sobota, 3 stycznia 2015

Zaczyna się

to, czego nie lubię najbardziej. Czekanie.
Czekam na Inżyniera, który miał odwieźć Dziewczynę na lotnisko i przyjechać po mnie. Cała w nerwach, już od piątej rano, niepotrzebnie chyba, ale ten model tak ma. Teraz odsłoniłam okna i widzę, że leje jak z cebra, a od 1 grudnia padało tylko w nocy... Czyżby Anglia żałowała, że się zwijam?? ;)
Pożegnaliśmy się wczoraj z przytupem i półobrotem, bo chłopcy dziękując za te dni wystąpili uroczyście z butelką mojego ulubionego Diabełka, chociaż to ja powinnam im postawić wino... Niestety, a może stety, nie dam rady rzeczonego trunku spakować, wypić nie chcieli, pożegnalny toast spełniliśmy grzańcem, więc Diabełek zostanie za szafą i będzie czekać na następną okazję.
A mnie serce boli, w głowie mam mętlik i trudno przywołać mi się samą do porządku. Boli, jak zawsze przy rozstaniach, a tu jeszcze jedno powitanie pożegnanie i te godziny na lotnisku i inne cuda wianki.
Ojapierdolę.

No i proszę, spóźni się o godzinę. Bo później pojechali... No nic... Oby cały dojechał :)

2 komentarze:

  1. No to czekamy na wieści z PL:) Miśki mieszkania nie zdemolowały? ;)
    mamaKlary

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach,powroty, no cóż, mus,to mus.
    Dobrze,że masz u chłopaków swoje miejsce, to bardzo ważne!

    OdpowiedzUsuń