czwartek, 1 sierpnia 2019

Jak w mordę

jeża tydzień przeleciał, Kochany Pamiętniczku.
Trochę mi się nóż w kieszeni otwierał, bo maszyny tym razem zamykają się poza gazetką, a to oznacza, że cały dzień do dupy jest, bo jadę na 11, wychodzę nie wiadomo kiedy, a potem przy tych upałach to już nic "niechcemisie".
Trudno.
Opadło, jak odebrałam zaświadczenie z księgowości o zarobkach.
Bo wstyd się przyznać, nie mam zielonego pojęcia, ile wynosi moja pensja.
Karteluszki w kąt i nie patrzę na cyferki (nienawidzę cyferek).
A tu ładnie rozpisane w słupku 12 miesięcy i chociaż kwota netto nie powala, ale brutto robi już wrażenie. Bo to jednak pół etatu jest. Nie, nie będę walczyła o cały, bo zwariowałabym i wykorkowałabym w krótkich abcugach. Wystarczy tego dobrego, co jest. Nawet olewając wszystkie "w ramach", nie jest źle.
Inna para kaloszy, że okrada mnie państwo i to z półobrotu i z przytupem.
Właśnie kwota brutto uświadomiła mi, że państwo zabiera 1/3 mojego zarobku, oferując niewiele albo prawie nic w zamian.
Bezpłatna opieka zdrowotna?
Jeśli uwzględnić to, że przez prawie 20 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, to faktycznie, wykorzystałam ją na maksa.
Dentysta zawsze we własnym zakresie.
Nawet receptami nie zawracam głowy, bo u nas funkcjonuje to tak, że zostawiam karteluszek i odbieram po paru dniach receptę.
Że powinnam się badać? Maybe, ale to mój wybór, że nie chcę szukać dziury w całym. Na coś trzeba umrzeć.
I właśnie, na fejsiku jakiś aptekarz wrzucił listę leków, których nie ma, a na liście jak byk moje lekarstwo, które zażywam od lat, po długim ustawianiu u kardiologa, do którego i tak nie chodzę już od lat, po tym jak dał mi skierowanie do lekarza POZ z zaleceniem przedłużania recepty. Jako że pani doktor na wszelkie moje uwagi, że coś mi tam puchnie, a tam opada reagowała absolutnym brakiem zainteresowania, oszczędziłam sobie czasu, użerania się z rejestracją, jazdy na drugi koniec miasta. Przedłużam receptę, jak poczuję się gorzej pójdę do kardiologa prywatnie. Mam go w swojej przychodni. A tak gra, buczy i podskakuje. Ale mojego leku nie ma, wracając do naszych baranów.
O nie, kurwa, nie dam się wykończyć pisiorom!
Wprawdzie mam jeszcze tabletki na jakieś dwa miesiące, ale mam też czas na poszukiwania :)
Toteż karteluszek zostawiłam, receptę odebrałam i dobre bogi natchnęły mnie, żeby iść z nią do przyprzychodnianej apteki.
Młoda panienka na receptę oko rzuca i rzecze: nie ma, w całym mieście nie ma.
Ja: wiem o tym z fejsa, więc zaczynam kolędowanie, licząc na łut szczęścia. Bo ja, proszę pani, nie dam się tym pisiorom wykończyć. Będę żyła im na złość. I nie pali się, troszkę tabletek jeszcze mam, ja tak przewidująco.
Panienka popatrzyła pięknym oczkiem na mój czerwony jak piwonia pysk (36 stopni w cieniu to nie w kij dmuchał, ten typ tak ma), za telefonik złapała, podzwoniła i rzecze, że jeśli mogę zostawić receptę, to ona zobaczy, co się da i mam zajrzeć w poniedziałek.
Mogłam zostawić i posławszy panience najśliczniejszy mój uśmiech, pomaszerowałam do domu, gdzie oddałam się dwudniowej rozpuście, znaczy się takim tam i oglądaniu seriali, bo upał jak trzymał, tak trzymał i nie odpuszczał.
W poniedziałek tabletek nie było, więc pytam D., która pół świata leczy, czy ma znajomości w aptekach. Miała.
We wtorek dostałam tabletki w aptece, a panience niech tam los w dzieciach wynagrodzi czy w czymkolwiek innym sobie życzy.
W środę lecę do D. odwołać alarm, a D. mówi, że ona też tabletki ma. Głupio mi się zrobiło, bo nie wiedziałam, że na gwałt się weźmie, mówię, że doniosę receptę, bo już nie mam. Ale okazało się, że może odwołać lek, co mnie ucieszyło, bo mam zapas na jakieś 250 dni, więc niech inny biedak skorzysta. Do tego czasu wiele może się zmienić, co nie?
Sobotni wieczór umiliła mi pogawędka z Baranem, dawno z nim nie rozmawiałam, więc uradowało się me serce niezmiernie.
Potem list do Pierworodnego przyszedł, co spadło mi jak deszcz z nieba, bo w łazience przepaliła się żarówka. Klosz, balansując na drabinie ściągnęłam, żarówkę wymieniłam, ale nie odważyłam się już klosza zakładać.
Zostawiłam więc karteluszek z prośbą i dzięki temu mam całe kości. List sobie odebrał, elektrykę ogarnął.
I jakoś tak wyszło, że dziś sobie pogawędziłam ze Słonkiem.
I znów mi się zatęskniło za tymi czasami, gdy myślałam: w poniedziałek o wszystkim powiem Słonku...
Aczkolwiek za Auschwitz ani trochę nie tęsknię.

