piątek, 28 lutego 2020

Urlop

mam, Kochany Pamiętniczku.
We wtorek obleciałam Akademię Rolniczą i teatr. Mam więc złożone papiery tu i tam.
W środę nakarmiłam Pierworodnego po pępuszek, jak za dawnych czasów i pojechaliśmy do Posnanii, gdzie kupiłam kuchenkę gazową, którą mają zainstalować w przyszłą środę.
Następnie przeżyłam 9 godzin bez neta, bo nam światłowód ktoś uszkodził. No nie całkiem, bo uzależniona jestem  jeszcze bardziej niż od alkoholu i umiem zrobić hot spot. Tym pięknym sposobem zużyłam jakieś 3 giga z niezużywalnego neta z telefonu, co Inżyniera niezmiernie ucieszyło. Bo co roku w Orange przepada mi masa gigabajtów, jako że w mieście nie korzystam z internetu namiętnie, a gdzie nie wlezę, to mam wifi :) A tu tadam... I panów z neta mam całkiem OK, bo grzecznie mi emilkami tłumaczą jak krowie na rowie, dlaczego nie ma neta, choć reszta ma nagrane na pocztę, że nie ma, bo awaria. Wiem, bo dręczony Pierworodny dzwonił do nich...
Tak to już jest z nałogami :P
Czwartek upłynął mi na poszukiwaniu rzeczy nadającej się do oglądania i pod koniec dnia odkryłam



którego nie ma na żadnej platformie, a jest wart grzechu nie tylko ze względu na obsadę, ale i na mój ulubiony wątek - sprawy prawnicze :)
Kupiwszy w hebe ostatni żel antybakteryjny myślałam, że udało mi się jeszcze w CEFARMIE online coś kupić, ale nie.
Następnego dnia anulowano moje zamówienie. Trudno.

W piątek rano wstałam z mocnym postanowieniem ogarnięcia tej kuwety, ale nie wyszło. Wygrał serial.
Jakoś mnie to nie boli, choć niejaki wyprysk na sumieniu mam, że ja taka nieposprzątana.
Ale nic to, ogarnę to jutro, jak Scarlett :)
Grzecznie do G. się dopukałam, pytając o dodatek, ale wyśmiał mnie. Mam urlopować spokojnie dalej i się nie nudzić.
Potem poszłam do banku i tadam: wyrównali i zapłacili, czyli dalej orka na ugorze za te same pieniądze, ale nie narzekam.
Zawsze to nie jest mniej, niż było, a przede mną wolne (w zasadzie) do 11 marca :)
A jutro na Manhattanie Pan od Pomidorków ląduje z bratkami i stokrotkami...
Kocham fejsa za takie nowiny...
Czyżby już naprawdę wiosna? :)

Mam urlop, Kochany Pamiętniczku, nieprawdaż? :P

niedziela, 23 lutego 2020

Pandora


Kochany Pamiętniczku.
I wszystko jasne.
Nieważne, kto rządzi, biednym zawsze w dupę.

Jedno wiem: ja swoje już przeżyłam i na pewno nie ruszę nigdy dupy. W żadnych okolicznościach przyrody.
Tylko młodych żal. Ludzi żal. I nie ma znaczenia, że to na razie fikcja.
Wiele rzeczy wydawało się fikcją, a życie je zweryfikowało.


czwartek, 20 lutego 2020

Trzeci

numer zamknęłam, Kochany Pamiętniczku.
I warzywka po drodze, czekając do 22.20  na ostatnie materiały, w domu, ale w sumie  mam juz na wszystko wyjebane.
Rozmowa z Bossem, że ojapierdolę. OK, chciał mnie na cały etat, podnosząc półetatową pensję o... 200 zł brutto.
No, chyba kogoś pojebało.
Odpowiedziałam spokojnie, że chcę mieć kasę, którą miałam, skoro nie ma podwyżek (a ponoć nam się leci w dół) nie interesuje mnie zwiększenie etatu... 200 zł brutto więcej za pracę przez cały miesiąc...
Bo księgowość... Bo księgowość nie wie, skąd się te kwoty biorą i czy może mi je dać.
Stare pierdolenie, bo nawet już nie śpiewka.
Jeżeli Boss napisze, że księgowość ma mi zapłacić milion, to księgowość okiem nie mrugnie i zapłaci.
Bo to nie jest kasa księgowości, tylko Bossa. Nie rozumiem jak on, znając mnie, może mysleć, że jestem taką głupią cipą. I że mi się wydaje, że skoro przejął cztery (nie dwa, jak myślała) interesy to robi to za piękne oczy?
A w chuj.
Może będę miała mniej kasy, ale przecież i tak jej do grobu nie zabiorę, co nie?
Zaległe 8 dni urlopu za ubiegły rok podpisał i... A powinno być 16 po 4 godziny. O to już nie walczę,nadgodziny od lat odbieram olewając siedzenie, gdy nie ma pracy, a i tak wciąż jestem na OGROMNYM plusie :)
Jest dodatek do zrobienia w tym czasie, gdy mam urlop.
Gazetę zrobię w 6 dni, mając wyjebane na autoryzacje i stanie w kolejce.
Dodatek zrobię w ramach urlopu, ale się nie skrzywdzę, nie ma takiej opcji.
A że koledzy się napracują?
Trudno.

Z teatru dziś dostałam kolejną dawkę.
Na mojego emilka, że nie są naniesione poprawki oraz że teatr wie, że w tym okresie nie ma opcji, że dla niego pracuję, że ma błędy poza moją jurysdykcją, pani odpisała, że...musi dziś dać do drukarni, koledzy się pomęczą, ona jutro ma wolne i...

No, kurwa.

W sumie co mnie to?

Wszyscy mają wyjebane. Mam i ja...

Odbieram polecony dla Synowej...

Babcia awansowała na jej matkę.
 Kontrola z MOPR była u mnie w poniedziałek...Halo, halo, kontrolo, babcia mojej synowej to nie moja bajka... W życiu nie była u mnie w mieszkaniu...
Ponieważ nie zastano mojej synowej w moim mieszkaniu, powtórna kontrola będzie w poniedziałek.
Tak się składa, że w poniedziałek nie pracuję, jednak nie mam zamiaru pilnować dzwonka, jak trafią, to opierdolę,...
A jutro emilka wyślę ze skargą do MOPR, Bo niewinna na 200% obsługuję sprawę, która mnie nijak nie dotyczy, tracąc czas.

Czas jest tym dobrem w życiu, którego nie należy trwonić.

Jest ograniczony co do ostatniej minuty.

środa, 19 lutego 2020

Ku pamięci

Kochany Pamiętniczku.
Dwa dni, kiedy na życie zostały mi tylko dziennie 2 (słownie: dwie) godziny. Tradycyjnie nikt nie widzi w tym nic dziwnego, "bo ja też siedzę". Opcja, że siedzi na własne życzenie nikogo, kurwa, nie wzrusza.
Moja sąsiadka, widząc mnie mocującą się z zamkiem, z ironicznym uśmiechem rzecze: co tak późno wracamy?
Bo, kurwa, pracujemy.
Po pijaku łatwiej otworzyć zamek, powinna o tym wiedzieć, ale ona chyba w życiu pijana nie była, taki model :)
Alienek na prośbę Synowej (bo ja prosiłam, żeby tak powiedziała, jako że ma fazę na nierobienie mu zdjęć: Alienek, uśmiechnij się dla babci, odrzekł stanowczo: No, thank you.
Zapisałam w kajeciku. Nie wybaczę, a może u wybaczę.
Cholera wie.
A dziś nieco krócej, ale się działo.
Znaczy się, do 14 nic. Ale siedziałam cicho na dupie, nie denerwując ludzi.
O 14 emilek od Bossa, że dupa w troki, bo drukarnia czeka, więc silni, zwarci gotowi, pracujemy...
Ano, pracowali, co polegało na tym, że co chwilę drzwi się uchylały i banda sępów sępiła, czy pracuję, czy gram i dlaczego ich tekst tak długo lezy odłogiem.
Pomijając, że to nawet merytorycznie nie było dopracowane, bo nazwy związków chemicznych, których ja, kurwa, nie mam prawa znać, marki, preparaty, daty były w chuj w Kosmos...
Tak, wiem, Inżynier zwrócił uwagę, żeby nie kurwować, bo dzieci powtarzają. Mniejsza z większym, nauczą się, jak nie ode mnie to gdzieś tam :)
Ogarniałam zatem, sypiąc w końcu kurwami bez krępacji, jako że co poniektórzy dziś na ciężkim kacu pracowali.
Ja nawet nie miałam gdzie piwa kupić, bo do Żabki się nie zniżę, a na stację benzynową nie dowlokę, choć to rzut beretem niby jest. 
A na dokładkę Boss znalazł dwie literówki, tragedia. Dramat. Szekspirowski.
Znalazł PRZED wysłaniem do druku, więc?
Mówię, że nadaje się do korekty i jak go zwolnią z szefowania, ma posadę jak znalazł :)
Myślałam, że jebną wszyscy ze śmiechu.
Coś tam jeszcze, idę do niego do gabinetu i... ma kolejną literówkę.
Cud, że wylewu nie dostałam, już wypowiedzenie chcę składać, ale idę, sprawdzam i...
Co ja paczę?
Sprawdza teksty złamane "na ślepo", przed jakąkolwiek korektą.
KURWA MAĆ.
A ja już jedną nogą na OIOM...

Więc drukuję tekst aktualny, niosę i mówię: konia z rzędem, jak pan znajdzie błąd...
No ja przecież żartowałem.

KURWA.
A ja ciśnienie mam chyba poza skalą.
Ale uśmiech na ustach, choć w sercu ból...
Będziemy JUTRO rozmawiali, bo ta kasa się nie zgadza.
Chce mi zwiększyć etat.
A ja w dupie mam zwiększenie etatu za 82 zł :)
Mi dobrze na tym co mam.
Zwiększy mi etat, kasy nie da oprócz tych 82 zł, a ja będę musiała w miesiącu więcej siedzieć, przynajmniej symulując pracę, a on będzie mnie wymagał na każde skinienie, a urlopu - już większego i tak nie będę miała jak odebrać.
W mordę jeża.
Trzymajcie kciuki jutro, bo nie dam się, a mogę wszystko stracić :)

On marzy, żeby wszyscy pracowali 24 godziny na dobę, bo to świadczy o zaangażowaniu.
A ja taka jakaś niepasująca.  No dobra, idealna, ale na moje, że trzeba mu w tekst powstawiać symbol "razy", a nie zwykłe x odburkuje, że się zawsze czepiam. Nie czepiam, kurwa, nie moja wina, że nie umie tego wstawić. A dla kogoś, kto dba o jakość - iks a razy robi naprawdę różnicę...
Wystarczyło dać w innym programie do poprawy, ale cóż...
Dobra, olewam.


W szparze unijnej kolejne awizo do Synowej.
Jej Tato był w MOPR, ale nie mieli czasu z nim rozmawiać. Tacy zawaleni robotą. I reszta rodzimy też dostaje nowe pisma.

Cóż rzec: kurwa mać. Machina urzędnicza wobec umieszczenia babci w domu opieki. Której nikt tam nie zamierza umieszczać.
I jak nie kurwować?

Polecony odbiorę, jak znajdę czas.
Czeka na mnie fryzjer, z dala mi się już kłania.
Kuchenka gazowa.
Akademia Rolnicza.
Teatr, nie wiem, czy mają jeszcze formularze.
Teatr nie dosłał PIT.
PIT do wypełnienia.
Co dzień mam problemy z routerem wracając z pracy, od lat tego nie miałam.
Poszłabym do kina.
Na kijki tylko z utęsknieniem patrzę.
Mam stos zaległych lektur, nie mówiąc już o serialach i filmach, aaaaa, a gazety?

No ale Arbeit macht frei.
Wiadomo od dawna. Nawet jak za tym kasa nie idzie...
Bo była literówka...

I tym optymistycznym akcentem się żegnam z tobą, Kochany Pamiętniczku :) 

Odpalam i od razu wyskakuje Inżynier...
Skype...
Bo ledwo dycha, bo to mieszkanie, bo chce wyjechać już, bo...

Mimochodem mówię, że brać na wstrzymanie. Że tego też się trzeba nauczyć. Bo spierdalał do UK tak, że w niedzielę odebrał dyplom, a w poniedziałek już był w UK.
Nie polemizowałam, nie zatrzymywałam, była swoboda.

Wiem, że mnie kocha, chociaż słowa, że wraca m.in. bo ja się starzeję wrzucam na luz i nie pękam...

Każdy jest kowalem swojego losu, nic nie żałuję.
Ale czasem wystarczyło posłuchać matki.
Nie zawsze dobrze się wychodzi na niesłuchaniu rodziców.

Ja wyszłam dobrze na słuchaniu matki, która umierając młodo, tłukąc się latami z mężem alkoholikiem, mówiła mi: ty się, dziecko, ucz, bo tego co masz w głowie, nikt ci nie zabierze. I zawsze bądź niezależna od mężczyzny. Ona zarabiała jako nauczycielka 920 zł, do dziś pamiętam, a ojciec jako kierownik w spółdzielni 2500 zł.Utrzymywała za tę kasę dom. On swoją pensję przepijał, bywało, że po wypłacie wracał do domu bez niczego. A ja nie dostałam ani akademika, ani stypendium, bo ojciec za dużo zarabiał, nie muszę chyba mówić, że nie dostawałam od niego ani grosza, bo miał już drugą żonę, która stwierdziła, że skoro jej córka poszła po maturze do pracy, to dlaczego mają mnie na studiach utrzymywać, też mogę pracować :)

A, long story.
Moje dzieci znają tę bajkę, przeżywały ją razem ze mną latami, gdy utrzymywałam nas z mojej pensji, bez grosza alimentów, bo szkoda mi było zdrowia i kasy na szarpanie się. Gdybym wystąpiła o alimenty, rodzina Eksa zadziałaby tak, że to my jemu musielibyśmy płacić alimenty :P Mieli w kieszeni całą masę prawników :)
Pierworodny był dzielny, pomagał, studiował zaocznie i pracował.
Wyjeżdżając, a właściwie wiejąc na skutek swojej głupoty przed wojskiem obiecywał: pomogę mamie dociągnąć Inżyniera.
Potem pojawiła się jak diabeł z pudełka Synowa i wszystko poszło się jebać, ale co tam :)
Inżynier też pożył po swojemu, może mądrzej, ale po swojemu, był raj i hasta manana do czasu aż pojawiła się... kolejna Synowa. Sama w pewnym momencie - jak na złość dziś przyznała oficjalnie na FB, że umie o siebie zadbać. Cenię taką bezpośredniość, albowiem czasami myślę, jaka to ze mnie zimna suka.
The bitch.
Ano :)

Jest cudnie :) Niczego nie żałuję, mam wspaniała życie, cudną rodzinę, ale może i ja któregoś dnia...
... zapragnę żyć po swojemu...

... wsiąść do pociągu byle jakiego...

... nie martwiąc się, że komuś sprawię ból.

Kusi.




poniedziałek, 17 lutego 2020

Blogowi

się coś wygło, Kochany Pamiętniczku.
Mam wyzerowaną liczbę odwiedzin, ale komentarze są.
Mniejsza z większym, nie takie świat dramaty zna :D
Jakoś tak sobota się zaplątała i niedziela też.
Inżynier mnie przyłapał, gdym na zakupy bieżyła, a skoro dziecko o nietypowej porze prosi o audiencję, to wiem, że się coś dzieje.
Wzdech, zakupy poszły w kąt. Okazało się, że Alienek został wysłany do kina z matulą i w domu panowała błoga cisza.

Kalafiorkówna, leżąca na Inżynierowskim ramieniu tylko mordkę zbananiała, westchnęła, oczki jej opadły i... zasnęła. Tak ją dźwigał, aż mu ręka omdlała, ale mówił, że jak odłoży, to się obudzi.
No musiał się wygadać, bo ta cała przeprowadzka to nim szarpie.
I ja to rozumiem.
Alienek wracał z kina i nie chciał do domu, ale jak zobaczył prze okno laptop z babcią na nim, to wprysnął i pogadał.
Cieszy mnie to, że do mnie ciągnie.
Aczkolwiek na propozycję zrobienia fotki dla mnie odparł krótko i zwięźle: no, thank you.
Trudno, ja na propozycję zrobienia mi zdjęcia reaguję brzydkim gestem, więc jesteśmy kwita :D

Moje geny.

A potem zaskoczył mnie Pierworodny, proponując inwazję na chałupkę.  No i pytam: o której, a ten: 13-14.
Nie zaprotestowałam, dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wmelili się na obiad.
Nigdy więcej.
Każę się anonsować z wyprzedzeniem.
Bo znów: to w ząbki wchodzi, to nie smakuje.
I chuj. Jestem z pokolenia, które jadło wszystko. No, prawie wszystko, bo mama nawet głodem nie zmusiła mnie do zjedzenia plędzy i kopytem.
Po wyjściu za mąż zostałam wielbicielką plędzy i kopytek.
Dziś jem wszystko, oprócz marcepanu. No, nawet marcepan zjem, ale nie jestem fanką.
Pierworodny nie lubił kalafiora i ryb. Po ożenku je wszystko, oprócz ryb.
Ich dzieci z kolei mają fantazję. To zjem, tego nie zjem, oni sami grzebią na talerzu i nie, że ja źle gotuję. Po prostu każdy z nich bebła i tyle. I zostaje masa rzeczy do wyrzucenia, co mnie wkurwia.
Bo nauczona jestem "zjadać wszystko z talerzyka, tańczyć kiedy gra muzyka".  O ile potrafię zrozumieć, choć mnie skręca, wydłubywanie pieprzu z moich zup (Zmorka wie, o czym mówię), bo uwielbiam ziarnka pieprzu sypać do zup garściami, potem wygotowane zjadam i NIC mi nie jest, a pieprz jest polecany, to odsuwanie a to tłuściejszego kawałka mięsa, a to kawałka kalafiora (kurwa, kalafior 9 zł, zielony, wypasiony, zimą, bo to łodyżka, a pani łodyżki nie tyka, tylko różyczki), to japierdolę.
I tak z talerza spora porcja .ląduje w kuble. A mięso to był schab, bez grama tłuszczu, bo się wytopił, pieczony 5 godzin w brytfannie, bez kropli wody.
Nie, sorry. Sorry, Synu, jak będziesz znów słomianym wdowcem, zapraszam na obiad, bo zjesz wszystko i animrumrasz.
A z rodziną: na kawę.
Ja np. nie piję nic do obiadu, a oni i owszem. Pytam: kawa, herbata?
Nie, muszą mieć wodę mineralną i soki.
Ja piję przegotowaną wodę z kranu i żyję i nie wiedzę powodu, dla którego mam kupować coś ekstra, zwłaszcza dla gości, którzy się sami wpraszają.
Nie mówię, było OK, ale takie drobiazgi nakręcają mnie i to zdrowo.
Pytam: następna niedziela jakieś plany?
Jadą do O.
WTF?
Przecież nogami się zapierali, że nie tam.
No ale musi wciąż przeglądać rzeczy z UK.
WTF?
Rzeczy przywieźli we wrześniu czy też październiku, prawie co tydzień są w O,
Ile oni tego nawieźli - śmiecia, bo rzeczy do segregowania po przeprowadzce to miałabym może na 2-4 dni.
MW ma 8 kurtek.Kupują jej 9. w lumpeksie, bo okazja.

Jednak nie ogarniam rzeczywistości już chyba.

A dziś 10 godzin w pracy, pracowicie, ale...spokojnie.
Jeszcze 3 dni.
A potem piekła nie ma :)

piątek, 14 lutego 2020

Walentynkowe

i fuckowe szaleństwo ogarnęło cały świat, Kochany Pamiętniczku.
Taki czas.
Ale...  Posłanka, pokazująca fucka w geście triumfu, bo wygrała "ich"opcja, kosztem - no cóż - zwykłych ludzi, rząd dał kradzione na propagandę, żeby wygrać wybory, a zabrał no komu - hołocie, bo przecież ci na dole to hołota...
Moja D., moja paskudna, wredna, ale kochana D.jest właśnie na onkologii, po operacji. Są przerzuty. Na SMS nie odpisuje. Nie odbiera też telefonów od innych. Znam obie jej córki - jedna będzie na dniach rodzić. Tego się bała, idąc na operację, że nie pomoże córce. Niestety, jej dziewczyn nie ma na FB, szukałam.
Nie wiem, jak mogę pomóc.
D. jest (bo wciąż jest, kurwa mać) zwolenniczką PiS do szpiku kości. Na mój rechot z Macierewicza o mało nie dostała zawału, więc odpuściłam, bo co będę się kopać z dobrym człowiekiem, który mi bezinteresownie życie uratował, gdy z objawami zawału dotarłam lata temu do redakcji, po otrzymaniu pisma od komornika, że mam spłacać 8 tys. długu po moim zmarłym bracie. Zmarłym ponad 10 lat temu wtedy. Dzisiaj zapłaciłabym te 8 tys. nie mrugając okiem, trudno, to tylko pieniądze. Ale wtedy stówa na miesiąc była dla mnie kwestią życia i śmierci.
Więc odpuszczałam D.politycznie, bo co ja za to mogę, że dobry człowiek ma nie po kolei w głowie?
D. wtrącała się też w życie swoich bliźniaczek z kaloszami i mnie wyzywała, że olewam dyrygowanie chłopcami, bo powinni słuchać matki.
Powinni, jak nie słuchali, trudno. Sami płacą własne rachunki. Życie.
Opierdal zbierałam też za to, że tyję. Bo ona chudnie. Że nie chodzę do lekarza bez pistoletu przy głowie.
Bo ona kolędowała za nas obie.
Że nie kupuję złota, tylko elektronikę. Bo na co komu potrzebny ajfonik, jak pierścionek na palcu z przeceny jest zajebisty? :P Bo złoty... Złoto jest w życiu ważne.
Jesteśmy naprawdę z innych planet.
I nic, teraz, kurwa nie mogę zrobić. Wszystko jest niczym.
A ukochany PiS D. właśnie przekazał 2 miliardy złotych na telewizję, zamiast na onkologię.
Kurwa, co choremu onkologicznie z pisowskiej TV?
Może i ja jakieś raczysko mam, o którym nie wiem (odpukać, profilaktykę i badania przesiewowe mam gdzieś, nie robię mammografii, innych chujów mujów, bo nie). Może i ja, mówiąca, że nie będę walczyć, jak coś spróbuję?
Nie wiem.
Mam nadzieję, że nie będę musiała decydować, że pewnego pięknego dnia po prostu pójdę w stronę słońca, w stronę słońca aż  po horyzontu kres... i wiem, bez fałszywej skromności, że paru osobom mnie zabraknie, ale cóż, każdy idzie w stronę słońca aż po horyzontu kres, zostawiając za sobą takie drobiazgi, jak nikomu niepotrzebne przydasie, które gdy na nie patrzy właściciel, zapierają w sercu dech... Marzenia, niedokończone robótki i inne takie tam... Nieprzeczytane książki, nieprzeżyte miłości.
Czasem nawet oberwanie pełną puszką piwa w łeb może być lepszym wyjściem z sytuacji, aczkolwiek, halo, halo, chcę jeszcze do memłona na chwilę przytulić tę Łajzę Alienka i tę idealną Kalafiorkównę, i usłyszeć Małowiedźmowe: nie wiem, i Papryczkowe: ja nie chcem...
Ale na to już nie mam wpływu.
Ale D., gdybyś nie była taka uparta, byłoby te 2 mld (a to fajna kwota, co nie) więcej na ratowanie Ciebie.
I ta pojebana posłanka, posyłająca fucka wszystkim chorym...

