaha....

No ja pierdolę, a jak mówiłam, że u mnie po ich wizycie to Hiroszima jest oazą porządku, to niektórzy mieli wątpliwości. Zwłaszcza że niektórzy negowali, że można na stole zostawić pampersa z gównem w środku. Można.

No cóż, i tak kocham moje dziecko, aczkolwiek absolutnie mu nie współczuję.

I nie, nadal nie dam zrobić z mojej chaty sajgonu.

Każdy ma to, co lubi.

Z wyjazdu do Umarlaków na razie nici, bo tak jak przez urodziny kolegi Papryczka nie spotkaliśmy się na grillu, tak teraz urodziny ma kolega Alienka.

No cóż, wola boska i skrzypce.

Umarlaki poczekają, im się już nigdzie nie spieszy :) 

W międzyczasie Alienek dostał 38 gorączki i chuj wie, co dalej, a w niedzielę mieliśmy mieć balangę na MTP na wystawie hodowlanej.

A ja wyhaczyłam na osiedlowej grupce sprzedaż książek i dziś przywlokłam do domu trylogię Paulli Simons. 

Bo wciąż mam z tyłu czaszki obronę Stalingradu i Młodą Gwardię.

Nic na to nie poradzę, że zaczytywałam się tą ruską propagandą, ale obrona Stalingradu to nie tylko bogoojczyźniane bzdety.

Trylogię kupiłam za 70 zł, a polowałam na nią od dawna, na Alledrogo chodzi bardzo drogo.

Jestem ciekawa, czy odbiorę to tak, jak kiedyś.

Bo płakałam i przeżywałam jak mrówka okres, tak jak dziś przeżywam to, co dzieje się w Ukrainie. 

Chociaż wciąż widzę wujka D., przyszywanego, ale co tam, który na zestawienie kolorów żółtego i niebieskiego nie mógł patrzeć. 

Dla mnie dzisiejsza Ukraina jest bastionem, broniącym Polskę przed ruskim najazdem.

A w tle wciąż mam melodyjny język, niezapomnianą panią Mogiłkową, która jako pierwsza mi go odkrywała, panią Łomozik i profesor, zwaną Sową  - uczące mnie Oniegina, którego mogę cytować wyrwana ze snu po rosyjsku, wiersze Achmatowej, w których jestem zakochana do dziś, a także zdziwienie w oczach dziewczyny, która przyjechała z Moskwy do mojej pipidówki R. i nie chciała jechać do powiatowego K., żeby kłopotu nie robić, bo jak to bez bumagi?

Jak bardzo zakręcone jest moje życie?

Nie wiem...

Bo dziś, czekając, już legalnie na HO na pracę, której nie było, wciągnęłam 1. sezon Wanted.

A jutro zacznę czytać Miedzianego jeźdźca.

Niezbadane są ścieżki i zakręty życia.

Oczywiście, o ile jutro będzie, bo zawsze może go nie być.

I pomijając inne detale, takie jak to, że Łobuzy zakochały się w Smerfach, a dzięki niespodziewanej wizycie Pierworodnego wykopaliśmy z komóreczki komiksy o nich, przechodzone jak diabli, na widok zdjęć tych steranych życiem dzieł Inżynierową zamurowało...

Dzieje się :)

 


piątek, 5 maja 2023

Chyba

 jednak znów mam złe dni, Kochany Pamiętniczku, tak zupełnie bezpodstawnie, bo jest cudnie.

Na grilla wystałam karkówkę i żeberka i po raz pierwszy zamarynowałam takie cuś, bo jak wiadomo, niegrillowa jestem. Inżynier był zachwycony, bo wszystko załatwia w biegu i jak potem się okazało, wszystko było na jego głowie. Karkówka wyszła przepyszna, grill był udany, a dwa pęczki zgrillowanych szparagów zniknęły w mgnieniu oka. Ja zaś, przypomniawszy sobie post factum, że mam w domu patelnię grillową, też grilluję szparagi (niech pierwszy we mnie rzuci kamieniem, kto nigdy nie grzeszył, bo jak wiadomo, szparagi są na mojej liście produktów zakazanych, ale zaraz maj minie i wrócę na drogę cnoty, no raz się żyje, potem się straszy) :) 


Pogoda była tego dnia cudna

Ciepło było, aczkolwiek chłodnawo, jak mawiała jedna z nauczycielek Inżyniera, co nam weszło w repertuar bon motów :) 

I zabrał mnie, przyjechał po mnie, więc darowane pół godziny na pogawędkę, za co ci, losie, dziękuję.

