sobota, 11 lutego 2017

Refleksje mnie naszły

Kochany Pamiętniczku, po przeczytaniu u Zmorki o roli chrzestnego.
Ja to widzę całkiem inaczej.
Moje dzieci miały pecha do chrzestnych. Żadne nigdy się nimi nie interesowało za bardzo, za wyjątkiem mojego brata, który chrzestnym Pierworodnego był. Dopóki się nie rozpił na amen, to jakoś tam dopieszczał chrześniaka, nawet nie tyle rzeczowo, co wchodząc w rolę, w którą Ex nigdy do końca nie wszedł.
Ale wyszło jak wyszło, moim chłopcom nawet do głowy nie przyszło zapraszać chrzestnych na swoje śluby, po prostu zerwali wszystkie kontakty z rodziną Exa, Exa nawet nie zawiadamialiśmy i jakoś dziury w moście nie było i wszystko poszło wolnym walcem.
Życie.
Mój chrzestny (brat mojego Ojca) zmarł, jak byłam jeszcze nastolatką, nigdy się mną nie interesował. Takim chrzestnym-niechrzestnym była za to inny brat mojego Ojca, którego mój Ojciec nie cierpiał z duszy serca, zawsze wyrażał się o nim z lekceważeniem i pogardą. Nie wiem, jakim cudem, ale ja miałam z tym Wujkiem kontakt, listowy, bo mieszkał we Wrocławiu. I do dziś mam Jego listy, dzięki którym studia skończyłam, bo wciąż mi mówił, jaką mądrą jestem dziewczyną, że mam być kwarda a nie miętka, że on we mnie wierzy i takie tam bajki, których mi nikt nie opowiadał, odkąd Mamy zabrakło. Miesiąc na praktyce zawodowej we Wrocławiu spędziłam pod jego skrzydłami i to były fajne dni. I nie, nie dawał mi pieniędzy ani prezentów. Był. Był dla mnie oparciem, gdy własny ojciec kopał mnie w dupę.
A i potem, gdy byłam już mężatką, wciąż pisał mądre listy, że dobrze chowam dzieci. Gdy moi chłopcy podrośli, mieli z nim kontakt, w sensie, że słał dobre słowa w listach do nich, ze dumny jest z nich, że się uczą, że są dla mnie pociechą i oparciem, nagrodą. Oni do niego dzwonili (Inżynier, bo Pierworodny już wtedy wyjechał) i nawiązał się naprawdę ciepły kontakt. Widzieli się kilka razy - na pogrzebie mojego brata (bo na pogrzebie Ojca mego za mali byli, by coś pamiętać), Pierworodny był ze mną raz we Wrocławiu i chwilę z Wujkiem, bo potem porwali go młodzi i poszedł w miasto. Inżynier poza pogrzebem nigdy się już z nim nie spotkał. Ale czasem Go wspominamy i jakoś tak... Wujek zostawił mi niewielki spadek, czym mnie zaszokował, bo nawet mi do głowy nie przyszło, że myślał o mnie w kategoriach pieniężnych. Jego żona (wspólnych dzieci nie mieli, Wujek miał syna z pierwszego małżeństwa) mówiła mi, że dla Wujka byłam jak córka, której nie miał, choć bardzo chciał. Że mi zawsze kibicował. I dla mnie te listy i te słowa w nich, to więcej niż ta kasa...
Moja chrzestna to była siostra mojej Mamy. Bezdzietna, dobrze sytuowana. Gdy Ojciec wywalił mnie z domu, bo upierałam się, że będę dalej studiowała, a on pokłócił się ze swoją drugą żoną i potrzebował gosposi, miałam 5 zł w kieszeni. I 5 zł kosztował bilet do K., gdzie Ciocia mieszkała. Pojechałam tam. To było w 1973 r. Pożyczyła mi 50 zł, za które pojechałam do Poznania, pozałatwiałam sobie - stypendium, akademik (na 1. roku nie miałam, bo Ojciec za dużo zarabiał), rentę po Mamie do rąk własnych (bo odbierał dotąd Ojciec) i dzięki tej kasie poradziłam sobie. Oddałam ją. Krótko przed śmiercią Ciocia powiedziała, że żałuje, że mi wtedy tej kasy nie dała, tylko pożyczyła. Przytuliłam ją i rzekłam, że to nieważne, pomogła mi i to się liczy. Dla moich dzieci była "tą" babcią, od rozpieszczania. Do dziś mam przekazy "100 zł na zajączka" "100 zł na gwiazdora". O, to były wspaniałe zastrzyki dla mojego chudego portfela - oczywiście dostawały to dzieci, bo to dla nich było, ale zawsze przyłaziły, mówiąc: mamo, przecież mama nie ma... Dla mnie zaś ważne było, że ktoś opiekuje się grobami, że jak jadę do K. (wtedy jeszcze połączenie było), czeka na mnie rosół z makaronem, że ktoś mówi do mnie: dziecko. Gdy zmarł mój brat, Ciocia zajęła się wszystkim. Na ślub dostałam od niej pieniądze na suknię, a nie była to szalona kwota, bo odkupiłam od koleżanki jej sukienkę z absolutorium. Nie wiem, może miała więcej pieniędzy, nie interesowało mnie to.
Przestałam być dzieckiem, gdy zmarła.
Miałam wtedy równo 50 lat.
I od tamtej chwili jestem dorosła. Już nikt nigdy od tamtej chwili nie powiedział do mnie: dziecko kochane...
Zapisała mi wszystko, co miała, a że mieszkania nie miała, tylko wynajmowała, gospodarz bał się, że ja się tam wprowadzę, kazał się szybko wynosić i wiele rzeczy poszło na stracenie, bo nie było nawet czasu na zlikwidowanie tego. Sporo wzięły kuzynki, które opiekowały się nią na co dzień w szpitalu - ale należało im się, bo ja nie byłam w stanie co dzień dojeżdżać do K...
Z weselami moich dzieci nie było cyrku finansowego. Pierworodnego na ponad 100 osób organizowali teściowie. Od nas był Inżynier, moja Przyjaciółka z mężem i ja. Słowem; sztuk cztery. Kupiłam obrączki, takie jak wybrali. Ale nie rozumiem, dlaczego miałam płacić za balangę ponad 100 nieznajomych mi osób. Mają o to pretensje do dziś, ale mam na to wyjebane. Do dziś spłacałabym długi. I pewno do śmierci bym nie spłaciła, a nawet jak, to dlaczego mam harować na jedną noc czyichś szaleństw? Na moje osobiste nie mam. Pierworodnego wykształciłam, wychowałam, partoli na własny rachunek, bo odkąd poznał swoją żonę, nie uważa za konieczne pytać o cokolwiek. Albo mówić prawdę. Jakoś to przeboleję.
Inżynier swój ślub sfinansował sam, nie mam pojęcia ile dołożyła rodzina Synowej, moja pomoc została odrzucona ze śmiechem. Dostali obrączki, takie jak chcieli. Wykształciłam go, wychowałam, jak chce coś zrobić to nie tyle, że pyta, ale mówi, że zrobi. Mogę wyrazić swoje zdanie, aczkolwiek on nie musi się nim kierować. Wciąż broi na własny rachunek, ale nie robi mnie w bambuko i nie robi przykrych niespodzianek. Mogę się z nim nie zgadzać, ale to jego skóra boli, a mnie tylko serce ;) (Jakie serce? Przecież ja nie mam serca :)

