Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w sobotę kupiłam maliny i to wszystko przez te cholerne maliny.
Nie miałam ani czasu, ani ochoty, żeby je zjeść, więc dziś rano, aczkolwiek lodóweczka jest the best, postanowiłam kompot ugotować, albo wiem w szufladzie telepało się jeszcze kilka niedobitków moreli, zaczynały więdnąć.
Kompocik nagotowałam, zostawiłam na piecyku, żeby ostygł, bom do pracy bieżyć musiała.
W pracy siedziałam i się kisiłam, z nudów przed 11 pomyślałam: nie pamiętam, czy wyłączyłam gaz...
Ojapierdolę.
Oblałam się zimniuteńkim potem i lecę do pani M., że taksówka, że do domu muszę.
A pani M. zachichotała i...
Zorganizowała mi transport i fajnego kierowcę, i tym sposobem trzasnął mnie zaszczyt przejechania się firmowym samochodem :)
Uff. Już pod drzwiami wiedziałam, że jest OK, bo nic nie śmierdziało :) J. oglądnął mieszkanie, badyle popodziwiał i wróciliśmy do pracy :)
Jednak ludzie są fajni, nie powiem :)
Dlatego już dziś nie łaziłam i nie pytałam, kiedy teksty.
A pani M. na podziękowania powiedziała, że tyle dla firmy robię, to i czasem firma może coś dla mnie.
Niby prawda, ale nie zawsze tak jest.
A zaraz po wkroczeniu do pracy poleciałam do Bossa, bo tę sześciusetstronicową kobyłę musiałam wreszcie obgadać. Pół nocy się z myślami biłam, ale stwierdziłam, że zażądam więcej niż wynosi moja pensja i to będzie uczciwe. Ale szłam jak na ścięcie. Nie owijałam w bawełnę, podkreśliłam, że ponieważ wszystkie ekstrasy robię za uścisk dłoni prezesa, to za książkę, która absolutnie nie wchodzi w zakres moich obowiązków i której nie jestem w stanie zrobić w godzinach pracy chcę porządną zapłatę, ale i tak schodzę z ceny rynkowej, a i on wie, jaka będzie jakość korekty. Zgodził się, ale mówi brutto. Ja na to, że interesuje mnie kwota netto, a brutto to zmartwienie księgowości. Zanotował, ale netto opatrzył znakiem zapytania. Niech mi spróbuje dać to brutto, będę łaziła i upominała się.
Kurde, facet zarabiający grube tysiące chandryczy się o parę stów.
A dla mnie te parę stów to dużo.
Zawsze może sobie wziąć studenta na zlecenie, mi to rybka.
Z tej kasy o której chłop nie wie nikt się nie odezwał, może mają kogoś swojego, A. mnie poleciła, bo wie, ile jestem warta.
Jakoś mnie to nie martwi, bo jak powiedział Inżynier: żeby się mama nie zarypała.
Ano. Etat przede wszystkim, a są okresy, że nie mam mocy przerobowych, tak jak w te cztery ostatnie dni.
Więc nie żal mi i wcale mnie nie martwi. Co z tego, że odłożę na koncie 1000 zł dodatkowo może, jak i tak z grobu tego nie wykorzystam :)
No i Cezar, ojacierpiędolę.
Specjalnie pojechałam przed 9, żeby mu pysk zatkać, skorekciłam, a jakże, rzuciłam na biurko i poszłam się obijać (na pracę czekałam do 14, pracowałam do 16.30). Dziesięć minut później puk-puk, choć prosiłam, by nie pukać.
Dlaczego napisałam żółwinek mała literą, skoro Eurygaster integriceps Puton jest dużą. Kurwa.
Pytam gościa, czy komar albo mucha czy też inna biedronka czy omacnica napisze dużą? No nie. Więc żółwinek też małą. No ale po łacinie jest dużą.
Kurwa.
Akurat dostałam z warzywek tekst, gdzie były robale. To i pokazuję. I mówię, że nie poprawiamy korekty, bo korekta wie lepiej i poprawianie korekty kończy się śmiercią lub kalectwem.
Chyba nie zrozumiał.
No a potem z nudów pogrzebałam i co|? Sam nie wie co pisze. Ściągał z angielskiej strony, ale nie doczytał do końca.
Eurygaster integriceps Puton - mało, że miał przed korektą integriceps dużą, co jest błędem, to jeszcze ten Puton to gość, który tego robala odkrył i to nie jest absolutnie poprawna nazwa. Polazłam i mówię. Chyba się mnie boi, bo Putona wykreślił.
