piątek, 16 kwietnia 2021

A, Kochany

 Pamiętniczku...

No, dycham, dycham :)

W niedzielę podczas konferencji na Skype serce pękło mi na miliard pierdyliardów kawałków,  gdy nagle ni z gruszki, ni z pietruszki w kadr wparował Alienek i oznajmił, patrząc mi prosto w oczy, bez drgnienia powieki: kocham mamę i kocham babcię. Wprawdzie Inżynier tłumaczył mi jak krowie na rowie, że Alienek kocha wszystkich, ale co on tam wie, nie zna się i tyle :) 

Dzisiaj Alienek był na kolejnych badaniach i ma jakiś niedosłuch na wyższych częstotliwościach, wprawdzie Inżynier zrobił mi na ten temat naukowy wykład, ale niech mnie ktoś zabije - nie ogarniam tego. Przez tego jebanego koronawirusa wszystkie badania idą jak po grudzie, a co najważniejsze - diagnoza w poradni nie może być postawiona (chodzi o integrację sensoryczną), bo jeszcze nie wskoczyli w kolejkę, a w fundacji, która prywatnie diagnozuje nie mogą postawić, bo ze względu na COVID fundacja nie działa. Żeby było śmieszniej, i fundacja, i przychodnia są w tym samym budynku.

Kurwa, tyle w temacie, bo cóż można rzec?

Kalafiorkówna dostała się bez trudu do przedszkola, gdzie chodzi Alienek, z Alienkiem były kłopoty, bo miał bardzo mało punktów, a Kalafiorkówna, jako że jej ojciec płaci już podatki w PL uzbierała tych punktów dziesięć razy więcej niż biedny Alienek :) 

W niedzielę wieczorem skoczyłam do nich (tak, tak, mimo kwarantanny), bo wypełnili papiery na gaz na działce i chcieli szybko wysłać, bo to też się wszystko ślimaczy. I nie, nie wchodziłam, maska na papie, list przez drzwi, czekolady zającowe tylko rzuciłam, nawet przez szparkę nie widziałam Łobuzów. Za to na przystanku siedziała tak zakatarzona i zakichana osoba, że ludzie stali z daleka, a gdy gościówa wsiadła na przód autobusu, wszyscy prysnęli do tyłu :)

Ale dzięki temu zaliczyłam i spacer w ciepełku, i przecudny zachód słońca

 


 

i odebrałam poddupnik, który zamówiłam przed świętami na adres I.



Poddupnik jest genialny, nawet po kilku godzinach siedzenia nie drętwieją mi uda. A i siedzieć muszę prosto, nie wiem jak to działa, ale działa, więc cieszę się, że go wreszcie odebrałam, bo przede mną znów szalony tydzień.

Bratki 


mają się znakomicie, winobluszcz 


takoż żyje, na 16. rok mu chyba idzie, już nie pamiętam :) Nie jest tak bujny jak w młodości, bo nie ma go kto przycinać, ale dycha i to mnie cieszy :)

A, dokumentacja świąt


tak byłam zarobiona, że nie miałam czasu zeżreć truskawek, więc jako że z leksza padały, postanowiłam z nich kompot zrobić. 

Skończyło się


wyrzuceniem garnka do śmietnika - truskawki zeżarłam, słodkie były w tym karmelu. Pracując, myślałam, że Inżynier stracił węch i smak, a ja mam omamy węchowe, a to karmel się fajczył. Piękny zapach. Zatem COVID nie mam :) Na bank...

A w poniedziałek i wtorek z bydłem zapierdalałam po pastwiskach.

W środę Boss się odezwał. Ja sobie na luzie, w piżamce, odruchowo, ale późno, bo o 8.48 włączam kompika zwlekając trzeźwe do bólu, ale niewyspane zwłoki w wyra, a tam - plask... Od Bossa. Więc nawet zębów nie umywszy, po błyskawicznym siku siadam i korekcę, Helena w stroju niedbałym, jak dobrze, że mnie nikt nie widzi i że nie muszę się tłumaczyć, że komunikacja rzadziej jeździ (a jeździ), błogosławiąc mojego kompika i Inżyniera, bo pracowy zanim by zaktualizował wszystkie antywiry i co on tam ma nasrane, ruszyłby jakieś 9.20, no śmierci bym się spodziewała, nie Bossa w środę bladym świtem... 9.08 leci do Bossa skorekcone (znaczy się, korekta na posterunku, a że w stroju niedbałym i bez kawy, z włosem rozwianym i cuchnącą papą, to trudno, w tle rozgrzebane wyro, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal)... I tu plask, po drodze mój emilek mija się z emilkiem Boss, pełnym troski, pytaniem o moje zdrowie, o szczepienie, o tym, że oczy wypłakuje z tęsknoty za mem widokiem, no ale że pamięta, że mi kasę wisi i to dużą, ale musimy wszystko dogadać... Serio? Kto go podmienił, że o kasie pamięta?

Japierdolę.

Wpadam w panikę, level hard... Koniec wolności, koniec home office, czaszka mi pęka.

Więc siadam i piszę do niego list...

A nie, wróć, emilka skrobię. Żem wzruszona, że się o mnie martwi, że ja o niego też, że u mnie cała rodzina pocowidova, a ja jedna nówka nieśmigana, bo się dystansuję, że praca pomogła mi święta przetrwać, bo mi w święta beniaminek zachorzał... Że się izoluję, że nawet się nie zapisałam na szczepienia, bo ten OIOM po meszkach. Że jak mus to mus, zaszczepię się i wrócę, żywa albo martwa na ojczyzny (znaczy się redakcji) łono, że też tęsknię i wzdycham, ale te maseczki na mordach... No i że ja przecież zawsze jestem silna, zwarta, gotowa i nie oddam ani guzika, co nie? Bo taka prawda...

Ma się ten talent literacki, co nie?

A na serio - nie tęsknię za powrotem do redakcji. Ani trochę.

Pip.

Drugi emilek od Bossa. Drugi tekst. Ki diabeł go opętał? No więc dalej w piżamce, bawełnianej, ale seksownej, bo na naramkach (oj tam, oj tam, ja i seks, nie ma opcji), korekcę z obłędem w oczach, marząc o kawie.

Oddycham w tytkę...

Odsyłam, pip...

Emilek odbossowy (wersja oryginalna): 

Bardzo dziękuję za obszerny List. Oczywiście miło by było znowu Panią zobaczyć u nas, ale warunek to nie jest. Korekta przebiega płynnie i dajemy radę. Jeśli preferuje Pani zdalny tryb pracy, to przy nim możemy pozostać. Nie chcę Pani narażać ani na dyskomfort, ani potencjalne niebezpieczeństwo zakażenia, którego ryzyko przy ograniczeniu kontaktów jest dosyć mocno zredukowane. 

Pozostajemy zatem w kontakcie mailowym, no chyba, że czasem możemy połączyć się przez komunikatory typu Skype czy Teams…

Pozdrawiam serdecznie 

bk

I jak tu się nie cieszyć? Więc na razie OK, o resztę będę się martwić później. Z przecieków redakcyjnych wiem (ma się te dojścia, a co), że jest chory, jak ktoś jest na zdalnym i nie może go co chwila na dywanik wzywać. Jak widać, korekta przebiega płynnie, więc nie wiem, na chuja bym mu była w redakcji... :) Napisałam, że na Skype jestem otwarta, nic innego nie mam zamiaru instalować. 

Wkurza mnie to, że wciąż po godzinach mam emilki, bo nikt nie respektuje moich godzin pracy. No dobra, ja sama nie respektuję, bo wstaję tak późno, że powrót do normalnego trybu jest niewykonalny chyba. A pocztę mam włączoną, bo warzywka są poza harmonogramem, a idą pysk w pysk z gazetką. No dobra, robię wszystko, wyrabiam się, denerwując ludzi pretensjami, że po godzinach. Ten model tak ma. 

Ale dziś mój wkurw osiągnął maksimum. Od lat wkurza mnie pani redaktor, przysyłająca mi teksty opisane "do czytania". Nie, nie czytam dla przyjemności. Moja praca nie polega na czytaniu. Moja praca jest ciężka i polega na czytaniu rzeczy, które są nudne do wyrzygania, ze zrozumieniem i wyłapywaniu błędów, o których nawet specjaliści z tytułem profesorskim nie mają pojęcia, albo ich nie widzą. Profesor pisze patogena i trzeba się z nim godzinami kłócić, że nie patogena, ale patogenu. A akurat redaktor u mnie też mówi patogena. Kurwa. Albo taki Streptococcus aureus. Profesor raz pisze Streptococcus, raz Streptoccocus i nie widzi błędu, redaktor też nie, a ja muszę. Więc to nie kropki i przecinki, literówki i ortografy, jak chce Boss, ale wyższa półka z dziedzin, które mnie ani nie interesują, ani nie są łatwe i przyjemne. I tak, puszczam literówki, ale kto z normalnych zjadaczy chleba jest w stanie przez 12 godzin nieraz czytać ze zrozumieniem drętwe teksty, gdzie koparki dedykowane są dla ziemniaków i widzieć w tym błędy? 

Nie, żebym się chwaliła. To ciężki kawałek chleba, ale kocham go.

Apogeum wkurwu doszło, gdy na MSG, moja, skądinąd dobra znajoma, lata pracowałyśmy razem w Auschwitz, to ona podrzuciła mi fuchę, dobrze płatną w teatrze, ostatnio też mi ją podrzucała, bo pani zajmująca się tym w ramach licznych obowiązków znów zachorowała. Tak do końca nie wiem, czy tę fuchę mam, bo poza kilkoma "może rzucisz na to okiem" od owej kumpeli i dwoma notkami, na zasadzie: proszę spojrzeć, rozliczymy się później, cisza w eterze, pomijając informację, że "sprawą umowy zajęli się nasi prawnicy". I tak minął miesiąc.Wiem, nie ma się co szastać i podskakiwać, teatry jak gastronomia, zamknięte. Ale halo, halo: tak trudno napisać: jak nas odblokują, omówimy warunki współpracy? Więc podsyłanie mi na MSG kolejnego pliku z opisem: rzucisz okiem jak dla mnie nie jest OK. Olalam.

Nie mam zamiaru ani wyjaśniać, ani kłamać, ani się tłumaczyć. Nie, nie rzucam okiem. Ciężko pracuję, sprawdzając nawet w teatralnych meandrach nazwiska i imiona. Bo teatr, a jakże, narodowy, świątynia sztuki, potrafił puścić w repertuarze sztukę Stanisława Mrożka. I nie, nie zauważył tego nikt ze świata Kultury, kultury przez duże K. A szara korektorka nie usłyszała za to nawet dziękuję. Bo to byłby obciach, co nie? Stanisław Mrożek. Mrożka za moich czasów w kanonie lektur nie było. A przecież wszyscy pracujący na tym poziomie powinni mieć maturę, co nie? 

Więc pierdolę, moja praca taka sama, jak praca każdego mechanika, który rzuca okiem i bierze za to kasę.

Rozumiem, rzucić okiem raz, ale rzucać tak bez opamiętania? A kto zapłaci za okulistę?

O ile mogę zrozumieć to w kontekście etatu, to takie rzucanie na zasadzie: wspólna przeszłość w Auschwitz jakoś do mnie nie przemawia.

