maszynek przebiegało podręcznikowo, Kochany Pamiętniczku.
Z pracy wyszłam o 13.30, a do drukarni miało jechać o 14.
Lubię takie dni, bez spiny, bez wstrząsów, bez wariatkowa i obłędu w oczach.
Następne maszynki we wrześniu i już mi niedobrze na zapas, bo nudne to jak flaki z olejem, no ale pecunia non olet, co nie?
Przed pracą skoczyłam do ZUS z pisemkiem i zaświadczeniem i okazało się, że pismo napisane na zeszłorocznym piśmie nie zawiera odpowiednich danych o mojej emeryturze (sic! a w zeszłym roku na tej podstawie mnie podliczyli), ale nic straconego, jeżeli podam pani PESEL. Podałam, pani znalazła prawidłowe dane mojej emerytury, łaskawie wpisała mi też ten numerek na kopii i rozstałyśmy się z promiennymi uśmiechami, życząc sobie miłego dnia, tzn. ja zaczęłam, a ona się nie broniła.
Można? Można? Mimo czyhających zewsząd tęcz i innych zberezeństw?
Trzeba tylko chcieć. Odrobina uśmiechu, dobrej chęci i już jest hasta manana...
Jakie to proste.
W międzyczasie, gdy byłam w pracy, Pierowrodny napisał mi, że mam konto na Netflixie.
No mam.
Od dawna. Od Inżyniera, który na propozycję, że podzielimy koszta zaśmiał się szatańskim rechotem i kazał mi znaleźć sobie pracę przy prostowaniu bananów na drzewie, o ile dam radę się tam wdrapać.
Nie dałam, niestety.
Mówię Pierworodnemu zatem, że mam Netflixa, ale on dalej drąży, że mam drugiego. Pytam, ile płaci. 52 złote polskie. Inżynier 11,50 funta po podwyżce.
Porównywalne kwoty.
Ale Inżyniera na to stać.
W myślach (wiem, wiem, nie ocenia się czyichś finansów) sumuję dochody i wydatki Pierworodnego, ja za neta płacę niecałe 40 zł, on prawie 100, do tego ten nieszczęsny Netflix, wynajmowanie mieszkania, dwie sieciówki, prąd, dwójka dzieci... Włosy mi dęba na głowie stają.
Wzdech. Mówię, że zapłacę połowę za tego Netflixa, tak prosto z siebie. On na to, że wystarczy dycha. Inżynier mnie opierdala i ma rację, Netflixy nie różnią się w zasadzie i na chuja mi kolejne wydatki?
Liczę razy 12 miesięcy, jednak jest spora kasa, na buty starczy wypasione. I kurde, refleksja, matka, dziecku żałujesz, najwyżej piwa nie kupisz. Kurwa. Ale po co mu najwypasieńszy Netflix? Inżynier mnie uświadamia, że to 4D. I nie żadna troska o matkę, 4 stanowiska są w pakiecie, chodzi o 4D. 4D mnie nie kręci, mojemu monitorkowi wszystko jedno rybka. A on jeszcze nawet nie plumka nawet, kiedy pojedzie do UK po ten wypasiony odbiornik TV, gnijący w garażu. Jak toto padnie, w PL nie mam zielonego pojęcia ile zapłaci za TV 4D, a może i 5D, znając jego zapędy i to tłumaczenie mi "ale mamo, ale mamo"... Pewno przesra resztę kasy ze spadku. W sumie nie mój cyrk, nie moje pchły.
Ale łeb mnie rozbolał.
Tak jak kiedyś płaciłam 17 zł co miesiąc za kablówkę, w ogóle z niej nie korzystając, aż Baran mi nawtykał: za 10 miesięcy wywalasz 170 zł. Kup sobie za to cokolwiek.
Święte słowa.
Ponoć Pierworodny wleci do mnie w poniedziałek, bo ma wolne.
To będzie trudny poniedziałek.
Jechałam do domu z entuzjazmem, snując plany: ja na drabince, myjąca okna, brudne jak cholera, sprzątająca mieszkanie dwoma odkurzaczami, z odsuwaniem mebli.
Dojechałam do domu i mi przeszło.
I bardzo dobrze.
Kurz omiotłam spojrzeniem.
Dość się dziś narobiłam, jutro Manhattan i potem się zobaczy.
Idąc z przystanku widziałam na osiedlu tabuny wróbli i wyciągnęłam telefon z myślą o Zmorce, ale jakiś spasiony dzieciak na hulajnodze nadjechał (znam go z widzenia i serio, spasiony, ma jakieś 10-12 lat, a spasiony bardziej niż ja) i wróble poleciały w siną dal, lewa, prawa...
Planuję wyprawę z aparatem, wtedy upoluję wróbliszony, bo zoom mam dobry.