I co?
I nic.
Tak mi się nasunęła refleksja.
Dlaczego TRZEBA dawać? Brać pożyczkę? Martwić się?
Każdy ma swoje życie, swoje potrzeby i swoje marzenia. Swoje życie i swoje w danym momencie zakręty, kłopoty i problemy.
Tylko w PL jest takie chore podejście, że trzeba dawać.
A nie daj buk liściasty, jak się ma, a nie da.
A często ludzie myślą, że ktoś ma, więc musi dać.
Może i głupia jestem, ale sądzę, że więcej warte jest to, że ktoś w naszym życiu jest tak naprawdę, niż ta cała kasa.
Źle bez niej, to fakt, ale dlaczego nie zarobić na siebie, tylko ktoś ma dać?

No i elaborat mi wyszedł, Kochany Pamiętniczku, ale co sobie powspominałam, to moje :P

I Dalida pośpiewała, The Shadows tanga pograli. Za oknem piździ niesamowicie, zimno jak w dupie u Eskimosa, a u mnie wspomnieniowo i lirycznie...
Liryka, liryka, tkliwa dynamika, angelologia i dal... :)

A już wiem, czemu mam taki nastrój :)
Jest

 pięknie.
Będę wyła :)

5 komentarzy:

  1. Lubię czytać Twoje wspomnienia!
    Mam dwie chrzesnice, jedna dorosła,prawie jak druga córka. Druga malutka,córka mojej przyjaciółki,myślę,że w przyszłości też będę miała z nią fajny kontakt.R.ma dwoje chrzesniakow. Raczej ja dbam, żeby pamiętał o prezentach na święta. Jego chrześnica,fajna nastolatka,lubi czytać,więc ode mnie często dostaje książki -dla mnie czysta przyjemność.
    mamaklary

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach,te układy, tradycje i prezenty.
    Nie miałam kontaktu z moimi chrzestnymi rodzicami,wuj pijaczyna, najmłodszy brat mojej babci,i koleżanka mamy,co to ślad po niej zaginął,wyjechała,zero kontaktu z mamą.

    Mam chrześnicę a J.ma dwoje,ale niemieckich,tam się nie daje wystawnych prezentów ani pieniędzy,tylko symbolicznie jakąś duperelkę. Na razie żadne się nie żeni ani nie wychodzi za mąż .

    OdpowiedzUsuń
  3. Za każdym razem jak wspominasz to sie wzruszam, lubię je czytać, często mam niedosyt.
    Ja mam jednego chrześniaka, na gwiazdke i urodziny dostaje prezent, kiedyś przyprowadzali, żeby go przypilnować. Za 2 lata komunia, nie wiem czego oczekują rodzice i on sam. Ja myślę o zegarku i pewnie jakąś książkę.
    Ignacy ma za chrzestnego mojego brata, ale to jego żona jest ulubienicą, codziennie się widzą i szaleją, jak trzeba to posiedzi i popilnuje, prezenty kupują na każdą okazję, nie wymagam i Ignacy chyba też woli jak po prostu przyjdą i się pobawią, chociaż na chrzestnego jest wyczulony i się go boi, chrzestnej tak samo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Teściowie Pierworodnego oczekiwali, że dorzucisz się do ich imprezy? U nas było proporcjonalnie, a to co sobie wymyślili to sami za to płacili.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam takie samo podejscie i zdanie. Ja doroslam jak wyjechalam, a wczesniej tez nigdy mi nikt nic nie dal. Za to jak wyjechalam wszyscy mieli wyciagniete rece, a ja kretynka okradalam sama siebie i wlasne dziecko i pomaglam, bo oni maja gorzej.
    W zyciu nawet dobrego slowa za to nie uslyszlam, ciagle tylko jakas krytyka i oczekiwania.
    W dupe, zerwalam wszystkie stosunki i teraz mam spokoj.

    OdpowiedzUsuń