A to ja.

Stara Jędza we własnej osobie. Też wykonuję ten niecenzuralny gest. Dziś wieczorem sobie to uświadomiłam.
Mam tę fotkę na tle na FB, od lat.
Obrywałam za nią od ludzi, którzy mnie nie znają, a gdzieś tam się na nią natknęli, jak ripostowałam.
Że stara, a niekulturalna.
Że się stawia, a głupia jak but.
Nie odpowiadałam, bo po co?
Nawet Inżynierowa dziś powiedziała, że myślała, że pokazuję fuck you, bo wlazłam tam, gdzie nie wolno.
A ja po prostu wlazłam na wieżę Merlina, ponad 380 stopni, po schodach tak wąskich, że mi się dupa na zakręcie nie mieściła, zdechłam na szczycie, czołgając się i czując, że zaraz zlecę i nawet krajobraz mnie nie zachwycał, bo miałam wrażenie, że lecę w przepaść, a potem zlazłam. Przede mną lazł Baran, szparag, trzech Baranów mieściłoby się na tych schodach lekko i cykał fotki... Na chama je cykał, a miał dobry aparat, więc gdy wylazłam z tej pułapki pokazałam mu to, na co uczciwie zapracował :) Wiedział, Skubany, że nienawidzę fotek, a co dopiero po takiej łazędze.
Przeżył, i nawet mi manta nie spuścił :P
I się nie fochnął za obrazę Baraniego majestatu...

Czasami myślę, o ile prostsze byłoby życie, gdyby ludzie uświadomili sobie, że na tamten świat - jaki by on nie był - pójdą z gołą dupą.

Nie wiem, czy ktoś nas tam oceni, czy nie, ale sądzę, że warto nie pluć rano na lusterko, myjąc zęby czy goląc się.
Może jestem megalomanką, ale mój fuck jest słodki i fajny. Dlatego nie zmienię zdjęcia w tle, bo jestem na nim  młoda, piękna i szczęśliwa, mimo że na pozór niezbyt dobrze wychowana :D Ale to jak pisałam - inna bajka :)






środa, 12 lutego 2020

Nie do wiary

Kochany Pamiętniczku, jaki dziś spokojny dzień.
A wczoraj, ojapierdolę.
Po wyjściu z pracy złapałam piątkę, a że piździło tak, że w zimowym płaszczu mnie podwiewało postanowiłam, że pojade prosto do domu.
Przesiadam się na skrzyżowaniu, wysiadam z tramwaju, idę spokojnie, a tu nagle koło głowy przelatuje mi puszka z piwem (pełna, jak się później okazało), ledwo zdążyłam się uchylić, puszka walnęła w tył tramwaju i rozprysła się na torach. A kretyn, rzucający tą puszką miał jeszcze w ręku dwie kolejne.
Wprawdzie był to VIP, no ale osobiście byłoby mi szkoda każdego piwa, na które byłoby mnie stać.
Rzucał, bo mu tramwaj sprzed nosa uciekł.
Aniele Stróżu, mój piękny, thank you, że znowu kręciłeś się w okolicy. Do domu dojechałam roztrzęsiona, oczami duszy wizualizując sobie trafienie puszką w mój stary, siwy, na pół łysy głupi łeb :)
Wchodzę do bloku, otwieram szparę unijną, a tam awizo siedzi. Nie na mnie, ale...
Jaja jak brylanty.
Awizo na imię i nazwisko - no właśnie - kogo?
Bo mamy na stanie w rodzinie dwie takie panie - Małą Wiedźmę i żonę Inżyniera. Obie mają to samo imię, no i nazwisko.
Ale borze liściasty - nigdy u mnie nie mieszkały, nigdy nie były tu meldowane i nikomu nie podawaliśmy tego adresu, więc WTF?
Inżynierowa jest z Pyrkowa, jej ojciec ma tu mieszkanie, nie wiem, czy jeszcze jest u niego zameldowana. Bo ja Inżyniera nie wymeldowałam nigdy, bo nie miałam jeszcze mieszkania własnościowego i meldunek był jedynym sposobem, żeby mieszkanie dla nich zatrzymać, gdybym poszła do Abrahama na piwo. Pierworodnego wymeldowałam lata temu, jak mieliśmy policyjne naloty, żeby mogli sobie sprawdzić, że rzeczony obywatel tu nie mieszka.
Skąd więc to awizo?
Piszę do Inżynierowej, a ta, że nie ma opcji i mi nie wierzy.
Piszę do Pierworodnego i Synowej i też oczy kwadratowe robią i idą w zaparte, że to nie do MW.  Zresztą MW meldowana u dziadków w O., i o ile dobrze pamiętam akt urodzenia też stamtąd ma. Więc WTF?
No ale Pierworodny pisze, że przyjedzie z MW i pójdzie ze mną na pocztę.
Zatem o 18 popylamy na pocztę, po drodze o mało nie rozjeżdżają nas na osiedlowej drodze małolaty. Wdają się jeszcze w pyskówkę, obrzucając nas obelgami (przechodziliśmy jak najbardziej prawidłowo, oni skręcali, gdy my byliśmy już w połowie jezdni i o mało nas nie rozjechali, nieważne, w razie W byłaby ich wina, ale mi jeszcze życie miłe, więc i Pierworodnego odciągnęłam, bo się rwał, idiota, czwórka małolatów napakowanych)>
Poczta.
Oddaję awizo i grzecznie, że nie wiem, czy do synowej, czy do wnuczki, bo jakoś się nie wyróżniają niczym :) Pani tylko pyta, czy mieszkają ze mną. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, bo i tak nie sprawdzi, a ja list chcę odebrać, bo polecony to nic dobrego. Pytam tylko skąd. MOPR. No, myślę sobie, MW. Może o coś składali, może ktoś nakablował, że dziecko poniewierają (joke, nie ma opcji), odbieram.
Daję Pierworodnemu, otwiera, i zatapia się w lekturze, a mnie skręca.
Więc odbieram mu list i widzę, że zaczął studiować pierdyliard linijek z paragrafami, datami, odwołaniami itede, itepe. Noja jestem cwana gapa, rzut oka na całość i już wiem o co biega. Ale nic nie rozumiem... (rzut oka, bo ja jestem korektorką i czytam błyskawicznie).
Otóż z pisma wynika, że wnuczka będzie musiała być może łożyć na utrzymanie babci Czesławy K., przebywającej w domu opieki społecznej, blabla, bla. Utrzymanie babci kosztuje prawie 5 tys. miesięcznie i brakuje po odciągnięciu jej emerytury prawie 4 tysięcy.
I pierdyliard kwot dochodowych, paragrafów, trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Kurwa.
Kim jest Czesława K.
Bo moja wnuczka, szanowna Mała Wiedźma jako żywo nie posiada na stanie żadnej babci Czesławy K.  Babcia z O. ma na imię Justyna i nazwisko na W. Ja odpadam, bo jedyna Czesława, jaką znam, to moja macocha, ale ona miała moje nazwisku (tfuj), a poza tym nie żyje, więc jako żywo, nawet gdyby wyszła za mąż kolejny raz, to i tak MW nie miałaby z nią nic wspólnego. No i jak dziewięcioletnia dziewczyna ma płacić za dom opieki...
I nagle - olśniło mnie.
Pismo jest do żony Inżyniera. Rzeczona Czesława K. jest jej babcią, którą ja znam, a którą widziałam kilka razy w życiu. Ale do niej nikt nie mówił Czesiu, nawet jej zięć, a ojciec Inżynierowej mówi o niej zawsze babcia.
Jej nazwiska nie znałam, bo to matka matki Inżynierowej.
Ale olaboga, babcia, aczkolwiek leciwa, w latach posunięta, już po dziewięćdziesiątce, po wylewie leży w domu u zięcia i jak ją ostatnio widziałam była zachwycona, bo wnuki jej kupiły odbiornik TV, żeby mogła z łóżka oglądać TV, bo już nie daje rady popylać z balkonikiem...
No to lecę do domu i zapraszam na Skype.
I mało mnie szlag nie trafił, bo tak ze mną rozmawiali, jakby byli oburzeni, że to do mnie przyszło :P No bo ja specjalnie.
A Synowa: otworzyłaś list? Tonem karcącym.
Tak, otworzyłam, bo nie wiedzieliśmy do której z pań :)
I dobrze, bo termin był 7-dniowy, a trudno by go było dotrzymać, gdybym położyła nieodpieczętowany list na stole i go kontemplowała z należytą czcią i szacunkiem. 
Przecież to nie moja rodzina i nie moja sprawa.
Skontaktowała się z siostrą i z ojcem - oni też dostali takie pisma, ale dawno temu i olali.
Okazuje się, że kilka lat temu, jeszcze przed ślubem Inżyniera, rodzina rozważała opcje umieszczenia babci w DPS, ale rozeszło się po kościach i babcia tam nigdy nie poszła.
MOPR po paru latach się zmobilizował i zabijcie mnie, nie wiem, skąd wziął dane Inżynierowej (która wtedy, gdy to rozważali miała panieńskie nazwisko, obecnie ma mężowskie i w życiu nigdzie nie podawała mojego adresu w zestawieniu ze swoimi danymi osobowymi).
Niezbadane są drogi pierdzistołkowej biurokracji.
I nic dziwnego, że nie ma pieniędzy w systemie, skoro marnują środki na rzeczy, które nie zaistniały nawet.
Chyba już nic mnie nie zdziwi :)

