Pamiętniczku...
No, dycham, dycham :)
W niedzielę podczas konferencji na Skype serce pękło mi na miliard pierdyliardów kawałków, gdy nagle ni z gruszki, ni z pietruszki w kadr wparował Alienek i oznajmił, patrząc mi prosto w oczy, bez drgnienia powieki: kocham mamę i kocham babcię. Wprawdzie Inżynier tłumaczył mi jak krowie na rowie, że Alienek kocha wszystkich, ale co on tam wie, nie zna się i tyle :)
Dzisiaj Alienek był na kolejnych badaniach i ma jakiś niedosłuch na wyższych częstotliwościach, wprawdzie Inżynier zrobił mi na ten temat naukowy wykład, ale niech mnie ktoś zabije - nie ogarniam tego. Przez tego jebanego koronawirusa wszystkie badania idą jak po grudzie, a co najważniejsze - diagnoza w poradni nie może być postawiona (chodzi o integrację sensoryczną), bo jeszcze nie wskoczyli w kolejkę, a w fundacji, która prywatnie diagnozuje nie mogą postawić, bo ze względu na COVID fundacja nie działa. Żeby było śmieszniej, i fundacja, i przychodnia są w tym samym budynku.
Kurwa, tyle w temacie, bo cóż można rzec?
Kalafiorkówna dostała się bez trudu do przedszkola, gdzie chodzi Alienek, z Alienkiem były kłopoty, bo miał bardzo mało punktów, a Kalafiorkówna, jako że jej ojciec płaci już podatki w PL uzbierała tych punktów dziesięć razy więcej niż biedny Alienek :)
W niedzielę wieczorem skoczyłam do nich (tak, tak, mimo kwarantanny), bo wypełnili papiery na gaz na działce i chcieli szybko wysłać, bo to też się wszystko ślimaczy. I nie, nie wchodziłam, maska na papie, list przez drzwi, czekolady zającowe tylko rzuciłam, nawet przez szparkę nie widziałam Łobuzów. Za to na przystanku siedziała tak zakatarzona i zakichana osoba, że ludzie stali z daleka, a gdy gościówa wsiadła na przód autobusu, wszyscy prysnęli do tyłu :)
Ale dzięki temu zaliczyłam i spacer w ciepełku, i przecudny zachód słońca
i odebrałam poddupnik, który zamówiłam przed świętami na adres I.
Poddupnik jest genialny, nawet po kilku godzinach siedzenia nie drętwieją mi uda. A i siedzieć muszę prosto, nie wiem jak to działa, ale działa, więc cieszę się, że go wreszcie odebrałam, bo przede mną znów szalony tydzień.
Bratki
mają się znakomicie, winobluszcz
takoż żyje, na 16. rok mu chyba idzie, już nie pamiętam :) Nie jest tak bujny jak w młodości, bo nie ma go kto przycinać, ale dycha i to mnie cieszy :)
A, dokumentacja świąt
tak byłam zarobiona, że nie miałam czasu zeżreć truskawek, więc jako że z leksza padały, postanowiłam z nich kompot zrobić.
Skończyło się
wyrzuceniem garnka do śmietnika - truskawki zeżarłam, słodkie były w tym karmelu. Pracując, myślałam, że Inżynier stracił węch i smak, a ja mam omamy węchowe, a to karmel się fajczył. Piękny zapach. Zatem COVID nie mam :) Na bank...
A w poniedziałek i wtorek z bydłem zapierdalałam po pastwiskach.
W środę Boss się odezwał. Ja sobie na luzie, w piżamce, odruchowo, ale późno, bo o 8.48 włączam kompika zwlekając trzeźwe do bólu, ale niewyspane zwłoki w wyra, a tam - plask... Od Bossa. Więc nawet zębów nie umywszy, po błyskawicznym siku siadam i korekcę, Helena w stroju niedbałym, jak dobrze, że mnie nikt nie widzi i że nie muszę się tłumaczyć, że komunikacja rzadziej jeździ (a jeździ), błogosławiąc mojego kompika i Inżyniera, bo pracowy zanim by zaktualizował wszystkie antywiry i co on tam ma nasrane, ruszyłby jakieś 9.20, no śmierci bym się spodziewała, nie Bossa w środę bladym świtem... 9.08 leci do Bossa skorekcone (znaczy się, korekta na posterunku, a że w stroju niedbałym i bez kawy, z włosem rozwianym i cuchnącą papą, to trudno, w tle rozgrzebane wyro, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal)... I tu plask, po drodze mój emilek mija się z emilkiem Boss, pełnym troski, pytaniem o moje zdrowie, o szczepienie, o tym, że oczy wypłakuje z tęsknoty za mem widokiem, no ale że pamięta, że mi kasę wisi i to dużą, ale musimy wszystko dogadać... Serio? Kto go podmienił, że o kasie pamięta?