Jedna ze współwięźniarek z Auschwitz, też jej zawdzięczam coś. Po upadku prasy Świtalskiego zostałam na 10 miesięcy na lodzie.  A z A. pracowałam u Świtalskiego. Na bezrobociu aplikowałam do Auschwitz, nie wiedząc, że pracuje tam A. Odrzucono mnie ze względu na słuch, pani przeprowadzająca aplikację zachwyciła mnie, bo wyglądała jak gwiazda filmowa, za kilka lat wywalono ją z hukiem z pracy, pracowała potem w Holandii jako sprzątaczka, nie żebym coś miała do pracujących na powierzchniach płaskich, też tak zasuwałam na bezrobociu, bo z głuchym źle się pracuje. A. nie wiedziała, że aplikowałam.  Kilka miesięcy później telefon od A., że mam się stawić w Auschwitz. Odpisuję, że byłam, ale mnie olali. A ona:nie pierdol, przyjeżdżaj. Pojechałam i ugrzęzłam tam na 10 lat tego samego dnia. Potrzebowali korektorkę, a ona od razu o mnie pomyślała. Skończyło się tak, że zwolnili dotychczasową korektorkę, a ja sama w pewnym momencie ciągnęłam 18 czasopism... Fakt, że były to czasopisma rozłożone w czasie. Zanim nie przyszła po moim Słonku ekipa, która z niczym nie nadążała i brała pracowe zlecenia na "zewnętrzne" firmy... A. long story :) Otóż A.poprosiła mnie o korektę pracy brata muzyka (magisterka). Poczuwałam się, korektę zrobiłam, zastrzegając, że do nut się nie wtrącam, bo jestem debilem. Zebrałam ochrzan za nieskorekcenie nut i nawet czekolady nie dostałam, a miałyśmy "się rozliczyć"...

No więc, kurwa. Dorosłam.  

Nie rzucam okiem nadaremno, a już na pewno nie rzucam obojgiem oczu :) 

No i tak mi się nazbierało, żółci upuściłam. 

Radio gra...

Usta milczą, dusza śpiewa. Mieszkanie ogarnięte, zakupy w zasadzie zrobione, czegóż więcej chcieć?

Alienek mnie kocha. Mnie, personalnie, bo niebożę innej babci nie zna, niestety, nie mam konkurencji...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech, nieprawdaż? :)  

No, Enea, kurwa mać. 

Ale to już inna bajka, nie będę się znów nakręcała, wczorajsza noc cała nieprzespana przez to. 

W sumie, nieważne, bo myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. Zobaczymy pod koniec miesiąca, czy mnie szlag z hukiem, czy bez. A radziłam się Inżyniera, ale mnie zbył. No cóż, czasem jest tak: umiesz liczyć, licz na siebie. 

Amen. 

Najważniejszy jest Alienek, co nie?





sobota, 10 kwietnia 2021

Tego dnia

 Kochany Pamiętniczku, pojechałam na giełdę na Bema po kwiaty. Był piękny, słoneczny dzień, Wielka Sobota. Kupiłam naręcze tulipanów, żonkile, prawie uginałam się pod ich ciężarem. Postanowiłam, że do Hetmańskiej dojdę spacerkiem, dzieci w domu nie płakały, wszystko było gotowe, tylko kwiatów brakowało. W słuchawkach leciało coś mojego (o, błogie czasy, kiedy spokojnie popylałam  rytm moich piosenek, bo wszyscy byli odmaskowani i nie sprawiała mi kłopotu komunikacja z ludźmi, nawet bez aparatów). Szłam sobie lewa, prawa, lewa, prawa w stronę słońca, gdy wtem SMS.Cynober napisał: kaczka spadła. Krótko, jasno i węzłowato. Myślałam, że żarty sobie stroi, ale nie, szedł w zaparte. Nastrój radości, spokoju i błogości prysnął jak bańka mydlana.

Strony popadały, kablówki już nie miałam, ale powoli odwisło. Tak, katastrofa była faktem.

Jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zniszczy to naszą Ojczyznę, jaki dance macabre na grobach się zaczyna i ile to będzie nas wszystkich kosztowało. Bo miesiączkują, pomnikują, ekshumują, dochodzą i odchodzą, parówkują, brzozują za nasze pieniądze, nie za swoje.

Po jakiego chuja stawiali koszmarny pomnik, którego pilnują zastępy policjantów? W czym gorsze są wieńce od opozycji, która też potraciła w katastrofie bliskich i przyjaciół? Kiedy skończy się ten chocholi taniec i to życie w wariatkowie.

Mam dość, po prostu mam dość.

Tęsknię za moją Ojczyzną, może nie zawsze z idealnym ustrojem, ale przyjazną ludziom. W której chodziłam swobodnie z moją tęczową parasolką, nie bojąc się, że mnie ktoś - kopnie, powlecze, opluje, bo jestem jebaną zwolenniczką LGTB. Gdzie moje znajome, nie czujące się na siłach zostać matką miały wyjście z sytuacji - nie oceniam, nie chodziłam w ich butach. Szłam w swoich i nawet przez sekundę nie myślałam o usunięciu żadnej z ciąż, wprost przeciwnie, jak lwica walczyłam o utrzymanie każdej z nich. Bo tak, bo za każdym razem zachodziłam w ciążę na własne życzenie i miałam to szczęście, że antykoncepcja - niezależnie od metody, jaką stosowałam, nigdy mnie nie zawiodła. Tak, jestem szczęściarą, bo nie musiałam stać przed takim dylematem. Ale moja matka, której pierwsza ciąża obumarła nie była zmuszona do donoszenia martwego dziecka i dzięki opiece urodziła mnie. Tak, w tych okrutnych, zacofanych latach pięćdziesiątych. 

Za moją ojczyzną, gdzie sama, wywalona z domu, dzięki pomocy państwa spokojnie skończyłam studia. Bo się do nich przykładałam, a państwo mi za to pomagało. I myślę, że dobrze mu się za to odwdzięczyłam, dając mu dwóch porządnych obywateli, płacąc przez lata pracy podatki, nie kradnąc, nie oszukując, przechodząc na zielonym świetle (no, nie zawsze). I jak mniemam, więcej do kasy włożyłam, płacąc składki na zdrowie, albowiem w szpitalu byłam tylko rodząc, a i wiejąc stamtąd na drugi dzień, aż się kurzyło, chodząc do lekarzy i do dentysty prywatnie i takoż wlokąc potomstwo i do czasu Eksa.

Więc tak, tęsknię za tamtym czasem, choć biedna byłam wtedy jak mysz kościelna (chociaż te chyba są bogate). Tak biedna, że aż nie chcę pamiętać. Dziś też nie jestem bogata, ale i gołą dupą nie świecę, nie oglądam każdej złotówki trzy razy pod światło, zanim ją wydam i perspektywa jakiejkolwiek (odpukać) awarii nie budzi we mnie dzikiej paniki.

No, dziś spanikowałam, bo wyświetlało mi się (tak, totalna inwigilacja), że Inżyniera nie ma w sieci od 10 godzin, a Synowa była bladym świtem nieobecna od 3... A sny miałam koszmarne... Śniło mi się, że w kościele (kościół wg mojej nieboszczki teściowej to zły znak, filmując chujwico, upuściłam mojego ukochanego ajfonika na kamienie). Niby nic mu nie było. Wstałam, biorę do ręki ajfonika, bo w sobotę to mnie ranne zorze budzą, a piękne były dziś i chciałam sfocić, i ni chuja nie mogę na nim nic zrobić. Mam na PIN, bo mój palec jest do dupy :) Ale nic  nie mogę wcisnąć! Robię się sztywna, oddech w tytkę i... No tak. Jak krowie na rowie Inżynier tłumaczy zawsze, że każdy komputer się włącza i wyłącza. A kiedy ja ostatnio biednego ajfonika wyłączałam - nie pamiętam. Wyłączam więc, włączam, o, PIN pamiętam i ogromny kamol z serca z hukiem jedzie, bo działa moje kochanie :) Wiem, jestem starą wariatką.

Po porannych ablucjach na Manhattan lecę, spacerkiem, aczkolwiek deszczyk z lekka popaduje, ale co tam. Zaliczyłam nędzne 4 tys. kroków, ale na tyle sobie ustawiłam normę, nie ma się co czarować, 10 tys. to se ne vrati, może sporadycznie, ale nie na co dzień.

Mieszkanie odpicowane, ogarniam śledzie (odkryłam autentyczne matiasy, nie żadne tam a la matias, z olejem z ostropestu - a jakże, za miliony monet i druga wersja ze śmietaną są obłędne), włażę z herbatką na FB, bo Angry Birds  nie są ogarnięte i co ja paczę? Ani Inżyniera, ani Synowej nie ma od wielu godzin.

Panika level hard. SMS do Inżyniera, na numer angielski i polski - nie dochodzi. Messenger milczy.

Messenger Synowej też zdechł.

Gram, piję (herbatkę) i ciśnienie rozsadza mi czaszkę. Po dwóch godzinach odpowiada Synowa, że spali długo, nic się nie dzieje. Spanie u nich do 11.30?

Z Łobuzami?

Serio? Nigdzie nie mogli jechać, bo kwarantanna, a i oni chorzy, więc pisanie scenariuszy szło mi lepiej niż Mrozowi kolejnego kryminału.

Gdy odezwał się Inżynier, zdrapywałam już moje żałosne szczątki z podłogi i byłam oschła.

Wiem, nie ich wina. Ale przecież, gdyby mnie szlag, toby mnie szlag, zanim ktoś by się zorientował.

No dobra, mnie nie szlag.

Aczkolwiek jak nie zacznę łazić, to mnie szlag.

Inżynierostwo zdrowieje. Dziękuję wszystkim wspierającym, pozostając z nadzieją, że wyjdą z tego spokojnie (Inżynier wczoraj odzyskał40% smaku, był szczęśliwy jak świnia w błocie, a i Inżynierowa już coraz mniej kaszle).

Spędziłam na fotelu u dentystki 2 bite godziny. Mam krzywy zgryz i jestem bardzo spięta, więc wykonanie dla mnie protezy to syzyfowa praca. Pani doktor, męcząc się, w którymś momencie rzekła po raz kolejny między "otworzyć, zamknąć, otworzyć, zamknąć powoli, zacisnąć" mruknęła: nie podoba mi się. A ja na to: ja się sobie, pani doktor nigdy nie podobałam. Przerażona odrzekła, że ja się jej podobam (no less nie jest, ma męża i dzieci). Potem na moje kajanie się, że jestem trudnym pacjentem, odrzekła, że daleko mi do tego, muszę się o wiele bardziej starać :) Lubię moją dentystkę, fajna z niej kobieta, chociaż zostawiłam tam w sumie 850 zł, no ale skoro nie palę, po knajpach nie łażę, ciuchów ani butów nie kupuję, w święta ryję, a i 13.emeryturę dostałam, to na coś tę kasę muszę wydawać, choć na mój Hollywood smile już nikt nie poleci, co nie?

Muszę jeszcze popitolić, no spisać się spisałam, no i emilka do Bossa skrobnąć. Bośmy obie epokowe książki skończyli, a on pewno nie pamięta, że co do jednej to honorarium ustaliliśmy i się należy jak psu zupa (choć wiem, że za mało sobie zażyczyłam, patrząc na całokształt), a za drugą mieliśmy ustalić, ale nam nie wyszło (nie z mojej winy), a na dokładkę w święta pracowałam. I nie, nie ku chwale ojczyzny. To se ne vrati...

Seems it never rains in southern California
Seems I've often heard that kind of talk before
It never rains in California
But girl, don't they warn ya?
It pours, man, it pours
Out of work, I'm out of my head
Out of self respect, I'm out of bread
I'm underloved, I'm underfed
I wanna go home...
 
Tam banany lecą z nieba tak jak deszcz...
 
 

niedziela, 4 kwietnia 2021

Inżynier

 ma koronawirusa, Kochany Pamiętniczku.

Nie wiem, czy drugie umieranie przeżyję.

A od Pierworodnego nikt się dziś nie odezwał.


Każdy ma swoje piekło, co nie?

Co jeszcze mogłam zrobić, żeby być idealna?


U mnie

 wszystko, jak dawniej, Kochany Pamiętniczku.

Niech wszyscy przejdą przez te dni, jak chcą.

Mnie się udało nie dostać do wina, bo korkociąg zastrajkował, a potem udało mi się dostać do dwóch win... Koreańskie są jak moje młodzieńcze marzenia w mojej młodości, które nigdy nie wrócą, nie ma takiej opcji.