Nie należy do moich obowiązków takie pilnowanie tekstu, ja nie jestem od merytorycznych byków. Ale jak mam chwilę, pomogę.
Ale nie będzie mi nikt, kurwa nad łbem stał i pytał, dlaczego. Mamy tego samego Googla i każdy powinien sobie poguglować na własną łapkę, a nie czekać, aż korekta to zrobi.
Uczyłam się łaciny, 8 lat.
10 lat pracy w wydawnictwie medycznym, plus moja pamięć wzrokowa - widzę niejako błąd, nie wiedząc, dlaczego. Sprawdzam. Więc jeśli ktoś nie odrabia lekcji, to niech mi w drogę nie włazi, bo zapierdolę.
Można zapytać - pourquoi. Ale nie kwestionować mojej wiedzy. Jak się potknę, umiem się do tego przyznać i przeprosić.
Tak, poprawiałam po profesorach, specjalistach z medycyny. Ale jeśli sadzili kiksy obstawałam przy swoim. Bo nie pchałam się na salę operacyjną i nie mówiłam: panie profesorze, skalpel bardziej w lewo.
Więc niech profesor nie wmawia mi, że nie ma środków do leczenia trądzika, bo i owszem - są środki do leczenia trądziku. Trądziku, nie trądzika.
Język to moja specjalność.
I tak myślę, czy wzorem napisów z saloonów: Nie strzelać do pianisty! Facet gra najlepiej jak umie!, nie wydrukować sobie i nie nakleić na drzwi: Nie przeszkadzać korektorce! Czyta najszybciej jak umie! :) Bo bardzo często odnosząc korektę słyszę jęk: juuuuuuuuuuuuuż :) Ano już :)
I tak uzupełniłam grafik, ogarnęłam kuwetę i o 17 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, w stronę słońca i...
Wtem...
Biedronka mi na drodze wyrosła skubana.
I mam
Zwie się pachira.
Ale choruję na żelazne liście. Przywiozłam je po śmierci Cioci, i chociaż to żelazna roślina, jak sama nazwa mówi, zabiłam.
Nie wiem, jakim cudem, ale zabiłam.
W necie ceny z Kosmosu, więc odpuszczę.
Ale może się uda.
A teraz idę na serial, muszę wykorzystać trzy (niecałe) dni spokoju, bo w niedzielę po południu najazd Tatarów (sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało) :)
W planach zakiszenie wielu, wielu pomidorów.
Tylko mnie może tak popierdolić, co nie?
No ale to pierwsze przetwory, które będę jadła tonami :P
Inne to tylko fantazja była :D

Zachęciłaś mnie Jędzo do zakiszenia pomidorów i zobaczymy, jak mi wyjdą. Spokojnego oglądania serialu i odpoczywania...
OdpowiedzUsuńDziękuję :) Smacznych pomidorków :)
UsuńOj Jędzo kochana:)))
OdpowiedzUsuńOdpocznij przed najazdem!
Dla mnie po tym wariatkowie najlepszym odpoczynkiem jest fizyczna praca. I to sobie zaaplikowałam. Ile radości daje ogarnianie prozy życia :)
UsuńStres- czy wyłączyłam?(żelazko,gaz czy cokolwiek innego)-znam! Lepiej, gdy mnie nie ogarnia i wtedy żelazko grzało się przez 2 dni, a ja spokojna, bo do garderoby nie wchodziłam..