Łobuzy zaatakowały mnie od wejścia, tak że oszalało, zwariowało moje serce, dostały łapówki i do łapki, i do skarbonki. Zostałam posadzona z kartką, pisakami i poleceniem rysowania. Mój rysunek wzbudził zachwyt, zabrali się za kolorowanie i tak miło nam płynął czas.

Przyjechał teść Inżyniera z kolejną flamą (poprzednia nie wytrzymała z nim, nie dziwię się), taka ą, ę, bułkę przez bibułkę, nic do niej nie mam, ale nie moje klimaty, no ale mam Łobuzy :) 

Miałam wracać autobusem, ale zrobili cyrk, że Z. wraca samochodem, to mnie wywalą na Ogrodach, tam gdzie autobus dojeżdża. 

Z.poszedł bawić się z Łobuzami i...

Oczywiście, pozwalał im na wszystko, więc wdzięczne dziatki rozładowały mu akumulator :) Kalafiorkówna scenę balkonową odstawiła, że nie może iść zobaczyć jak pchają, będzie znakomitą aktorką. Na szczęście Inżynier był twardy i nie poszła.

Zapalili na pych i dojechaliśmy do wioski.

Ale... jechaliśmy drogą, której nie lubię i której się boję. Dwa dni wcześniej 35-letni kierowca wjechał tam w drzewo, nieźle musiał zapierdalać, bo drzewo obdarte z kory, nie przeżył, a tuż przed jest ograniczenie do 60. A to taka droga, że jak dwa większe samochody jadą, to jeden zjeżdża i staje, żeby mogły się wyminąć. A Z. zapierdalał tam 80, a ma jakieś małe gówno, więc każdy wybój się czuje, no i poza tym - ograniczenia są po coś. Na progach i na autostradzie też mknął jak strzała, a ja omal nie szczałam - nie lubię takich kierowców. I zapisano w kajeciku - więcej z nim nie wsiadam do samochodu. Może i nie trzymam się kurczowo życia, ale życie na wózku to żaden cymes.

Jutro mam iść na drugie urodziny przyszywanego wnuka, osobistego wnuka Z., do Lubonia. Ponieważ byłam tam tylko raz, a i Lubonia nie znam, mama Małego T. zaproponowała, że Z. mnie zabierze. Podziękowałam, mam 3 autobusy spod domu, jadące do Lubonia, nie mam zielonego pojęcia, który lepszy, ale jakoś dojadę i dojdę. Z moją orientacją w terenie mogą być niezłe jaja, a i pogoda ma być do dupy, ale wolę to jak jazdę z Z. 

Ament. Zdania nie zmienię i nie ma opcji, że np. po wigilii będę z nim wracała. Trudno, Inżynier będzie musiał zrezygnować z piwka (dlatego chciałam wracać autobusem, żeby mógł się piwa napić), albo wydam na taksówkę. Nigdy więcej jazdy z Z. Nie mówiłam tego jeszcze nikomu, to temat na rozmowę w cztery oczy z dzieckiem mym :) 

Ku pamięci: Pierworodny w czasie ostatniej wizyty zapewniał, że albo pierwszego maja, albo trzeciego pójdziemy z tymi bez Dżemora na lody.

Do dziś głucha cisza w eterze i prawdę mówiąc, patrząc na ceny lodów, mam na to wyjebane.

Tak ogólnie mam wyjebane, że nawet się zastanawiam, czy nie powiedzieć Inżynierowi, że do Umarlaków jedziemy sami (P. chce jechać, bo to odskocznia od jego szarości) - a we mnie walczy matka pełna wstydu, że wyrzeka się potomka, a matka, ciesząca się z tete-a-tete z tym życzliwszym egzemplarzem dziecka.

Zobaczymy, co zwycięży.

Na razie w lodówce czeka


słoik botwinki, na szczęście chciał (Inżynierowa buraków nienawidzi), bo miałam fazę i nagotowałam na cały tydzień żarcia...


Żeberka w sosie musztardowo- miodowym z paprykami i jabłkiem wyszły MLASK :) 

Chałupka ogarnięta, zakupy też.

A maj piękny jest 

Moja matura była dokładnie 50 lat temu, a niezrównana M. sprostowała, że polski był 9 maja. Ja ledwo rok pamiętam, a ona dzień! Nie, nie pamiętam dat. Pamiętam ludzi (nie wszystkich), zdarzenia (raczej te dobre), ale dat nie :)
I tak się (znów) jakoś stało, że bez pachniał jak bez, i słowo pachnieć pachniało, i łzy były pełne łez.

I tak wszystko szybko przemija, to co piękne, mija najszybciej...


Po jakiego grzyba koszą tak piękną trawę, w tym roku wyjątkową, bo wciąż pada, na dokładkę jak w pijanym widzie? Nie ogarniam...



A codziennie dostaję raporty o Łobuzach.