Na serio? Biedny mój syn, jest idealnym facetem, jak się go w dupę kopnie, z miłością (za dużo seriali, wiem, jestem pojebana jak każda matka, zwłaszcza oglądająca koreańskie seriale, które namiętnie ogląda moja synowa),  z tego wynika, że padlina ze mnie :)

No dobra, fotek nie będzie, nie zawsze muszą być.

Fiołki w TYM miejscu kwitną IDEALNIE. Forsycja wszędzie oszalała.

A jeszcze nie tak dawno zastanawiałam się,  czy dożyję kolejnej wiosny.

Dożyłam.

wszystkie inne pytania pozostają otwarte.

Warto było?


czwartek, 1 kwietnia 2021

Tylko

 życie pędzi coraz prędzej, Kochany Pamiętniczku.

Pani w Alienkowym przedszkolu złapała koronawirusa, więc Alienek wylądował na kwarantannie. Zatrzymali go w domu na dłużej, żeby nic nie przywlekał z przedszkola i żeby święta były wspólne, a tu bach, dwa dni po kwarantannie test, bo coś gorączkował i... pozytywny. Kolejne dwa tygodnie izolacji i tym razem cała banda. Alienek już jest OK, w sumie nie wiadomo, czy test nie był fałszywy, ale cóż. Najważniejsze, że im nic nie jest.

Bywa.

No a ja święta spędzę sama...

A w sumie mi to na rękę, bo roboty mam po kokardkę i kucyki. Atlas, który miał wyjść w lutym, ruszył nagle z kopyta i tak jednego dnia zostałam z ponad 400 stronami, na dokładkę z indeksem w stanie zerowym. A wyjechać ma 7 kwietnia, co jak łatwo obliczyć jest z lekka mówiąc szajbnięte. No ale kto, jak nie ja. Nie chwaląc się - skorekciłam najszybciej jak mogłam, idąc na rękę koledze, a indeks, no cóż na spokojnie w święta ogarnę, bo co mam robić? Wkurw nieziemski miałam pracując nad indeksem na pracowym kompie, ale po przejściu na mój kochany komputerek i Office'a nówkę nieśmiganą (szybkość pracowego to jazda Komarkiem, aczkolwiek na tle kompików kolegów mam ścigacz, a praca na moim kochaniu to jak jazda Hondą BlackBird :) Nieważne, gra radio, a ja sobie spokojnie indeksuję, a że praca monotonna, działa jak mantra i jest git majonez. T. wleciał cały happy po wydruczki, bo mówił, że go szlag, jak będzie każdy PDF otwierał (no mnie by szlag, jakbym miała to skanować, wydrukowanie całości trwało bitą godzinę), szczęśliwy, że ma, przywiózł mi podkładkę pod gryzonia z pracy i pracową lampkę, no i z pozdrowieniami od wszystkich bonus


z prośbą o szybki powrót :) Ha, tak tanio mnie wycenili :) Ale wino wyśmienite, od paru dni chodziło za mną wino, więc się nie oparłam. Nawet chciałam lecieć dziś do piątki (od soboty nosa z domu nie wysadziłam), no a tu bach :) No i toast chciałam wznieść, bo dziś 68. rocznica ślubu moich rodziców. 

Nie do wiary...

Pogadałam z T., niechętnie, ale zdjął namordnik. Ma taki tembr głosu, że nie ma opcji... Mam nadzieję, że nic ode mnie nie złapał...

Pensja znowu golutka, napisałam wczoraj maila z fochem, Boss nie odpowiedział, ale zacięłam się w milczeniu i dziś sekretarka z pytaniem, co to była za dodatkowa praca. Nosz, kurwa, sam prosił, żeby mu zrobić. 

No nic. W sumie w dupie to mam :) To on ma powody do wstydu, nie ja.

T. był niepocieszony po moim stwierdzeniu, że nie mam zamiaru wracać do pracy. Mój pokój jest wciąż moim pokojem, chociaż przerzucają tam sublokatorów, żeby rozgęścić. W odpowiednim momencie wlecę tam zabrać moje prywatne manele, bo wciąż tam są i nieruszane, bo to SJ pokój. Jprdl...

Planuję jutro ostatnie przedświąteczne zakupy, choć żadnych świąt nie robię. Ciasto zamówione, to odbiorę, chałupkę ogarnę jak co tydzień, bo to dzień gospodarczy. I rabanka zrobię, bo tak. A reszta na luzie, żadnych bigosów, sałatek, żarcia do wyrzucania potem. Będzie po prostu spokojny długi weekend, urozmaicony indeksowaniem, jak będzie mi się chciało, a nie że muszę :) 

Afera dziś była, poczta się urywała, że szczepią. Koleżanka pisała, że jej mąż, rocznik mojego Pierworodnego ma termin na jutro i to Pfizerem... Napisałam, że nie wierzę... Ale nie, prawda... To piszę do Pierworodnego, a on mi, że błąd systemu. Posyłam mu linka z Wyborczej (nawet oni się nabrali), maile, aż mnie olśniewa i piszę, że to kawał primaaprilisowy. Zakrzyczeli mnie...

No i czyje na wierzchu? :) 

A koledze, który mi bladym świtem (korekciłam mu teksty jeszcze w piżamie, bez kawy, grubo przed godzinami pracy) cukrował, że jestem niezastąpiona, odpisałam: Prima Aprilis, wpędzając go w poczucie winy - prosił o antydatowanie maila na 2 kwietnia.

I tak leci dzień za dniem, spokojnie i moim jedynym życzeniem jest, żeby tak zostało. Bratki rosną jak na drożdżach, sny mam coraz głupsze, coraz więcej ludzi, o których myślałam, że  po drodze nam, zmienia się nie do poznania i nie będzie nam łatwo już tą samą drogą iść. 

I nie mówię tu o tym, że nie mają racji. Mają swoją rację, tyle że ja ich akceptuję, oni mojej nie, mało tego, wyśmiewają mnie za plecami.

Jak za dawnych lat. Jestem, jak zawsze podkreślałam, tylko głucha, nie głupia. I mam prawo do swojego życia, swojego zdania i swoich fantazji i fanaberii.

Zakochałam się w koreańskich serialach sf.

Nikogo przecież tym nie krzywdzę, nieprawdaż? A że odmóżdżają? Cóż, niekiedy, jak mówił mistrz: 

Czasem głupoty człowiek sobie życzy, 
Bowiem w mądrości jest tyle goryczy...
 
Mój blog, moje zasady. Jak się komuś  nie podoba, niech nie czyta. Przymusu nie ma, mogę też niezadowolonym ułatwić życie, zamykając, żeby sadomasochistycznie nie musieli się katować czytaniem moich wypocin.
 


piątek, 26 marca 2021

Czasami

 myślę, że aczkolwiek nie wiem, ile mi zostało, Kochany Pamiętniczku, to stanowczo za mało mi zostało.

Wiele nie udało mi się odkryć przez mój słuch, wiele mnie też ominęło, ale teraz, dzięki technice i tym tam cudom, coraz więcej mam do odkrycia.

Nie znałam Blue spanish eyes. 

Kilka razy przeleciało mi w Radiu Pogoda w wykonaniu Karela Gotta, za każdy razem wywołując u mnie gęsią skórkę, a dziś, ogarnąwszy wszystko, łącznie z 4 pralkami, no bo i standardowe pranie, i pościel, nakrycia, dywaniki zbierane, żeby pralka była pełna... usłyszałam Gotta, wlazłam na YT i...



... no, testuję... Na razie wymiata Gott, i ten gość... Presley jest OK, ale to nie to...

Wiele mnie ominęło, a może nie?

Nie wiem...

Jednak wieczór po takim cudnym dniu jest... szczęściem, nawet jeżeli jestem sama.

Bo przedwczoraj było tam pusto, a dziś w sralni dla psów koło Red Parku


 wiosna już całą gębusią, aczkolwiek wczoraj, myjąc okna i przemeblowując po raz 101 pokój odkryłam, że moim grudnikom się wygło




... i kwitną...

A do oglądnięcia został mi 16. odcinek mojego serialu, ale streszczenie nie jest optymistyczne.

Wiem, śmieszny jest, ale...

Pierworodny po tym całym koronawirusie będzie siedział po 12 godzin przez 3 dni w pracy i mówi, że jest szczęśliwy.

Serio? (Powiedziała idiotka, która wpada w panikę, jak dwa dni nie ma nic na poczcie)...

Blue Spanish eyes, prettiest eyes in all of Mexico
Blue Spanish eyes, please smile for me once more before I go
Soon I'll return, bringing you all the love your heart can hold
Please say "Si Si" say you and your Spanish eyes will wait for me...
 
I na nikogo i na nic już nie czekam, bo nie warto.
 
No, może na zachwyt Alienka, jak znów otworzą fryzjera i znów dziecko na Skype zauważy, że batia się ostrzygła :) 
Mała rzecz, a cieszy, co nie? :) 

Dziś wszędzie było pusto. U rzeźnika ani jednej osoby. Zrobiłam zakupy na zapas i tak, jak nienawidzę rozmrażanego mięsa, wolę jeść takie, niż stać potem godzinami w kolejce. 
Do kupienia pozostaje pieczywo, zakwas na żurek (jak znam życie, będę ten żurek żarła całe święta), zielenina, ale to na Manhattanie, względny brak tłumów.
Po kątach mam kurz, mebli nie odsuwam, bo sił brak, ale w sumie komu to?
Pająki czynsz płacą regularnie.
Ale czy to takie ważne?
 
Już od dawna życie nie składało się z chwil zapierających dech.
Bywa...
Ale i tak oddychać trzeba, co nie?


środa, 24 marca 2021

Na razie

 (odpukać), święty spokój, Kochany Pamiętniczku.

Jprdl.

Wsiąkłam w 



taką koreańską Dynastię. Tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i tak nieprawdopodobne sytuacje, biorąc pod uwagę to, co znam z neta o komunistycznej Korei, że oglądam film rechocąc z radości. Odcinki długie, bo godzinne, ale... Jak taka nędza w Korei, że korę z drzew jedzą, ale rękawice gumowe do prania mają? I czarny rynek kwitnie, jak za PRL - tu bym się nie kłóciła. Ale Se-ri podczas pobytu (nielegalnego) na Północy (wciąż mam kłopoty z odróżnieniem, która Korea jest OK, a która nie) ma idealne paznokcie z idealnym lakierem, takie, jakich ja nigdy w życiu nie miałam? Serio?

Wzruszający jest pobyt tych z Północy na Południu, są jak pijane dzieci we mgle... :)

Bardzo mnie odpręża ten film, cichy, spokojny wbrew pozorom, romans jak za dawnych lat... Główni bohaterowie są ze sobą na pan-pani przez 6 odcinków bodajże, mimo że mieszkają w jednej chacie, chociaż ze sobą nie sypiają, ale coś tak pikuje :)
Polecam, jak ktoś chce zapomnieć o szarym życiu za drzwiami.

Dziś w Biedronce stałam w kolejce za młodym gościem. Może miał ADHD, nic nie wykładał na taśmę, ale latał tam i z powrotem jak kot bez pęcherza. No OK. Ale maseczki na tym mordzie nie miał, na brodzie ją miał.
Tak, wiem, wg niektórych maseczka nic nie daje.

Ano. Ale chociażby pozory bezpieczeństwa zapewnia.

Nie zapisuję się na szczepienia, choć mogę, bo jest syf i malaria.

Ale...

Dziś są urodziny Alienka. Czwarte. Miał być bal na sto par w sobotę, ale nie będzie. I dobrze, choć serce pęka mi na strzępy z wielkim hukiem. Miała być cała rodzina od dziadka i cała od babci, w sumie 10 osób. Odwołali, bo Alienek ma kwarantannę przedszkolną, bo pani miała koronę, Kalafiorkówna i Jubilat są pociągający, Alienkowi przepadły wizyty u specjalistów przez tę kwarantannę.