Chociaż w pracy G. powiedział mi, że na Małą Wiedźmę, jako niepełnoletnią nic by nie wysłali, czepialiby się jej opiekuna prawnego, czyli rodziców.
Jak miło :P

I dlatego środa mnie tak zachwyciła, bo nic się nie działo, choć dalej piździ jak w Pucku, gdy Duda tam pojechał :P :)

poniedziałek, 10 lutego 2020

230

stron w 3 godziny, Kochany Pamiętniczku, to piękny wynik, nieprawdaż?
I nie, nie korekciłam, czytałam.
Ja, czytająca książkę dla przyjemności, koniec świata pani Popiołkowa.
A tak szukałam w Arosie Kici Koci dla Kalafiorkówny i myślę sobie, że po dwie książeczki lecieć do miasta to nie warto. 
No i tak mnie naszło, że zupełnie nie pamiętam, co było w Zapałce na zakręcie. Nigdy nie miałam tej książki na własność, to była lektura z czasów, gdy chodziło się po książki do biblioteki, kupić coś w księgarni to było jak wygrać milion w totka.
A pamiętam, że po lekturze tej książki miałam nieprzespane noce i wciąż myślałam i myślałam.
A do dziś nie pamiętałam już z niej nic, poza tym uczuciem, że bardzo ją przeżywałam, jak mrówka okres.
No to wrzucam w szukaja i jest - niecałe 15 zł.
Piękne wydanie, twarda okładka.  Nie taką pamiętam, bo okładkę pamiętam, była charakterystyczna kreska


To chyba Nasza Księgarnia taką serię wydawała. 

A moja nowa powyżej. I... Chociaż jest bardzo "smrodliwa dydaktycznie" nie jest głupia i jest ponadczasowa. Inaczej odbierałam ją jako nastolatka, zafascynowana wątkiem miłosnym i perypetiami bohaterów.
Inaczej odbieram ją dziś, jako stara kobieta, z bagażem doświadczenia  życiowego.
Ale są w niej prawdy, które nie tracą na znaczeniu z upływem lat.
Żeby zawsze mówić prawdę i nie bać się jej konsekwencji.

Przy okazji dowiedziałam się, że to jest trylogia, no i oczywiście z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Wiedziałam, że Siesicka dużo pisze, ale... ugrzęzłam w innych sprawach, wtedy ważnych i nie trafiłam na wiele z jej książek, jako że już nie chodziłam do półek z literaturą młodzieżowa, zajęta byciem matką Polką.
Zamierzam ten błąd naprawić, bo chyba dziecinnieję. Nie mogę przebrnąć przez pól książki naszej szacownej noblistki, ale takie czytadła wciągam bez oporów.
No, ale kto bogatemu zabroni?
Jakie to piękne wrócić do świata,w  którym człowiek jest młody, nie męczy go wchodzenie po schodach, a na widok TEJ osoby ma motyle w brzuchu.
I nie, nie żałuję, że u mnie czas motyli już za mną.
Żałuję - o dziwo - czasu bycia z ludźmi.
Ja, która z nimi być nie za bardzo lubię.
Ale bycia tak naprawdę, nie po drugiej stronie światłowodu, bez umawiania się jak na bal do Elżuni, bez smartfonów i SMS.
Bez wiecznie włączonego wszędzie odbiornika TV i informowania mnie, że teraz mam poczekać, bo on właśnie rozmawia ze swoim ojcem, który jest gejem...
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka,  seriale mam na kompie i namiętnie oglądam je w samotności, nie zanudzając nikogo historiami samotnych ojców gejów. Dzieci do dziś wypominają mi, że 19.30 była godziną świętą, ale... Nie było wtedy Internetu i wiadomości nie rozchodziły się błyskawicznie, a mój zawód wymagał wtedy bycia na bieżąco ze wszystkim, pracowałam w gazecie codziennej.
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, spotykając się z kimś nie lecę jak oszalała do telefonu, gdy dzwoni i nie mówię, że muszę odebrać. I nie odpowiadam ani na SMS, ani na MSG.
Telefonu nie ma, jest człowiek i on jest ważny.
Ten po drugiej stronie też, ale na niego przyjdzie jego czas.
I do takiego świata wracam w tych książkach.
Już się nie mogę doczekać, kiedy odbiorę książki :)

W pracy witali mnie z orkiestrą i na czerwonym dywanie, orkiestra touche i wywiady na temat zdrowia.
Podziękowałam Bossowi za możliwość pracy online, bo co z tego, że mogłam nie pracować, jak chcę pracować jeszcze długo?
Ale nie poruszyłam kwestii wypłaty, bo choć jest capo di tutti capi i dla warzywek, to zielonego pojęcia nie ma o kwestiach finansowych i zanim wytłumaczyłabym mu, o co chodzi, słońce zaszłoby za borem.
Poszłam do naczelnej i aczkolwiek znów się denerwowała, jak to ona, wyjaśniła sprawę. Po prostu - tak jak myślałam - wliczyli mi to do pensji i tym pięknym sposobem oddali moje 82 zł do ZUS.
Mają wyprostować.
Zobaczymy.
Jak nie naprostują, żegnamy się z warzywkami.
82 złote tym złodziejom? To tyle wolę co miesiąc na książki wydać, lista jest długa :D 

Wichura u nas tak jakoś bez wichrzenia przeszła, u Inżyniera kubłami na śmieci się pobawiła.
Kotki są na wycugu przeszczęśliwe, albowiem nie ma tam małych dręczycieli.
Wciąż czekamy na zakończenie spraw mieszkaniowych.

Życie jest czekaniem.



czwartek, 6 lutego 2020

Dwa

tygodnie minęły, jak jeden dzień, Kochany Pamiętniczku.
Po zamknięciu rozbierało mnie jak na strip-tease, ale kto jak nie ja?
W piątek polazłam do warzywek.
A w sobotę już na dnie z honorem ległam i nawet Inżynier na Skype zakpił: mama w piżamce jeszcze?
A mama konała cicho i powoli....
W poniedziałek maszynki z zapytaniem, kiedy mnie zobaczą.
A umówieni byliśmy, kurwa, na środę.
Mam najebane w tym głupim łbie, ale sklerozy jeszcze nie mam.
Więc słodko odpisałam:  będę w środę. Jestem online.
W środę, jak ten włóczęga znad Bajkału ostatkiem sił wsiadłam do łodzi, wróć, do bimby i dojechałam.
I rzężąc, i kaszląc mówię, że jestem, ale... No mogę online. Ale maszynki z rozkoszą, że oni będą przeszczęśliwi, jak mnie w czwartek zobaczą na własne oczy, bo oczywiście, kochają mnie miłością wielką jak cały świat i żyć beze mnie nie mogą.
Na sayonara naczelny powiedział, że dostał kopa szczebel wyżej i moim nowym naczelnym będzie Boss.
Nosz, kurwa, w każdym miejscu, gdzie pracuję, Boss jest naczelny. Ojapierdolę. Ile godzin ma doba?
No nic.
W nocy miałam wrażenie, że wypluję żołądek i jelita. Kaszleć mogłam tylko na kiblu. Taki urok :)
Więc rano piszę, że sorry, ale umieram.
I nie, nie będzie radosnego seksu na mój widok.
Przyjęli do wiadomości, a ja, o dziwo, spokojnie zamknęłam wszystko online i jakoś nikt nie umarł.
Do lekarza poszłam i po raz pierwszy od lat trafiłam na kobietę z jajami i głową na karku. Powitała mnie, gdy wchodziłam do gabinetu słowami: pani SJ, witam.
Zatkało kakao. Jak żyję, żaden konował mnie tak nie witał. I była rzeczowa, bez srania w banie, zapisała leki, nie suplementy, w aptece zostawiłam niecałe 50 zł, szok.
Do badania nie kazała zdejmować stanika ani nic, nie jojczała, że tego się nie leczy antybiotykiem.
Miałam ostre zapalenie oskrzeli.
Dostałam antybiotyk osłonowo, ale przespałam dopiero noc z poniedziałku na wtorek.
Poprzednie noce dusiłam się, wypluwając płuca.
Wątroba od czosnku sterczy jak wieża Eiffla :)
Zapisać w kajeciku: zapierdalać do konowała, nie kozakować. Metody naturalne są dobre u młodych i zdrowych. Ja jestem stara, schorowana i na wykończeniu :D Chemia rządzi i wymiata :)

Ostatni raz tak chora byłam ponad 30 lat temu, gdy wprowadziliśmy się tu, a nasze osiedle to była "końcówka rurociągu" i mieszkania były niedogrzane w chuj.
Mieszkanie niesprzątane, bo siły nie miałam, zapasy wyjadałam (a mam jak na III wojnę światową).
I z leksza mnie szlag, że Pierworodny wiedząc, że matka konająca milczy.
I zonk: odzywa się Synowa. Że wyjeżdżają na weekend do O. (deklarowałam, że jak coś wezmę MW na tydzień). Czy czegoś nie potrzebuję, bo wie, że jestem chora i wleci.
Podziękowałam.
I jestem cała szczęśliwa, bo chociaż jedna Synowa JEDNAK o mnie myśli.
Nice.
W międzyczasie piszę do firmy, że  na dnie z honorem ległam. I że nie ma opcji, że w ramach - kurwa - wolnego, zrobię dodatek. Bo nawet trzy zdrowaśki w piecu mi nie pomogły, więc mają sobie szukać innej korektorki, bo... Natchnęło mnie, Bossowi do wiadomości posłałam. On jeden odpisał, że absolutnie zabrania nawet na jedną zdrowaśkę do pieca i pyta, czy redaktorzy poradzą sobie sami, czy będą męczyć SJ.
Nie, nie poradzili sobie, męczą.
Wiedziałam o tym, no cóż.
Ale praca z domu, gdzie spokojnie oglądam film i wyskakuje mi powiadomienie, że jest emilek z pracą, gdzie jest mój kibelek, gotuje się obiad to całkiem inna bajka, jak czekanie godzinami na pracę i powrót do domu w zatłoczonej bimbie.
I zonk. Pensja. Nie ma pensji z warzywek, ale jest ojapierdolę pensja. Ale... O 82 złote mniej niż z zestawienia pensji mojej z warzywami. Warzywa przejęło z powrotem moje wydawnictwo. I znów mam problem: będę musiała iść się wykłócać. Bo nie odpuszczę tych 82 złotych. Nie, nie będę korekciła za o tyle mniejszą kwotę. Pracuję od 10 lat bez podwyżki. Miałam z warzyw na zlecenie, więc miałam te 82 zł więcej. Nie, nie miałam w ręku żadnej umowy, a i teraz nie mam. Ale wolę leżeć do góry dupą, jak pracować za mniejszą kasę.
W końcu i tak umrę, nieważne, ile zostawię na koncie.
Czeka mnie więc kolejna przepychanka z Bossem.

