środa, 26 lipca 2017

Chińskie

przysłowie, a raczej przekleństwo, mówi, Kochany Pamiętniczku: obyś żył w ciekawych czasach.
Na mnie padło.
Zamknęłam ukochaną gazetkę, w szaleńczych okolicznościach, bo i warzywka doskoczyły znienacka, a tam robi się jeszcze większy bajzel.
A już były demonstracje. A mnie serce bolało, bo wiedziałam, że jak nie pójdę chociaż raz, to będę pluła co dzień na lusterko, a nie lubię go myć...
I bach, po gazetkach spadło na mnie

do przeczytania.
Oczywiście, nie mam nic do redaktora, bo on rolnik, nie wydawca.
Ani do profesorów, bo kto tam widzi, czy jest jedno ii czy dwa w łacińskiej nazwie.
Więc i piątek spędziłam na dłubaninie, ale ogarnąwszy znienacka wszystko rzekłam dość, że mam życie osobiste, tym bardziej, że działo się coraz więcej.
Więc zabrawszy na nowo druknięte do domu plus indeks, który okazał się leżący i kwiczący pomaszerowałam do domu, lewa, prawa, lewa, prawa...
I pojechałam wieczorem pod operę.
Ciepło mi się na sercu robiło, bo widać było, kto tam tupta, jak na dłoni.
I tak sobie tam szukam miejsca na przystanięcie, gdy wtem...
Ojaciepierdolę :)
Na murku siedzi...
Grażynka, nie Grażynka?
Czasem komentuje moje posty. Znalazła mnie na fejsiku, kiedy zawiesiłam działalność na kołku i molestowała :)
I tak kwitniemy w znajomych tamże, ale realnie nigdy się nie spotkałyśmy, choć mieszkamy w tej samej wiosce.
Ona mnie też od razu poznała :)
A więc FB łączy ludzi, a co :)
I tak razem przetrwałyśmy demonstrację, po czym ja zwiałam z prędkością światła, albowiem mój ostatni autobus za chwilę odjeżdżał, a potem już tylko nocne, a te co pół godziny jeżdżą i nie z tego przystanku, musiałabym kurcgalopkiem lecieć kilometr, a nazajutrz roboty po kokardkę i kucyki miałam.
I laurka dla Grażynki, bo była na WSZYSTKICH łańcuchach światła.
Dzielna kobieta.
Ja nie. Bo w sobotę ugrzęzłam w robalach, a w niedzielę siedziałam nad nimi 13 godzin non stop.
Na oczy już nie widziałam i klęłam, na czym świat stoi.
Ale cóż, zależy mi na kasie, bo tak. Bo jestem taką zasraną materialistką.
Taki life :)
Ale z Grażynką się spotkam na kawie, jak tylko mi się zluzuje, bo jest fantastyczna :)
Internet łączy ludzi, FB takoż i nie damy sobie w kaszę pluć :)
A sama impreza, tu w wiosce, była pod hasłem: porzundek zaś ale musi być. Ani jednego kwiatka pod operą nie zadeptano. I nie był to wiec taki, jak parasolkowy. Był inny. Bezpartyjny. Spokojny. Stonowany. Było widać, że ludzie, którzy mówią ze sceny wiedzą, co mówią. Że chodzi o Polskę, nie o żadną partię. I wiersze były, pisane przed laty, ale jakże tragicznie pasujące do okoliczności. I ludzie wokół rozumiejący, co się mówi.
Te chwile. Niezapomniane.
I te 10 minut ciszy, ze światełkami w rękach. To nie chodziło o PiS, o PO, o Nowoczesną.
To chodziło o nas, nasze dzieci, nasze wnuki.
Jestem dumna z mojej wioski, mimo że powstańcy z niej nie zdobyli dworca, bo nie mieli peronówek.








I hymn śpiewałam, fałszując, jak to ja, ale ze szczerego serca. Bo kocham mój kraj i na pohybel wszystkim popierdoleńcom.
Nieważne, kto rządzi, niech rządzi mądrze i sprawiedliwie.
I dlatego mówię nie.
A dziś (bo dopiero dziś znalazłam chwilę) wysłałam kartkę

Nie była na tej manifie, na której taki piękny napis ułożono, trudno. To wszystko przez tę pracę, bo jednak stara jestem i tak zmęczona wracam, że nie pójdę stać, bo nie chcę do szpitala na noszach. A jeszcze na dokładkę upały takie, że nogi mam jak dwa słupy do podpierania dupy, gdzie te pęcinki smukłe, ach gdzie :)
A i wokół na co dzień dzieje się :)


Bandyci atakują znienacka :)



Mało, że muszę robale opracowywać, to jeszcze mnie w domu nawiedzają.

Psy samochodami się rozbijają, kto im dał prawo jazdy?

W Biedronce szatan zamieszkał na stałe i mnie na złą drogę sprowadza.
A Synowa myślała, że zaniedbuję bandę dwojga, ale nie

Bo na nią czeka cały karton. A jeszcze znów mnie w PEPCO nie skasowali za kręgle. Ja to mam farta, co nie? Śmiałam się do pani, że muszę tu częściej zakupy robić, to się dorobię :P

A na Manhattanie już się jesień zaczyna...

Mieszkam w porządnym bloku, co nie?

Upływa szybko życie...
Jak potok mija czas...

W międzyczasie, 22 lipca Mała Wiedźma skończyła siedem lat.
Za niedługo ją dorwę.
Za miesiąc.

Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas...

sobota, 22 lipca 2017

Nieczynne

do odwołania, Kochany Pamiętniczku.
Nie mam czasu, za dużo się dzieje.
A ja nie mogę być obojętna, już nie.

Maciej Zembaty, Jacek Kleyff - SEJM KALEK
Za górami, za lasami
Był raz sobie kraik mały
Od lat wielu doświadczany
Najcięższymi nieszczęściami
Kraj ten wielkie miał ambicje
Licznych też obywateli
Ale wszyscy mniej lub więcej
Byli w nim upośledzeni
Najróżniejsze typy kalectw
Były reprezentowane
Więc nikt rządzić prężnie krajem
Nie mógł, no bo nie był w stanie
Niemniej jednak powołano
Tam ustawodawcze ciało
Ciało to funkcjonowało
Poświęcało się obradom
Ława niemych, ława głuchych
Było w sejmie ław niemało
A Marszałkiem został ślepy
Z marszałkowską białą lagą
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Już marszałek sejmu kalek
uroczyście wszedł na salę
Strasznie brzęczą mu medale
lecz się nie przejmuje wcale
Maca laską krok po kroku
Osiem dioptrii w każdym oku
Okulary ma schowane
bo dziś będzie głosowane
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Wstaje jeden z krótszą nogą
(delegują go kulawi)
On interpelację nową
Izbie dzisiaj ma przedstawić
W interesie społeczeństwa
i dla dobra ogólnego
po wnikliwej konsultacji
aż do szczebla lokalnego
Z dniem trzeciego października
ma dekretem prawomocnym
w trotuarach i chodnikach
być co druga płyta wyższa
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Patrzą ślepi zadziwieni
Zaraz będą mówić niemi
W ławach wrzawa wnet wybucha
Głusi nadstawiają ucha
Na mównicę wszedł niemowa
z wnioskiem o wolności słowa
Dyskusja się zawiązała
kiedy zabrał głos jąkała
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przedstawiciel paranoi
wstał, nikogo się nie boi
Będzie chyba całkiem szczery
gdyż przy sobie ma papiery
A na głowie ma czapeczkę
w lewej ręce trzyma teczkę
A na włosach ma wstążeczkę
a na ustach ma piosneczkę:
O jedności w społeczeństwie
żeby jedność była wszędzie
Bo w jedności tylko siła
Żeby tylko jedna była
Jedna świnia, jedna krowa
jedna dupa, jedna głowa
"Teraz będzie głosowane!"
Siadł i puścił z pyska pianę
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"
Przestraszony psychopatą
na estradę wbiegł marszałek
ślepy, potknął się o paproć
oczywiście bez patrzałek
"Kto jest za? Kto się wstrzymuje?"
Maca brailem po pulpicie
Tydzień obrad, obrad tydzień
"Kto przeciw? Nie widzę!"
Stuk, puk laską w podłogę
sejm, sejm wyraża zgodę
Stuk, puk laską o blat
sejm mówi: "Tak!"

sobota, 15 lipca 2017

Zła

wstałam, Kochany Pamiętniczku, bo tu nijak pospać nie można.
No ale na Manhattan musiałam, bo gość od dupomirków w tygodniu tak się szlajał, że go złapać nie mogłam, a w zeszłą sobotę niedobitki dupomirków po 10 miał.
Więc pobieżyłam, a co, klnąc...
A tam, tadam...
Oszalało, zwariowało moje serce i Barana zem z leksza wkurzyła (chyba) śląc mu fotki. Ojapierdolił ;)


Rosyjski pomidor gruszkowy kupiłam, ale są niedojrzałe i muszę czekać aż dojrzeją.

