sobota, 28 stycznia 2017

Do zakochania

tfuj, do zwariowania jeden krok, jeden jedyny krok, nic więcej, Kochany Pamiętniczku.
Tak mi jakoś ten kapuściany temat krąży, więc go podrążę, a kto mi zabroni? :)

Long, long ago, zanim wybuchły te wszystkie mody na sranie w banie, na żywność ekologiczną, nieprzetworzoną i inne cuda wianki, moja kuchnia była jaka była.
Prosta.
Z tej prostej przyczyny, że groszem nigdy nie śmierdziałam i nie było mnie stać na wiele rzeczy. Nie miałam też czasu na wystawanie w kolejkach po dobra doczesne, więc kombinowałam z tego, co pod ręką było.
Po Mamie została mi książka kucharska, przedwojenna (niestety, na wieczne nieoddanie pożyczyła pewna pani, chuj jej w oko i kotwica w plecy, i kupa gruzu, by nie miała luzu, a tak miło i sympatycznie wyglądała...).
Więc moje dzieci chowane były na własnoręcznie gotowanych, przecieranych, doprawianych rzeczach. Gerbera widziały, jak babcia zaszalała.
Czekoladę tylko z kartek i jak babci z pyska spadło (babcia czekoladę z orzechami wpieprzała, orzechy wypluwała, bo ich pogryźć nie mogła, a ja wciąż widzę tę trójkę, stojącą z nadzieją w oczach, że chociaż kawałek im skapnie... Trójkę, bo córka od szwagra też stała).
Napojów w puszkach nie dostawali, z tego powodu nieszczęśliwi byli, bo wtedy puszki się zbierało.
Miałam zbiór, dostali od sąsiadki, cała meblościanka do sufitu zastawiona puszkami. Sąsiadce znudziło się odkurzanie, więc dała. Im też szybko znudziło się cosobotnie rozbieranie piramidy i odkurzanie każdej puszeczki z osobna, taki był mój wymóg :P
Pepsi albo cola to było czasami u kogoś.
W domu tego nigdy nie było, żadnej fanty ani innych wynalazków.
Za czasów wody grodziskiej był zawsze w domu zapas, babcia była obrotna :)
A potem zawsze był duży baniak staropolanki. Jak Inżynier zachorował, wspólnie doszliśmy do wniosku, że być może niepicie chemii pomogło mu w wyzdrowieniu.
Jeszcze wtedy nie studiowałam składów produktów, a jedyny błąd żywieniowy to była margaryna zamiast masła.
Cała reszta OK, tyle że bez nalepek eko i organic.
A potem wróciłam do pracy i choć dalej gotowałam sama, to jednak korzystałam z półproduktów, z "pomocników". I grzeszyłam, wrzucając kostki, bo lepszy smak był szybciej.
Chłopcy poszli na studia, ale kanapki i inne takie tam zawsze zabierali. Co najwyżej po jakimś czasie rewizję robiłam w plecaczkach i co większe hodowle pleśni likwidowałam.
Pokazały się zupki chińskie i...
Niewiele już miałam do gadania.
Sama rzadko jadałam, ale Inżynier do grobu mnie wpędzał, zalewając zupkę o 23, gdy uczył się do egzaminu. Wpędzał, bo zapach mnie budził i jeden pieron wie, ile mnie kosztowało niezjedzenie tego wynalazku o tej porze.
Mimo zdrowego trybu życia moja waga szła w górę, powoli, ale systematycznie.
Taki life. Siedzący tryb życia, mimo porannych spacerów, hormony no i...
Nieważne.
A potem ptaszyny z gniazda wyleciały i...
Gotuję to, na co mam aktualnie ochotę i czego domaga się mój żołądek. Eko i organic mnie nie rusza. Bo wiem jedno: środowisko, w którym wszystko rośnie (bo uprawy eko i organic nie są pod jakąś kopułą, nieprzepuszczającą wszystkich smrodów tego świata, a i kurki chodzące samopas i dziobiące tu i tam potrafią mieć w jajach więcej świństwa, zwłaszcza zimą niż z hodowli przemysłowej). Najważniejsze - nie dać się zwariować. Len, który teraz wszyscy zalecają zamiast tranu, stosowałam od wieków, a jeszcze teściowa mnie w tym utwierdziła, bo była zagorzałą fanką lnu. I parę innych takich tam. Nie obchodzą mnie mody i trendy. Mam swoich faworytów i  rzeczy, których nie lubię, i nic mnie nie przekona. Mam na Manhattanie swoich sprzedawców, od których lubię kupować dane produkty. Tak metodą prób i błędów, zdając się na moje kubki smakowe. W sezonie wydaję na pomidory majątek, ale są tego warte, poza sezonem kupuję pomidory raz na ruski rok. Koncentrat pomidorowy lepszy i zdrowszy.
Co do eko i organic wystarczy poszperać w necie, żeby znaleźć wypowiedzi ludzi, pracujących przy pakowaniu towarów. Etykieta wszystko zniesie.
Co do nawożenia i zaprawiania - siedzę w branży. I nie, że bronię rolników czy hodowców, ale producenci nawozów narzekają, że sprzedaż systematycznie spada. Bo za drogo i rolnik kalkuluje z ołówkiem w ręku. Więc na pewno mogą się zdarzać błędy w nawożeniu, ale to nie jest tak, że rolnik jedzie w pole i sieje, bo mu więcej urośnie. Bardzo często przenawożone nie rośnie, ale pada.
Ale to do ludzi nie przemawia. Ich problem:P
A nawożenie z mojej młodości? Mój ojciec, sypiący nasze zagonki kartofli DDT (kto nie wie, niech wygoogla) prosto z pończochy mamy, a resztę wywalający na Bogu ducha winnego psa. Bo pies miał pchły :)
Nawożenie organiczne, fuj... Pan Walenty z długim kijem, na którym zawieszone było wiadro, wyciągający ze szkolnych sławojek fekalia i wiozący je na pole. Zaiste, ile tam było glist, owsików i innych niespodziewajek... A zatrucia pokarmowe świeżymi warzywami, niedostatecznie umytymi, organicznymi, a jakże, nie tak dawno na Zachodzie?
Dziękuję, postoję.
To jest moje osobiste zdanie, moje przemyślenia.
I broń buk liściasty, nikomu nie zabraniam ani nie odwodzę od kupowania eko, organic i innych cudów na kiju.
Wolna wola.
Smacznego, każdy ma to, co lubi.
Mam i ja.
I tak dziś kuchenną krzątaninę sponsorowali  ABBA i Bee Gees.
Znów byłam młoda, piękna i zakochana.
Za oknem pięknie świeciło słońce, szyby błyszczały, aczkolwiek sztab kryzysowy zalecał zostanie w domu ze względu na zanieczyszczenie powietrza.
Czułam się, jak w filmie SF.
I coraz bardziej wszystko do tego zmierza, że tak będzie. Jedyne, co mnie martwi, to moje wnuki - w jakim świecie przyjdzie im żyć.
Ale nie mam na to wpływu, poza tym, że segreguję śmieci, unikam plastiku, oszczędzam wodę i światło i takie tam...
Taka mała cegiełka, jaką mogę dołożyć, bo jestem tylko trybikiem w machinie świata.
I tak