Że byli w takim małym ZOO, na plaży też  byli, dostali wiadro wody do wylania w ogródku... A Kalafiorkówna kazała wysłać zdjęcie z zastrzeżeniem, że nie mogę mówić, że ma ogonek, bo ma warkoczyki, a nie ogonek.

Takie wzruszające mysie ogonki czterolatki.

I za to cenię Synową.

Tę.

A na 25 maja umówiłam się w Kociaku z koleżanką ze studiów, której nie widziałam od czasu studiów, a z którą mam (?) kontakt na FB.

Umówiłyśmy się w kultowym Kociaku, który właśnie odżył, a do którego łaziłyśmy na studiach w prawie każdym okienku, albowiem leżał rzut beretem od naszej Alma Mater. Jak nie było nas w Kociaku, byłyśmy w kawiarni naprzeciwko biblioteki, gdzie była herbata po rosyjsku z przepyszną konfiturą.

No nic, zobaczymy jak będzie, na studiach się znałyśmy, ale żadnego większego kontaktu nie było.

Moje studenckie przyjaźnie się rozpadły.

Ale życie pisze dziwne scenariusze. Gdyby nie ta "randka" pewno nie wybrałabym się do Kociaka, bo jakoś nie umiem sama chodzić do lokali.

I to koniec raportu na dziś, Kochany Pamiętniczku. Następny będzie, jak dojrzeję.

Albo i nie...

 


poniedziałek, 1 maja 2023

Dojrzałam

Kochany Pamiętniczku.

Przyznaję się już sama przed sobą, że jestem stara i lepiej nie będzie.

Od razu człowiekowi lżej.

I tym optymistycznym akcentem kończę :) 

wtorek, 25 kwietnia 2023

Więc

 Kochany Pamiętniczku, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc...

Więc po zamknięciu tego wszystkiego dałam sobie dzień na oddech i dopiero w niedzielę kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę tak mocno, że wziąwszy kijki w dłoń, pomaszerowałam lewa, prawa w siną dal, w stronę słońca aż po horyzontu kres i co tam jeszcze? A, z plecaczkiem :) I dobrze uczyniłam, albowiem  krótko po tym, jak wróciłam ze spaceru słońce poszło apiać i cały pogrzeb był na nic.

Więc


Obietnica bzu, już za chwilę, za moment...



Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...

Ale sama Dębina nie była przyjazna, najechała ją bowiem banda barbarzyńców, jakiś konkurs w łowieniu ryb był i ludzie prawie do stawu wjeżdżali samochodami, ktoś pisał do urzędów, kto na to zezwolił, ale ogólnie, mimo że odkrywałam nowe rzeczy na Dębinie







ogólnie chujowo było, aczkolwiek, leząc o kijkach, absolutnie się nie zmęczyłam, tyle że było mi bardzo gorąco, mimo stroju letniego :) 

Fiołki już mówią papa...


... ale wszystko jest tak świeże i tak oszalałe, że chce się żyć.

Dzięki ci, życie, że znów mogę się cieszyć wiosną - jeszcze raz.

Mój portfel zaś nie cieszy się aż tak bardzo, albowiem dzień bez nowego badylka jest dniem straconym ;) 



Za to loggia pięknieje w oczach i takie tam



 No wiosna...

I w poniedziałek znienacka Inżynier pyta, czy pracuję. Mówię, że tak, ale że do środy-czwartku tak na luzie.  Bo... SZOK...

Kalafiorkówna, niedotykalska księżniczka, tęskni za babcią i pyta, kiedy ją zobaczy.

Serio?

Uchwaliliśmy więc, że wlecą do mnie po przedszkolu we wtorek, Inżynier ode mnie dokończy robotę (pracuje w biurze, dowozi Łobuzy do przedszkola, w przerwie na lunch odwozi je do domu i dalej pracuje stamtąd, tak będzie kursował do końca czerwca).


 Się przygotowałam.

No i jak było do przewidzenia, jebło. A jakże.

SJ w euforii nagotowała w poniedziałek rosołku gar. We wtorek gar zamienił się w gar botwinki (Inżynierowa jest wrogiem buraków, nie ma opcji), a także w gar pomidorówki.
Poranna wyprawa na Manhattan zaowocowała kupnem szparagów dla nich, rzodkiewek dla Kalafiorkówny.

Wlecieli znienacka, bez uprzedzania, że jadą, w momencie, gdy walczyłam z pracową pocztą i informatykami, bo coś się wygło i akurat w tym momencie nic się nie otwierało.

Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Poczułam się znów jak trzydziestolatka, ogarniająca wszystko. Tyle że zlana byłam zimnym potem, podając na stół pomidorówkę (babcia, jaka pyszna zupa), lecąc z zapisanym hasłem do Wi-Fi do Inżyniera, odpowiadając na emilka informatyka, który chciał ode mnie ID i hasło, z którego NIGDY nie korzystałam, odpisując na emilka redaktora, włączając w łazience światło Kalafiorkównie, która do kontaktu nie sięga, dolewając Alienkowi drugi talerz, bo przepyszne było i niosąc talerz z botwinką Inżynierowi, który błagał, bo umierał z głodu...

A...

Przetrwałam apokalipsę, zwinęłam z małego pokoju szarańczę, usadziłam, skorekciłam, ubrałam Łobuzów i poszliśmy na obiecane im lody... Bo już nie padało, a lało przed chwilą...

To była bardzo fajna wycieczka, bo nawet nieusłuchana Kalafiorkówna na hasło STOP - moje albo Alienka, stawała i czekała. Bo Alienek szedł koło mnie, trajkocąc, nawet ja nie mam takiego słowotoku, jak bardzo on mnie kocha i jak lubi swoje świecące buty, jak ma na imię dinozaur i śrutututu majtki z drutu :) 

Lodziarnia była jednak zamknięta... bo za zimno. A ogłaszali się na FB, że otwierają. 

Wielka rozpacz i tragedia, bo lodów ze Stokrotki nie lubią (nie byli nigdy w Stokrotce, ale swoje wiedzą). Ale po drodze jest cukiernia i...  Gościa, który wszedł chwilę za nami wpuściłam, bo zanim wybrali co chcą, zanim zdołałam wytłumaczyć Kalafiorkównie, że nie, nie kupię jej soku, który chce, bo w domu czeka na nią otwarty sok jabłkowy i mleko, mleko, które sama wypatrzyła w lodówce i zażyczyła sobie bezapelacyjnie mleka zamiast soku (mleko stało i czekało na lepsze czasy, nie używam mleka, mam już ser, a nevermind) więc skończyło się na ciastkach z bohaterami ich bajek i na dwóch omletach (takie ciastka)...

A ja, zlana już zimnym potem, marzyłam o powrocie do domu i ogarnięciu tej kuwety...

Udało się... Pod oknami kazałam im zawołać "tata", bo bawi mnie żart rysunkowy: mamo, rzuć picie. Nie rzucę, za swoje piję...

Tata był w kuchni, usłyszał, mimo zamkniętych okien, ja tej sztuki nie posiadam (wiem, wiem, nie mam, głucha jestem) i im pokiwał, co wywołało wybuch entuzjazmu niesamowitego :) 

W windzie kolejna kłótnia, kto naciśnie guzik, niestety, Kalafiorkówna nie dorosła jeszcze do mojego piętra...

Konsumpcja słodyczy, walka z Alienkiem, że nie, nie dostanie omletu, którego nie chce Kalafiorkówna, albowiem woli banana...

I tak powoli Inżynier zakończył swój pracowy dzień, pogadaliśmy chwilę (tak to się teraz nazywa), w międzyczasie dwa oznaczenia terenu, znaczy się dwie kupy i twarde "babcia kłamiesz" Alienka na temat śladów stópek na suficie mojej łazienki (kiedy on tak wyrósł?), uzgadnianie planów na długi weekend, zbieranie badyli, których pozbywałam się z radością (Inżyniera biuro chce się zazielenić), pakowanie wziątków (Kalafiorkówna zwinęła mi talerzyk,  mama ją broniła później, ale OK, wiem, gdzie jest mój talerzyk, więc no problem, zobaczymy, co będzie dalej, może to jednak kleptomania, daję, o co prosi, ale trzeba prosić), przytulaski, machanie...

I...

 W słuchawkach leci muzyka, chata doprowadzona do stanu dziewiczego, skrobię notkę na bloga...

Każdy wiek ma swoje przywileje i prawa.

I tak, kocham Łobuzy jak głupia.

Ale za proponowane przez Tuska 1500 babciowego w życiu bym się nimi nie zajęła.

To nie na moje siły już.

To był cudny dzień i oby więcej takich. 

Jednak nie jestem już w stanie godzić pracy i dzieci (przy moich godziłam, pracowałam chałupniczo na lewo, na lewo też przepisywałam na maszynie różne prace). Ale moje dzieci na hasło mama pracuje zajmowały się zabawą, nie kłótnią o to, kto ile klocków zabrał :) 

I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :) To był bardzo pouczający dzień.

I tak zazdroszczę Shadowhunterom trochę, bo ani nie gotują, ani nie łażą na zakupy, ani nie sprzątają, nie mówiąc już o pracy zarobkowej, a mają się znakomicie.

Tak, wiem, kolejna bajka i to dla nastolatków.

Ale kto powiedział, że jestem dorosła?