To tylko dupomirkowy stragan, oczywiście, że na innych większe jeszcze szaleństwo, ale to się sfoci następnym razem.
I wyśle :p
Wróciwszy do domu w zwątpienie i w dołek wpadłam, no bo... stanika za Chiny Ludowe odpiąć nie mogłam. A że rano namęczyłam się, zapinając go, zaczęłam się zastanawiać, co mnie na starość dopadło, bo że boli, to pikuś, ale dotąd nie miałam kłopotów  z zapinaniem i odpinaniem najbardziej opornych egzemplarzy. W młodości miałam i zapinałam z przodu, potem okręcałam i wciągałam ramiączka, ale wtedy były inne staniki...
Nosz, kurde. Męczę się i męczę, jak Jagiełlo pod Grunwaldem i nagle tadam :)
Olśniło.
Założyłam go po prostu na lewą stronę.
A że były trzy haftki, to ojapierdolę :D
Ale nie wiem, czy nie powinnam się martwić, że na lewą stronę.
Stop.
Weź niepierdol :)

A potem już sobota sobotnim rytmem leciała i tak popełniłam papryki nadziewane bulgurem, zapiekane w brytfannie :)
Mlask.
I drzwi za mną chodziły.
Najpierw znalazłam te kultowe, nieodżałowane, co ocalały dzięki Zmorce (na fotce, of course, bo majster je spieprzył na amen i trzeba było wyrzucić :(



Inżynier chciał je zachować, bo wracając po spożyciu wiedział, że jest w domu, tak charakterystycznie skrzypiały (nie słyszałam skrzypu, więc mi rybka). No ale skończyły się czasy wracania po spożyciu na następne kilkanaście lat, więc trudno :P
I sprzątając dziś półki dokładnie w jednym miejscu znalazłam naszą pierwszą wizytówkę na drzwi. Biedni byliśmy, jak myszy kościelne, więc po prostu karteczka przyczepiona na starej wizytówce taśmą. A dopisałam Brzdąkwusię, bo mówiłam do niego (znaczy się do Pierworodnego), musi być na wizytówce Brzdąkwusia,  bo przyjdzie kolega się pobawić i przeczyta "Barbara, Władysław" i pomyśli, że Brzdąkwusia tu nie mieszka i nie zadzwoni...
Brzdąkwusia miała miesiąc, gdy wieszałam wizytówkę...
Apartamenta miały 16 m kw.
Nie wiem, dlaczego zbieram takie pierdoły.
Może dlatego, że przypominają mi piękne chwile?
Można podziwiać artystyczny bibliotekarski druczek.
Bo na co dzień z moimi listami i notatkami do apteki chodzić trzeba. Ale umiem ładnie pisać :D


I sublokatora mam,

Rosiczka pisało na etykiecie, a mnie nie olśniło, więc kupiłam z sentymentu, bo Inżynier wyjeżdżając na obczyznę zostawił mi swoją hodowlę rosiczek, com ja wydała na wodę destylowaną, to ojapierdolę, bo tylko tym można je podlewać. W czasie remontu zmarniały i zeszły z tego świata. Jak zobaczyłam toto, coś mi nie pasowało, ale rosiczka to rosiczka. Dopiero Nadworny Ogrodnik mi uświadomił, że to nie rosiczka, tylko muchołówka. Trudno, byle muchy łapała, to będę jej wodę destylowaną kupowała :)

Inżynier prace zmienia. Przechodzi do innego działu, bo tak chciał. I dostał podwyżkę, jaką sobie zaśpiewał.  Nie miał nadziei, bo musiałby to zatwierdzić w ramach wyjątku capo di tutti capi. I co? Zatwierdził :)
Jednak dobry jest, a tam cenią dobrych pracowników.
Jego podwyżka to moje dwuletnie zarobki.
Tam są inne ceny, ale wyobrażam sobie, że proszę mojego szefa chociaż o 100 zł podwyżki, chybaby mnie zabił albo co najmniej zwolnił od razu :)  A wszystko drożeje niesamowicie, widzę to na straganie. Zazwyczaj zakupy zamykały mi się tam w 12-15 zł, a teraz zostawiam minimum 25. A kupuję to samo i tylko dla siebie.
No nic, nieważne, dobrze, że chociaż tam się ludziom udaje.



czwartek, 13 lipca 2017

Na łeb

upadłam, Kochany Pamiętniczku.
Kupiłam dziś osiem książek dla Alienka.
No co...
Skoro mu czytają, a okazuje się, że już ma ulubione, to co będę dziecku żałowała?
Może moja biblioteka nie pójdzie na śmietnik, jak się smarkacz w książkach rozkocha tak, jak ja?
Bo szkoda by było tyle dobra wyrzucić. Pewno, że nie majątek, ale nawet sprzedając hurtem za grosze można by niezłą sumkę uzbierać.
Perełki też są, a co...

I w dołek włażę, oglądając w necie zabawki, bo Mała Wiedźma za niedługo skończy 7 lat, a jej mama pisze, że ona to tylko Little Pony.
Sęk w tym, że ona tego Little Pony ma od groma i może się okazać, że nie ma akurat najdroższego egzemplarza.

[Jednak Alienek jest (na razie) łatwiejszy w obsłudze, książki kosztowały grosze, mam taką fajną księgarnię internetową.]

Piasek plastyczny też może być. Od 70 zł w górę. A już tonę tego piasku kupiłam.

A moje dzieci się po prostu w piaskownicy bawiły i po kąpieli miałam Miami Beach w wannie, a na korytarzu plażę nad Bałtykiem.
Za darmo.

To były piękne dni :)

Staram się nie myśleć, co władza robi z tym krajem, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo mam przesrane.
Nie pisać scenariuszy.
Co ma być, będzie.
Nocą miałam koszmary, ale jakoś się nie przełożyło do końca na dzień.
Sen mara, Bóg wiara.

I tego się trzymajmy...

wtorek, 11 lipca 2017

Mam

tęęęęę mooooc, Kochany Pamiętniczku, mam tęęęę mooooc :)
Zamówiłam sobie książki w piątek późnym
wieczorkiem i tadam, w poniedziałek rano już były do odebrania.


Zero to do kompletu z Blackoutem i Helisą, czyta się :)
Rzeczy, których nie wyrzuciłem to tak, jak o mnie...
I Oskara miałam przeczytać lata temu, ale się nie złożyło,
 teraz był do kupienia za grosze i przeczytałam w niecałą godzinę...

Alienek też czyta

A raczej czyta mu jego tata. Czytają mu i po polsku, i po angielsku. Będzie dwujęzyczny, tak jak ekipa ze Stevenage, bo mają dziadków niekumatych i jak chcą do nich jeździć, język ojczysty muszą znać. Moje dzieci wciąż czują się Polakami, choć mieszkać mogą wszędzie, a i myślą w obcym języku, Inżynierowi się nawet po angielsku śni.

