dziwny dziś dzień, Kochany Pamiętniczku.
Szłam do pracy z duszą na ramieniu, a tu nic. Bo ja jak zwykle wyolbrzymiam, co nie?
Byłam wcześniej, dużo wcześniej, ale dzięki temu wszystko szło mi lajtowo, nawet wściekłe ptaki zaliczyłam.
A bajzel jest i to nieziemski, bo graficzka spadła z roweru, a jak wiadomo, mamy jedną graficzkę.
Jest graficzka z łapanki, która ma robić warzywka. No ale robi nas. Warzywka mają termin z nami, a ona warzywkowa, ale w końcu nie moja bajka. Nie mój cyrk, nie moje pchły. Tyle, że ja w piątek już nie pracuję i chuj.
Gazeta wygląda, że ojapierdolę, a na moje uwagi, że tu jest źle, pani redaktor odpowiada, że to nie jej zadanie i ona ma na to wyjebane.
Niech graficzka robi.
Graficzka nie zrobi, bo tego nie złapie.
Korekta łapie, ale jej uwagi mają w dupie.
Zatem w dupie mam i ja.
Przed 17 okazało się, że mam zostać, bo Boss - jak gradowa chmura - sobie tego zażyczył.
Tom poleciała do budki po obiad. W okolicy żywieniowa posucha, jest knajpa, ale z cenami z sufitu.
W budce mieli już tylko spaghetti bolognese, które mi się do teraz przypomina. Dobrze, że wzięłam małą porcję. Ledwo ją zmęczyłam.
A gdy wracałam z budki, aparaty słuchowe (a może anioł stróż) ocaliły mi życie. Jakieś 200 m ode mnie było widać samochód, więc stwierdziłam, że przejdę. Jako że uliczka wąska, świateł ani pasów nie ma.
W ostatniej chwili uskoczyłam spod kół, słysząc wycie opon, a gościa tak rzuciło na zakręcie, że dziw, że się na płocie nie rozpierdolił.
A miałam do przejścia od pracy do budki niecałe 300 m.
Ojapierdolę.
Zginąć ze spaghetti bolognese, którego nie lubię. Ironia losu.
Po 18 Boss dotarł ze swoim dziełem. Skorekciłam i oddając podziękowałam za pensję, bo w końcu zapłacił to ekstra. A mnie uczono, że grzeczność nie jest nauką ani łatwą, ani małą. W sumie należało mi się jak psu zupa, ale... I podkreśliłam, że w tym miesiącu zrobiłam dwie prace gratis, w ramach godzin. On na to: dziękuję. A ja: nie trzeba, ponieważ to w godzinach pracy, to nie drę szat i nie robię scen. Uczciwie, prawda? Zarechotał, znów był dawny Boss.
A mnie te 2, góra 3 stówy które łaskawie dałby sobie z gardła wyszarpać nic nie zmienią w życiu.
Chytra jestem i buduję sobie cokolik :P
Wracam z pracy.
Jeden tramwajarz zatrzasnął mi drzwi przed nosem, chociaż jeszcze minutę stał na światłach.
Drugi zahamował tak, żem rękę stłukła o odpikiwacz.
Autobus zahamował tak, że o mało zębów nie wybiłam, bo mu samochód się wtoczył na zakręcie.
Przechodząc przez ulicę zachowywałam się więc pod domem jak babulinka z balkonikiem.
Patrzę pod nogi, do wanny już nie wchodzę i mam nadzieję, że jutro będzie lepiej, aczkolwiek nie pracowo, bo chujwi, co się będzie działo.
No nic, będę optymistką :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz