stara zasada, Kochany Pamiętniczku, że im bardziej ci się nie chce, tym lepiej jest potem.
Obudziłam się wczesnym rankiem, zniechęcona do życia, bo mam iść na to spotkanie, a i Inżynier, zamiast przysłać kartkę dowcipną, jak to czynił z UK, zapowiedział, że wleci z Łobuzami jutro, no a wiadomo, olaboga.
Zatem zwlokłam szlachetne zwłoki bladym świtem z wyrka i na Manhattan pobiegłam rączo jak ta łania, aczkolwiek w gnatach i w kręgosłupie łamało mnie jak diabli.
U rzeźnika wydałam prawie 70 zł (sic!) na takie piękne zrazy wołowe
- chudziutka wołowinka z krówki mięsnej, nie zdechłej ze starości mlecznicy...
Wyszły z tego dwa gary
zrazów, w jednym się nie zmieściły, ale po opieczeniu wskoczyły do jednego i tadam...
Są mięciutkie jak kaczuszka :)
A ponieważ nie wiadomo, czy Łobuzy zjedzą zrazy, albowiem one są homoniewiadomo, poczyniłam jeszcze
bazę na pomidorówkę.
Z rozpędu, aczkolwiek bolały mnie już nawet kosteczki, których nie mam ogarnęłam całą chałupę, łącznie z praniem, zrobiłam sobie obiad, zjadłam, siadłam i zadumałam się, jaka to ze mnie idiotka.
Bo mam teraz trzy dni wolne, nie licząc jutrzejszego gotowania i zmywania, a także przetrwania najazdu Hunów, znaczy się, Inżyniera z Łobuzami, który matkę uściska, odda ją w szpony Łobuzów i pójdzie pracować dalej :)
Ale to jutro.
A dziś miałam jeszcze randkę z Anią. Koleżanka ze studiów, żadne tam przyjaźnie, koleżanka. Najczęściej spotykałyśmy się w palarni, bo ona robiła inną specjalizację.Po latach los zetknął nas na fejsbuczku, miło nam się gadało, no i jakoś tak wyszło, że się umówiłyśmy w Kociaku. A Kociak to nasza kultowa kawiarnia z czasów studiów, rzut beretem za rogiem Ratajczaka, na której to ulicy stoi do dziś moja dumna Alma Mater.
Przebiłam się przez dalej rozkopane centrum - bimby jeżdżą, a jakże, ale piesi chodzą wężykiem Jasiu, wężykiem, starając się nie dostać pod koparki i inne ustrojstwa, do tego mgła z ciętych bloków kamieni i warkot przecinarek i ojaciepierdolę...
A niby już jest cudnie...
Ania już czekała w Kociaku i dobrze, bo to jednak inne zasady są, niż za moich młodych lat.
Tylko deser taki sam :)
Choć może za młodu inaczej smakował? Ale i ten był pyszny, chociaż cena mniej, no ale raz się żyje, potem się straszy.
Dostałam od Ani
kogucika z piernika z wycieczki do Kazimierza Dolnego i... poszło...
Fajnie nam się gawędziło, nagadałyśmy się w sumie więcej niż przez całe studia :)
W Kociaku jednak trudno było o spokojną rozmowę, bo hałas niesamowity. Ania, rasowa bibliotekarka, zaproponowała wycieczkę do Biblioteki Uniwersyteckiej - naszej Alma Mater przez piękne cztery lata. Że jest jakaś wystawa i...
Nie do wiary, że przez 46 lat nie przestąpiłam progu tej biblioteki. Dokładnie 28 maja 1977 roku miałam absolutorium, więc prawie rocznica dziś.
Biblioteka jest inna, ale wciąż ta sama.
Po tych schodach wchodziliśmy, z prawej była palarnia (nie sfociłam), w której spędziłam wiele pięknych chwil, kopcąc w czasie okienek... Ania pali do dziś, palarni już nie ma.