A starszaki to tak mają, korzystają z lata, niedługo zlądują. U nas też są dobre lody, a nawet rzekłabym lepsze :)


Mam też tę moc, bo udało mi się :D
Tak odwlekałam tę wizytę u dentysty, że to nieporozumienie, ale dziś nie dawało mi to spokoju. Chciałam się zapisać rano, ale było zamknięte, zatem wykorzystując wcześniejsze wyjście z pracy potuptałam po i tadam... Pani doktor od jutra ma miesiąc urlopu... Ale stwierdziła, że z tym cholerstwem będzie trudno przeżyć mi miesiąc, więc dostałam szczoteczkę-gotowiec z pastą (bo powiedziałam, że nie ma opcji, że otworzę niemytą parę godzin paszczę), fajny gadżet, ale sobie dziąsła pokaleczyłam, bo ja myję supermiękką, ale nieważne. Wylądowałam na fotelu i lżejsza o 8 dych wyszłam cała w skowronkach :) Za miesiąc na czyszczenie, to może poczekać, dziury w moście nie będzie.
Ale mam kochaną panią doktor i szczerze mówiąc, dziwię się Synowej, że do niej nie chce. Solidna jest, jeszcze mi się nigdy od niej nic nie posypało, a z zębami to ja zawsze miałam pod górkę i pod wiatr. No nic, każdy ma to, co lubi :)

Niewyspana zaś jestem, bo wczoraj zewsząd dochodziły komunikaty, że będzie piekło i szatani. I było wszędzie, tylko nie u mnie.
U mnie była burza jak koci bąk i
Ale że dalej dostawałam komunikaty, że armageddon nadchodzi, zamknęłam balkon, jako że nie słyszę burzy i jak mocno zasnę, to mi mieszkanie może zalać.
Obudziłam się w środku nocy ledwo żywa, żadnej burzy nie było, a ja się udusiłam prawie od wilgoci.

Wszyscy idą na urlop.
Nie idę ja.
A kolega dziś do mnie mówi w pracy: co pani tu robi, jak na liście ma pani wpisany urlop?
Niestety, pomylił kratki, urlop nie był mój.

Mam tę  moc i praca mnie kocha.

A Inżynier zaczyna dziś 33. rok życia.
Kiedy to przeleciało?

sobota, 8 lipca 2017

Znienacka

zaprosili na audiencję, Kochany Pamiętniczku.
Jako że pogoda barowo-marcowa, siedzę w domu i dobrze mi, więc poszłam na pogawędkę.
Alienek rośnie jak na drożdżach, mlekiem matki karmiony. Skomplementowałam Synową, bo szczerze, jestem pełna podziwu, że tak całymi dniami daje sobie na cycku wisieć. Sama mówiła, że jej kuzynka karmi co trzy godziny, też cyckiem.
Nie wnikam, podziwiam.
Tyle że ja w innej rzeczywistości żyłam, musiałam i zarabiać, i w kolejkach kolędować (lata 80., kto przeżył, ten wie, jak nie wystałam, w domu nic nie było, w epoce przedkartkowej jeszcze, stało się od 6 rano do 15 po kostkę masła, z dzieckiem, żeby nie było, bo teściowa nie miała opcji zajęcia się wnukiem), prać (ręcznie, pralki nie mieliśmy żadnej, woda zimna, jednopalnikowa maszynka elektryczna do gotowania wszystkiego, chodziła non stop), gotować i oj tam, oj tam. Eksa robotą było wstanie w południe i popylanie na kawę do mamusi. Było, minęło, to były piękne dni :) Ale w tę wersję nie wpisywało się całodobowe wiszenie na cycku, więc chyba do końca życia będę musiała dzieci przepraszać, że nie wisiały.
Karmiłam prawą ręką wtykając butlę, w z lewej strony miałam książkę i to był mój jedyny czas dla mnie.
I nie, nie zmienię zdania, to były piękne dni.
A później ciocia Eksa, wiekowa dama,która Syberię z dwójką dzieci przeżyła, co jest tematem na osobną opowieść, jako że była żoną przedwojennego urzędnika starostwa i nie skalała rąk żadną pracą, do końca życia nawet wodę na herbatę potrafiła przypalić, a samą Syberię przeżyła - jak sama mówiła - dzięki prostym ludziom, zlitowała się nad nami i dostaliśmy pralkę wirnikową i starą, dogorywającą już chłodziarkę, made in USRR. Chłodziarka i pralka dotrwały do momentu wprowadzenia kredytów dla młodych małżeństw, co po kolejkowaniu tygodniami pod sklepem zaowocowało automatem i lodówką z prawdziwego zdarzenia. Ale to było już za czasów Inżyniera i rotacyjnego mieszkania (rotacyjne, mieszkam na nim do dziś).
Wtedy już byłam luksusową kobietą, aczkolwiek telewizora długo jeszcze nie mieliśmy.
Najpierw szwagier przytachał nam z pracy jakiś ruski, a jakże, turystyczny, czerwony, do dziś pamiętam.
Potem ciotka z Gdyni przysłała nam jakąś enerdowską kolubrynę, w której co rusz lampy się przepalały.
Potem dorobiliśmy się już własnego, kolorowego Neptuna, ale po przejściu PAL/Secam było nieciekawie i dorobiliśmy się Sony. Kupionego zresztą dzięki talonom za makulaturę, nie że tyle makulatury miałam, ale teściowa kupowała talony od śmieciarzy :)
Do tegoż Sony dokupiliśmy mały, czarno-biały turystyczny, który robił za głośnik, bo jak wsadziłam słuchawki do dużego, to nie było głosu :)
A potem, już po odejściu Eksa, kolejny Sony, jeden z ostatnich, na których kot mógł się wygrzewać. Ten wywaliłam podczas remontu, chyba gdzieś u Kierownika Budowy jeszcze gnije, bo na chodzie był. I tak pięknego obrazu nie ma w żadnym z tych nowoczesnych badziewi.
Tak mnie na wspominki naszło, ale...
Nie miałam nigdy zmywarki, prawa jazdy, własnego samochodu, masy gadżetów i zabawek.
Nie, że coś zazdroszczę, cieszę się, że mają.
Tylko...
Tak sobie myślę, ile ten Inżynier wytrzyma jeszcze. Bo już się szarpie.
No ale...
Mało, że dziecko ma matę edukacyjną, co jest super, to ma też osobną matę do leżenia na brzuszku.
Rozumiem, że dziecku chce się nieba przychylić, bo i ja łzy wylewałam, jak rodzina Eksa mnie opierdalała, że pieniędzy nie mam, a dzieciom czekoladę kupuję...
Ale są granice przesadyzmu.

A tu Alienek na rzeczonej macie, w ramach bonusika, do maty dołączone jest lustro, ojapierdolę :)


Krzywe zwierciadło, niech się dziecko nie przyzwyczaja :)

I problem mają, bo Synowej licówki lecą, krótko po gwarancji, a że w PL robione...
No nic.
Nie znałam jej sprzed aparatów, ale widziałam odlew, faktycznie, nie dało się żyć bez wyprostowania zębów.
Ale licówki, poprawiane w UK, mogą ich zrujnować.
Nie mój cyrk, nie moje małpy.
Sama muszę do dentysty i tak za długo odwlekałam.
Nie, że licówki, ale wizyta kontrolna. Spróbuję się w poniedziałek umówić, choć wracam już do pracy.


piątek, 7 lipca 2017

Mam

nadal tę moc, Kochany Pamiętniczku :)
Jak dzisiaj lunęło, to cały pogrzeb na nic.
Jutro będę okna przecierała od zewnątrz, a kto bogatemu zabroni? :)

Przed ulewą udało mi się wyrwać na Manhattan, nie lubię sobotniego tłoku i bab, macających wszystko, jakby to ze złota było i kombinujących, czy ten ogórek lepszy, czy inny :)

A dziś podziwiałam okoliczności przyrody, bo zaiste jest ona nie do podrobienia.