Japierdolę.
Wpadam w panikę, level hard... Koniec wolności, koniec home office, czaszka mi pęka.
Więc siadam i piszę do niego list...
A nie, wróć, emilka skrobię. Żem wzruszona, że się o mnie martwi, że ja o niego też, że u mnie cała rodzina pocowidova, a ja jedna nówka nieśmigana, bo się dystansuję, że praca pomogła mi święta przetrwać, bo mi w święta beniaminek zachorzał... Że się izoluję, że nawet się nie zapisałam na szczepienia, bo ten OIOM po meszkach. Że jak mus to mus, zaszczepię się i wrócę, żywa albo martwa na ojczyzny (znaczy się redakcji) łono, że też tęsknię i wzdycham, ale te maseczki na mordach... No i że ja przecież zawsze jestem silna, zwarta, gotowa i nie oddam ani guzika, co nie? Bo taka prawda...
Ma się ten talent literacki, co nie?
A na serio - nie tęsknię za powrotem do redakcji. Ani trochę.
Pip.
Drugi emilek od Bossa. Drugi tekst. Ki diabeł go opętał? No więc dalej w piżamce, bawełnianej, ale seksownej, bo na naramkach (oj tam, oj tam, ja i seks, nie ma opcji), korekcę z obłędem w oczach, marząc o kawie.
Oddycham w tytkę...
Odsyłam, pip...
Emilek odbossowy (wersja oryginalna):
Bardzo dziękuję za obszerny List. Oczywiście miło by było znowu Panią zobaczyć u nas, ale warunek to nie jest. Korekta przebiega płynnie i dajemy radę. Jeśli preferuje Pani zdalny tryb pracy, to przy nim możemy pozostać. Nie chcę Pani narażać ani na dyskomfort, ani potencjalne niebezpieczeństwo zakażenia, którego ryzyko przy ograniczeniu kontaktów jest dosyć mocno zredukowane.
Pozostajemy zatem w kontakcie mailowym, no chyba, że czasem możemy połączyć się przez komunikatory typu Skype czy Teams…
Pozdrawiam serdecznie
bk
I jak tu się nie cieszyć? Więc na razie OK, o resztę będę się martwić później. Z przecieków redakcyjnych wiem (ma się te dojścia, a co), że jest chory, jak ktoś jest na zdalnym i nie może go co chwila na dywanik wzywać. Jak widać, korekta przebiega płynnie, więc nie wiem, na chuja bym mu była w redakcji... :) Napisałam, że na Skype jestem otwarta, nic innego nie mam zamiaru instalować.
Wkurza mnie to, że wciąż po godzinach mam emilki, bo nikt nie respektuje moich godzin pracy. No dobra, ja sama nie respektuję, bo wstaję tak późno, że powrót do normalnego trybu jest niewykonalny chyba. A pocztę mam włączoną, bo warzywka są poza harmonogramem, a idą pysk w pysk z gazetką. No dobra, robię wszystko, wyrabiam się, denerwując ludzi pretensjami, że po godzinach. Ten model tak ma.
Ale dziś mój wkurw osiągnął maksimum. Od lat wkurza mnie pani redaktor, przysyłająca mi teksty opisane "do czytania". Nie, nie czytam dla przyjemności. Moja praca nie polega na czytaniu. Moja praca jest ciężka i polega na czytaniu rzeczy, które są nudne do wyrzygania, ze zrozumieniem i wyłapywaniu błędów, o których nawet specjaliści z tytułem profesorskim nie mają pojęcia, albo ich nie widzą. Profesor pisze patogena i trzeba się z nim godzinami kłócić, że nie patogena, ale patogenu. A akurat redaktor u mnie też mówi patogena. Kurwa. Albo taki Streptococcus aureus. Profesor raz pisze Streptococcus, raz Streptoccocus i nie widzi błędu, redaktor też nie, a ja muszę. Więc to nie kropki i przecinki, literówki i ortografy, jak chce Boss, ale wyższa półka z dziedzin, które mnie ani nie interesują, ani nie są łatwe i przyjemne. I tak, puszczam literówki, ale kto z normalnych zjadaczy chleba jest w stanie przez 12 godzin nieraz czytać ze zrozumieniem drętwe teksty, gdzie koparki dedykowane są dla ziemniaków i widzieć w tym błędy?
Nie, żebym się chwaliła. To ciężki kawałek chleba, ale kocham go.