Na nowej portierni pogawędziłyśmy z panią, pytając ją o naszego promotora i okazuje się, że teraz już profesor, nie doktor Wydra, mój promotor (nawiasem mówiąc do jednej z jego najważniejszych prac przyczyniła się proweniencja z mojej magisterki, a i jego i moje ścieżki się później splotły i wiele mu zawdzięczam), ma nawet miejsce w Wikipedii, sprawdziłam, wciąż bywa na uczelni... Rocznik 1947...
Tylko 7 lat ode mnie starszy. Czyli da się żyć i w tym wieku :)
Ania była napalona na łazęgę jak szczerbaty na suchary, a mnie się w głowie kręciło, bo przez te 46 lat zapomniałam jakoś, że do biblioteki może wejść każdy, taki ze mnie nierasowy bibliotekarz. Ale pracowałam w bibliotece naukowej, specjalistycznej, w technologii żywności, gdzie raczej ludzie z ulicy nie lądowali. Nie korzystałam od dawna z żadnej biblioteki publicznej, wolę swoje książki, a i czasu na latanie do biblioteki nie mam.
Ania, w przeciwieństwie do mnie, jeździ na wycieczki, spotyka się z ludźmi, chodzi do kina, teatru, jeździ za dzieckiem po całym świecie, jest na emeryturze szczęśliwa, ale też ma ją dwa razy taką jak ja. Też bym rzuciła tę brudną robotę i wzięła się za węgiel z taką kasą.
Czy byłabym równie szczęśliwa? Tego nie wiem...
Ale...
Katalogi. Wciąż są tradycyjne katalogi, wciąż pachnie w nich tak jak wtedy, gdy byłam młoda. Tyle że nie ma już ręcznie pisanych kart katalogowych, wszystkie są przepisane na maszynie do pisania...
Pisanie kart katalogowych to cała epopeja bibliotekarska, zwłaszcza pisanie ręczne, druczkiem bibliotekarskim, specjalne odstępy i inne takie tam.
I jedna niepozorna książeczka, jeżeli miała kilku współautorów, była tłumaczona z języka obcego - wymagała kilku kart katalogowych, a jeszcze do tego katalogi dziesiętne (klasyfikacja UKD), umieszczające daną książkę w odpowiedniej dziedzinie.
Nie, bibliotekarstwo nie jest nauką łatwą ani małą.
A jeszcze do tego starodruki, wydawnictwa ciągłe i inne takie tam...
Dziś poczułam, jak wiele z tego pamiętam, a także jak dużo zapomniałam.
Ania pocieszała mnie, że poszłam inną szosą, drogą edytorstwa, ale ja byłam zakochana akurat w starodrukach i edytorstwo mnie w ogóle nie ruszało.
Jak dziwnie plecie się w życiu :)
A to już nowość, za moich czasów nawet nie było o tym mowy. To pracownia komiksów, gdzie są wszystkie ulubione komiksy Pierworodnego (ma hopla na ich punkcie), Małej Wiedźmy (manga) i Inżyniera (Batman)... Miałabym gdzie zabrać MW, ale nic na siłę, wszystko młotkiem...
Wyszłam stamtąd z zamętem w głowie.
Poszłyśmy jeszcze na Plac Wolności, pogawędziłyśmy dalej (papy nam się nie zamykały) i obiecując sobie następną randkę, pojechałyśmy każda z nas w swoją stronę.
A ja, zamiast męczyć kolejny odcinek głupiego serialu, podziwiałam miasto po 20...
zupełnie nie kojarząc tego budynku w oddali...
Może najwyższy czas, by znów zacząć żyć?
Dziś rano był jeden tekst z maszynek, więcej nic nic było i to, że nie kwitłam cały dzień przed monitorkiem nie zmieniło losów tego świata.
A Łobuzy pojechały na spotkanie z paczką Inżyniera, urwały się i same zamówiły u kelnerki jedzenie. Ta zdezorientowana odnalazła Inżynierową, by upewnić się, że może to dzieciom zaserwować...
Tak że każdy z nas miał fajny dzień :)
Czasem tak bywa.
Może pora skończyć z odludkowaniem?
I z fejsbuczkiem?






























