Kto potrafi szydełkiem wyczarować takie cuda, jak ona?

 A to ślimak na szczawiu :)

Szczaw i pokrzywa... Poezja :)

Rodzinka :)

I moje mieczyki, dawno nie widziałam tak pięknego koloru.

Wszystko powinno się powoli wyjaśnić w przyszłym tygodniu, więc muszę się uzbroić w cierpliwość.  Nie ma innego wyjścia, Kochany Pamiętniczku.

czwartek, 6 lipca 2017

Takie

lato, to ja lubię, Kochany Pamiętniczku.
Wracam do mojego dzieciństwa, widzę, jak leżę pod wiśnią, na kocyku i sweterek mam, bo chłodno. Wtedy było mi chłodno, a dziś 18 stopni to hastamaniana i raj na ziemi.
Lato, cieplejszy pada deszcz.
Wiem, że wszyscy tęsknią za upałami i za słońcem, ale ja nie.
Jest dobrze, ba rzekłabym, że jest cudnie.
Już prawie cały tydzień przeleciał, a u mnie dziś sobotnio.
Dostałam pierdalca, okna pomyłam, obsrały je muchy na maksa, i to nie wewnątrz, bo w mieszkaniu much nie mam, ale co rusz jakaś siedzi na szybie od zewnątrz.
Siłą rozpędu procedury sobotnie wdrożyłam, łącznie z praniem, zatem mam teraz trzydniowy weekend, tylko zakupy zrobię, ale że na obiad starcza mi pół kilo bobu albo coś równie wymyślnego, zatem nie mam co robić i leniuchuję sobie.
Staram się nie myśleć, że w sierpniu zląduje desant, bo z jednej strony serce mi się rwie do wnuczków, z drugiej najlepiej, jak są tak


Rodzina w komplecie, nawet świeczkę mogę im zapalić, a żadnego bałaganu.
U chłopaków się dzieje, ale cicho sza, innym razem powiem, bo zapeszyć nie chcę...
Od wczoraj zaczęło się moje lato. Znaczy się - mieczykowe.
Te kwiaty - obok bzu i piwonii - kocham najbardziej. A że są dość długo, więc mam zamiar się nimi nacieszyć, zanim znów zacznie wcześniej zapadać mrok, za którym tęsknię.

Po latach samotności kocham półmrok i ciszę.
Choć rozerwana jestem, bo...
No, ale nie można mieć wszystkiego, co nie Kochany Pamiętniczku?



piątek, 30 czerwca 2017

Mała

rzecz, a cieszy, Kochany Pamiętniczku...
Mocuję się z tymi robalami i szlag mnie. Jak można tak olać swoją pracę? No, ale czego mogłam się spodziewać? Wzięłam to, bo dostanę za to kaskę, a kaska piękna rzecz. A i potrzebna teraz. Ale gdy dziś okazało się, że zrobiłam wszystko i godzinę czekałam, grając w kulki, na resztę, co to "jeszcze 15 minut", wzięłam torebkę jak Jakubowska i poszłam w siną dal, lewa, prawa, mówiąc, że wrócę w poniedziałek i lepiej, żeby wszystko było gotowe. (Planowałam wolne, ale tak wpadnę, jak mi będzie pasować, a i po jajka pisałam, bo się kończą. To i sieciówkę wykorzystam, i prackę szybko odwalę (jak nie będzie, spadam, nie wiem, kiedy wrócę), i jajeczka świeże będę miała :) )
Nienawidzę tego, robi to od początku maja i jeszcze nie jest gotowe? Lekceważenie mojego czasu. To nie jest etat, to jest praca za kasę, a wiadomo, że czas to pieniądz. I jeżeli będę go traciła na czekanie, to dla mnie nie interes...
Wczoraj musiałam pracować na cudzym kompie, bo nie wgrywały się na mój fonty. Nienawidzę pracy na cudzym kompie, akurat gość miał inną klawiaturę niż moja, a pracuję na pamięć. Traciłam więc czas na poprawianie po sobie, bo w klawisz nie trafiałam. A i mysz miał tak oporną, że musiałam swoją założyć. Sama mam specyficznie ustawioną  i nikt nie chce na moim kompie pracować. I dobrze :P Mogłam przepiąć klawiaturę, ale hola, hola, IT też za coś kasę bierze i to niemałą. Polecenie było wczoraj: założyć fonty.
Rankiem okazuje się, że fonty dalej w polu, więc zadziałałam, znaczy się, pysk otwierałam.
Redaktor łaps za słuchawkę i do IT dzwoni, że SJ na niego krzyczy, że fontów nie ma.
IT pyta, czy kompik włączony.
Włączony.
Zatem nie ruszając tyłka z miejsca, IT zainstalowało mi fonty.
Można? Można...
W południe spotykam IT na korytarzu i mówię: dziękuję.
A on na to: no bo pani tak krzyczała... Wszyscy się pani boją.
Taaa..
A ja mu na to: mnie? Przecież ja jestem spokojny człowiek, chociaż na to nie wyglądam... :)

A ta mała ciesząca rzecz, to mi się w kuchni trafiła. Wpadłam na kolegę, który pisze do nas z drugiego końca Polski. Jest na etacie, ale pracuje zdalnie. Pisze dobrze, ma ten dziennikarski pazur, lubię jego teksty. Widujemy się raz na rok, albo i rzadziej. I leci dziś do mnie, dłoń mi ściska, a krzepę chłop ma, i rzecze w te słowa: Pani SJ, tak jak zawsze pisałem, jestem pod wrażeniem pani umiejętności i zrozumienia, z jakim pani czyta moje teksty.
A ja, zapłoniona jak dziewica przed nocą poślubną, rzekę: ależ panie Andrzeju, dziękuję, a pana emilki czytam sobie, jak po mnie szef jedzie.
A na to A.: przez 25 lat (bo pracuje u nas od początku) przerobiłem wszystkie korektorki i naprawdę, jest pani niezastąpiona.
Kurtyna, chóry anielskie śpiewają, trąby grają, a ja cała w skowronkach.
Miło, jak ktoś docenia.
Fakt, że parę razy wyłapałam mu różne dziwne kiksy.
Ale Bossowi też łapię, a ten, zamiast thank you, próbuje mi udowodnić, że on ma rację.
I wypomina literówki.
Ale nic.

Poczułam się dziś dowartościowana, i mile na duszyczce połechtana :)

Noce teraz długie, długo jest jasno, ale warto na taki widok poczekać...

A juterko dzień gospodarczy będzie :)

środa, 28 czerwca 2017

Szybciorem

dzień minął, Kochany Pamiętniczku.

Dziękuję za rady odnośnie do lodówki, ale to nie jest konieczne z dnia na dzień. No, chyba że mnie trzepnie.
A tak to na spokojnie, za i przeciw.
Moja obecna żre jak smok, myślę o kupnie A+++, trochę droższa, ale oszczędność rocznie z porównaniu z A+ (taką mam) jakieś 60 kWh, myślę, że gra warta świeczki...

W robalach tak było namieszane, że popracowałam cztery godziny i poszłam do domu, bo ani grafika, ani autora nie było, a ja nie mam zamiaru pracować na darmo.
Nie ma terminu, rękawów wyrywała nie będę, tym bardziej że redaktor poprosił o układanie alfabetyczne nazw, co jako żywo nie jest pracą korektorki.
Ot, taka redakcja...

Mniejsza z większym.
Na burzę czekam, duszno, jak w piecu chlebowym.

A jak mieszkam tu 31 lat, nigdy nie było awarii pionów. A teraz, miesiąc po wymianie pionów jest awaria.
Zawsze mówię, że lepsze jest wrogiem dobrego. Komu przeszkadzały stare piony? :)
Niebiosom dzięki, że nie w moim pionie i że nie muszę znów kiblotłuków wpuszczać. A te nieszczęsne kafelki, ojapierdolę.

