Upłynął spokojnie. Bladym świtem poszliśmy na Giełdę Antyków, która okazała się perskim jarmarkiem, ale to pikuś. Po drodze spotkaliśmy Sikorów z babcią, Sikorom nie wyszła wizyta u nas, ale jaki ten świat jest mały :)
Po dokonaniu transakcji, z którą jeszcze będzie jazda, zziębnięci i zmarznięci, po pogawędce z miłym starszym panem, który był gotów sprzedać nam wszystko pięknie zjeżdżając z ceny wyjściowej, Szewską pomaszerowaliśmy, kontemplując
i podziwiając, kombinując i klarując aż do ukochanej Brovarii, gdzie
omniommniommniom dostaliśmy dwa grzane miodowe piwka z pomarańczą, co wprawiło nas w błogostan już przed godziną trzynastą.
Tam też jeszcze raz pokontemplowaliśmy zdobycz wojenną
prawda, że piękne?? ;)
I ruszyliśmy dalej, maskując się i kryjąc w zaułkach, rabując po drodze wszystko, jak to partyzanci i wprawiając w popłoch personel sklepów pytaniami o wino bezalkoholowe i deskę do krojenia z białego dębu. Zabawa była przednia.
Objuczeni zarekwirowaną żywnością wpadliśmy do lokalu konspiracyjnego, gdzie zjedliśmy przepyszny obiadek i po krótkim odpoczynku wpadliśmy na genialny pomysł dalszej wyprawy po łupy, jako że oprócz tego wina i deski szukamy takoż sweterka z łosiami. Są na alledrogo, jednakowoż.. lepszy jest towar macany.
I... na moje nieszczęście wyjęłam z torebki aparat, bo po co mi on, więc dalsza dokumentacja jest jaka jest...
Nie dojechaliśmy, łapanka była, więc wysiedliśmy wcześniej, zauroczeni
i ja tu jeszcze wrócę.
Jak dla mnie super, bo jest tu P&P i mam dojazd jak złoto :)
Dwie godziny z hakiem zajęło nam gubienie ogona, ale rzeczone łosie znaleźliśmy w kilku miejscach, inne rekwizycje też nam się udały :D
Pytałam w sklepie o walizki Samsonite, ale zmroziła mnie cena, której nie rekompensuje nawet gwarancja. Nie dałam się złamać i... w sąsiednim sklepie, też markowym, Wittchena zostałam posiadaczką nowej walizeczki
jadącej płynnie, na czterech kółkach, przecenionej bagatela o połowę prawie.
Jako że wstyd jeżdzić z pustą walizką, napełniliśmy ją w P&P płynnym chlebem, osobiście dokupiłam zaś
reklamowane kiedyś przez Zmorkę wino śliwkowe.
Galeria jest nie tylko ogromna, ale i ładna. Oczy można napaść
Prawda, że jak miałby głowę, warto by takie ciacho w ramiona wziąć? :)
I fontanna jest
ale muszę mieć aparat, ajfonik nie łapie wicu :)
W chaupce zaś oddaliśmy się planowaniem kolejnej akcji, relaksując się zgodnie z rodzinną tradycją na pokładzie u-bota, ciąg dalszy być może nastąpi :) I mogą wystąpić nowe dramatis personae ;) Akumulatory naładowałam i aparat zabiorę...
Udanego świętowania, w mojej wiosce świętujemy dziś urodziny ulicy Święty Marcin :D









aaaaaaaaaaa fajnie masz ! tylko tych niedobrych rogali nie każ pożerać gościowi :-) a i wino to jest prawie bezalkoholowe
OdpowiedzUsuńZelazko z duszą świetne:) Podziemie Ci służy jak widzę!
OdpowiedzUsuńU nas nie ma tradycji rogali marcinowskich,z racy święta państwowego twierdza świeciła się na biało-czerwono :)