1 sierpnia.
W mojej wiosce o 17 nikt nie przystanął na chwilę, przynajmniej nie tam, gdzie byłam. Na mnie patrzyli jak na idiotkę. No cóż.
Za to ulicami stolicy przelewa się brunatna fala.
Coraz bardziej się boję.
I to nowe prawo wyborcze.
Może jednak będę jeszcze musiała na stare lata wiać?


A w pracy jazda bez trzymanki dziś, bo nijak nie mogłam wytłumaczyć, że bierzemy coś na tapet, a nie na tapetę. I to są ludzie, którzy znają niemiecki, tłumaczą teksty z tego języka, a ja go nie znam. Posłałam linki i powiedziałam, że jak puszczą w druku: bierzemy na tapetę, to nie korekcę więcej. Ciekawe, czy groźba zadziała? I wprost powiedziałam, że to, że jestem głucha nie znaczy, że nie znam języka. To im zamknęło dzioby. No przecież trzeba mówić wprost wszystko, co nie?
A nie kłaść na tapet nierozwiązane problemy :D


Update

A moja ukochana Synowa znów ma ze sobą jakiś problem. W UK też miała. No może nie ze sobą, ale znów jest obrażona na cały świat. Nie moja wina, słowem się nie odezwałam ani realnie, ani na FB.
Jak jestem obrażona na cały świat kupuję cztery piwa, albo i sześć, następnego dnia nie mam problemu, tylko kaca.
Bo tak naprawdę to ja kocham życie :O
Zboczucha ze mnie :)

21 komentarzy:

  1. nie mówi się bierzemy na tapetę? Tylko na tapet??? Dlaczego?!
    Zawsze się brało na tapetę!
    Teraz pewnie was zasypią listy i telefony z doniesieniem, że korekta przeoczyła brak ostatniej literki.