Rozumiem. Nie protestuję. Choć momentami czuję się tak samotna, że emilkowo gadam z ludźmi z pracy, w życiu bym tak nie rozmawiała.

Dałam kasę, Synowa wynalazła Alienkowe marzenia i kupiła, wleźliśmy dziś na Skype, fotki dostałam, Alienek zachwycony - niech tak zostanie.

Wstępnie zobaczymy się w II święto u nich, z dowozem. 

Nie będę szat darła, jak nie.

Sama zaczynam się obawiać i na łeb dostawać, emilki od zarządu, że kto może, niech na dupie siedzi i pracuje.

Ja mogę, dzięki Bossowi, który po odwołaniu wszystkich do biurowca, kazał mi siedzieć na dupie. W zaleceniach zarządu tym razem jest, żeby nie jeździć komunikacją miejską.

Podsumowując - jestem dzieckiem szczęścia, co nie (odpukać, niech los tego nie słyszy).

Ale też płacę za to izolacją, która mimo mojego introwertyzmu czasem mnie przerasta.

No nic.

Jak pięknie pachnie smrodem... Lecąc dziś na zakupy, wlazłam do nowo otwartego - w tych czasach - sklepu z... bo ja wiem? Fanaberiami? Wiedziałam, że ceny będą z dupy i są. Ale... Kocham paczulę miłością wielką jak cały świat. Dostałam pierwsze takie perfumy do szwagierki, której zapach nie podchodził ( z Reichu, ojapierdolę), w formie maści.  Eks nie cierpiał zapachu, wywalał mnie z malucha, jak się tym wyperfumiłam, a Inżynier narzekał, że mama znowu pachnie smrodem...

No i dziś pytam o olejek paczulowy, ale nie było. A perfumy? Są, z bergamotką. Przez maskę nic nie czułam, ale pani pozwoliła powąchać bez.

Więc mam i ja...


Tak znienacka sobie tylko nadgarstek potarłam wieczorem i będę musiała mieszkanie wietrzyć.

Jak pięknie pachnie smrodem, aż głowa boli :) Malutkie pudełeczko, całe 52 złote. A co tam...

Ciasto na święta zamówiłam, nie będę nic piekła, w dupie to mam.

Gotowała też nie będę, jajka kupię, a tak to normalny dzień i już.

Wzięłam się w garść i posadziłam wreszcie wszystkie bratki, z lekka ogarniając bajzel na balkonie...



Na parapecie brudno, ale będę myła to okno jutro albo pojutrze, już jest na tyle ciepło, żeby okno myć...

Cieszę się każdym dniem, darowanym od życia. Bo warto.

Nawet jak człowiek nie jest już seksownie rudy i nie ma figury w sam raz, ma diabła za skórą i nie chodzi do święconki.

Obecna sytuacja uświadomiła mi, ile bakterii jest w wodzie święconej.

Ale co tam...

Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy... Mój pamiętnik prawdę rzecze... :) 

Więc...


piątek, 19 marca 2021

Kwiecień

 już minął, Kochany Pamiętniczku.

Jak po grudzie, ale minął.

Pomijając bicie piany na nasiadówkach, nowy layout i inne cuda wianki, a kiedy napisałam, że życzenia wielkanocne są do dupy, bo jak można życzyć (standardowo) radosnych spotkań w gronie rodzinnym, skoro wiadomo, że jest lockdown?

Boss tylko napisał pytanie, czy wice widziała życzenia.

A potem cisza w eterze. 

W dupie mam.  Bicie piany i pierdolenie na godzinnych zebraniach, jak to my frontem... 

Tak jak kiedyś z członkiem wysuniętym z ramienia na czoło.

Dupę mam krytą (a jakże, na starość nauczyłam się ją kryć), mam włączoną jeszcze pocztę, choć już wszystko poszło, a ja jestem w stanie wskazującym na spożycie, po drugim (!) piwie. Przepracowałam, i nie, że przebimbałam w tym tygodniu 58 godzin. Norma jest 40. A, kwadratura koła. Patrząc z boku, nawet mi to 66 z góry, którym mnie straszy Zmorka nie jest mi groźne. Gdzie oni tam na górze znajdą 99-latkę w takim rozkwicie?

Być może dziś przeholuję, a raczej na pewno będę o jeden kufel za daleko. Będę za to spała spokojnie, nie martwiąc się, że coś przyChamuje...

Przerasta mnie to wszystko już. 

Do dziś dźwięczy mi w głowie głos prezesa od Świtalskiego, gościa z wykształceniem podstawowym (nie mam nic do szkoły podstawowej), dla którego sprowadzono wówczas drukarkę KOLOROWĄ, wartą majątek, a tak drogą, że można było na niej wydrukować JEDNĄ kartkę miesięcznie - stronę tytułową, albowiem pan prezes kolorów na monitorze nie widział.

Ów prezes wciąż nam powtarzał, że oczami duszy widzi bezrobotne korektorki, chodzące stadami po ulicach, do niczego nikomu niepotrzebne. Za rok minie 30 lat od tych proroczych słów, internety są kopalnią błędów i to taką, że na skutek czytania internetów coraz częściej popadam w depresję, bo jak można pisać po woli, za razem, w skutek, nie prawda, na prawdę? Za moich szkolnych lat człowiek siedziałby w kozie, przepisując ten błąd 100 razy... Że okrutne? Ale wtedy słownik ortograficzny był rarytasem. Dziś w zasadzie każdy program ma słownik, podkreślający czerwonym wężykiem, tak, Jasiu, czerwonym wężykiem  błędy, zwłaszcza te najprostsze i ordynarne.

I co? No nic. Nie mówię już o niuansach, typu dwie spacje, brak spacji, dywizy i myślniki...

Dlatego lubię stare książki, składane przez zecerów, bo tam na takie drobiazgi zwracano uwagę. Wiem, na moim "blogasku" są błędy, np. te cudzysłowy nie są prawidłowe typograficznie, ale... nie bawię się tu w korekcenie, wiadomo, szewc bez butów chodzi...

Więc wracając do naszych baranów, mam wyjebane.

Tylko wkurw we mnie rośnie, bo rośnie liczba stron we wszystkich publikacjach, a moja pensja stoi w miejscu.

Wiem, jestem szczęściarą, bo mam pracę.

Pytanie: jak odebrać te nadliczbowe 18 godzin tylko z tego tygodnia, skoro  mam jeszcze full niewykorzystanego urlopu za ubiegły rok? I to zdziwienie: jak to, pół etatu ma urlop?

Dobra, nie żalę się więcej.

Bo mnie szlag.

Trafi...

Jak wejdę do banku, a tam znów goła pensja, a gdzie to: błyskawicznie zapłacę za inserty...

Kurwa, dobrze, że stać mnie jeszcze na piwo. To dobre.

A pani z teatru się dziś odezwała, zobaczymy, jak będzie...

Budżetówka zawsze jest the best.

Aczkolwiek na emilka, że Ok już nie odpisała.

Na ile w skali 10-stopniowej jestem idiotką?

Głosowanie, start... 


UPDATE

Na poczcie mam kolejną propozycję współpracy. Kurwa. Pomyślę o tym jutro. Na trzeźwo, nie żebym teraz była pijana w trzy dupy. 

Z jednej strony super.

Z drugiej - WHAT?

Teraz?

Potrzebowałam tego dekadę temu.

No nic, życie dziwnie się plecie...

Jak te ostatnie czasy...





czwartek, 18 marca 2021

I kolejny

 szalony do wypęku dzień, Kochany Pamiętniczku.

Skoczyłam rano do piekarni, wzięłam chleba na zapas, mam miejsce w zamrażalniku.

Przedpołudnie spokojnie minęło, informatyk miał być o 11.

Miał.

Ale nie był. A potem już poszło z górki - jednoczesny wysyp emilków, na cito, a jakże, informatyk z niespodziewajką, zamiast tonera dostałam


jaka ulga dla oczu, litery wyraźnie, nie muszę lupą sprawdzać, no i drukuje dwustronnie, więc nie muszę gromadzić papieru, a jak druga strona czysta, to trudno, pójdzie albo do przedszkola, albo jak wnuki już dojrzeją i będą u mnie rysowały. 

Razem z informatykiem zlądował kiblotłuk, który miał wymienić wodomierze, a emilki wrzeszczały i wrzeszczały...

Kiblotłuk, bo a jakże, po wizycie takich gości zawsze jest jakaś szkoda, tym razem padło na wieszak na ręczniki. Niby drobiazg, 20 parę zeta, ale nie ma nigdzie, a na Allegro jest, ale z dostawą wychodzi prawie 60 zł... No nic, udało mi się naprawić.

Po kiblotłuku czekanie na kierownika, który poustawia wodomierze, bo odczytują radiowo, więc już mi się nikt nie szlaja po mieszkaniu dwa razy w roku.

I warzywka, ale nie ruszyłam nic, jak skończyłam ukochaną gazetkę, to było po 20 i nie, to mnie naprawdę przerosło. Zrobię jutro. A gazetka puchnie, jprdl,teraz wiem, dlaczego idzie jak krew z nosa, coraz więcej i więcej tego jest. No ale z drugiej strony: mam pracę. Gdybym jej nie miała, miałabym gołą dupę, a poza tym co? Ile można oglądać seriali na Netflixie i gdzie indziej?

Skoro dali mi nowiuteńką drukarkę, to mnie chcą. A że grozi mi umarnięcie w pracy? No cóż, znam bardziej bolesne rodzaje śmierci. A przynajmniej się nie nudzę.

A i naczelny z maszynek napisał dziś do mnie przemiłego emilka, sam się już niedługo zaszczepi, szczęśliwy taki, bo do wnuków do Portugalii poleci. I martwi się, że ja nieszczepiona.

A mnie dobrze z tym nieszczepieniem. Gdybym mogła,oddałabym tę szczepionkę dzieciom, bo Pierworodny jest na maksa narażony. A Inżynier wciąż nie czuje się dobrze, po ataku bronią biologiczną od dzieci...

A na dworze

fiołki w tym roku jeszcze nieśmiałe, w zeszłym już kwitły na maksa...

... i forsycje się też czają, ale nieśmiało...


A ja czekam na jutro, jutro kwiecień będzie już za mną. Jeszcze warzywka.

Ale czekają maszynki, a i świnie czają się do ataku. I robale, bo atlas będzie o robalach. A kolega na moje straszenie, że ja mu do urenki się zwinę, jak będzie taki termin, odpisał, że spoko, na dwie zdrowaśki do pieca i nic mi nie będzie.

Kochają mnie, nie da się ukryć :) 

A ta dziewczyna z teatru, to myślałam, że ona była na macierzyńskim, ale nie... raczysko ją chyba żre i ma nawrót. Nawet kumpela, która mnie znów chce tam ściągnąć, nie wie, co jej jest, ale nie wygląda to ciekawie. No cóż, wzięłam to jako zapchajdziura, nikogo nie wygryzałam.


Bo to życie to bal jest nad bale... :)

środa, 17 marca 2021

Kalafiorkówna

 zmutowała, Kochany Pamiętniczku, zamieniwszy się w broń biologiczną.

W sobotę rzygała jak kot, podejrzewano, że coś zwędziła z lodówki dziadka, bo wszyscy jedli to samo i nikt nie rzygał. U nich (w domu, nie u dziadka, lodówka jest zablokowana, jedzenie poza zasięgiem łap, bo dzieci z głodu wciąż kradną jedzenie) :)
Rzygała całą noc i jej przeszło.

W niedzielę było OK. W poniedziałek rzygał i co 15 minut walił kupę Alienek, ale też mu przeszło, nie licząc osranego do bólu dupiszona. 

Ale i tak dobrze, bo zaczęła się kwarantanna, bo pani w przedszkolu ma koronawirusa.

We wtorek poległ Inżynier i Inżynierowa, i to tak, że Inżynier poszedł na L4.

Dychają.

Śledczy twierdzą, że Kalafiorkówna mogła coś złapać w grupie, gdzie robiła w piątek za Curie-Skłodowską w miniaturze i to raczej wydaje się bliskie prawdy.