Petya grasuje. Okupów żądają po zainfekowaniu kompika, w bitcoinach. Pisze do Inżyniera, a ten, że okupu mam nie płacić. Zaśmiałam się, skąd ja mu 300 dolców w bitcoinach wezmę?
Ale grzeczne dziecko, namęczyło się (no bo ja kobieta luksusowa, skąd mam wiedzieć, gdzie jest Windows Explorer, zawsze wszystko dzieci w kompikach majstrują), a i on pewno też miał dość, ale zainstalowałam plik chroniący.
Nie dopominałam się o pochwałę i uznanie, bo i tak z pracy działał, poświęcił swój czas, którego nie ma.
No ale< Kochany Pamiętniczku, dumna jestem z siebie, że to rozgryzłam :)

Nie jest ze mną jeszcze tak źle :)

wtorek, 27 czerwca 2017

Dzień

Dziecka przez trzy dni sobie zrobiłam, Kochany Pamiętniczku.
Znaczy się, nic w sumie nie robiłam, poza rzeczami niezbędnymi.
W sumie stwierdziłam, że nie mam się czym przejmować... I odpuściłam. Bo tak.
Wciąż kurde, latać ze szmatka i przecierać? Qui bono?
Więc luz i hastamaniana, a co.
Dziury w moście nie ma i chyba nie będzie.
Wczoraj już z leksza się ogarnęłam, balkon doprowadziłam do stanu używalności, kwiatki nowe posiałam, a zwiędłe na amen bratki wywaliłam.
I tyle dobrego.
Dziś miałam iść do spółdzielni, zamówić tego mitycznego pana Nowaka do kafelków... ale najpierw przyszedł SMS w sprawie chwastów.
Więc juterko lecę robale sprzątać, zatem pan Nowak się przesunął na chujwiekiedy. Z jednej strony mam wyrzuty, a z drugiej - gęsią skórkę na myśl o kimś znów w mieszkaniu...
Oj tam, oj tam.
Po robalach się tym zajmę :)

I lodówka dziś mi coś się nie spodobała i co ja paczę?
Ano, lampka zaczyna dyndać.
Już od dawna myślalam o nowej, ale nie paliło się.
Inżynier twierdzi, że z tego zwarcia nie będzie, ale i uszczelka od wieków utrzaśnięta (mam nieusuwalną uszczelkę, musiałabym całe drzwi wymieniać) i inne takie tam. Więc przelecę się po marketach i pooglądam. Myślałam o małej, ale po ostatniej wizycie gości, kiedy to zwiezionego piwa nie dało się upchnąć, jednak stwierdziłam, że kupię dużą. Najwyżej będzie pusta stała, ale i tak w sobotę, jak robię zakupy na cały tydzień, to jest pełno, do małej nie zmieszczę.
No nic. O czerwonej już nie marzę, bo nie wywalę ponad 3 tysięcy na kolorową. Życie. Mogę sobie magnetyczną nakładkę na drzwiczki kupić, a co :)
Jeszcze kwestia dopłaty i zamontowania, bo sama tego nie ogarnę. Wiem, że za dopłatą to zrobią, ale trzeba starą wystawić, zupełnie nie mam pomysłu jak. U mnie same kościane, schorowane dziadki, nie ma kogo poprosić, nie wystawią na korytarz.
No nic, coś wymyślę.
Może KB pomoże, zobaczymy.

Byle czego też nie kupię. Znów dostałam w skórę, kusząc się na tańsze. Moje słuchawki do ajfoniczka kosztują jak za zboże, a i podrożały znów. Tak więc  widząc w stoisku w naszej galerii zapakowane identycznie, jak moje, za 35 zł, skusiłam się. Panienka mówi, że dobrze słychać, a  co ja będę tłumaczyć, jaki mam słuch... To robiły chińskie rączki i te do ajfonika też chińskie. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Kombinowałam jak koń pod górkę, oceniając książkę po okładce, za co mnie zawsze Inżynier opierdala (i ma rację). Różnicy na oko nie widać, ale na ucho już słychać :D Widać te małe chińskie rączki za 35 zł się nie wysiliły :P Serio, firma produkująca jest ta sama... Przynajmniej tak głosiła etykieta :D
Włączyłam do mp3 i... ledwo słychać muzykę.
Podłączyłam do kompa, jako że tam dupa z dźwiękiem i nie słychać nic, a piosenki nie jestem w stanie zrozumieć.
A mówiła już babcia: kupuj drogo, boś biedna.
Chytry dwa razy traci, no ale :) Mam słuchawki jakby coś, takie awaryjne. Znaczy się do dupy :D

Moja ukochana stronka zniknęła, ale po długim szperaniu znalazłam inną i jest git majonez, jeszcze lepsze kawałki tam są, no ale ile można.

I Zero chce kupić i jeszcze jedno czytadło.

Rozpuściłam się jak dziadowski bicz, nie ma co.

A lato piękne tego roku, chłodne, jak lubię. Upały mają być po parę dni, a potem znów zimniej.
To lubię.

A wieczorkiem

I badylki

i już zapominam Cię, jak się zapomina sny...

sobota, 24 czerwca 2017

Pierdolę

nie robię. Kochany Pamiętniczku :)
Jak mądrze napisała Stardust, od roboty są chłopy i traktory.
Chłopa nie mam na stanie, a traktor tylko taki

John Deere, jakby kto pytał :)

Wczoraj wróciłam do domu tak padnięta, że nawet na piwo ochoty nie miałam. Coś jest w powietrzu, nogi mi spuchły jak balony, więc plackiemleżing uprawiałam.

Nowy kompik się zbuntował i nie chciał się wyłączyć. Piszę do Inżyniera, ale takie tam pisanie, dziecko ledwo dycha. Więc sama kombinuję, jak koń pod górkę i okazuje się, że kompiku nie pasuje dysk zewnętrzny, nie widzi cholery, mówi, że nic tam nie ma, a tam prawie terabajt danych (Inżynier opierdolił za to). Restart nie działa, więc wywalam dysk i kompik nówka nieśmigana. Podłączam do starego i wszystkie dane są na miejscu, mało tego, stary, który włączał się jak chciał, włącza się jak nówka nieśmigana...
A com się na kolanach naczołgała i kurzu nawdychała, to ojapierdolę.
Więc w sumie nie mam gdzie oglądać filmów, tzn. mam, ale na starym monitorze, a już oswoiłam nowy. I na starym nie chcę. Przenosić na pendrive nie chcę, bo właśnie po podłączeniu kolejnego dysku w postaci aparatu fotograficznego ten nowy focha strzelił.
Więc wykrakałam, latam i cholera mnie gania :)

A tu Baran dzwoni. Na piwko zaprasza. Czułam, że coś się święci, więc mówię, że nie mam piwa. A on na to, że mam sobie kupić. A ja na to, że herbatka starczy. No i umówiliśmy się na godzinę.
Suknie wyjściowe żem odziała, włos zmierzwiony przyczesałam, ząbki umyłam, herbatkę naszykowałam i na randkę poleciałam.
Pytam go, czemu zawdzięczam zaszczyt, a ten chrzani, że nic, że trelemorele. Tośmy pogadali, tzn. ja gadałam, ale i tak wszystko wiedział, bo bloga czyta łajza jedna :P
No ale miło, on piwko, ja herbatka, kultura, rączki na kordełce, jak zwykle.
I w którymś momencie taką bombę puścił, że ojapierdolę :) Atomową.
Więc, Kochany, nie daruję Ci tego.
Będziesz musiał przy najbliższej okazji wejść pod stół i odszczekać.
Bo ja to WIEDZIAŁAM.
Wiedziałam już w chwili, gdy Cię poznałam.
Czyli te 13 lat temu już wiedziałam :)
Nawet jak mi londyńskim metrze focha z półobrotem strzeliłeś, że nigdy w życiu, a potem kilka lat później łaskawie wybaczyłam Ci odszczekiwanie.
I jak potem marudziłam od kilku lat :P
A co.
OK, będzie po Twojemu, bo tak być musi. Ale niezmiernie mnie cieszy i raduje, że będzie.
Mogę więc spokojnie oczy zamykać.
Bo doczekałam i mój wiedźmowski nos mnie nie mylił.
Ja po prostu wiedziałam. Jak wiele innych rzeczy wiem.
I cieszę się z tego.
Bo jesteś w moim życiu ważny.
I to dla mnie zaszczyt, że ja - w sumie - pierwsza wiem :)
Ale odszczekać musisz, za to, że wątpiłeś :)