A, i fish and chips  kupiłam.
Namęczyłam się, żeby piekarnik włączyć.
Włączyłam.
A i tak zgasł, fish and chips zostały niedopieczone.
Rozmawiam z Inżynierem i dostaję polecenie: kupić nową kuchenkę.
Kurwa.
Co druga kuchenka w moim życiu jest do dupy. Najlepsza była wystana przez Eksa w dwutygodniowej kolejce - Ewa, na kredyt MM, w zajebistym brązowym kolorze, przeflancowaliśmy ją do bloku, bo blokową sprzedaliśmy (piekarnik był do dupy, ale wtedy wszystko schodziło na pniu).
Ta ma 6 lat i wszystko w niej pada, a ja się gazu boję, mieszkam w dziesięciopiętrowym bloku.
Nie chcę mieć na sumieniu 45 mieszkań.
I nie, nie kupię płyty indukcyjnej ani nic na prąd, bo za gaz, odkąd tu mieszkam płacę... 8 zł.
Nie mam licznika :)
Nowa kuchenka - w granicach 1000 zł.
O tyle mniej wypiję alkoholu.
A drożeje wszystko tak, że ojapierdolę.
JA SPRAWDZAM paragony.
Nie robiłam tego, odkąd Inżynier wyjechał i żyłam beztrosko, nie myśląc o jutrze.
Włoszczyzna na targu - 4,50 (jprdl, zawsze zimą była po 1,50), w Biedrze 5,99.

Od Zmorencji przyszła kartka z sanatorium, nie jest wniebowzięta tym wyjazdem.
No nie dziwię się :)

Sikora buduje nowy dom...

Kierownik Budowy zostanie latem ojcem po raz drugi...

Jebane sierściuchy z W. dojechały do Lubonia, uciekając przed Brexitem. Kiblują u szwagierki Inżyniera...

A Inżynier skręca się, sprzedając chatę, ma już zagwarantowaną pracę w dotychczasowej firmie (ta nasza rodzinna wierność) w naszej wiosce.

Dzieje się, w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie...

I oby w maju zawitała dla naszej ojczyzny majowa jutrzenka....



A mnie kołysze



Niech prowadzi mnie tam dobry los...

wtorek, 21 stycznia 2020

Santa

Madonna, Kochany Pamiętniczku :)
Takiego młyna najstarsi górale nie pamiętają, ale...
Ojapierdolę jaki spokój był, mimo obecności Bossa.
No nic.
Przeżyłam 10-godzinny dzień pracy z przerwą na sik w tempie takim, że o mało co w dżinsy nie poszło, ale zdążyłam ściągnąć. Dżinsy, znaczy się.
I... Jak to się ma w świetle projektu o zmniejszeniu wynagrodzeń osobom po pięćdziesiątce z powodu ich mniejszej wydajności?
Khe?
Księgę bym napisała na temat pracy osób w wieku moich dzieci (nic moim potomkom nie ujmując personalnie, albowiem pisałabym o osobach bez moich genów i pracujących w zupełnie innych dziedzinach niż moje hmmm.... bachorzęta) :)
Nieważne.
Zawsze jestem do przodu, nie chwaląc się i nie popadając w samozachwyt, ale...
Dziś maszynkom  napisałam, że sorry Batory, tomorrow.
O dziwo, przyjęły do wiadomości.
Tak czy siak, dzień spędziłam nadzwyczaj pracowicie, o dziwo,na luzie i bez spiny.
Wkurwiał mnie tylko pierdzący co jakiś czas ajfonik,  bo masowo nadchodziły znów wiadomości z okazji tego dziadowskiego dnia.
I nie, nie że wnuki mi tyłek truły, nie.
Koleżanki-babcie składały mi życzenia w okazji Dnia Babci.
Kurwa.
Nie cierpię tego: w Dzień Kobiet kobiety kobietom ślą życzenia.
W Dzień Matki matki matkom ślą życzenia.
Kurwa.
Babcią jestem dla czterech osób: dla Małej Wiedźmy, dla Papryczka, Alienka i Kalafiorkówny.
I od nich oczekiwałam dziś pamięci. Pamiętała tak naprawdę MW, ale ona ma już 9 lat. Reszta tej bandy jeszcze czasu nie ogarnia - szczęściarze.
W niedzielę Papryczek wręczył mi Merci i obtulił mnie, z miłością przekazując jakiegoś jebanego wirusa.
Mała Wiedźma też się tuliła, tak jak marzyłam. wręczając mi własnoręcznie wykonaną laurkę (wyląduje w specjalnej teczce, jak się nią nacieszę. A jak już mnie nie będzie, MW znajdzie ją i... może się zatrzyma na wspomnieniu tego dnia, może nie).
A dziś, wracając do domu, sterana jak koń po westernie, zmarznięta, ostatkiem sił wsiada do łodzi, nie, nie, wróć, ostatkiem sił kluczyk od szpary unijnej wyciąga i... tadam :)
Inżynier w niedzielę na Skype się kajał, wcześniej Synowa mówiła, że sorry, ale ząbki i inne takie tam...
Że dojdzie, ale później...
(Boją się matki i teściowej, bo stara wariatka z niej, wiadomo)...
Doszło, idealnie, dziś...


Chapeau bas dla Synowej (jakie piękne pismo ma, wzdech). I jeszcze trochę pożyć, by...
Doczekać... Aż wszystkie same będą pamiętały, nienaganiane :) Bo jeden egzemplarz z tej Bandy już jest mój :)


Wracasz z pracy styrana, a na WhatsApps znów Mała Wiedźma pamięta dziś... W samo sedno, gdy potrzebujesz...

Jednak życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

I te wszystkie pojebane pracowe chwile, aczkolwiek nie ukrywam, że są mi do szczęścia potrzebne, bo na maksa pojebana jestem jak widać, nie umywają się do tych momentów, gdy człowiek czuje się po prostu - kochany.
Nieprawdopodobne, ale zaczynam znów wierzyć w miłość...

Kurde, pora szukać psychiatry, kozetka u psychologa to za mało :p

niedziela, 19 stycznia 2020

Spokojny

 weekend, Kochany Pamiętniczku.
Sobotę w kuchni spędziłam,pichcąc, jako że nie wchodzą mi gotowce. Raz, że wszystko takie drogie, dwa, jakieś takie - jak nie posolone tak, że można ducha wyzionąć to jakieś jałowe, bez smaku.
Więc ogarnęłam się na ten ciężki tydzień, co przede mną.
Z Inżynierem pokonferowałam wyjątkowo długo.
Potem wizyta obiadowo-kawowa Pierworodnego z asystą.



I szczerze? Jednak moje dzieci miały szczęśliwe dzieciństwo, bo nie słyszałam hałasu. A może one nie robiły tyle hałasu, bo całkiem głucha nie jestem i nie byłam. A tu nie dało się rozmawiać, trzeba było krzyczeć, bo cały czas słychać było łomot lecących z wysokości resoraków i  matchboxów. A moje serce zamierało, bo w jednym miejscu już mam utrzaśnięty kawałek panela i nie wiadomo, kogo obwiniać, zresztą co da obwinianie?

Amarylisowe szczęście


Już sprzątnięte, zebrane resztki jedzenia (naprawdę nie ogarniam, dlaczego dzieci jedząc muszą machać sztućcami we wszystkie strony).
Radio Pogoda gra, jeszcze trochę poogarniam wszystko i jutro do pracy.



Udanego nadchodzącego tygodnia wszystkim życzę :)

piątek, 17 stycznia 2020

Kolejny

tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.
To był strzał w dziesiątkę, żeby Pierworodnego wrobić w czekanie na instalatora. Teoretycznie miałam pracować do 13. Jednak teoria a praktyka to dwie różne sprawy i gdy przed trzynastą pytałam o opcje pomaszerowania w siną dal, okazało się, że nie. Nie, bo Boss nie był gotowy.Teoretycznie zamykaliśmy we wtorek. Teoretycznie. W środę okazało się, że brakuje tekstu Bossa, a ten jeszcze... nie jest napisany.
I tekst: trzeba być elastycznym i dostosować się do reszty zespołu.
WTF?
Jestem jedyna, niezastąpiona (bez megalomanii - nikt nie jest w stanie przejąć moich obowiązków) i to ja, kurwa, zawsze mam się dostosowywać do pozostałych ponad 20 piszących osób, które mają swoje rozliczne interesy?
W ten piękny sposób zjadłam obiad z budki, a w domu zlądowałam po 19.
Instalator chodził do 18.
 W siną dal, w siną dal, pomaszerował...
A wróć, Pierworodny ogarnął instalatora i chyba sobie krzywdy nie zrobił, bo... nadrobił zaległości w spaniu, jak wskazywały ślady w mieszkaniu, nie, żebym mu żałowała :D
I wilk syty, i owca cała.
No i tak mi tydzień minął na czekaniu, ale dziś nie pytając, nie drążąc, punkt 13 pomaszerowałam w siną dal...
W dupie mam.
Zakupy zrobiłam, bo zaprosiłam na niedzielę na obiad i na słodkie.
Wiem, sadomaso, ale...
Nie mam kontaktu z wnukami, a przepiękne zaproszenie dostałam na Dzień Babci do przedszkola.
Nigdy nie byłam na Dniu Babci, tak wyszło. Wiem, że chłam, jak jasełka, ale chodzi o dziecko.
A nie dam, kurwa, rady, bo 21 stycznia idzie do drukarni II składka. Nie ma opcji.
A druga babcia odmówiła przyjechania do PZ, choć podobno bez wnuków usycha.
Więc będzie w niedzielę obiad i słodkie, żeby Papryczek wiedział, że to nie moja wina. A na serio, wolałabym się walnąć na kanapę i mieć wyjebane.
Od Inżynierostwa przynajmniej jasne - Synowa już ostrzegła, że pamięta (trudno wymagać, żeby te smarki pamiętały, dla nich czas jest abstrakcją), ale jest zakręcona, bo z jednej strony ma Alienka z wczesną andropauzą, a z drugiej Kalafiorkównę ząbkującą i połykającą łezki w milczeniu (dowody rzeczowe załączyła). Zasugerowała, że wkrótce Alienek może mi ścianę ozdobić i zapytała, co wtedy? Ano nic, ramki dorobię i karteczkę, może z Alienka Picasso 2.0 będzie i ktoś kasę zakosi :)
Z Pierworodnym się starłam. Bo w niedzielę mnie zaskoczył, że będą odkładać na kompika dla MW. No dobra. Mówię, że jak coś, a ten: mamy nie stać. WTF?
Bo MW utalentowana jest i kompik byłby za 10 tys. Bo cudnie rysuje na telefonie. WTF? Może i głupia jestem, ale jaki to talent na telefonie, w aplikacji? Rysunki na papierze i owszem, niezłe, ale... Niedokończone, niedopracowane.
Nie jestem fachowcem.
Może źle oceniam, ale...
Wydawać 10 tys, dla 9-latki? Nie mając mieszkania, oszczędności. Bo rokuje. No dobra. Jakiś kurs, kółko zainteresowań.
Inżynier mówi, że komp Pierworodnego (ja pracuję na jego starym) po drobnych modernizacjach będzie wyjechany w kosmos.