    PS. Podczytuję od jakiegoś czasu. Może z przekory, bo ja ze swoją teściową mam układy jak ty z synową. Na zasadzie, że inni też mają przerąbane.
    Kłaniam się.
    A trolla-trolla to po szwedzku czary-mary ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To źle się brał.o i bierze. Telefonów się nie boję, albowiem wszystko dobitnie wyłożyłam na tapet :P
    https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/na-tapet-czy-na-tapete;15076.html
    https://prostypolski.pl/wziac-na-tapet-czy-na-tapete/
    Współczuję teściowej :P Nie zależy mi na tym, żeby mieć przerąbane, ale wyszło, jak wyszło. Zostając synową marzyłam, by mieć mamę, której mi bardzo brakowało. Ale byłam tylko synową, jakoś przeżyłam. Nie dogaduję się z żadną synową w sensie, że myślałam, że dorabiam się córek, ale nie wyszło. Więc jestem jak Szwajcaria, a co myślę, to moje. Tu sobie upuszczam pary. Za to niedoszłą synową i przyszywanego zięcia mam na medal. Więc jest jakaś sprawiedliwość w życiu :) Piękna ksywka, trollatrolla :) Stara Jędza i trollatrolla, cudnie brzmi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ech...jakby tak moja teściowa była Szwajcarią to ja bym pewnie ją kochała ...no dobra, nie lubiła trochę mniej, ale co tam. Ona ma jedną zaletę ..a nie, dwie: jest ode mnie o co najmniej dzień drogi, oraz ma 80 lat.
      Muszę się dokształcić w temacie brania na tapet, bo mi wstyd.
      A co spółki Trolli i Jędzy to owszem. Niczego sobie.

      Usuń
    2. Miałam więcej zalet, dzieliły nas tysiące kilometrów i morze... Nie ja złamałam tę zasadę :) 80 lat to dla mnie abstrakcja.Kiedyś nie wyobrażałam sobie dożycia do sześćdziesiątki, ale jakoś dziwnie niechcący dożyłam :P Co ma być, będzie :)

      Usuń
  3. Też zawsze wszystko biorę na tapetę , wczoraj o 17 byłam w roletowni i nie wiem czy stawali ludzie , ja odłożyłam zajęcie i chwilę stałam bez ruchu, co do leków to ja akurat co miesiąc dostaję od państwa za darmoszkę, nie wiem jak długo Ale jak przestaną to sama se nie kupię bo nie będzie mnie stać , ale Wy macie przejebane , i to nie do końca wina pisu A fabryk w chinach czy innych Indiach produkujących składniki potrzebne do zrobienia owych leków, tak czy siak cieszę się że masz zapas dla siebie bo przecież musimy jeszcze piwo w browarii wypić :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i dlatego tak latałam za pigułami, bo to piwo w Brovarii to must have :P Na tapet, Zmoreczko, na tapet. Czytanie kształci i już wiesz, że na tapet :P Linki w poprzednim komciu :D

      Usuń
    2. No więc powiedzenie że człowiek całe życie się uczy jest trafne :-)

      Usuń
    3. Jak najbardziej. Ja też nie zjadłam wszystkich rozumów i wiele jeszcze przede mną. Reguły się zmieniają, uczę się wciąż, a i tak głupia umrę :P

      Usuń
  4. ja też czytuję od dawna i tak myślę,że ta Twoja synowa może ma problemy z hormonami i tarczycą,bo jak ciągle sfochowana,zmęczona i niedojedzona to coś na rzeczy może być

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w planach ma badania tarczycy. Ale ona od zawsze tak ma, że uważa, że u sąsiada trawa jest bardziej zielona, jej się należy, a życie nie daje. Nieważne, co to, taki człowiek jest męczący i to bardzo :P

      Usuń
  5. Tłumaczę moim uczniom różnicę między tapetem a tapetą;) Mam nadzieję, że jak idą w świat, to chociaż niektórych błędów językowych nie popełniają!
    Jak czytam o Twojej synowej, to wyobrażam sobie grubą (nie żebym miała coś do grubych-sama nią jestem), naburmuszoną, nieprzyjemną babę.
    mamaKlary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tuszę nie narzeka, ale nie oceniam książki po okładce. Naburmuszona jest odkąd ją poznałam. Nie wiem, co syn w niej widzi, ale ja nie widzę seksu w niektórych kobietach, nie wnikam w męskie gusta :) Wkurwia mnie ton, w jakim odzywa się do MW i do mojego syna, a jednocześnie słodycz wylewająca się na Papryczka. Pod tym względem dla mnie ideałem jest druga synowa. Jest idealna, idealniejsza niż ja wobec moich chłopaków :) Oddaję jej palmę pierwszeństwa bez wahania :)