kapustkę kiszę w tym. Mam jeszcze dwa inne garnki, mniejsze. Taki garnczek starcza mi na tydzień, więc nieźle :) I znalazłam dziś słoik ekologicznej kapusty za 7,50. W słoiczku jakieś 350 g. Moja kapustka zamyka się gdzieś w 4 złotych za taki gar :D
A kamień jest starszy od Pierworodnego, znalazłam go, będąc w ciąży i od razu wiedziałam, że jest idealny :) Dokopałam się dziś, że można kupić specjalne kamienie, od 20 zł w górę, a potem bez ograniczeń :)
Ojapierdolę.
Jogurty kupuję najprostsze, bez udziwnień, bo to

to proszę państwa, śmiech na sali. Wsadzę do zwykłego to, na co mam ochotę i mogę  mieć nawet jogurt szpinakowy. Ale z prawdziwym szpinakiem, nie z wsadem z chujwiczego.
Jeszcze dokończę obiadek, wsadzę nową porcję kapustki (już wszystko uszykowane) do gara i...
Ciężko się czyta, bo aczkolwiek znam, nie jestem fanką gwary, no ale taka lektura to must have :)



6 komentarzy:

  1. ale skąd wiesz że ten kamień nie był stworzony do kiszenia ogórków hę ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem pytania.
      Wiedziałam, że był stworzony, jak tylko na niego spojrzałam, idealnie pasuje do garnczków :P