Apogeum wkurwu doszło, gdy na MSG, moja, skądinąd dobra znajoma, lata pracowałyśmy razem w Auschwitz, to ona podrzuciła mi fuchę, dobrze płatną w teatrze, ostatnio też mi ją podrzucała, bo pani zajmująca się tym w ramach licznych obowiązków znów zachorowała. Tak do końca nie wiem, czy tę fuchę mam, bo poza kilkoma "może rzucisz na to okiem" od owej kumpeli i dwoma notkami, na zasadzie: proszę spojrzeć, rozliczymy się później, cisza w eterze, pomijając informację, że "sprawą umowy zajęli się nasi prawnicy". I tak minął miesiąc.Wiem, nie ma się co szastać i podskakiwać, teatry jak gastronomia, zamknięte. Ale halo, halo: tak trudno napisać: jak nas odblokują, omówimy warunki współpracy? Więc podsyłanie mi na MSG kolejnego pliku z opisem: rzucisz okiem jak dla mnie nie jest OK. Olalam.
Nie mam zamiaru ani wyjaśniać, ani kłamać, ani się tłumaczyć. Nie, nie rzucam okiem. Ciężko pracuję, sprawdzając nawet w teatralnych meandrach nazwiska i imiona. Bo teatr, a jakże, narodowy, świątynia sztuki, potrafił puścić w repertuarze sztukę Stanisława Mrożka. I nie, nie zauważył tego nikt ze świata Kultury, kultury przez duże K. A szara korektorka nie usłyszała za to nawet dziękuję. Bo to byłby obciach, co nie? Stanisław Mrożek. Mrożka za moich czasów w kanonie lektur nie było. A przecież wszyscy pracujący na tym poziomie powinni mieć maturę, co nie?
Więc pierdolę, moja praca taka sama, jak praca każdego mechanika, który rzuca okiem i bierze za to kasę.
Rozumiem, rzucić okiem raz, ale rzucać tak bez opamiętania? A kto zapłaci za okulistę?
O ile mogę zrozumieć to w kontekście etatu, to takie rzucanie na zasadzie: wspólna przeszłość w Auschwitz jakoś do mnie nie przemawia.
Jedna ze współwięźniarek z Auschwitz, też jej zawdzięczam coś. Po upadku prasy Świtalskiego zostałam na 10 miesięcy na lodzie. A z A. pracowałam u Świtalskiego. Na bezrobociu aplikowałam do Auschwitz, nie wiedząc, że pracuje tam A. Odrzucono mnie ze względu na słuch, pani przeprowadzająca aplikację zachwyciła mnie, bo wyglądała jak gwiazda filmowa, za kilka lat wywalono ją z hukiem z pracy, pracowała potem w Holandii jako sprzątaczka, nie żebym coś miała do pracujących na powierzchniach płaskich, też tak zasuwałam na bezrobociu, bo z głuchym źle się pracuje. A. nie wiedziała, że aplikowałam. Kilka miesięcy później telefon od A., że mam się stawić w Auschwitz. Odpisuję, że byłam, ale mnie olali. A ona:nie pierdol, przyjeżdżaj. Pojechałam i ugrzęzłam tam na 10 lat tego samego dnia. Potrzebowali korektorkę, a ona od razu o mnie pomyślała. Skończyło się tak, że zwolnili dotychczasową korektorkę, a ja sama w pewnym momencie ciągnęłam 18 czasopism... Fakt, że były to czasopisma rozłożone w czasie. Zanim nie przyszła po moim Słonku ekipa, która z niczym nie nadążała i brała pracowe zlecenia na "zewnętrzne" firmy... A. long story :) Otóż A.poprosiła mnie o korektę pracy brata muzyka (magisterka). Poczuwałam się, korektę zrobiłam, zastrzegając, że do nut się nie wtrącam, bo jestem debilem. Zebrałam ochrzan za nieskorekcenie nut i nawet czekolady nie dostałam, a miałyśmy "się rozliczyć"...
No więc, kurwa. Dorosłam.
Nie rzucam okiem nadaremno, a już na pewno nie rzucam obojgiem oczu :)
No i tak mi się nazbierało, żółci upuściłam.
Radio gra...
Usta milczą, dusza śpiewa. Mieszkanie ogarnięte, zakupy w zasadzie zrobione, czegóż więcej chcieć?
Alienek mnie kocha. Mnie, personalnie, bo niebożę innej babci nie zna, niestety, nie mam konkurencji...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech, nieprawdaż? :)
No, Enea, kurwa mać.
Ale to już inna bajka, nie będę się znów nakręcała, wczorajsza noc cała nieprzespana przez to.
W sumie, nieważne, bo myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. Zobaczymy pod koniec miesiąca, czy mnie szlag z hukiem, czy bez. A radziłam się Inżyniera, ale mnie zbył. No cóż, czasem jest tak: umiesz liczyć, licz na siebie.
Amen.
Najważniejszy jest Alienek, co nie?




