Jebłam.
Inżynier mówi, że pojebało mu brata, że znów to samo. Że on sam, jako profesjonalista nie kupiłby sobie takiego sprzętu.
I mówię to w środę Pierworodnemu, i co? Ale mamo, ale mamo.
Opadły mi: witki, gacie i wszystko inne.
Te 15 lat na straty nic go nie nauczyły, wyżej sra, jak dupę ma.
I jednocześnie kupują dom.

Niech mnie ktoś po prostu lekko trąci i zabije.
Przypadkiem.
Nie będę już oszczędzała, bo po chuja?

Dziś kupując, wcale nie rozrzutnie na niedzielny obiad dla pięciorga i na tydzień dla mnie (bo kolejny tydzień pracowy) wydałam bez szaleństw, bez alkoholu 200 zł.
Jedyne szaleństwo 7,99 na boligłówkę, na metce stało 5,99, dlatego wzięłam, a metkę sprawdziłam w domu. I nie, nie miałam siły lecieć na reklamację za 2 zł do Biedronki.
Więc mój kochany, wyśniony i wymarzony Pierworodny wciąż jak wrzód na dupie.
Wzdech.

A  oczar wirginijski JUŻ kwitnie. Sama na własne oczy widziałam dziś :)
Nie sfociłam, bo bateria mi padała, ale kwitnie.
Nie tylko ludziom się wszystko pierdoli, przyrodzie też.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?

Zwłaszcza gdy w snach gonię Inżynierowe tałatajstwo wokół mojego rodzinnego domu, który jest na plaży (jestem w Wielkopolski, jak coś),goluteńkie jak je natura stworzyła, tylko po to, by wytarzać je w piaseczku, jak tarza się świńskie noworodki w specjalnych preparatach zaraz po urodzeniu, aby je osuszyć, a następnie funduję im pierdzioszki na pleckach i gdzie się da?
Kochany Pamiętniczku, powinnam szukać specjalisty i się leczyć?
Bo czasu na pierdzioszki jest coraz mniej, dzieci tak szybko rosną i...

Jak bardzo jestem pojebana w skali od 1 do 10?
Obstawiam 11 :P



piątek, 10 stycznia 2020

Już

dziesięć dni nowego roku za mną, Kochany Pamiętniczku, przeleciało nie wiadomo kiedy.
Pierworodny w Nowy Rok raczył wreszcie życzenia złożyć, ale od Synowej nic.
Przed świętami dostałam SMS z nieznanego numeru: Hej. Co słychać. Olałam, bo albo pomyłka, albo jakiś napaleniec.
Po Nowym Roku dostaję z tego numeru SMS: co u ciebie babcia?
Kurde.
Raz, że nie jestem przyzwyczajona do tykania, dwa, że skąd miałam wiedzieć, że kupili Małej Wiedźmie kartę?
Ale kontakt z nią jest jak gęsi z prosięciem.

Trudno.
Siedzą wciąż w O., co jest co najmniej zadziwiające, jeśli wezmę pod uwagę to, co mówiła Synowa.
No nic. W końcu dogadałam się z Pierworodnym, i szok - zamienił wolne, żeby siedzieć u mnie i czekać na inwentaryzację (sic!) pokręteł do grzejników. Na chuja komu inwentaryzacja tego ustrojstwa, przecież mają to w dokumentacji, no chyba że ktoś prywatnie wymieniał, nie mam zielonego pojęcia. A że ja akurat tego dnia będę musiała zaganiać bydło do obory, tym bardziej doceniam gest Pierworodnego. I wleci w niedzielę, bo jest sam. Co mnie w sumie też cieszy, bo sam. Nakarmię słomianego wdowca i będę miała na chwilę moje dziecko.
Wiem, wiem, nie jest już mój, co nie zmienia faktu, że jest moim dzieckiem.
Będę drążyć i analizować.

A wczoraj wieczorkiem, kiedy już się spać zwijałam, Inżynier się odezwał.
I szok.
Cicho, sza, nie zapeszamy.
Ale moje geny, mówię to bez certolenia się i lata ciężkiej pracy - chociaż w jego przypadku mogą zaprocentować.
Sprawa jest na dobrej drodze i niech na takiej zostanie.
Ale pół nocy zasnąć nie mogłam, bo czasem dzieją się rzeczy nieprawdopodobne.
Czasem.

W ostatni dzień wolnego umówiłam się z Elką, świętą, która pasowałaby do większości tu obecnych czytaczek, bo to zwierzęciara jakich mało.
Pracowałyśmy razem w Auschwitz 10 lat, ona tam nadal kwitnie, ja się wyrwałam.
Życiorys ma zakręcony jak świński ogonek, ale kto nie ma?
Umówiłyśmy się


dzięki temu zobaczyłam Stary Rynek w świątecznej krasie.
Po kawie w nijakiej knajpie zlądowałyśmy w Columbusie

gdzie na suficie łodzie są, karmią dobrze, jest cicho i spokojnie i... przegadałyśmy sześć godzin ciurkiem :)
Z dobrym człowiekiem to wiek godziną :)

Po obiedzie, na pożegnanie, uparła się na kamikadze.

To było moje pierwsze w życiu kamikadze, nigdy dotąd nie piłam, ale...
Jest przereklamowane :)
W te cztery kieliszki wlane jest tyle alkoholu, co ja chyba za jednym zamachem wychylam w ten wigilijny poranek, a my to sączyłyśmy jak herbatkę.
Kamikadze jest przereklamowane.
Wróciłam do domu trzeźwa jak niemowlę ;)
A wszystkie sklepy - nawet Żabki były już pozamykane, a na stację benzynową damie nie wypada :D
Więc nazajutrz w pracy byłam o 8.30.
I zupełnie niepotrzebnie, bo nie było władzy cały tydzień, jest w rozjazdach.
Zatem i pracy nie ma, ale co podpisałam listę, to moje.
Takie tygodnie to ja lubię, aczkolwiek nie migam się od pracy, lubię też, jak pracy jest po kokardkę i kucyki :p
W sumie wszystko przesuwa się na ostatni dzwonek...
I dlatego wdzięczna jestem Pierworodnemu, bo nie muszę dawać kluczy sąsiadkom.
Są kochani, tyle lat ogarniali tę kuwetę, ale...
Moje szafy też :)
A nowa sąsiadka spod mojego wymarzonego numeru ma jak wół na drzwiach K + M + B 2020 r.
A reszta z piętra ma drzwi czyste jak pupa niemowlęcia :D
Kiedyś pisali to wewnątrz, więc nie orientowałam się, kto przyjmuje kolędę, a kto nie, bo ta informacja nie była mi nigdy do szczęścia potrzebna, ale teraz...
No cóż, tempora mutantur et nos mutamur in illis...

Jakie to wszystko dalekie od chwili, gdy ponad 30 lat temu wprowadzaliśmy się tu...
 A ja dalej wyalienowana i  dobrze mi z tym, co nie?


Pieścichłopy znów wróciły na tapet, i boligłowki, ta akurat od E., z kwiaciarni, więc pachnie obłędnie...
Za oknem 10 stopni, wietrzę non stop, wciąż mam  wrażenie, że w mieszkaniu coś pachnie niehalo, przejrzałam kąty i nic nie znalazłam.
Kaloryfery zakręcone, bo się duszę...
Bratki


I ta zielona trawa za oknem, deszcz, mżawka, 10 stopni - UK bez bycia w UK.
Australia, płonąca.
Irak.
Zestrzelony boeing.

Szczucie na WOŚP, na profesora Grodzkiego.
Lech Kaczyński na banknocie?
I coraz większe kwoty w Biedronce, mimo że nie kupuję procentów.

Coraz bardziej zapętlona jestem, nawet się nie zastanawiam nad tym, co mnie boli, myślę tylko o tym, żeby wstać, dojść, zrobić.
Uśmiechać się, bo tak.
Bo warto się uśmiechać, nawet przez łzy :)

Cieszyć się każdym dniem.
Bo mogą być gorsze.
I nie pisać scenariuszy, nie wspominać przepowiedni i tego, co w tym głupim łbie kołacze, zanim się zaśnie.
I obudzi w śnie-nieśnie-jawie-niejawie, kiedy coś czy ktoś wyrywa te resztki życia z ciebie...

I nawet nie wiem, czy krzyczałam, czy nie, choć wydawało mi się, że blok powinien wylecieć w powietrze od tego krzyku.

Najgłębszy smutek jest milczeniem,
A skoro krzyczę tak, czym smutny?

poniedziałek, 30 grudnia 2019

Jeszcze

jeden radosny filmik, Kochany Pamiętniczku, a jebnę.
Serio?
A podobno to ja jestem uzależniona od siedzenia w necie.
A nie wysłałam, kurwa, ani jednego jebanego filmiku.
Po odebraniu kolejnego, jak to bardzo jestem niezbędna w nowym roku osobie, która przez cały rok nie znajduje dla mnie ani minuty, mam ochotę wyjebać całe te social media w Kosmos.
Inżynier już dawno temu oduczył mnie spamowania.
Bo to jest spam i nic innego.
Pamiętałam o wszystkich - złożyłam życzenia wszystkim, ogólnie, na moim wallu. Kto bywa na nim - widział, przyjął do wiadomości, zalajkował bądź nie, odpowiedział bądź nie - nieważne.
Osobiste życzenia i to niekoniecznie w formie oklepanego w danym momencie filmiku, wysyłam osobiście do wybrańców :) Nie z listy.
Tak samo nie wysyłam łańcuszków typu "rak piersi" i inne takie tam.
Nie sądzę, żeby to cokolwiek zmieniało w podejściu do badań, do profilaktyki.
Może się mylę, ale dostawanie łańcuszka, w którym jestem wpisana na listę pierdyliarda obcych mi zupełnie osób, z której wypisać się nie mogę, bo akurat mam tylko jebany telefon i tam nie wiem, jak się wypisać, potem zapominam o tej liście, a następnie tragicznym zbiegiem okoliczności wysyłam prywatną wiadomość do pierdyliarda osób, z których jedna nigdy nie powinna tej wiadomości widzieć - jest coś takiego jak prywatność i niekoniecznie muszę w tym momencie kogoś oczerniać, obgadywać, ale nie we wszystkie sprawy powinien być dany delikwent wtajemniczony - kurwa mać.
I nie, nie zdarzyło się dziś nic złego, łańcuszki pousuwałam, teraz już pilnuję interesu.
Czy ludzie - rzekomo rodzinni, towarzyscy, otoczeni bliskimi - nudzą się aż tak bardzo, że muszą wysyłać spam?
Ja, samotna, opuszczona, zaniedbana - spamu nie ślę, bo jak ktoś odczuwa potrzebę rozmowy ze mną, napisze. Jeżeli ja chcę pogadać pytam, czy ktoś ma dla mnie czas.
Jak mam focha, to mam focha i nie ma zmiłuj.
A jebane świąteczne filmiki sama potrafię znaleźć w necie.
Jak mam ochotę - wrzucam je na walla, mój wall, moje zasady, nie chcesz - zablokuj mnie, nie oglądaj.
Nie blokuję komunikatorów, bo ludzie czasem potrzebują pomocy.
Ja też.