      Usuń
  2. Dzięki za odpowiedź pod poprzednim postem. Jednak kupię kamienny garnek, bo większość głosów za tym przemawia:) W eko i organic też nie wierzę; przede wszystkim są bardzo drogie. Nigdy nie świrowałam z jedzeniem. Ot prawdziwa matka polka - codziennie gotowałam obiadki, dziecko kanapki do szkoły itp. Zainteresowałam się żywnością jakieś 3-4 lata temu, gdy wówczas mój nastoletni syn rósł w górę ale i zaczął mieć piwny brzuszek. Dzieciak wychowany na wodzie mineralnej, naturalnych sokach, kompotach (naprawdę gazowane produkty pił sporadycznie); w Mc Donaldzie był RAZ w zyciu i to z moją kuzynką; zamiast chipsów w domu były do podjadania rodzynki, orzechy, pestki itp. Pomijam, że po 40 też zaczęłam tyć (no ale to inna historia). Ale brzuch u mojego syna? Dopiero wtedy zaczęłam czytać, szperać, patrzeć na etykiety. Po prostu wywaliłam z naszego jadłospisu wszystkie gotowe produkty. Nie to, że nagminnie używałam dań ze słoików, czy tam gotowych sosów w proszku (fuj), ale używałam. Kupowałam wędlinę; jogurty "owocowe" itp. Teraz to co mogę robię sama (na kanapki mięso pieczone bądź z szynkowara); zimową porą unikam pomidorów, zielonych ogórków, w piekarniku robię mieszankę płatków do jogurtu naturalnego itp. Po tych latach "zdrowszego" jedzenia syn (teraz 19 lat) znowu wygląda normalnie i naprawdę nie zwiększył aktywności fizycznej, gdy zaczął tyć. Rozpisałam się, ale żywność i temat żywienia to rzeka:) Renata

    OdpowiedzUsuń
  3. :) NO proszę :) sama o tym pisałam czas jakiś temu :)
    Niepomiernie mnie bawią te półki ECO i organic :) a ceny to po porostu oglądam z czystej ciekawość, jako miarę ludzkiej głupoty i rozrzutności.

    Jedyne ECO jakie znam to u ciotki w ogródku rośnie albo po nim biega. Rośnie bo wujek osobiście ślimory (ohydki bezdomne) zbiera żeby wszystkiego nie zjadły, i gąsienice też, i nornice straszy swoimi od lat sprawdzonymi sposobami ... a to co biega to sobie biega, bo wyganiane lepsze na rosół jest niż zasiedziałe - tyle żeby młode dość było, a nie stare - to słowa ciotki są. No i najlepsze, najlepszejsze mleko z prawdziwego ECO to jest to, kiedy kuzynka (kiedyś ciotka) mi udoi do kubka prosto od krowy... takie jeszcze ciepłe naturalnie... dla jednych ochyda, a dla mnie - smak dzieciństwa... ja w kolejce staliśmy do babci, czy do cioci, czy innej gosposi, zależnie gdzie nas pora dojenia zastała - i każdy do kubka dostał trochę, i to było właśnie ECO... takie z paprochem, a nie czyste, wyszorowane, wygotowane, żadne tam UHT ... żadna woda zabielana - tylko prawdziwe mleko - od krowy :)

    Jeszcze tym co mnie bawi to moda na zioła. Te ze sklepu, czy choćby apteki. Niestety większość z nich jest zupełnie nieprzydatna lub mało przydatna. Są to albo mało efektywne części roślin (np. są zioła które mają najwięcej poszukiwanego związku w korzeniach, a kupić można badylki w postaci siana... o w najlepszym razie niskiej zawartości składników poszukiwanych), albo zbierane nie wiadomo kiedy, czyli też nie w optymalnym czasie, albo źle suszone (taka melisa cały swój uspokajający arsenał zawiera we włoskach na listkach, w sensie natężenia, mechaniczne suszenie i pakowanie jej tego pozbawia, więc tylko to co nam zostaje to melisowy efekt placebo). Przepraszam, ale o ziołach mogłabym długo i dużo. Że nie wspomnę o tym, że sporo fajnych i dosyć pospolicie występujących nie jest dostępnych w sprzedaży, ale za to mamy młody jęczmień i inne spreparowane ładnie zielska :) za jeszcze ładniejsze pieniądze... a starczyłoby raz w tygodniu, za miasto na spacer się wybrać i nazbierać... albo na balkonie posadzić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się z Tobą, Demirjo, ale żeby zbierać, trzeba się na ziołach znać. I mieć gdzie zbierać i hodować. A ja przy autostradzie, niestety, mieszkam.

    OdpowiedzUsuń