Różne inne rzeczy planuję, bo jako że wszyscy na urlopach to cudów nie ma.
Do pracy wrócę za tydzień, bo inaczej szkoda mnie.
A na FB rozgorzała dyskusja pod moim wspomnieniem, bo wrzuciłam karteluszek Inżyniera.
Że nikt już tak nie mówi.
Że to nienormalne.
Że...
Pomijając ortografy dziecięcia, dla mnie to jak najbardziej istotne sprawozdanie z dnia, kiedy gdy on wychodził do budy, ja spałam, a gdy ja wracałam, on spał.
Tak się komunikowaliśmy, nie było wtedy SMS i innych wynalazków. Ocalało parę karteczek. I nie widzę nic dziwnego w tym, że dziecko mówiło do mnie jak mówiło, nie ogarniam zdziwienia, tępa jestem :)
Bo i matka do nogi znam :)
Podkreślenie kazała dowodzi, że coś wtedy zmajstrował.
Nie karałam, w sensie żadne tam bicie czy inne bajery.
Rozmawiałam.
Tłumaczyłam, jak dziecku, po polsku, po niemiecku.
Bo to dziecko było. Aczkolwiek na ludzi wyrosło.
Z czego jestem dumna.
Nie ukrywam.
Może i moje metody wychowawcze nie są tak do końca super, bo gdy lali się i lecieli na skargę, zawsze mówiłam: bijecie się na własny rachunek, bo jestem głucha i nie słyszałam, który zaczął i o co poszło.
Nie prali się, bo jaki mieliby mieć w tym interes, skoro nie zajmowałam niczyjej strony?
A na wywiadówki pod pretekstem głuchoty mojej, jak już byli w szkołach średnich chodził Inżynier do Pierworodnego i na odwrót.
Kryli się.
Ale wzajemnie się pilnowali, bo wiedzieli, że uczą się dla siebie, nie dla mnie.
Żony wybrali sobie sami, chociaż w momencie ogłoszenia wiekopomnej chwili mówiłam, co mi nie pasuje.
Stali na swoim.
I ok, każdy ma to, co chce.
Tu nie chodziło o moje szczęście, ale o ich życie.
I tym sposobem, prostym, mam na stanie synowe dwie.
Może nie jestem ich fanką, ale fajnie, że im jest dobrze.
Tylko że ja bronię mojego stanu posiadania jak niepodległości.
Bo to działa w obie strony, co nie?
Kocham siebie i nie widzę powodu, żeby przestać się kochać.
Może jutro nawet uda mi się umyć okna i odzyskać równowagę psychiczną.
Twarda jestem, polazłam dziś do jedynego w PL outletu Biedronki, były drabiny do stawiania kwiatków, ale wyszłam bez. Bo... Mówimy stop zagracaniu mieszkania, aczkolwiek nie mówimy NIE badylkom. Tyle że nowych pięknych nie widać. Może w przyszłym tygodniu, jak będę miała wolne :P
To optymistyczna myśl i tego się trzymajmy, Kochany Pamiętniczku :)

Karteczka cudności, uwielbiam takie pamiątki:)
OdpowiedzUsuńTak, serce się raduje na ich widok :)
Usuńkiedyś w radiu słyszałam audycję o ptakach i pan właśnie mówił , że wróble znikają z miast
OdpowiedzUsuńno u nas w krzaczorach już nie ma tego porannego świergotu a szkoda
liścik jest fantastiko , też mam kilka skitranych , co do netflix to mieliśmy ale już nie chcę , prawie nie oglądam tv , robię się aspołeczna
okien nie myję , mam czyste :D
No widzisz, a moje wzięły i się pobrudziły, nieładnie z ich strony :)
UsuńRozumiem, że ta afera to o zwrot w trzeciej osobie?
OdpowiedzUsuńMój mąż tak się zwraca do swojej matki. Ale niechby się podpisał tak jak twój, to nadęłaby się jak żaba. Ona nawet pisząc kartkę "wyjdź z psem" podpisywała się MATKA.
Niemniej - kiedyś, ZA MOICH czasów, tak się mawiało do matek i ojców. A do babć mówiło się w liczbie mnogiej.
Babciu, dać WAM wody?
W Szwecji, gdzie nie funkcjonuje pan i pani, tak się nadal grzecznościowo zwraca do osób, którym się chce okazać szacunek. Choć też coraz rzadziej.
Okien też nie myję. Za rok będą wymieniać, to po co?
A netflixa lubię. Telewizji nie lubię, bo czy szwedzka czy polska to takie same durnoty: albo wiadomości albo Trudne sprawy czy inne takie. A netflix to możliwość legalnego oglądania różnych filmów w najlepszej dla siebie porze. Bym się jeszcze skusiła na HBO, ale nie mają wersji polskich, a ja po szwedzku nie lubię, bo nie odbieram emocji.