Kolęda minęła. Dzwonili, jak do pożaru. Podzwonili i poszli.
I już.
A ja ogarniam ostatni sezon Doc Martina i już mnie dupa boli, co dalej. Ale od 3 stycznia będzie Ania, więc spoko :0
Gdy tak siedziałam w półmroku i ciszy, bo dźwięk w kompie wyłączyłam nagle jak jebło...
O mało na zawał nie zeszłam.
Nie miałam aparatów.
Może dlatego, że był półmrok i cisza tak mnie poderwało.
I już nie dziwię się protestującym przeciwko fajerwerkom.
Z tym, że to nie był fajerwerk, ale niezła bomba - petarda.
Niezła, bo nawet mnie poruszyła.

No nic, pewno jestem przed okresem, skoro mnie wszystko tak wkurwia :D

sobota, 28 grudnia 2019

Operacja

"Boże Narodzenie" zakończona stuprocentowym sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Było tak, jak zaplanowałam, a nawet miłe niespodziewajki były :)

Pierogi dziewice nieśmigane dalej w zamrażarce tkwią, bo nie mam, jak Alf, kilku żołądków.
Dzięki niespodziewanej wizycie Barana (online, of course, nie ma tak dobrze) zamroziłam sernik (skleroza, bo oni co roku zamrażają) i dzięki temu nic się nie zmarnowało, jako że bigos, także nówka nieśmigana spoczął w słoikach, jako i pieczeń.
Nie gotowałam przez dwa dni, bo... karp był i mandarynki.
Jakoś tak wyszło i było całkiem OK :)

Radio Pogoda w Wigilię nakurwiało same kolędy, nie tylko polskojęzyczne, ale dzięki temu, że były różne interpretacje, nic się nie przejadło.
Inżynier z bandą dopieścił.
Banda Pierworodnego nawet wesołych świąt nie napisała na żadnym komunikatorze, co nie ukrywam - wkurwiło mnie.
Nie wiem, jak zareaguję, jak okaże się, że jestem potrzebna za baby sitter.
Bo zwykła przyzwoitość nakazywałaby nauczyć wnuki pożyczenia babci, co nie?
Ale w dupie to mam, jako że dupa u mnie pojemna.
Przez trzy dni nosa z domu nie wychyliłam i było mi z tym przefantastycznie.
Potańczyłam trochę i choć nie były to hołubce wywijane z Baranem, było pięknie.
Czasem trzeba coś dla siebie zrobić i tak uczyniłam.
W drugie święto Kalafiorkówna rok skończyła i dała sobie powinszować, Skubana.

To naprawdę były fajne święta i... niczego mi nie brakuje, choć może powinno?
Bo nie otoczyłam się rodzinną atmosferą?
Bo nie zmywałam sterty garów i nie ogarniałam na nowo kuwety?
Nie wyszłam, bo nie miałam na to ochoty, a i pogoda nie zachęcała.
Posłuchałam melodii łapiących za serce.
Oglądnęłam parę fajnych rzeczy.
I zakochałam się w


Brytyjski do szpiku kości. I krajobrazy jakie za mną chodzą bez ustanku. Jest osiem sezonów, będę ogarniała szósty :)

I taki jeden w R, był niemile zaskoczony, że mnie nie ma

Zapytał Barana wprost: A Dorota gdzie...
Też za nimi tęsknię... Ale sorry Winnetou, musiałam :)

Sobota: zakupy, bo pieczywo się skończyło, korytarz, bo mój dyżur, z leksza chaupka, bo za bardzo nie ma co ogarniać, a w sylwestra nie będę.
I zaczynam poprawiać internety, co znaczy, że za pracą się stęskniłam (ale cicho sza)...

W poniedziałek kolęda, więc akcja przyczajony tygrys, ukryty smok, co mnie WKURWIA, bo...
W żadnym cywilizowanym kraju księża nie chodzą po kolędzie i nie wymagają kasy.
Mój dom, moje zasady.
A, polecam też

Mądry film, szkoda, że polski Kościół to całkiem inna bajka jest.
W mojej parafii też.
W mojej, z przymusu, nie z wyboru, bo ponoć wyboru nie mam.

Więc...
Co ma być, będzie.

I tak w zawieszeniu do tego nowego roku i jeszcze parę dni później.


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Wszystko

zapięte na ostatni guzik, Kochany Pamiętniczku.
Zaszokowałam się tylko, wchodząc rano do Faworu, bo nie było ANI KAWAŁKA chleba, bułki czy innego pieczywa, nie licząc ciast.
Piekarnia, do której latami wiły się zakręcone jak świński ogonek kolejki bez pieczywa?
Koniec świata, pani Popiołkowa.
Ponoć jakaś awaria.
Potuptałam więc dalej, z karteluszkiem w łapie, bo skleroza nie boli, nogi bolą.
U rzeźnika ZERO ludzi, co nie omieszkałam skomentować, bo tam w weekend zawsze tłok, a pani: i niech tak zostanie, na co nam tłumy...
Jprdl...
Wychodzę od rzeźnika i w nozdrza wbija mi się zapach świeżego pieczywa, lecę do Faworu, bo mój nos nigdy się nie myli i jest - przywieźli.
Zatem nie ma końca świata. Jeszcze.
W domu bigos do słoików, bo nie zjem, choćbym się skichała, nawet 1/10 tego, co nagotowałam :)
I kompot z suszonych owoców popełniłam, czego nie popełniałam od wieków.
Bo tak.
Susz na kompot miałam na balkonie, bo mimo celofanu woniał wędzeniem. I co? Mimo siatki na balkonie miałam - umierając ze strachu - taniec w wykonaniu wróbliszona i dwóch bogatek. Zorientowałam się o co lotto, gdy jedna z sikor miała w dziobie coś białego. Skubana, kawałek jabłka mi zeżarła. Na całe moje szczęście, jak wleciała, tak wyleciała (ni cholerę nie wiem jak). Nakryłam susz miską i już miałam spokój.
Panicznie boję się ptaków.
Ale kompot wyszedł prima sort :P
A jutro?
Wyśpię się.
Dwa kieliszki wódki na czczo, starym śląskim obyczajem, bez Barana, bo biedak na rano do pracy...
Więc melodię będę pewno miała aż do południa.
Nigdzie się już nie wybieram, może do śmietnika z obierkami, żeby mi w święta nie chuchnęły.
Zupy nie gotuję, bo i tak nie zjem
Karp, ziemniaki i parę pierogów plus kapusta.
Nie będzie tradycyjnych 12 potraw, bo jeszcze mi na mózg nie padło.

 Wszystkim, którzy tu zaglądają, znajomym i nieznajomym, przechodniom, Bliskim i Przyjaciołom życzę, by w ten szczególny dzień w roku byli szczęśliwi, by zapomnieli o troskach.
I by pamiętali, że w życiu najważniejsze są wiara w drugiego człowieka, nadzieja i miłość.

Wzgardzony, okryty chwałą, śmiertelny król nad wiekami, a Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...

piątek, 20 grudnia 2019

Jak pączek

w maśle czułam się dziś, Kochany Pamiętniczku.
Po raz pierwszy od lat zrobiłam zakupy nie tak, jak ktoś chciał, ale tak, jak mi fantazja ułańska podpowiedziała.
No, powiedzmy, z leksza przesadziłam może, ale nie szkodzi. Są słoiki i jest zamrażalnik, więc odpocznę od aprowizacji i stania przy garach na jakiś czas.
Jeszcze tylko w poniedziałek odbiorę ciasta i kupię pieczywo.
Pachnie rosołkiem, bigosem i pieczonym mięsem, bo to na pierwszy ogień idzie, a i jeść w weekend i później trzeba.
Dzień jak z bajki, w słońcu 15 stopni, nie żałowałam sobie spacerowania, ciesząc się chwilą.
Jutro ogarnę tę kuwetę, a teraz spadam na Wiedźmina. Książki nie czytałam, bo nie czytam jak wiadomo, ale serial może mnie w podłogę nie wbił, ale źle nie jest.

Pachną pomarańcze i goździki.

La vita e bella :) 
La vie est belle :)

Nie da się ukryć :)

czwartek, 19 grudnia 2019

Faaaaaaaajrant

Kochany Pamiętniczku.
Od dziś południa robię co mi się podoba i nikomu nic do tego.
Warzywka zamknęłam, aczkolwiek szlag mnie, bo miało być zamknięte w środę wszystko, po wydruczkach warowałam do 22 w domu na poczcie i guzik.
Pensję już wpłacili na konto, 16 - szok.
No, z pensją czy bez, zobligowana się czuję zawsze (teatr do dziś nie zapłacił, ale to wina K., bo faktury nie zaniosła, to będę miała za dwa miesiące, no problem).
Ale... Dostosowuję się zawsze i przez to cierpi moje życie osobiste.
Więc, sorry Winnetou, machnęłam emilka, że online będę po 12.
I pojechałam do Eksa. Bo chodziło to za mną po tej fotce z 1 listopada, co mi ją szwagierka przysłała.
Dojechałam o 10.07, jakoś nie było dziś korków, a i pasażerów mało, to autobus miał przyspieszenie i dwa razy stawał na przystankach dłużej, boby za szybko dojechał, a tego też im nie wolno. A to jest autobus raz na godzinę, więc ja zawsze z wyprzedzeniem lecę. Okazało się, że wbrew tablicy w necie, powrotny mam nie 10.24, a 10.43.
Więc zaryzykowałam zawał, doleciałam na Umarlakowo w 7 minut, zamiast w 14, pierunem kuwetę ogarnęłam i klnąc jak diabli o 10.26 ruszyłam z kopyta spod cmentarnego śmietnika. Nie bawiłam się w cudowanie, ale śmieci wyniosłam, miotełką sruuu po płycie, mokrą szmatką, znicze zapaliłam, paciorek klepiąc z w czasie sprzątania, liście ze ścieżynki zmiotłam i tadam...

 Na pewno tak jest.

A było...

Inżynier określił to mianem pierdalnika.W punkt. Żeby to jeszcze jakoś ustawili na płycie, ale nie, świchnęli jak świni do koryta. Bajzel na bogato, a co, stać ich. Wywaliłam wszystko, zostawiłam dwa znicze, no i te czerwone wieńce i biały. Jeden z moich czerwonych stoi od września i nadal jest OK. Nie będę za każdym razem kupowała nowych i generowała pokładów plastiku. Wiedziałam, że żywe badyle szlag trafi, a te bombiaste znicze to szczyt bezguścia, no ale pokazali, że mają kasę, co nie?
Teraz, kochanie, możesz mnie pocałować, byle delikatnie, żeby mnie nie zbudzić, bo... Wiesz...
Koszmary miewam.
A jak nie chcesz, to baw się tam dobrze, masz moje błogosławieństwo :)

Na przystanek już sunęłam dostojnie jak Titanic na spotkanie z górą lodową, a i tak byłam kilka minut wcześniej.