Na szczęście rodzina dycha, ciężko, ale dycha.

Mnie tam żadna kurwica nie bierze (odpukać i hip-hip hurra), poza tym, że praca mnie zabija.

Dziś był horror, jak siadłam o 8, tom wstała od komputera o 20 (no dobra, jeszcze kwitnę, ale tylko piwo wypiję, bo dziś Patrick's Day i spierdalam). Boli mnie wszystko - każdy mięsień i każda kosteczka. Odkąd stłukłam kolano we wannie wciąż mam problem z klękaniem, a dziś jak na złość skończył się toner, a nie sprawdzę, co się dzieje z drukarką nie klękając. Informatyk miał być o 12, nie dojechał, będzie jutro z rana.

WTF z rana? Nie wiem, czy ogarnę się do 9. Mam ostatnie skibki chleba z zamrażalnika, jeszcze sprzed roku. 

Zamrażalnik pusty prawie i OK. Lecąc po piwo do piątki, skusiłam się na gotowe naleśniki i teraz mi stoją na żołądku, było sobie jajecznicę zrobić, ale nawet na to zabrakło mi dziś czasu. 

No to cierpię.

A, nie będę nic mówić, bo co miesiąc to samo, a te nowe layouty i programy, i coraz więcej stron... Mnie to by było rybka, żeby to spływało systematycznie, a nie wszystko w jeden dzień.   Dwie godziny po godzinach Boss pisze, że nie wie, czy było, jak było to ble, ble. Było, kurwa, w poniedziałek. Ja to wiem, w pierdyliardzie tekstów, a on ze swoich kilku nie wie? Odsyłam. Kurwa.

No... I jak tu nie kląć, no jak?

A. Do reszty mnie pogięło, ze szczętem. Teatr się znów odezwał, bo kobietka, którą zastępowałam znów poszła na dłuższe zwolnienie, więc czy nie wzięłabym fuchy?

Wezmę. Żal tych kilku stów za pracę z palcem w dupie. Przedtem się stresowałam, bo często robiłam na kolanie w pracy, bo na cito, a niestety mój komp był na widoku mimo tego, że miałam swój pokój. I nieważne, że nie kolidowało to z moją główną pracą, bo to nie w porządku. Teraz nie mam tego stresu, nikt mi nie stanie za plecami znienacka, a nigdy nie zaniedbuję pracy dla fuchy. Teatr jest uprzedzony, że jest na drugim planie.

I tak - jak nie mówić, że praca mnie kocha namiętnie.

Mam 66 lat.

Od 6 jestem na emeryturze.

Jestem wdową.

No i?

Jedyne co na mnie leci to deszcz, śnieg i praca.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć? 

Coraz bardziej bolą mnie stawy. Powinnam iść do lekarza, ale jak? Jak męczyć wszystkich wokół o dzwonienie i inne takie tam?

Dobra, nie lamencić, pracować.

Arbeit macht frei, taka prawda :)  

Zapowiada się kolejny lockdown na maksa.

No nic, czemu mnie to nie przeraża? Mam tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle rzeczy do zrobienia. 

Ale żal mi młodych, zwłaszcza moich wnuków. Co to za życie, z wieczną niepewnością: zamkną, nie zamkną. I co to za nauka? Z jednej strony OK, że jest taka opcja, z drugiej - szaleństwo i nieporozumienie.

Jednak świat zwariował. A S-F staje się rzeczywistością.

A,wciąż nie mogę się zdobyć na oglądanie filmów o zombie, co zawsze śmieszyło chłopców. Ale to już mnie przerasta, bo i Mad Max kiedyś był abstrakcją, a teraz już nie za bardzo nią jest...


sobota, 13 marca 2021

No i nie dojechaliśmy

 do Umarlaków, Kochany Pamiętniczku.

To był stresujący dzień, aczkolwiek ja byłam jak nie ja - nie wpadłam w panikę, nie histeryzowałam.

Jakieś takie dziwne przeczucie miałam, ale nie odważyłabym się Inżynierowi mówić, boby mnie wyśmiał.

No dobra, nawigacja w rodzinnej wiosce do rodzinnego domu wywiozła go najgorszą drogą, utknął na szlabanie...

Ale to pikuś. Mówiłam, zimno, padać ma. Fajna pogoda była w ubiegłą niedzielę, ale nie mój wóz, więc cóż. Za tydzień ma być nawet śnieg, a potem są Alienkowe urodziny, a potem już święta.

Trudno, jedziemy dziś.

Jedziemy, spokojnie gawędzimy, Inżynier żre kupione specjalnie dla niego grześki, w domu na piecu czekają żeberka w tonie pieczarek, pieczone w miodzie, mlask.

Gadu-gadu, jak to Inżynier, jedzie na tempomacie i wyjebane ma na wyprzedzających, bluzga tylko jak go ktoś po podwójnej ciągłej wyprzedza.

Ja oczy do nieba wznoszę, tłumaczę Umarlakom jak krowie na rowie, że jak nie połapią tych aniołków, co prysznicem się bawią pod nieobecność starszych, to tylko nowe badyle dostaną, a z mycia grobków nici, więc...

Przed samym Jarocinem mieliśmy różnicę zdań na temat tego, która szczepionka lepsza i gdy Inżynier się na mnie wydarł, a wydarł się, bo drze się, jak mam inne zdanie (taka wada fabryczna u moich dzieci), silnik nagle zaczął się dławić.

Starym sposobem informatyków, Inżynier, sam informatyk, wysiadł, otworzył maskę, olej sprawdził, zatrzasnął maskę i nic. Pytam, czy ma Assistance, nie pamięta. A to już sobota popołudnie, leje zdrowo, a my w środku niczego. Dobrze, że są internety, szukamy warsztatu, jest w pobliżu. Ale GPS nie zna ulicy, telefon za to zna :) Jedziemy, pasem awaryjnym, na rzężącym silniku. Na całe szczęście to niedaleko, ale... warsztat przeniesiono do jakiejś pipidówki.

Parkujemy w zatoczce, telefon i... mamy szczęście, panowie podjadą z lawetą. 

Podjeżdżają dość szybko. Stawiają diagnozę, że padł wtryskiwacz paliwa. Drobiazg, ale nie mają do tego modelu, musieliby zamówić.

Odholowanie samochodu do Poznania wyceniają na 300 zł, zatem nie zastanawiamy się ani chwili, w Poznaniu Inżynier ma sprawdzony warsztat. Decyzję przypieczętowuje to, że pan ma miejsce w holowniku i nas zabierze, inaczej musielibyśmy brać taksówkę na dworzec, a i to nie wiadomo, czy coś pojedzie dziś do Poznania, takie czasy, linia z K. nie kursuje od października.

Nawet mi do głowy nie przyszło lamencić. Inżynier na propozycję pomocy finansowej wbił mnie w glebę.

W sumie sama nie wiem, dlaczego ja mam takie obiekcje: to też jego Umarlaki. Lubi ze mną jeździć. Sam się ofiarował. Nie zepsułam samochodu, sam się spsuł. I Inżynier, jak go znam, ma wydatki, i owszem, ale też nie żyje od pierwszego do pierwszego.

Głupia ja, co nie?

Tak więc nie będzie posprzątane na Wielkanoc, trudno. Sprawdziłam, choćbym się zesrała, nie dojadę do K. komunikacją zbiorową. Mogę zamówić mycie grobów, ale to w sumie jak umarłemu kadzidło potrzebne. Chyba znów odezwę się do mojej E. z prośbą o kupno badyli, poślę jej kasę, ale to mam znów zobowiązania. 

Bo w sumie martwiło mnie, że badyle po zimie padnięte.

No ale w sumie, Skubane jedne, wiedzą, że ja ich kocham.

Na pół godziny przestało padać. Ale potem lunęło jeszcze lepiej, więc tak sobie myślę (Inżynier wyśmiał i opierdolił), że może specjalnie spsuli samochód, żeby się coś nie stanęło?

Badyle sztuczne, nic im nie będzie.

Żeberek i pieczarek mam po kokardkę i kucyki, bo holownik podrzucił mnie do chałupy (bo na brzegu wioski jest) i pojechali do Inżyniera na podwórko, więc bez sensu, żeby do mnie na obiad wracał.

Dwa żurawie po drodze widzieliśmy, stado dzikich gęsi, pustoszących pola, biedne tirówki, moknące w ulewie (Murzynki tym razem nie było, ale za to było dużo pań wykonujących najstarszy zawód świata, swoją szosą, lubię seks, ale tak bym nie chciała pracować, za Chiny Ludowe i Koreę też z demoludów).
Przeszczęśliwa czułam się, wchodząc do domu, bo już oczami duszy widziałam JESZCZE większe kłopoty, że  auto zabiera jakiś holownik, a my w deszczu lecimy do Jarocina per pedes, a potem...

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. I może niepotrzebnie się złościłam na Umarlaków? Tego się już nie dowiem :) 

Pan od Pomidorków dziś wrócił, bratki zanabyłam, więc oficjalnie wiosna się zaczęła, chociaż gdzie ona się szlaja, skoro jej tu nikt nie widział?

A z Pierworodnym komunikacja do niczego, narzekał na to też Inżynier, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Synowa miała urodziny, złożyłam życzenia, kasę wg rozdzielnika wysłałam, sprawiedliwie, choć nóż mi się w kieszeni rytmicznie otwierał, bo ona moje olała ciepłym strumieniem moczu, badyle od Pierworodnego dostałam tylko dlatego, że w sklepie, w którym pracuje była wyprzedaż, nie umniejszam, pamiętał, i co od niej? Na MSG: dziękuję.

I koniec, nawet pocałuj mnie w dupę nie było.

A mogło być tak pięknie.

Kalafiorkówna szykuje się do wylotu, chyba będzie latać wysoko, pierwszy raz  poszła na 1,5-godzinne zajęcia dla maluszków, chemii uczyli. Wyszła wywleczona za frak, w wózku zasnęła, a w domu po przebudzeniu pół godziny stała w drzwiach, ściskając kurtkę i rozpaczliwie łkając, że chce jeszcze na chwilę tam...

Następna impreza za dwa tygodnie, ale miejscowa, więc zawsze czymś dojadę, o ile pod coś nie wlezę... :)

Przykro mi tylko, że Inżynier z kasy wyskoczył, ale co ma paść, padnie, sam mówił, że wolałby, żeby mu to w mieście padło, a nie w trasie, ale cóż...

Mam nadzieję, że nic nie złapaliśmy po drodze, byliśmy w maseczkach,  panowie z warsztatu mieli na to totalnie wyjebane. Może mają rację, może nie, strzyżonego wszyscy strzygą, co nie? :)


wtorek, 9 marca 2021

Kolejną

 gazetkę robimy, Kochany Pamiętniczku, będzie nowy layout, a ja jak tabaka w rogu. Ale od zebrania na ZOOM-ie się wykręciłam, bo nie. 

Co ma być, będzie.

Nowy tydzień zaczął się spokojnie, ale przedtem w weekend wciągnęłam 


 i już dawno się tak nie bawiłam, i serdecznie polecam. Ponoć był na HBO, ale i napisy są. Oczarowana jestem.

W poniedziałek znów dzień mi zleciał, wkurzył mnie Pierworodny, bo ani on, ani ona nie odezwą się sami, w poniedziałek nie pytałam, ale zaczęłam się martwić, że nawet z życzeniami nie pobieżył (jakbym go nie znała), dziś pytam, mówi, że wszystko OK. Przyjmuję na wiarę, bo przecież nie pojadę sprawdzać.

Ale wkurza mnie, no i ani słowa pytania, co u mnie, a przecież mogło się coś wydarzyć, co nie?

We wtorek słoneczko już świeciło, aczkolwiek wciąż zimno, a ja zła, bo cykają materiały jak na receptę, więc o 13.01 zamknęłam kompika, żeby mnie nie kusiło i poszłam w świat, bez plecaczka, ale z wózeczkiem. Kartki urodzinowe musiałam wysłać, ostatni dzwonek, żeby doszły na czas.