A padnięta byłam taka, że z tego wszystkiego od razu zasnęłam i spałam jak Alienek do rana, bez zmiany pampersa i bez cycka :D

Rano na Manhattan poleciałam, pomidorki i leluje zanabyłam. Lecę do domu z lelujami, a dziadek jakiś, palcem pokazując marudzi, że one śmierdzą. No i? Odrzekłam, że lubię smród :P
I coś mnie podkusiło, żeby do Lidla polecieć, biedna moja karta.
I moja chałupka niesprzątana, ale kurze omiotłam wzrokiem, a reszta (łącznie z sianiem kwiatków na balkonie)?
Reszta poczeka.
Od roboty jest chłop i traktor. Sprzątałam w poniedziałek po gościach.
Cały tydzień byłam w pracy, więc nie miał kto bałaganić :P
Bo w Lidlu kupiłam zestaw weekendowy

Blackout już zaliczyłam z dreszczami na plecach, Helisę zaraz zacznę. A cydr to nie alkohol, tylko dodatek do książki.
A na obiad


Jakby co, mam jeszcze fasolkę :)

Udanego weekendu :) 

czwartek, 22 czerwca 2017

Siódmy

numerek za mną, Kochany Pamiętniczku.
Ponieważ Alienek dziś odlatuje, a ja chciałam go w łebek pocałować, Inżyniera przytulić, a i Synową, choć nie lubi też, kombinowałam.
Boss był mi na rękę, bo już zaraz po moim o godzinę wcześniejszym przyjściu do pracy dał mi wstępniaka i pomaszerował w siną dal, w siną dal, lewa prawa, myślałam, że reszta też będzie z górki.
Ale nie...
Męczący mnie w najgorętszych momentach Vice, zamiast ścibolić stronki, o które mnie męczył, wybył i nikt nie wiedział ani gdzie, ani kiedy wróci.
Wkurzona wzięłam więc, jak niejaka Jakubowska, torebkę, i mówiąc, że za dwie godziny wrócę pojechałam do teścia Inżyniera.
A Alienek, a jakże, niespodziankę miał dla babci.
A kogucik jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie...
Tak wyglądał.
Padł w upale, na brzuszku, a jakże, ale u mnie go nigdy na brzuszku nie kładli i całą godzinę, jaką tam siedziałam, leżał i spal, posapując i rupcią duszając.
Chcieli go budzić, ale nie pozwoliłam, bo dla takiego brzdąca sen najważniejszy.
Ucałowałam wytarte z tyłu włoski i zacierając rączki na myśl o tym, jak się zemszczę, opowiadając po latach, jak to zerwałam się z pracy, żeby go zobaczyć, a on spał...
No właśnie, ja go kocham, a on śpi :)
Wróciłam na pracowe łono, a Vice na mój widok tylko westchnął: Stara Jędzo, a i ja nie pozostałam mu dłużna: Panie Redaktorze :P
I tyle było gadania.
Zrobiłam, com miała zrobić.
W czasie się zmieściłam.
A dobrze, że pojechałam, bo przez warzywka wychodziłam po 17, więc cały pogrzeb byłby na nic.
Alienka, wbrew doniesieniom prasy, puścili przez granice z brytyjskim paszportem, niemacanego chyba (Inżynier zwięzły był).
W biurze paszportowym zaś rzekli im (dwa razy pytali!), że jeden rodzic może odebrać paszport.
Co dla mnie jest przekrętem, bo co, jak się nie daj bór liściasty pokłócą i Synowa sprzeda Alienka?
Ha...

Natenczas czekam aż dolecą i dojadą.
Bo burze są.
Ale będzie dobrze, musi być.

UPDATE
Mają ponadgodzinne opóźnienie już. Nad Niemcami burze szaleją i ich samolot jeszcze do nas nie doleciał. 

A moja D. wydaje za mąż jedną ze swoich bliźniaczek. I nie widziałam jej nigdy takiej niezrównoważonej. Jest nerwowa, rozkojarzona i robi wrażenie, że na zawał zejdzie. Termin jej nie pasuje, a córka uparła się na ten. Może dlatego, że wie, że matka w tym momencie nie ma czasu na wtrącanie się (to tak jak u mnie przy zamykaniu ;) ) Wciąż mnie pyta, co ja robiłam ze ślubem chłopców. Nie chce wierzyć, że nic. Pierworodnego ożenili teściowie, a że to był ich pomysł, i ich miejscówka oraz kasa, miałam na to wyrąbane. Inżynier zaś płacił za całą zabawę sam, Synowa wymyślała cuda-wianki, moim jedynym zmartwieniem były wygodne buty :D
Mówię jej, D. wrzuć na luz, nie pękaj, kup sobie fajną kieckę, a ta, że... Godzinę przez telefon męczyła knajpę, bo żarcie nie takie. Pytam: D. - płacisz? Nie, ponoć płaci córka. Mówię, olej. A ona nie, bo dopłaca, bo co ludzie powiedzą.
Zaśmiałam się, bo wiem, że ona wszystkim musi rządzić i umrze, jak nie będzie tak jak chce. Powiedziałam jej tylko, że niezależnie od tego, co zrobi, i tak najedzą się, napiją, a potem dupę obrobią.
Fochnęła się.
A co, nie mam racji?
Nie wiem, czy u mnie obrabiali, było tak, jak młodzi chcieli, ja się bawiłam świetnie, jedzenie było ekstra, towarzystwo też.
A że nie było tortu bezowego, jak ja chciałam?
To nie był mój ślub, tort z Batmanem też był pyszny, a i do redakcji jeszcze zawiozłam tyle, że się wszyscy najedli i chwalili. Tort kupiłam sobie sama, w cukierni, która Synowej nie pasowała i zeżarłam z apetytem. Można? Można :)
A ja się ani trochę nie umęczyłam, no może w czasie kościelnego Pierworodnego, goniąc na obcasach Małą Wiedźmę, niezadowoloną z chrztu, bo jakoś zamówiona opiekunka się rozpłynęła we mgle.
Ale za to nikt nie pieprzył, dlaczego mama Pana Młodego nie była u komunii...

Ludzie to mają problemy :D

A ja, kurde, taka wyrodna jestem, zupełnie się nie martwię, co będzie, jak umrę.
Bo właśnie dostałam z PZU ofertę nie do odrzucenia. Moja składka wzrośnie o niecałe 10 zł, a odszkodowanie za mnie  ponadsześciokrotnie, ale... pod warunkiem, że zginę w wypadku komunikacyjnym.
Hmmm....
Jest mi obojętne, jak zejdę z tego padołu, byle nie bolało.
Rowerem na drzewo to się nie zabiję.
Rowerem pod czyjś samochód - nie taka świnia nie jestem.
Jak skończę pracować, to i na tę gównianą składkę PZU nie będzie mnie stać, a płacę ją od lat.