A cały czas była mgła.
I znów cieszyłam się, że nie lecę, bo ze skóry bym przez tę mgłę wyskoczyła.

A te Paskudy jedne, żeby mi za nimi jeszcze bardziej tęskno było, w ramach zemsty dosłali mi


Wiem, wiem, kochane chłopaki. Tak mi się wydaje, że też troszkę za mną tęsknią, ale tylko troszkę.
Chałupkę udekorowali przepięknie, przed domem mają nowe ozdoby, cudnie tam.
Ale...
Czasem trzeba być samemu ze sobą i posmakować tego, za czym się tęskni.
A zima u nas, odpukać, taka, jaką uwielbiam.
Bratki za oknem trzymają fason, w radiu leci Feliz navidad...
Jutro gros zakupów ogarnę, zacznę pichcenie i sprzątanie.
Swoim rytmem, nie przejmując się niczym.

Jest obok daru blasku łaska cienia...

My Shadow potwierdza.

A kości napieprzają po równo. Zawsze jest balkonik, a potem wózeczek :)
Chyba jednak mam to, co mama.
No nic :)
Będzie dobrze, a już na pewno będzie to, co ma być. Nie ma innej opcji :P 


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Auuuć

Kochany Pamiętniczku.
Niejako pod przymusem pojechałam z MW I Papryczkiem na tę świąteczną bimbę, bo widuję ich od wielkiego dzwonu.
W tym tygodniu wyjeżdżają do O. i nie wiadomo kiedy wrócą.
Zadeklarowałam bez większej ochoty, że 2 i 3 stycznia mogę ich wziąć do siebie, bo inaczej znów muszą jechać do O.
Problem w tym, że Papryczek nie chce już do żadnej babci :)
A MW na pytanie, czy chce, zresztą na każde pytanie odpowiada: nie wiem. Ze słuchawkami na uszach non stop, nawet ja, aczkolwiek umiem czytać z ust i potrafię rozmawiać w czasie słuchania muzyki, ze zwykłej grzeczności nie słucham jej.
Mniejsza z większym.
Świąteczna bimba okazała się koszmarem do potęgi. Mieliśmy o tyle szczęścia, że udało nam się wejść jaki pierwsi i dzięki temu mieliśmy miejsca siedzące. I nie, nie poczuwałam się do ustąpienia miejsca małym dzieciom, albowiem znów mi kopyto napierdala i na pewno nie wytrzymałabym godzinnego (bo tyle trwała jazda) stania w tłoku, przy którym śledzie w beczce mają luz. Inna para kaloszy, że ludzie też są bezmyślni, bo połowa tramwaju to byli ludzie z dziećmi tak małymi, że po kilku minutach przejażdżka przestała być dla nich atrakcją, a na pewno zmęczył je tłok, smród i hałas. Smród, bo sporo z ludzi woniało przetrawionym alkoholem, a i pani z roczną dziewczynką była w stanie lekko wskazującym na spożycie. Dziecko, stojące na siedzeniu, liżące szybę, i wrzeszczące monotonnie, z tatusiem jeszcze mocno wczorajszym. I hałas, bo Gwiazdor paplał przez godzinę bez przerwy, dzieci odpowiadały i śpiewały kolędy.
Synowa nie chciała wcześniej wysiąść, bo "Papryczek będzie płakał". MW siedziała ze słuchawkami na uszach i miała na wszystko wyjebane.
Wiedziałam, scenariusz sprawdził się co do joty, ale gdybym powiedziała, że nie pojadę, to byłoby "niedobra babcia wymawia się bólem nogi".
No a potem z głodnymi dziećmi na zakupy, bo musi kupić cukier waniliowy, papier do pakowania i zielone legginsy i czapkę elfa dla P. na jasełka.
Gdzie, a oczywiście koło babci.
Wzięłam na obiad na stoisku w galerii, bo żal mi było dzieci, ale to przy tej drożyźnie już prawie 100 w najtańszej jadłodajni. Gdy zorientowała się, że w zestawie w cenie jest zupa, nastroszyła się, że po co kupowałam dzieciom zestaw, mogły zjeść samą zupę, a my drugie.
No, matka roku. Dzieci zjadły prawie wszystko, a zupka w zestawie to taki cieńkusz i niezbyt smaczna.
No trudno.
A potem do mnie, a jakże, po czapeczkę elfa, bo oczywiście nigdzie nie było, a ja mam. Zielonych legginsów też nie było, ale tego nie miałam.
W dupie mam, ja swoje dzieci z wyprzedzeniem przygotowywałam.
No i nasiadówka u mnie, jeszcze Pierworodny po pracy wleciał, nakarmiłam, a jakże, nie mam zwyczaju głodzić ludzi. I tak zamiast spokojnej niedzieli miałam hałas, sprzątanie i stertę zmywania znów.
Więc niebiosom dziękuję za samotne święta.
W nocy znów wrócił koszmar, że ktoś się ze mną szarpie, zrywając ze mnie kordełkę i nie wiem, czy to była jawa, czy sen.
I nad ranem miałam wrażenie, że mam atak serca.
Ale potem i zakupy zrobiłam, ciasto zamówiłam, okna wszystkie pomyłam i "odświęciłam" mieszkanie, w międzyczasie pracując w warzywkach, więc chyba to jeszcze nie zawał. Chociaż kto wie, może i z zawałem można okna myć? :)


 Mój stary drapak - podstawkę gdzieś mam, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie. Wzięłam ciężką donicę, wsadziłam folię bąbelkową, na wierzch bieluchną miękką folię zabezpieczającą, świetnie udaje śnieg i wszystkie ocalałe bombki, choć korciło mnie, żeby kupić nowe, takie "na topie). Ale... Każda z tych wytartych, poniszczonych, sporo jeszcze z mojego rodzinnego domu - to tyle wspomnień. Nie ma już tych ogromnych bombek, które dostałam na imieniny od pani Herczyńskiej, ale i tak mój marny drapak by ich nie uniósł. W porównaniu z wypasioną choinką u Barana, moja to takie mikre byle co... Ale... Jest moja. Po tylu latach znów mam swojego drapaka i swoje miejsce na ziemi.
Jest cudnie.
I jest moje.

A w Biedronce mają wyfiletowane karpie, drogie, ale prawie ani kawałka ości i nie wonieje mułem. Jak kupiłam, to zjadłam od razu i na święta też to kupię :)
Jutro Papryczkowe jasełka, w środę na wydruki warzyw, chciałabym jeszcze do M. skoczyć, wywalić bajzel z grobu Eksa. Wkurwia mnie to. Pierworodny nie może. Z jednej strony rozumiem - wczoraj przyszedł z pracy jak zombie.
Z drugiej - a co z moim zawałem? :0

Nosz, kurka wodna :D

piątek, 13 grudnia 2019

Jest

cudnie, Kochany Pamiętniczku, jest cudnie i niech nikt nie odważy się tego spierdolić :)
Zamknęłam styczniowy numer nawet o całkiem przyzwoitej godzinie, bo co to jest 10 godzin w pracy, z tego 3 godziny pracy, a reszta czekania na pracę.
I nawet Boss czekoladą poczęstował dwa razy, raz na korytarzu, a drugi raz personalnie  w pokoju, a na protesty, że dupa już nie ma miejsca na rośnięcie zapytał, czy czekolada nie smakuje?
Smakowała, a jakże, nowozelandzka była.
A taka tam służbowa wycieczka do Nowej Zelandii :)
I nie, nie zazdroszczę, bo nie.
Może kiedyś zazdrościłabym, ale teraz już nie.
Bo cenię sobie swoje miejsce na Ziemi i najszczęśliwsza jestem wchodząc do domu, witając Miśki i wiedząc, że nic nie muszę.
A nie muszę do 6 stycznia (ojapierdolę), pomijając jeden dzień na wydruki z warzywek i drugi na czekanie na komentarz i spis treści, ale już online.
Takie piękne, nudne życie.

Wracając wczoraj z pracki autobusem, na przednim siedzeniu,  tak jak lubię, co chwilę miałam żołądek w gardle.O tej porze roku po 16 pieszych po prostu nie widać, nawet na tych "prawie" oświetlonych przejściach. Poleciałam w domu od razu po odblaski, które leżą w szafie na starej torebce. Pisałam do Pierworodnego, pytając, czy mają odblaski, ale olał pytanie ciepłym strumieniem moczu. To groszowy wydatek,  w niedzielę mam randkę z Synową, więc dopytam. Jadąc przez Świerczewo dojrzałam do odblasków.
Chociaż nie jestem kierowcą.
I będę je nosiła, jakkolwiek głupio w nich nie wyglądam, albowiem kto będzie korekcił ukochane gazetki i inne takie tam, jak ja będę rozjechana?
Czy to czarna czekoladka, czy czerwona marmoladka? Nie, to Jędza ukochana przez auto rozjechana :P
No proszę, jaki piękny wierszyk...

Niedzielna randka mnie przerasta, bo Synowa wybrała jazdę świąteczną bimbą, a to jest ojapierdolę, masakra.
Ale, czekając na pracę czytam wszystko i...
Co rusz młodsi ode mnie, a to wylew, a to paraliż, a to armia chińska, połączona z przemarszem wojsk radzieckich...
I jak pisał mój ukochany Sztaudynger: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny...

Przypominam sobie, jeszcze z łatwością, że kiedyś miałam to wyhaftowane na sztandarze...
Który dumnie powiewał nad moją głową.
Zatem...
Bez marudzenia...
Umyję się, jakby co :)

A juterko w planach randka na szybko z W., skąd dziś dostałam filmik,którego zazdroszczę do bólu, no ale nie miałam opcji nakręcenia równie słodkich scen, zasługujących na Oscara, bo po prostu narzędzi nie było ku temu :)
A gad, znaczy się dziecko moje Drugorodzone odpisuje, że na przyjemność trzeba sobie zapracować.
Kiedyś go uduszę i każdy sąd mnie uniewinni :P

I jakoś nie mam tradycyjnej chandry unyńskiej z mordobijskiego powiatu w tym roku.

Nie wiem, cieszyć się z tego, czy martwić.

Jest jak jest...

Rozmawiałam dziś z panią K., i jakkolwiek biorę poprawkę na jej osobowość, bo to przemiła kobieta, ale - każdy ma jakieś ale - niebiosom dziękuję, że nie pojechałam na tę wigilię firmową. Firma firmą, ale sorry Winnetou - business is business.
Tak jak powinien być rozdział Kościoła od państwa, tak samo powinien być rozdział pracy od życia  prywatnego.
Nikt by na tym nie stracił, a wielu by zyskało...


Chodzi za mną ubieranie choinki...

Serio?

SJ, weź się ogarnij, zanim całkiem padnie ci na mózg :P