I tak sobie do Rossmanna hycnęłam, bo dawno nie byłam, co nieco się zaczyna z kosmetyków kończyć, a Rossmanna akurat lubię. I tak na swoje nieszczęście się powlekłam, bo u ogrodnika za bramą czyhały na mnie bratki. Wprawdzie 50 gr droższe niż na Bema, ale to po drodze, bez tracenia czasu na dojazd, no i wspieram lokalsów :) Zanabyłam 10 miniaturek, albowiem wciąż czekam na Pana od Pomidorków i jemu chcę dać zarobić, a loggia nie jest z gumy.

Zatem mam


i w sercu maj :)

Potem znów do Lidla poleciałam, bo gdy wracałam z bratkami (jednak zimno było) nie zdążyłam już do galerii (galeryjny kibel ponoć czystszy od domowego, ale wolę nie sprawdzać), a siku musiałam. Więc do Lidla, bo chodzi za mną pomelo. Pomelo jak na złość nie było, ale było dobre wino, więc dzisiejszy wieczór sponsoruje radio Pogoda


moje ulubione cienie na ścianie i 



kolejne Primitivo :) Będę musiała po nie znów do Lidla polecieć, bo dla Inżyniera na łapówkę wezmę. Jedno już na niego czeka, jak mi założył wideowizjer - mówił, że cały luty pości, tom mu nie dała łapówki, a potem rzekł, że skończył post. A na weekend jesteśmy umówieni na jazdę do Umarlaków, to mu się należy też. Lubię tak podziękować, bo przynajmniej nie muszę się dopraszać o uwagę. Inżynierowe Łobuzy małe jeszcze, ale nauczone, co jest od babci, ja nawet nie pamiętam, co dałam, a one lecą z tym i mówią: od babci. Innej babci nie mają. Od Pierworodnego nawet dziękuję nie powiedzą, a przecież już duże. Że jestem małostkowa? Chyba nie, bo miłe, jak ktoś docenia. Ot, takie tam życiowe upierdzielenia.

Pozostanie tylko M. i grób Eksa, ale to chwila moment, ogarniemy.

Za dwa tygodnie Alienek skończy 4 lata, kiedy to minęło? Dałam Synowej kasę z wyprzedzeniem, upolowała na promocji Lego dla niego z wish list. Ostatnio tylko Lego mu w głowie, więc wolę dać kasę, jak sama szukać w sumie nie wiadomo czego, bo szczerze? Mnie to nigdy nie ekscytowało, gdy miałam małe dzieci. Każdy zestaw był przygodą i radochą. Synowa też choruje na Lego, na bukiety z Lego. OK, wolno jej, ale ja jej nie kupię, bo ponad 200 zł za zestaw z kwiatów plastikowych to dla mnie pornografia. Wiem, sama wydaję na kwiaty rocznie o wiele więcej. No cóż, są guściki i gusta - ona woli żywe sierściuchy, ja sztuczne, bo nie wymagają troski. Ja za to kocham żywe badyle, ona sztuczne, przyjdą jej urodziny, to dołożę kasy, niech sobie kupi sama :) Mam kupować nietrafione rzeczy, wolę dać kasę na przepicie i już :) 

A na poczcie, of course, po 13 doszły materiały, ale z zaznaczeniem: sorry, ale na jutro i tego się trzymam. 

Jutro od 9 do 13 praca, a potem w siną dal.

Aplikacja mnie chwali, bo zmniejszyłam stawkę i osiągam cel, a to też mobilizuje.

Mam nadzieję, że ogarnę to wszystko i wrócę do jakiej-takiej formy.

13 marca minie równy rok odkąd pracuję z domu.

Ciekawa jestem, jak czułabym się, gdybym mogła pracować tak, gdyby nie było pandemii?

Chyba nieźle, bo nic mnie tak nie wkurzało, jak czekanie do 21 po to, by dowiedzieć się, że jednak zrobimy to jutro. I czekanie godzinami na przystanku, bo o tej porze wszędzie zjazd do zajezdni, a bezpośredni autobus właśnie  odjechał, następny za godzinę. A tak: zjadam kolacyjkę, oglądam serial, a na hasło, że jednak jutro ziewam rozkosznie i lecę do wyrka bezpośrednim skokiem.

Z moim introwertyzmem home office jest idealnym wyjściem, zwłaszcza gdy mogę się od telekonferencji wykręcić sianem.

I tak, brak mi ludzi z pracy.

I nie, nie brak mi ludzi z pracy.

I tak, brak mi kontaktu z bliskimi.

I nie, nie brak mi kontaktu z nimi.

Chyba na stare lata mam coraz bardziej krzywo pod kapturkiem.

Ale takie czasy, nawet Murzynka Bambo nie można cytować, co mnie wkurwia.

I przypominają mi się nasze gadki o murzynku w piecu, Słonko, pytające, gdzie go złapaliśmy.

I nie, że mam coś do czarnoskórych.

Nie, nie mam. Ale ni chuja nie rozumiem, co jest złego w tym wierszyku, bo zawsze lubiłam Bambo.

I ni chuja nie wiem, dlaczego W pustyni i w puszczy jest lekturą złą, przestarzałą. Tak było wtedy, gdy Sienkiewicz książkę pisał i nic tego nie zmieni.

A Biblia? A Stary Testament? Ile tam jest zła, rui i poróbstwa? Córki Lota, które wykorzystały pijanego ojca? Serio? Tego nie skreślamy, to jest OK? 

I wciąż widzę moje dzieciństwo, w cieniu alkoholu i mojego ojca, który nie zawsze wiedział, co robi.

Mamę, rozpaczliwie próbującą stworzyć pozory normalności.

Żonę mojego wujka, która przyszła pijana w trzy dupy i posikała się na łóżku mojej obłożenie chorej wtedy mamy, tłumacząc jej, że życie jest piękne.

Mnie moje dzieci udało się przed tym ochronić, choć życie nie oszczędziło im innych swoich ciemnych stron.

I nadal nie szczędzi, bo ja, na ich miejscu, chodziłabym po suficie, myśląc, czy dobrze zrobiłam, że ich sprowadziłam w takim czasie na świat (gdyby była pandemia, jak byli mali. Pamiętam, jak przeżywałam pierwsze informacje o HIV, kiedy nie za bardzo było wiadomo, co to i skąd się wzięło). O wnuki tak się już nie martwię, choć się martwię (taka moja logika), bo oglądając SF myślę: zawsze może być jeszcze gorzej. Każde pokolenie ma swoje strachy i obawy.
A ja chciałabym dożyć tylko jeszcze tego, żeby mogli mnie pochować pod drzewem, albo jako drzewo.

Żebym sobie rosła, szumiała i mruczała w podmuchach wiatru, ruszających gałęziami mojego drzewa bądź nawet moimi własnymi: życie jest piękne, nawet jak jest okrutne...
A jeśli nie, to chciałabym w następnym wcieleniu być kotkiem u Inżynierostwa, choć Inżynierowa twierdzi, że nawet Inżynier nie zasługuje na taki zaszczyt.

Ale co tam, może jednak się uda?

Bo tak :) 


UPDATE

I tak mnie po cichu wszystko odciąga od pisania. Bo ludzie, którzy niby są ze mną na zawsze, tak do ostatka, do szału do dna, podsyłają mi  przejrzałe memy, linki, o których wiem, że są z automatu słane, a sama oglądałam je wieki temu, ten model tak ma, piszą mi, że tak, są ze mną, ale akurat..... wpisać, co kto tam chce jako wymówkę.

W sumie zostaje tylko radio Pogoda, słuchawki na uszach, zdjęcia, to, co się nawinie...

 

Już nie ma dzikich plaż, bo to moja bajka była tam, już jej nie ma...

Acropolis adieu, adieu mon amour...



czwartek, 4 marca 2021

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku.

Pierworodny ma koronawirusa. Dowiedziałam się we wtorek, powiedział dopiero, gdy miał już wynik testu. W weekend pojechali do O., do teściów Pierworodnego, całą bandą. Synowa mówiła, że czuli się OK. Pierworodnego zmogło w niedzielę, w poniedziałek pojechał (sic!) przez całe miasto na wymaz, transportem miejskim, a jakże. Bolą go nerki, to mnie bardzo martwi.
Papryczek też się pokładał, był we wtorek z synową na wymazie, nic mu nie jest.

Synowej nie kazali robić wymazu, bo ma dwukrotne szczepienie.

Wzięła opiekę i dalej orze w Pierworodnego, bo ją głowa boli.

Inżynier im zakupy załatwia, ma akurat urlop. Na spokojnie, bo wciąż pamięta, jak Pierworodny latał z zakupami dla nas na kwarantannie.

A cuda wianki przy okazji wychodzą, bo ponoć na kwarantannie z nimi jest jakaś koleżanka MW, która tam była w momencie, gdy Pierworodny dostał diagnozę.

Synowa nie musi mieć kwarantanny, bo ma dwukrotne szczepienie, co dla mnie jest nielogiczne. Szczepienie zabezpiecza ją, ale roznosić wirusa może.

Pojebane to wszystko. Inżynier jeden zatroszczył się o mnie, maglując, kiedy widziałam się z Pierworodnym.

Czego on się tak o mnie martwi?

A ja, niczego nieświadoma, pojechałam sobie na giełdę na Bema i zanabyłam 

 


dwa takie wkłady do wazonu. I reszta włosów stawała mi dęba na głowie na ceny, bo zestawy (wszystko jest w zestawach - wkład do wazonu plus stroik) kosztowały od 120 zł w górę. Na moje, że potrzebuję tylko do wazonu pan był gotów sprzedać część za 60 zł. Takie zestawy były przed Wszystkimi Świętymi w M., gdy byliśmy u Eksa w cenie 55 zł. To o ile to podrożało? Jprdl... Nie chcę kupować bukietów, mogę je w gąbkę wtykać, fakt, ale i bukiety jakieś niewydarzone są. 

Jak ktoś ma parę grobów, doliczy znicze (a te wyjechane w kosmos są, za wyjechaną kasę), doliczy dojazd, to i pensji nie starczy na ogarnięcie.

Nie wiem, kiedy pojadę, zależy od Inżyniera i od tego, czy nie zamkną znów wszystkiego. No nic. 

Zanabyłam też 


nie wiem, czy jesienne nasadzenie ocalało choć częściowo, bo niby rośnie, ale co tam. 20 zł za całość, najwyżej wina nie kupię :)

No i proteza mi pękła, ale pięknie załatwiłam, w pracowni mi skleili od ręki, 60 zł poszło się jebać, trudno. Następnego dnia wizyta u mojej dentystki i to ja napieram się na nowe zęby, bo jak pękło, to pęknie znów. Fakt, w maseczce nie widać, ale czasem żyję bez maseczki, co nie? A i pogryźć chrupiące lubię. Wyszłam lżejsza o 200 zł, ale zadowolona. Przed wizytą gadam z Pierworodnym, u niego wszystko OK niby... Wracam do domu, gadam z nim dalej, a on, że czeka na telefon od lekarza, bo antybiotyku potrzebuje. Pytam, na co. Bo MW ząb boli. Piątka. WTF? Antybiotyk na ból zęba? Rozumiem, mają kwarantannę, ale jak można do stanu zapalnego dopuścić? Mówi, że mleczak, piątka. Mleczak u 11-latki? A mówiłam, kurwa, że na dentystę dam, bo sama na to nie miałam i męczę się teraz. Pół godziny później prosi, czy nie mogę dentystki poprosić o receptę, bo lekarz mówi, że dentysta...

Kurwa. Daję telefon, niech dzwoni. Dentystka każe wziąć ibuprom, ciąg dalszy jutro...

I to, jak zwykle z dziećmi, załatwia Pierworodny, chory, który ponoć padał w niedzielę.

A Hrabina? Ma opiekę i nic...