I co ja mam z tym, Kochany Pamiętniczku zrobić?
To dopiero jest dylemat :D 



wtorek, 20 czerwca 2017

Jeszcze

dwa dni, Kochany Pamiętniczku.
Comiesięczne użeranie się, choć w tym miesiącu nie jest tragicznie, no ale upały.
Inżynier spędził dziś ponad 4 godziny w urzędzie, żeby wyrobić paszport Alienkowi. Z połowicą i Alienkiem, of course. W sumie dobrze, że mnie tam nie było.
Zdjęcie, które pasowało do brytyjskiego paszportu i do polskiego dowodu osobistego, nie pasowało do polskiego paszportu.
Ale że tam ktoś chodzi i reklamuje fotki piętro wyżej, więc pewnie nie mieli kłopotu, tylko pozbyli się kasy.
Ano, dzieci to kosztowna zabawka.
Nie wiem, czy zobaczę się z nimi jeszcze, nie piszę scenariuszy.
Co na być, będzie.
Mój dysk padł, ale okazało się, że to dlatemu, że podłączony do rozgałęźnika, a nie bezpośrednio do kompika. A pewno dlatego, że rano włączyłam tam mp3, wgrałam, bo z ajfonikiem za dużo zabawy i całą drogę słuchałam jesteś dalej niż daleko... Sopockim bolerem katowałam się kiedyś cały miesiąc. Ma się tę moc ;)
Takie same fanaberie, jak dysk, ma skaner. Ale już teraz wszystko opanowane, tylko za biurkiem muszę kurz sprzątnąć. 
Głośniki poszły ze starym kompikiem, zatem biurko ma nowy image, z burdelówką i skrzydłokwiatem na wierzchu.
Pięknie jest :) Podoba mi się :D

... a ja ciągle wierzę w to, że na peron wyjdę znów, wyjdę w noc...

Luksus własnego mieszkania: koszulka, w której upał jest niegroźny :P 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Wszystko

przemija, nawet najdłuższa żmija, Kochany Pamiętniczku.
Zatrzymam więc w pamięci to, co warto zatrzymać, ten śmiech całą gębusią, z wywalonym ozorkiem, za każdym razem na moje pytanie: a gdzie masz ząbki, szczerbalu?
Wiem, głupie.
I inne takie tam.
Zapomnę ruiny i zgliszcza po wizycie Kradziejki, która ma fazę na "robię, co chcę" i tak lata i rzuca wszystkim, co jej się w ręce nawinie, a z hukiem, a co, wypluwa jedzenie dla sportu, z miseczki truskawek, o które poprosiła nie zjadła ani jednej, wszystkie rzuciła, bijąc rekord olimpijski. Moje po wyrzuceniu drugiej nie dostałyby już ani jednej i pokolędowałyby w kącie. To znakomicie uczy dobrych manier :)
Dlatego nie jestem fanką małych dzieci, bo są obecnie bezstresowo wychowywane.
Moje pokolenie i pokolenie moich dzieci znało proporcje, mocium panie. Nawet Inżynier, u którego dziś zdiagnozowano by ADHD, w gościach nigdy obciachu nie zrobił, a i w domu znał mores, nie to było nie. I jakoś nie wspomina traumatycznie dzieciństwa.
A nieważne.
Alienek jest stworzeniem wodnym, w kąpieli zachowuje się jak książę, a i wyciągany z wody nie urządza awantur.
U nas to rodzinne było, dzieci Pierworodnego są z innego bieguna :d

W sumie do pracy wróciłam z radością, a jako że Bossa nie było dziś, poszło gładko.
W domu miła niespodzianka, jednak podłączył starego kompa, tak że teraz cholera może mnie rzucać od sprzętu do sprzętu do wypęku...
A i mieszkanie zostawili w porządku, śmiał się, że wystaczyło, że zabrali swoje graty, ale to nie do końca tak.
Zapomnieli Alienkową mordkowycierajkę, więc wrócą. Bo jak się coś zapomina, to się wraca :)

Już zapominam cię, jak się zapomina sny, zapominam cię, zapominam cię, jak wysłany donikąd list...

Piękne to jest...

Były nieśmiałe słowa o powrocie, co mnie cieszy, bo jednak coraz gorzej wszędzie jest. Wiem, że to nie hop siup, nie na dziś, nie na jutro, ale...
Nadzieja umiera ostatnia. 

Rzutem na taśmę ogarnęłam po mojemu i do weekendu mogę oddychać spokojnie. Z jednej strony żal, że nie ma ich, ale nie dam rady ośmiogodzinnej pracy i zarządzaniu chałupą z gotowaniem, z chodzeniem na paluszkach, żeby dziecka nie budzić. Nie mam drzwi na dokładkę.
A i pozapraszali kolegów wspólnych z dziećmi w wieku właśnie na "nie". Więc dziękuję, postoję, niech się męczą na innych śmieciach :D
No cóż, wracając do domu chcę założyć tego łacha i odpocząć, a nie rozczulać się na widok kolejnych przesłodkich łapek rąbiących w moje rolety bądź pieczętujących moje lustra i meble na klejko. 
Życie.
I można we mnie rzucać kamieniami. Chleba mam dość ;) 

sobota, 17 czerwca 2017

Dobra

piszę scenariusze. Kochany Pamiętniczku.
Ale jeżeli i Inżynier, i jego Żona. mimo oddania Alienka w jasyr są co paręnaście minut dostępni na FB, tu chyba wesele Smerfa Marudy nie jest takie wypasione?

Moja złośliwość, wrodzona, dochodzi do głosu.

Ale oj tam, oj tam, piwko wypiję i pójdę w objęcia Morfeusza.

