niedziela, 1 stycznia 2017

Ostatni

dzień starego roku upłynął spokojnie, aczkolwiek sprzątająco, Kochany Pamiętniczku :)
Zasłoikowałam kolejną porcję bigosu, żeby biedaki mieli co jeść, jak wyjadę.
Na ogródku odkryłam kopalnię diamentów, nie że jakieś tam kryształki Swarowskiego czy inny badziew, ale prawdziwe diamenty.
Jacy jesteśmy czasem bogaci, nawet o tym nie wiedząc.


Jeszcze do Lidla po fajerwerki skoczyliśmy.
I geniusz wpadł na pomysł "małego spacerku żegnającego rok" po okolicy :D
No to ruszyliśmy, ciepło było, aczkolwiek już ciemnawo :)

To oświetlone okno to "mój pokój". Wycieczka start ;)




 Kotełki też świętowały :)


I jakoś tak się zakręciło, że z nowych osiedli wpadliśmy na stare, a stamtąd już rzut beretem na deptak. Po drodze jak na dłoni było widać wnętrza, rozświetlone choinkami, światełkami, telewizorami... Tu mało kto szczelnie zasłania okno, życie toczy się jak na patelni, co mnie osobiście bawi, ale sama bym jednak zasłaniała okna. Kwestia wychowania i środowiska chyba.
Zatem na deptaku




 Na jednym z dachów nocowało całe stado srajd... Ojapierdolę i współczuję mieszkańcom. Nie da się dachu siatką odgrodzić. Wstrętne, latające szczury!










 I już wiedziałam, gdzie jestem, bo z Muzeum Transportu droga do domu prosta, jak z bicza strzelił, aczkolwiek opłotkami też można iść (opłotki też już znajome i oswojone).
 Kolejny kotełek na czatach ;)



A to dla Zmorki ustrzelone ;)


Kosteczki trochę bolały po prawie dwóch tygodniach siedzenia w domu, ale przecież był sylwester, no i jak nie wykorzystam Barana, to nie wiadomo, kiedy się następna okazja trafi na pohulankę.
Więc z przerwami na dzwonienie, jedzonko i toasty, hulaliśmy tradycyjnie. Nie, nie do białego rana :)

A dziś dzień taki zadeszczony, choć ciepły, bardziej jesienny, jak styczniowy.
Powoli muszę zacząć się pakować, jeszcze trzeba wydębić walizkę z powrotem.
Jutro przyjedzie po mnie Inżynier i na tydzień jadę do W.
Będę tęskniła za tym domem, gościnnym, ciepłym i zawsze dla mnie otwartym, gdzie mam swoje miejsce i w sercach domowników, i w szufladzie też :)

I znów, wracając do mojego domu, będę za tym tęskniła.
Ale dobrze mieć w życiu takie miejsca...

7 komentarzy:

  1. dziękuję ! i u nas się trafiają takie cuda ale jak pisałam ludzie wolą bezpieczną jednokolorową tkaninę , najlepiej szarą :D
    na tym jednym zdjęciu nie widzę kotełka ;-(
    to teraz będziesz u Inżyniera z synową całe dnie spędzała ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam do łazienki kolorową tkanine, nawet podobał m isie taki jeden wzorek,paseczki chyba, ale spieszyliśmy się a taka zamawiana droga,wiec mamy sklepową jednokolorową,ale moze kiedyś...do kuchni i łazienki fajnie byłoby miec kolorowe.

      Usuń
  2. Wstawiłam kotełka, zdjęcie jakoś uciekło :) Tak, będę miała lekcję bycia idealną teściową i dwa kotełki na głowie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Boze, jakie tam wszystko jednakowe... Mam wrazenie,ogladajac te zdjecia,ze na osiedlu u mojego syna jestem, ba...pod oknami mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi się podoba. Jest inne, bardziej wesołe, jak u nas...

      Usuń
  4. Fajnie,fajnie, jak dobrze,że poleciałaś! No a teraz niech Ci będzie równie przyjemnie u Inżynierostwa!

    OdpowiedzUsuń