Nie wiem, jak w razie W będzie wyglądała operacja odbierania i wykupywania recepty, bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, przeniosłam swój urlop z 4 i 5 na 2 i 3, bo Bossowi się priorytety zmieniły. Na mojego emilka, że jednak 4 idę na 11 do dentysty, bo tego nie dało się zmienić, będzie przerwa techniczna, odpisał łaskawie, że jak najbardziej, nie zmieniać nic, iść, chwilę później dosyłając mi stertę roboty i nie bacząc, że sam mi zmienił urlop...

Jprdl. Wiem, skomplikowane to, ale cóż. Takie jest moje życie.

Ponieważ tego nie zmienię, mam wyjebane.  Robię na zapas, w międzyczasie delektując się filmami, Podróżników zakończyłam, męczące, ale rewelacyjne i daje do myślenia.

Do Barana mam przeogromny żal i chyba mi nie przejdzie. Napisałam, że Pierworodny ma covida. Oczekiwałam przytulenia, a dostałam wykład na temat nieistnienia choroby.

Sorry, kij Ci w oko, bo w dupę byś miał przyjemność. Nie potrzebuję uświadamiania, akceptuję Twoją negację, ale to moje dziecko jest chore.

Więc jest jak jest...

Na FB wrzuciłam Ptaszka Staszka,mojego ulubieńca, bluzgającego na koronawirusa w pierwszą rocznicę jego oficjalnego debiutu w PL. Na to odezwała się moja świętojebliwa koleżanka ze studiów, że jak tak można bluzgać, zaś na moje wyjaśnienie zaczęła mnie nauczać o tym, co dobre, a co złe.

Jprdl.

Mam prawo kląć, mam prawo się miotać, mam prawo do swojego ciała, swojej duszy, swoich marzeń i snów.

I nikt nie ma prawa mnie pouczać, nauczać, wskazywać mi świetlanej drogi i jasnej przyszłości.

Może nawrócę się na łożu śmierci, chociaż w sumie nie wiem, na co mam się nawracać.

Dziś 4 marca, Kaziuki.

Nie ma Kaziuków na poznańskim rynku, ale ja o Tobie, Tato, i o Tobie, Ciociu - pamiętam.

Świeczka się pali, pachnie wanilią, dobre winko się kończy...

A jutro będziemy zamykać przełomowe dzieło.

Cieszę się, że wciąż coś zamykam, choć żal mi zamykanych za sobą drzwi.

A Alienek ma coś na poziomie 4 kHZ ze słuchem, choć jakem głucha, ni cholery nie wiem, o co chodzi. Na wyjaśnienie muszę poczekać do randki z Inżynierem.

I tak mija dzień za dniem, na czekaniu (wersja light) nie wiadomo na co lub (wersja hard) chuj wi na co...

A pod trzynastką jakieś włóczęgi zamieszkały, bo mój wideowizjer szaleje.

Ale jak na mnie, gdy wysiadali z windy z rękoma pełnymi napitków wpadli, grzecznie dzień dobry rzekli :)

Jak dobrze mieć sąsiada, czasami :)




piątek, 26 lutego 2021

Miało

 być cudnie, Kochany Pamiętniczku. Ano, miało.

A pensja goła jak święty turecki i tak też Bossowi w emilku napisałam. Parę innych kamyczków dorzuciłam do ogródka, wykorzystując okazję, że od 10 lat za tę samą kasę orzę. Podziękowałam za możliwość pracy z domu, że doceniam, ale podkreśliłam, że to też generuje koszty.

No nic.

Sekretarka (bo nowa jest, od dwóch lat, to nie to, co D.), dziurę w brzuchu mi wierci o urlop. W sumie nic nie jest winna. Wiadomo, Boss pensję i urlop rozpatruje jak mu wygodnie: urlopu mam za dużo, zresztą kto to widział mieć urlop na pół etatu? A pensję też mam za dużą, bo ludzie pracują za mniejsze pieniądze niż moje na cały etat i się nie indyczą, są zadowoleni, a poza tym czasopismo nam schudło (tak, jakbym była rozliczana ze stron, a nie jestem, i nie, nie schudło, chudnie jeden numer w roku, ale jak mówię, że mam dużo roboty, to chudnie). Nie kijem go, to pałką, co nie? I tak, mam 13 dni urlopu po 8 godzin i jakbym się uparła, bo należą mi się dwa tygodnie ciągiem, to nie miałby kto jednego numeru w roku robić i w zasadzie powinno mi to dyndać. Tak, wykorzystałam to dwa razy w ciągu 10 lat - raz, gdy pojechałam na sześćdziesiątkę do UK, a drugi raz gdy wywalczyłam wolny miesiąc, kiedy Kalafiorkówna miała się urodzić. Przez te 10 lat ani jednego dnia nie byłam na zwolnieniu lekarskim, nie licząc nieodebranych nadgodzin, bo odkąd przeszłam na home office to ich nawet nie zapisuję, bo jak mam je odebrać niby?

Może będzie dobrze, a może nie. Za inserty zapłaci (taką mam nadzieję), ale wkurwia mnie stanie wciąż w pozycji petenta, upominanie się za każdym razem o należną kasę. Łaski mi nie robi, sam prosił, żebym to zrobiła, bo nijak to nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Nie wiem, może ktoś z zewnątrz zrobiłby to lepiej i taniej (ja kwoty nie podałam i dobrze, bo po raz kolejny straciłabym nerwy chandrycząc się o jakieś 100 zł pewno), trzeba było brać, bo ponoć kolejka chętnych stoi pod redakcją. Tyle że ludzie, z którymi pracują mówią, że to jakieś nieporozumienie. I kiedy ja nie robię korekty, przynoszą mi cudzie dzieła z podkreślonymi błędami. Jakby poszło bez korekty byłoby pośmiechowisko. Sami za to pewno sporo kasy zgarnęli, bo to reklama branżowa była.

No nic. Pensja na koncie jest, będzie więcej może za miesiąc, może za dwa. I tak, mamy bajzel, bo ja swoje płatności, winien, ma, zapisuję w kajeciku, nawet te comiesięczne, które wiem, że muszę od lat, że czynsz, net, sieciówka... Niby mam dobrą pamięć, ale człowiek jest omylny. Mam i papierowy kajecik i aplikacje, i netowe cuda, a i bank przypomina. 

Gdybym była jakimś bossem, to jeszcze sekretarkę tudzież asystentkę bym miała, co nie? 

No nic, kurwa mać.

Może Obajtek, mogę i ja, w moich ustach to nawet słodziej brzmi, co nie?

Nie ma sensu się nakręcać, aczkolwiek zawsze jest poczucie bezsiły i niesprawiedliwości, ale tak ten świat stworzony jest.

Nie jestem biedna, ale nie deklarowałam, że będę pracowała za darmo - poszłabym do wolontariatu. 

Dobra, wino i radio Pogoda, żeby się nie wkurwiać na okrągło.

Chodzić muszę, bo już ledwo się kulam. Obniżyłam poprzeczkę z 10 tys. do 5, wg najnowszych badań tyle jest spoko. I od dwóch dni normę wyrabiam, aczkolwiek chodzę jak drób wodny ;)
Z nadzieją, że jednak z wiosną się rozkręcę, że z wiosną się roztańczę.

Strasznie boli mnie krzyż, przechodzi ból po 2 tys. kroków.
Jednak lockdown i brak ruchu, wieczne siedzenie przed kompem, bo jak nie praca, to filmy - się mści.

Z drugiej strony - ile można robić zakupy? Nienawidzę wychodzenia z domu bez celu, a przez lockdown jedyny cel to zakupy. Pogoda była taka, że na spacer mnie nie ciągnęło, bo co to za spacer dookoła osiedla, gdzie znam każdą dziurę w chodniku, a zewsząd czyhają na człowieka śmierdzące miny? A i zamiast muzyczki są aparaty, jeszcze teraz, z tymi jebanymi restrykcjami od jutra, ocipieć można. Zdziadziałam tak, że boję się dalej zapuścić (Dębina), bo nie wiem, czy dam radę do domu wrócić - na całe szczęście na kijki ostatnio wybrałam się trasą miejską i gdy padałam, dotarłam do autobusu i wróciłam do domu.

Jako że zamrażalnik nie jest z gumy, zaczęłam go powoli opróżniać, bo zdarzało mi się wieki trzymać w nim zapasy.

I tak dziś ciasto na pizzę odkryłam i 

 

pizzę na winie, pierwszą w życiu popełniłam. Nie skalałam się dotąd własnoręcznie robioną pizzą, albowiem fanką nie jestem, Inżynierową uwielbiam (ma dziecko talent do pizzy, nie wiem po kim, pewno po tym ogrodniku, który go robił), z Pizza Hut jestem fanką, ale sama co najwyżej gotowca odgrzałam w piekarniku, jak chłopcy byli na moim garnuszku. To jest pizza vege z łososiem (Inżynier padł na takie vege, ale do ja za to mogę, że łosoś się nawinął?), owszem, zjadliwa, nawet smaczna: ale zapisać w kajeciku: nigdy więcej nie paprać się z pizzą. Dupy nie urywa. Pociecha: jeden słoik pracowicie robiony latem zniknął, dobre jest to, co w środku, to mi wyszło :)

Wszystko ogarnięte, jeszcze tylko ostatnie pranie na balkon, bo ciepło już, choć ma się ochłodzić. Kaloryfery zakręcone, w mieszkaniu 22 stopnie, takie ciepłe 22, nie piździ...

Ale i tak...

I tak do końca życia pod górkę i pod wiatr...

(Weź nie pierdol, jest OK). 

Poniekąd jest, nie da się ukryć...

 

 


środa, 24 lutego 2021

Jeden

 dzień tak naprawdę odetchnęłam pełną piersią, nie licząc weekendu, Kochany Pamiętniczku.

A już dziś znów świnie zrobiły najazd na chatę i tak do wieczora je pasłam.

We wtorek zaś, zmęczona podskakiwaniem w życiu, gdy nieopatrznie w lustro spojrzałam, poszłam w siną dal, z mocnym postanowieniem zrobienia czegoś ze sobą. Kamienia odpowiedniego, żeby do Warty skoczyć nie znalazłam, a za dużo tłuszczu mam na sobie, żeby na dno iść, wypłynę, jak dobrze napompowana opona.

Więc... 



Tu opuszczam chałupę. Jako że mnie z lekka wideowizjer wkurwił, włączyłam jednak czujnik na podczerwień i moje zabawki raportują mi, gdy ktoś przechodzi korytarzem, mało, nawet łapią gościa na filmie. A wkurwił mnie, bo nie opanowałam wszystkiego. Ktoś dzwonił, nie doleciałam, ale potem rozkminiłam, że był to jakiś Cygan sprzedający dywany, więc w sumie dobrze, że nie doleciałam :) 

Zatem to ja.

Szłam i szłam, aż tu nagle patrzę: jak mówił mój ojciec: ktoś ci się kłania. Wiadomo, fryzjer.

Wchodzę, okazuje się, że dalej na zapisy, jest pani, która jest dla mnie No2, ale mówi, zerkając do notesika, że jak wrócę za 40 minut, to mnie dziś ostrzyże. No super, bo najbardziej nie lubię umawiania się na godzinę w danym dniu, bo mam poszatkowany. A że i miałam Manhattan ogarnąć, tom się zgodziła i wolnym walcem zanabyłam termometr zaokienny, bo spadł i się stłukł, niby mam aplikacji w chuj, ale aplikacja aplikacją, a termometr za oknem swoją szosą. Ziółka, ale w zielarni witaminę C chcieli mi wetknąć prawie ziębową, więc pokulałam się do apteki, potem serki w kiosku, gdzie wieki nie byłam, panie tam przemiłe, no i sam Manhattan i tadam, zostały mi 3 minutki na dojście do fryzjera, ale odpaliłam miotłę i poleciałam. A ciepło było tego dnia...