Może nie afera zaraz, ale zażarta dyskusja :) Bez hejtu. Ale dlaczego mam się nadymać, skoro sama ich uczyłam, że są wyjątkowi, bo jednego znalazłam w pietruszce, drugiego w rzodkiewce i żaden z nich nie był z kapusty? :) Ja do babć nie mówiłam w liczbie mnogiej, nigdy. Ale moja mama była purystką językową. TV nie mam, Netflix, strony albo torrenty. No i książki, życia za mało na wszystko. A gdzie blog i spacery? Praca? :P
Usuńa tak czytam komć trollatrolla i przypomniałam sobie jak po jakimś filmie do swojej Mamy mówiłam "pani matko " bo tam właśnie tak mówili a później jak w na dobre i na złe ten jeden lekarz z Holandii mówił do swojej żony Bożenko jesteś staraświecka to też mówiłam do swojej Bożenko ty staraświeczko :D , a do mnie Kuba mówił mamix , mamka a teraz mówi na Ty ale nigdy nie podniósł na mnie głosu , nigdy nie prychnął ani nie złościł się przy mnie na mnie , bo pewnie w chlewiku dawał se upust :D
OdpowiedzUsuńSylwia, mój syn ma teraz 27 lat. Jakieś 10 lat temu zaczął mówić do mnie MATKO - używał wtedy takiego natchnionego kaznodziejsko-biblijnego tonu co sprawiało mi ogromna uciechę i rozśmieszało bo słyszałam ten ton nawet w smsach.
UsuńJa mówię mu SYNU.
Hm...bywa też, że mówimy do siebie bardzo brzydko. Oboje jesteśmy entuzjastami języka polskiego we wszystkich wymiarach, także tych mniej parlamentarnych. I czasem używamy do siebie takich nieeleganckich zwrotów na przykład na ch... z tym, że nigdy w czasie kłótni. Bo bywa, że sobie napyszczymy oboje. Szokujące?
Moim zdaniem nie - nigdy ze strony syna nie odczułam jakiegoś lekceważenia mnie czy braku szacunku.
Córka mówi do mnie normalnie, "mamo". Nigdy nie podnosi do mnie głosu, nigdy nie używa wulgaryzmów.Jednocześnie potrafi jednym syknięciem, miną, spojrzeniem okazać mi dezaprobatę, mówiąc oglądnie.
Także ten...Uczucia i szacunek można wyrażać naprawdę w rozmaity sposób, a język rodzinny bywa czasem naprawdę mało zrozumiały dla osób z zewnątrz
O, to tak jak u mnie. My się nie kłóciliśmy nigdy. My się zacinaliśmy w milczeniu jak nam coś nie pasowało. I dostawałam po tygodniu SMS: U mnie wszystko w porządku, poza tym że moja matka się do mnie nie odzywa... Albo: Odetnie się mama wreszcie?
UsuńKarteczka boska! Bardzo mi się podobają podkreślenia i różnicowanie czcionki :)
OdpowiedzUsuńCwana gapa z niego, wypunktował, podkreślił, zaakcentował, ukrył :) Moja szkoła :D
UsuńJa nie wiem o co mogła być afera na fb. Synek usluchany i grzeczny. Przynajmniej teoretycznie na piśmie 🙂
OdpowiedzUsuńTeoria a praktyka to dwie różne bajki. Użyłam słowa afera w przenośni.
UsuńTwarzoksiążka coraz bardziej mnie wkurza, zwłaszcza gównoburze dosłownie o wszystko. I te ciągłe lekcje, wygłaszane przez tych, co to wszystkie rozumy pozjadali, a zaczęli od własnego. Co komu do tego, jak Syn do Ciebie zwracał się , czy zwraca, jeśli obojgu Wam to pasuje i macie tak doskonałe relacje ze sobą? Czyżby zazdrość? Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńPrawdziwe gównoburze pomijam milczeniem. To nie była gównoburza, tylko rozwlekła dyskusja, nie spodziewałam się takiej, myślałam raczej, że będzie dużo śmiechu a nie dyskusji o języku. Bo i ortograf tam był :P
UsuńBanany nie rosną na drzewach. To drobiazg, bo piszesz ciekawie. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńAż sprawdziłam. Bo u nas w domu mówi się: spadaj na drzewo, banany prostować :D
UsuńAleż mówi, tak mówi:) Mój zięć do mnie i do swoich rodziców.Już się przyzwyczaiłam:)(Moja córka mówi w drugiej osobie):)
OdpowiedzUsuńCo dom to inne obyczaje i najważniejsze, żeby wszystkim było dobrze :)
Usuń