      Usuń
  6. Mamo Klary ja też nie mam nic do grubasow ani tym bardziej do chudzielcow Ale porównując jednych i drugich to ci pierwsi są często sympatyczniejsi , a synowa SJ nie jest grubaską, jest tak samo gruba jak ja i Ty :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, grube jest piękne. I żadna z moich synowych nie jest gruba, broń bór liściasty, są młode, dorodne i... wszystko przed nimi.
      Taki fakt.
      No a ja jestem stara, gruba, łysa, głucha i jeszcze mam kilka innych zalet, ale jestem SZCZĘŚLIWA :)

      Usuń
    2. Nic nie poradzę na moją wyobraźnię:) Czytam o Synowej pierwszej, a w głowie taki obraz. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz:)
      MamaKlary

      Usuń
    3. Przytulam, mamoKlary. Wyobraźnia czasem jest okrutna i rujnuje życie. Ale czasem je ratuje. Ciebie nie zawodzi, jednak :P Może mniej czytaj? ;)

      Usuń
  7. Jedzo!
    Tym tapetem zaimponowalas mi po raz kolejny wiedza o jezyku , bystrym okiem i umyslem.
    Tak , prawidlowo powinno sie powiedziec “wziac na tapet” , nie na tapete, slowo tapet
    pochodzace z niemieckiego, oznaczalo kiedys stol obity zielonym suknem i o tym byla mowa.
    Wylozyc cos na tapet.
    However...
    I tu zgodze sie z profesorem Miodkiem, ze jezyk jako stwor zywy i niepokorny rzadzi sie swoimi prawami.
    I zmienia sie dla wygody uzytkownikow, ciagle ewoluuje. Kto dzis uzywa slowa tapet? Co ono mowi?
    Malo kto wie, co ono oznaczalo. 95% a moze i 99% osob zapytanych o nie powie, ze chodzi o tapete...
    I tu zblizam sie do konkluzji, ze w dzisiejszych czasach slowo “tapeta” doczekalo sie rowniez innego znaczenia,
    a uzywane jest nagminnie w odniesieniu nie do sciany, a do pulpitu komputera.
    I kazdy prawie wie, co to jest. Zmienic sobie tapete, wrzucic zdjecie na tapete, itp. itd.
    I obecnie “wziac cos na tapete” moze oznaczac, wziac cos przed siebie na pulpit , przykleic sobie przed oczyma,
    przygladac sie temu bacznie. Czyz nie?
    Mnie takie tlumaczenie przekonuje i mysle, ze jezyk sam sie dopasowywuje do czasow, ktore nim gadaja.

    Dobrze, ze leki zalatwilas!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uznanie. Widzisz, dużo rzeczy wiem, ale niewiele osób to ceni. I fajnie, że są miejsca, gdzie mogę się wykazać tą wiedzą. Jednak Boss wiedział, co robi, zatrudniając mnie mimo moich wojen z przecinkami :) Tak, słowa zmieniają znaczenie, ale nie do końca. Nie zawsze trzeba ulegać zmianom.
      Czasami myślę tak, kto bez bicia i sprawdzania na wujaszku G. wie, co to znaczy przyzba? Dotąd nie spotkałam nikogo takiego. A ja wiem. I dlatego siebie - wbrew pozorom - cenię :)

      Usuń
  8. przyzba to chyba coś w rodzaju ganku, jakiś schodek, w starych chatach to często był klocek drewniany przy wejściu. Ale ja z wyobrażenia mówię, bo słowo znam z literatury jedynie.

    OdpowiedzUsuń
  9. trollatrolla jestem Twoją fanką :) Ile Ty masz lat, dziewczyno? Jakbym była Twoją teściową, oszalałabym z radości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wzajemnie Jędzo. Za trzy tygodnie kończę 54, to się raczej na twoją synową nie załapię, chyba że synkowie zagustują w starym próchnie. Jestem zgorzkniała, bywam wredna i złośliwa. Najbardziej na świecie kocham wnuczkę, psa i siebie samą.

      Usuń