Pani, jeszcze w przyłbicy, ale już obie panie wiedzą, że ja mało że ślepa, to i głucha jestem, więc bez problemu, wystrzygła. Strzyżenie od czasów przedkoronawirusowych ładnie poleciało, bo było 18 zł (ja dawałam 25, a co), a teraz 28. W sumie nie wiem za co, bo tylko jakiś papierowy kołnierzyk jednorazowy dają, a dezynfekcja wygląda jak dawniej, więc jeden chuj. Wiem, i u fryzjera można HIV złapać i inne świństwa, dzieci kiedyś (oba naraz) wszy przywlekły, ale włosy mam jakie mam i nie tak łatwo je obsmyczyć. Długie miałam tylko w dzieciństwie i po wyjściu za mąż, bo Eks uważał, że kobieta z długimi jest seksi :) Pozwolił mi ściąć, gdy wypadający po porodzie długi kudeł zawinął się Pierworodnemu wokół palca u nogi i nie zauważyliśmy tego od razu. Dziecko ryczało dwa dni wniebogłosy... Zwizualizowałam mu, że takiż włos może się owinąć wokół siusiaczka... i dostałam pozwolenie na ścięcie. 

Mój ojciec był fanem mnie na chłopczycę, mówił do mnie wtedy: mój Hajduczku. I zawsze kazał mi chodzić do męskiego fryzjera (sam był fryzjerem, z papierami, ale niepraktykującym), bo jego zdaniem tylko męski umie strzyc. Coś w tym jest, bo damskie zawsze wymyślają, co zrobią z moją głową, a ja wiem, że to nic nie da bez modelowania, suszenia, układania, bo moje włosy są jakie są, nawet wymodelowane po godzinie znów żyją swoim życiem, a ani żelu, ani lakieru za Chiny Ludowe nie położę na łeb.

Więc zapłaciłam 35 (bo ja z napiwkiem, proszę Kochanego Pamiętniczka, póki mogę, a i moi chłopcy też nigdy od fryzjera nie wyjdą bez napiwku), a serce trzepotało mi w piersi jak zraniony ptak, bo w lustrze nie widziałam już tej Starej Jędzy, ale


Stara, bo Stara, ale jara, co nie? :)

Kiedyś, dawno, dawno temu, w innej rzeczywistości i galaktyce, pewna mądra kobieta rzekła mi, że jak kobieta nie ma nic do stracenia, to powinna ściąć włosy. 

Święte słowa :)

A dziś wyszłam z domu w samo południe, choć na poczcie świnie harcowały. W sumie - nie mam wyznaczonego terminu, świnie chodzą, jak chcą, to i ja będę, jak chcę :)

Poleciałam i już po chwili żałowałam, że kurteczkę wzięłam, bo był upał. Więc kurteczkę zdjęłam i przeklinając aparaty w uszach zamiast słuchawek, poleciałam po baterie do tychże. W sumie są coraz gorsze i padają błyskawicznie, a dziś facet mnie w chuja zrobił, bo dopiero w domu spostrzegłam, że i te poprzednie, i te dziś kupione mają datę przydatności do marca tego roku, zatem są na skraju wyczerpania. No cóż, byłam gotowa u niego kupować, bo blisko, ale tak się nie bawimy. I tak mu na rękę szłam, bo nie chciał płatności kartą, że mu net wolno chodzi. Stracił klienta, pojadę do autoryzowanego, ciepło jest, i będę sprawdzała datę przydatności. Trudno. Mogłabym odnieść jutro, ale nie mam nastroju na utarczki, a i paragonu nie wzięłam, bo na co mi?

A dziś wyglądałam tak


taka moja autentyczna uroda i fakt, krótkie włosy odejmują mi parę lat, sama to wiem, choćbym nie wiem jak sobie tłumaczyła, że długie z pinkową spinką są seksi :)

Po drodze odwiedziłam 


 oczar, cudnie kwitnie, powolutku, pomalutku, zakupując tu i tam do domu dotarłam, wypakowałam, odgrzałam obiad od wczoraj, zjadłam i poszłam świnie paść.

I tak spokojnie (odpukać) dzień minął. Jeszcze jutro ma być tak ciepło, więc pokulam się znów, lepiej się czuję, choć kosteczki pobolewają po włóczędze.

I absolutnie nie mam ani wyobraźni przestrzennej, ani smykałki technicznej, co widzę po termometrach. Kupiłam dwa i oba jak kulą w płot.

Nieszczęsna ja, ale szczęśliwa.

Żebym ja tylko takie problemy miała :)

piątek, 19 lutego 2021

Dzień

 owocny jak rzadko, Kochany Pamiętniczku. 

Wstałam napalona jak szczerbaty na suchary, żeby do Biedronki przed pracą polecieć, ale jak się rozpadało i welon smogu do okien zapukał, to stwierdziłam, że jednak nie.

Po wino zawsze mogę iść do piątki, a zwiędłe badyle zastąpi doniczka z boligłówkami, które jeszcze się nie rozwinęły.

I dobrze uczyniłam, albowiem Boss uaktywnił się jak ostatnio Etna, a nie zdążyłabym na wybuch w porę wrócić.

I tak mną miotała cholera, że pod zlewem porządek uczyniłam, co me serce ucieszyło, albowiem znalazłam zapasy nieprzebrane chemii, zakupionej na promocjach. Tudzież inne cuda wianki, ale pod zlewem jest teraz ja złoto i już nie muszę się denerwować odgruzowywaniem, jak przyjdą liczniki wymieniać (chuj wie kiedy, ale przyjdą).

I tak pod zlewem ogarnąwszy, spojrzałam gospodarskim okiem na kuchnię, w międzyczasie emilek z pracy od JD, że tak im mnie brakuje, że nie ma kto chodzić od pokoju do pokoju i pracy szukać, że tęsknią, nosz, kurwa, we łbach im się poprzewracało, nie mam dodatku ekonomskiego :)

Z wierzchu też ogarnęłam, szafki (ojapierdolę) pomyłam, zaczynają się powoli sypać, nic dziwnego, po taniości kupione, ale trudno.

I wciąż mi czegoś brakowało w przerwach między kapiącymi jak krew z nosa tekstami. I tadam...
Okna. Okna niemyte od niepamiętnych czasów. 

Zatem chyżo jak sarenka, mimo stłuczonego w wannie kolana, wskoczyłam na taboret i rach-ciach-ciach - jak pięknie wpada światło przez umyte okna :)

I tak wolnym walcem poszło z górki, w międzyczasie zaliczyłam

 


 wciąga, jak chodzenie po bagnach, pracując wciąż ogarnęłam wszystko, oprócz podłóg, nawet sansewierię, którą mi dawno temu Baran dał, a która już rozsadzała doniczkę storczykową, w której ją zasadziłam (wiem, wiem, one lubią ciasno) przesadziłam, rozrosła się cudnie

Gazetka zamknęła się przed 17, a że warzywka milczały (i milczą), tom poleciała do Biedronki, gdzie pieścichłopy na mnie czekały, kręgosłup po drodze mówił mi: do łóżka, wariatko i plackiem leż, ale co tam, młodość żyły mi rozsadzała jak te badyle doniczkę.

Do domu wracałam powoli, rozkoszując się faktem, że prawie 18, a jeszcze widno...

Ma być parę dni ciepłych, to dokończę okna, bo nie zwariowałam na tyle, żeby po ciemku je myć. Teoretycznie mam wolne, ale jak to u mnie zawsze - teoretycznie.
Zakupy wypakowawszy, podłogę i w chałupie, i na korytarzu (bo mój dyżur) ogarnęłam...

I potem znów do Plemion Europy wróciłam. 

Kaloryfery zakręcone, jest ciepło. 

Tak się zastanawiam, czy gdybym zainstalowała rolety zewnętrzne, przestałoby mi tak piździć? Prościej by było, niż znów osadzać okna?

I tak już jestem w kwietniu, chociaż jeszcze marzec się nie zaczął.

Poczekam na wypłatę, zobaczymy, czy Boss pamiętał, co mi obiecywał, gdy ze studni wodę brał...

Ale tak czy siak - jest cudnie (poniekąd)... :)


środa, 17 lutego 2021

Zielonego pojęcia

 nie mam, Kochany Pamiętniczku, na co ja jeszcze czekam. 

Ale czekam, kurwa, bo nikt nie odpisał, że składka zamknięta.

W sumie w dupie mam, mam piwo, a jak będę ostatnie strony robiła po piwku, to i tak mniej błędów pójdzie, niż u nich na trzeźwo.

A już mi jeden egzemplarz napisał: zaszczepi się pani i wróci.

A chuja wafla, nie. Nie mam zamiaru się szczepić, bo nie, a nawet jakbym się zaszczepiła to i tak nie wrócę.

Jak poleciałam dziś w ulewie do piątki po piwko, bo w domu bezalkoholowo, to na samą myśl o chodzeniu do pracy, byłam gotowa przejść na emeryturę, natychmiast. Teraz, zaraz, już...

Pomijając gazetkę, pół warzywek ogarnęłam i jak ten siwy mrówek ryłam od 8 do 19.30, z półgodzinną przerwą na wstawienie i skonsumowanie obiadu. Druga połowa warzywek przyszła jak skończyłam pierwszą (mają, skunksy wyczucie), ale z zastrzeżeniem, że to na piątek. Ale tam, wydrukowałam, w piątek będę chatę ogarniała.

Sik na petardzie, zamiast herbaty woda, ja się sama, kurwa, wykończę.

A w szparze unijnej dwa PIT, pracowego niet, jutro będę pytać.

I ponaglenie: kiedy wezmę urlop. Nosz, kurwa, chciałam w lutym, ale inserty, co nie?

Teraz celuję w początek marca, ale ekstras szefa, a to chuj wie, kiedy będzie - zgodnie z planem, czy z fantazją Bossa. Wezmę urlop i napisze, że no, ekstras, że odbiorę później. Takich do odebrania później i nadgodzin to mam tyle, że jak umarnę, to nie będę latami jeszcze pracowała (cokolwiek TAM nie trzeba robić), tylko będę pod palemką na hamaku, z drinkiem z palemką, kołysana przez muskularnego Murzyna (żadnego tam Afroamerykanina) leżała i leżała, i leżała, aż odleżyn dostanę i...

No co?


Eksperyment przeprowadziłam. Nie myłam głowy i nie kąpałam się od niedzieli.W ramach eksperymentu, przecież nigdzie nie wychodzę. Smrodu nie czułam, aczkolwiek wąchałam się parę razy dziennie (więc jak długo trzeba się nie myć, żeby w autobusie zajeżdżać?), włosy (jeżu kolczasty, królestwo za fryzjera, mam siwe, obrzydliwe kłaki) zaczynały się z lekka przetłuszczać (moja studiowa psiapsióła, mająca kłaki a la topielica, czarne jak smoła, nie myła ich przez 2 tygodnie, bo musiały się przetłuścić, Pierworodnego z czupryną jak busz kijem trzeba gonić do mycia, Mała Wiedźma z włosami z moich snów też nie lubi mycia), a to dopiero 3 dni niemycia, a wyglądałam jak zombie...
No więc rano, aczkolwiek za późno wstałam, ale... Jeżu kolczasty, kąpiel jest lepsza od seksu.

Reszta jest milczeniem :) Ale trochę wody zaoszczędziłam przez te trzy dni. I może ta kąpiel tak mnie naładowała, że zrobiłam dziś wszystko na medal?

No, wolno się ze mnie śmiać, nie widzę przeciwwskazań :) 


UPDATE

Uświadomiłam sobie, że dziś Popielec. Od lat, nawet kiedy chciałam się posypać popiołem, zawsze byłam zapracowana po kokardkę i kucyki.

A dziś? 

Jak bardzo się zmieniłam?

Że bardziej kręci mnie otwarcie piwa niż rozmyślanie nad tym, że z prochu powstałam i w proch się obrócę?

Chociaż wciąż mnie nurtuje, czy jest TAM i jak TAM jest :)