OdpowiedzUsuńFajne masz żelazko, że dwa dni grzało i nic się nie spaliło. Ja po którymś z rzędu dylemacie: wyłączyłam czy nie wprowadziłam sobie zasadę: żadnego prasowania rano przed pracą. I mam zasadę niegotowania rano, ale tym razem ją złamałam. Czajnik mam elektryczny, więc się sam wyłącza. Te maliny to był wypadek przy pracy :)
UsuńPrzypomnialo mi się, że TUTAJ odwaliłam numer z rosolem.Ugotowalam makaron, wylaczylam palnik. Tu jest kuchenka elektryczna, nawet przez mysl mi nie przeszlo ,
Usuńze pod rosolem nie przekrecilam kurka. szykowalismy sie do wyjscia, no i pojechalismy, wracamy, J. Chce grzac rosol, a tu, cieplutenki, na najmniejszej mocy, ale ciagle jednak palnik byl,wlaczony! Nie bylo,nas ze 2 godziny. Strach pomyslec co by bylo gdyby.... Bo przeciez koty mogly garnek stracic, poparzyc sie....brrr
Chyba zakisze pomidory! Gdzie nie zajrze, odbywa sie kiszenie:)
OdpowiedzUsuńZ mojego doświadczenia, a kisiłam wiele rzeczy, bo kisić można wszystko, poszukaj w necie,najlepsze są: ogórki, papryka,pomidory i rzodkiewka. Buraki i kalafiory mi nie podchodzą, bo są za twarde. Ale kiszone jabłka to dopiero jest poezja :) No i woda z kiszonek, ma błogosławiony wpływ na trawienie. Nie mówię już o kapuście, bo to oczywista oczywistość. Czasami żałuję, że nie mam kogo tym karmić :)
Usuńno mój Pasukd ostatnio nie wyłączył indukcji i golonka w kapuście grzała się parę godzin całe szczęście zostawił na "jedynce" więc tylko lekuchno się przypaliła
OdpowiedzUsuńjutro kupuję limy i paprykę i działam :D
Tak się zastanawiam, ja Paskud zareagowałby na pomidorówkę z kiszonych pomidorów. Mam zamiar taką popełnić, doczytałam się, że podchodzi pod ogórkową. A wiem, że Paskud nienawidzi pomidorówki i jak masz z nim na pieńku, to ją gotujesz :) Udanego kiszenia :)
UsuńSzkoda, ze jestes daleko, bo bym od Ciebie kupowala domowe kiszonki:)
OdpowiedzUsuńSam robiam tylko kapuste, bo nie wymaga dodatkowych skladnikow, poza sola...
Wiesz, chyba mm sezon na dynie, wiec czemu nie!
matko ale namieszałaś tematów.
OdpowiedzUsuńPo 1. to ja cię z tymi błędami rozumiem. Z tym jak je widzisz i że w ogóle je widzisz.
Pochwalę się: mniej więcej od 5 klasy szkoły podstawowej pisałam niemal bezbłędnie. Jedyne czego nie ogarnęłam to przecinki i inne znaki przestankowe - stawiam je trochę na czuja, na nos, który mi mówi, że tu są potrzebne.
Najbardziej się zdziwiła moja polonistka, gdy pół klasy nie wiedziało czemu coś się pisze tak a nie inaczej i w akcie rozpaczy wywołała mnie. A ja też nie wiedziałam. I do dziś nie wiem, ale błędy widzę.
Uwielbiam język polski i całe jego bogactwo - z przekleństwami włącznie :D - gorszy ode mnie jest tylko mój syn, który potrafi MNIE poprawiać. Zauważ, że synek mój od 16 roku życia mieszka i uczy się na obczyźnie, a ma 27lat.
2. Kiszonki. Noż kurde. Słyszałam o tym, że ludzie kiszą różne rzeczy, ale nikt nigdy nie dał mi tego spróbować. I znam tylko kiszoną kapustę i ogórki.
Inna rzecz, że w Szwecji pomidory są cały rok takie same i tylko jeden gatunek: idealnie okrągłe, idealnie czerwone, idealnie jednakowej wielkości, idealnie każdy bez smaku.
No chyba, że te małe...
Po 3. Napisz: Nie strzelać do korektora - robi co może.
Zawsze, ale to zawsze gdy jest mowa o korekcie lub redakcji przypominają mi się dwie książki.
W jednej bohaterka słuchała niejakiego Ewangelisa. Tę napisałaa jakaś nieznana mi autorka i ten EWANGELIS to była kropla, która przelała czarę i sprawiła, że zostawiłam dzieło niedokończone.
W drugiej, bardzo zresztą chwalonej, popełnionej przez znaną pisarkę, bohaterka jadła "kanelbulle" co autorka tłumaczyła jako cynamonowe ciastka. Oraz autorka chyba chciała się pochwalić znajomością egzotycznego języka czyli szwedczyzną, i pisała takie bzdury po szwedzku, że rozpacz. Ja rozumiem, że ona mogła mylić, ale jednak wydawnictwo mogło poprosić kogoś znającego język o konsultacje.
Tak że czapki z głów, bo to, że współczesna książki daje się czytac to zasługa takich Starych Jędz. Doceniam. I szanuję.
A, że sama jestem grafomanem to wiem, że błędy się robi mimo wszystko.
przepraszam za słowotok...
OdpowiedzUsuń