Jutro ciężki dzień, a w poniedziałek mogiła :P

Życie

Kochany Pamiętniczku, ma plusy dodatnie i plusy ujemne...
Mieliśmy te parę minut dla siebie, bo prosto z lotniska dojechał do mnie sam, bo tak się logistycznie ułożyło, jego teść ma za mały samochód, a czekał u niego karton rzeczy niezbędnych do przeżycia na pustyni, jaką jest PL.
W tym specjalny wkład do wanny, żeby dziecko można było wykąpać, albowiem wykąpane w zwykłej wanience zeszłoby niechybnie z tego świata w strasznych męczarniach... (jednak tak jak Mała Wiedźma powodowała alarm we wszystkich jednostkach antyterrorystycznych w okolicy podczas kąpieli, tak Alienek w kąpieli zamienia się z Bestii w Księcia).
Nevermind, mniejsza z większym, wkład fajna rzecz, aż się zacukałam, myśląc, jak to ojapierdolę, wychowałam dwójkę dzieci bez takich cudów wianków :)
I bez pieluszki, która na specjalnym pasku wskazuje, na ile jest zasikana.
I takie tam inne, bez czego nie można żyć. Bez aplikacji, notującej, ile razy dziennie dziecko się zesrało i spimpulkało, ile razy jadło, inaczej może nie przeżyć w tym dzikim świecie...
Za to przewijane na podłodze, na specjalnej podkładce, ale jednak na podłodze.
Dobrze, że ja od zawsze mam ambę na mycie podłogi i myję ją non stop, a na cześć Alienka umyłam dwa razy, aczkolwiek on jeszcze nieraczkujący.
I ma takie hobby: jak mu się pampersa odchyla, albo zmienia, to świeżego zaraz zalewa potopem, a jak się da, olewa wszystko ciepłym strumieniem moczu, mając na wszystko wyjebane. Pierwszego dnia wpędził rodziców w poczucie winy, olewając świeżutkie posłanie, co mnie rozbawiło, jak człowiek ma mało rozrywek, to nawet sikanie go bawi ;) 
Ale wracając do naszych baranów, siedliśmy i pogadaliśmy, jak czekista z czekistą i moje wiedźmowskie serce mnie nie myliło.
Nie jest różowo nigdzie.
Pierworodny, jak to on, ma na wszystko wyjebane i chociaż Inżynier kopie go w dupę po bratersku, ma wyjebane. Po prostu.  Jego żona też ma wyjebane. Przepraszał mnie (Inżynier) mówiąc, że nie ma już ani siły, ani czasu, ani środków, żeby mu pomagać.
Kazałam mu wrzucić na luz i zająć się sobą, bo ile można? I chuj w oko jego żonie, znaczy się Pierworodnego.
Kurwa, ja już nic nie muszę, ale moje wnuki.
Czy ja, kurwa, do końca życia muszę się o wszystko i wszystkich martwić?
Może powinnam lec  na kanapie i słać wszędzie SMS, Messenger i co tam się jeszcze nawinie, że ojapierdolę??
Kurwa mać.
Brat I. nie jest ani niepełnosprawny, ani gorzej wykształcony (w sensie, że miał taką samą szansę, wybrał, co chciał, jego wola). Ma po prostu wyjebane, a jego kobieta jeszcze bardziej. I ja to wszystko wiem z autopsji!!!
Sam Inżynier też sfrustrowany.
Że już się nie rozwija. I to nie tylko o kasę chodzi, choć to główny motor. Szuka już innej pracy i jest, kurde na tyle dobry, że nie wygląda to źle.
Ale...
Nie ma w tym żadnego wsparcia, w sensie, że śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje. I mówi, że tak musi być.
Ale... Nie ma już z czego oszczędzać, a i oszczędności naruszył.
No, ale co mam rzec?
Że dziecko nie musi mieć czterech chust do noszenia go, w momencie, kiedy w żadnej nie daje się nosić?
Że kupowanie piątej jest pojebane. Tym bardziej, że to nie jest groszowy wydatek.
A kupiła. I to nie tylko to.
Słucham, pogłaszczę, przytulę i trzymam mordę na kłódkę.
Choć to niełatwe.
I wiele innych rzeczy mnie wkurwia do potęgi entej. Że wózek ma stać u mnie w przedpokoju, przez co wyjść z mieszkania nie mogę, bo kurwa, muszę go co chwilę przesuwać, bo się o niego obijam i dziury się robią, bo JESTEM GRUBA, mam prawo być gruba, to mój dom. Do wózkarni wózka nie, bo ukradną. I spazmy przy tym i och, ach i ojapierdolę.
Kurwa.
Tylko ja mam klucz od wózkarni.
Kazałam wózek rozmontować i stoi na balkonie, a gondola w pokoju.
I git majonez.
Kompik jednak doszedł w całości. Ale monitorek jest niekompatybilny z nim, tak samo jak starszy, zachomikowany (w sumie dostałam pochwałę za chomikowanie, bo kable były przydasię). I kompik nie miał dysku SSD, miał być wymontowany z mojego.
Ale stwierdziłam, że pierdolę.
Kupiłam dysk SSD, nowy monitorek (ojapierdolę, jak fajnie na nim widać) i klawiaturkę (stara brudna jak świnia, bo jem przy kompiku, a gryzoń się ostatnio zacina) i... będę miała dwa. Kompiki. A kto bogatemu zabroni?
Inżynier pracowicie, w przerwach między obsługą Księcia Pana, ogarniał matczyną zachciankę. Z pyskiem i z sercem, bo on wie, co to dla mnie znaczy. Zwłaszcza ten pysk i matka do nogi.
I nawet mu powiedziałam, że to doceniam, a niech się cieszy.
Wszystko gra, ale nie śpiewa, mówił, że to słuchawki, ale nie, to albo karta, albo głośniki.
Ale to i montowanie starego ogarniemy jutro, choćby miał kaca mordercę. Trudno :) Bo odkryłam to, jak już pojechał w stronę słońca aż po horyzontu kres.
Ale mam inne zabawki :P

Synowa wpadła na pomysł, że skoro już są w wiosce, to i dowód Alienkowi załatwią, więc najpierw pojechaliśmy po dowód.
Przed nami 60 osób w kolejce, ale o dziwo, daliśmy radę. Wyskakując na kawkę do Kandulskiego ;)
Sprawdzam na stronie, do paszportowego też zdążymy, więc kurcgalopkiem i...
Bam. Klamkę pocałowaliśmy, bo paszportowe zamknięte, odrobi 24 czerwca. Na stronie zaś jak byk, że czynne.
W sumie pozostaje się modlić, żeby Alienka wypuścili na brytyjskim paszporcie i z zaświadczeniem, że będzie miał polski dowód :P
Potem polecieliśmy rzut beretem po moje akcesoria do kompika, a Synowa w międzyczasie obleciała całą galerię. Wytrzymałam tylko w jednym sklepie, bo nienawidzę chodzenia i macania dla samego sportu.
Nieważne.
Swoje zabawki zamówiłam w necie, do natychmiastowego odbioru i już na mnie czekały.
Jestem wygodną kobietą. Kiedyś chociaż za część zapłaciłby I., wyśmiewając moje skrupuły, ale teraz zapłaciłam nawet za transport z UK, a to naprawdę dla niego powinna być drobiazgowa suma. Zarabia rocznie 7,5 raza więcej niż ja, abstrahując od różnicy w kosztach utrzymania. Jak dla mnie 20 zł, ale wziął i było widać, że mu tego brakuje. I to mnie martwi, nie że ja nie dostanę nic, bo póki mam pracę, mam na to wyjebane. A później mam nadzieję umrzeć. ZUS plus moje ubezpieczenie starczy na pogrzeb :p
Wróciliśmy umęczeni, bo upał był nieziemski, a ja jeszcze: obiad, zmywanie, kolacja, zmywanie, pranie (no prał cukierek, ale ja wieszałam).

A nieważne.
Dziś rano kurcgalopek na Manhattan i po resztę, przedtem śniadanie i zmywanie, w międzyczasie herbatka, kawka, kanapki, kawka, ojapierdolę.
Pojechali wreszcie na ten ślub Smerfa Marudy, ale niebiosa mu dobrze nie życzą, bo zaplanowali ślub na plaży, a jak lało, tak leje, choć na moment słońce wyszło, ale zimno dalej jest.
Facet jest prawie tak długo jak Inżynier w UK, I. go tam ściągnął, bo żona Kierownika Budowy zabroniła mu szantażem wyjazdu tam, ale na ślub nie zaprosił nikogo stamtąd... A na weselu I. bawili się Anglicy i to nieźle, nawet się pobratali z kilkoma stąd.
No ale nevermind.
Alienkiem opiekuje się na jublu znajoma Inżynierostwa, czująca ciągoty macierzyńskie (kiedyś czuła pociąg do I.).
Myślałam, że jedzie siostra Synowej, bo mają tak samo na imię, ale w praniu okazało się, że nie.
Mi to rybka.
Bo wracając do clou tego wszystkiego.
To jest małe Półdiablę.
Rozpuszczone jak dziadowski bicz.
Ale mało, że Matka Natura nie poskąpiła mu urody i tego czegoś, to czy widział ktoś trzymiesięczne dziecko próbujące siadać samo?
Wprawdzie Inżynier mając sześć miesięcy sam wstawał, ale to już przesada,
Głosik ma taki, że jak zacznie płakać, ludzie łapią za komórki, żeby policję wzywać, więc chodzenie z nim publicznie jest naprawdę ryzykiem :)
A poza tym.
No cóż, jest moim wnukiem, a jak wiadomo, babcie ślepe są.
Lubię z nim rozmawiać, bo słucha uważnie i już głuży.
Ale dobra, nie zapeszajmy, dziecko.

Najfajniej mi się z Inżynierem gada, w klimacie wyrzucania z domu bez plecaczka, sprzedaży za psi grosz i tego piekarnika z sosem czosnkowym.
T były cudne chwile i ten zapach.

W sumie idiotyzm, Kochany Pamiętniczku, ale co tam...

A na domiar złego okazało się, że ludzie nie czytają ze zrozumieniem. Napisałam w pracy, że przeczytam wszystko dosłane w Wordzie lub PDF w sobotę po południu. Wszyscy napisali, że mam czytać w poniedziałek w InCopy.
Tak jakbym kurwa nie wiedziała, że w poniedziałek umrę na posterunku :)
Na chuja mi na prywatnej poczcie w sobotę wiadomość, że w poniedziałek będę miała roboty po kokardę i kucyki?
Wszyscy w piątek pracujący (SZTUK 5) wyskrobali statystycznie 1800 znaków ze spacjami, czyli jedną standardową stronę...
A stron mamy do zrobienia 250...