piątek, 16 lipca 2021

Jak zwykle

 niepotrzebnie odstawiłam attacus histericus, Kochany Pamiętniczku, ale ten model tak ma.

Mam, na rok (ostatnio chyba wydębiłam na dwa lata plus pandemia przesunęła), ale byłam tak wykończona, że nawet nie zwróciłam na to uwagi, tak byłam zmęczona.

Bo i upał jest nieziemski (po powrocie do domu mogłam wyżymać stanik i gacie, wszystko się kleiło, a rano kąpałam się i wszystko świeże zakładałam...).

Wizyta na 9.20 do okulisty. Miałam być 9.10, byłam 9 i to tylko dlatego, że od Rolnej lamencąc na piechotę do POLMEDU polazłam, nie było jeszcze tak gorąco, ale... Tam jest wąziutka ścieżka dla pieszych i szersza dla rowerów, a mnie szlag, bo na tej szerokiej, zamiast jechać na środku, czy po krawędzi z dala od pieszych, to w te i z powrotem zapierdalała młodzież i starsza młodzież na hulajnogach i rowerach, po linii rozdzielającej oba pasy, a pas dla pieszych taki, że moja kubańska dupa z wystającą z ręki torebką ledwo się mieściła. Uniknęłam potrącenia przez panienkę na hulajnodze tylko dlatego, że w mur się wtopiłam, panienka zapierdalała w ciemnych okularach, choć słońca za cholerę nie było.

Ja, stara, ślepa i głucha chodzę ostatnio po chodnikach jak uciekinier z pierdla. 

A jeszcze na chodnik wjechał samochód z firmy sprzątającej, panowie zbierali szkło pod wiaduktem, cześć i chwała, ale... mogli zaparkować nieopodal i dojść, cóż, za to im chyba nie płacą. I przed tym autem się ustrzegłam,bo wyjeżdżał, cofając się, a ja byłam w martwym polu.

Kurwa.

Ja to mam szczęście, co nie?

Ale dotarłam do celu, zameldowałam się, pierwsza panienka w rejestracji była zrozumiała mimo maseczki.

Okulista poszedł błyskawicznie, który to już raz gościa widzę? Na moje, że cyferek nie widzę, ale zgaduję, odrzekł, że dobrze zgaduję. Był uprzejmy, maseczki uchylił. Powiedział, że mogę dalej czytać do śmierci, aczkolwiek coś tam mam na granicy normy, dowiem się, co bo nie tłumaczył, a ja nie chciałam go męczyć, bo jednak ryzykuje, bez maseczki i ja to rozumiem. Okularki mam nosić, sama wiem, że okularki są do wymiany (wymieniam je od 3 lat) :) Chyba zaszaleję i wymienię, ostatnio firma zwróciła mi całość (ponad 1000 zł, choć są zobligowani tylko do 200, nie wiem, czy teraz się uda, no ale mam na to, w końcu raz się żyje, potem się straszy).

Pokój 3. Wywiad. Też mają obostrzenia, bo pani nie mierzyła mi ciśnienia, przyjęła na wiarę to, co zaraportowałam sama(a ta, trochę naciągnęłam), ale mimo pierwszego "nie, bo nam nie wolno absolutnie", jednak uchyliła maseczkę, mówiąc, że tak, ludzie mają z tym problem. Oczywiście, tak jak i okuliście podziękowałam serdecznie, bo przecież nie musieli.

No a potem zaczęła się gehenna. Korytarz z kłębiącym się tłumem pod gabinetem numer 4. Gość od ostatecznego werdyktu, dzielący i rządzący, znaczy się, dopuszczający albo i nie, miał jak zwykle poslizg. O czym lojalnie uprzedzał napis na drzwiach, że bada indywidualnie... Staruteńki (na emeryturę przeszedł w 2002 r., wiem, bom z niego wydusiła), z niemytymi (fuj, blech i bleee...) siwymi kłakami (też mam siwe, ale myte), ten sam od lat gość, ale... ten od "co za chuj to pani napisał?", nawet mnie nie osłuchiwał, nie macał cyców i dobrze :) Maseczkę grzecznie spuścił, rozumiejąc problem i zdziwiony był, żem zaaparatowana, bo nie widać :) Na moje: a może pan nie podpisze, opierdolił, że na złość podpisze i mam w podskokach do roboty, bo młoda jestem, a robota jest mi do szczęścia potrzebna, chyba że chcę w krótkich abcugach wykitować... :) I jak nie ja, to kto będzie pracował, dodając: dobra pani jest, skoro pani na emeryturę nie wysyłają, bo mogą...

Cóż było robić, podziękowałam i poleciałam do domu, wkurwiając się na to, co mnie tam czeka.

Dwa przystanki jechałam, a kanar mnie dopadł, usatysfakcjonowany, bo wsiadaliśmy razem, a ja nie odbiłam.

No nie, mam zapłacone do grudnia. Musiał się obejść smakiem.

Z pętli kurcgalopkiem do domu, po drodze Biedronka, bo piękne róże były, dwa dupomirki, wpadam mokra i jest.

Kurwa. Wiedzieli od kilku dni, że dziś jest jak jest, ale oczywiście, J.B. jak zwykle, a szkoda słów.

Tak samo teatr. Pół teatru skorekciłam na telefonie, nie dowierzając, że mi PDF otwiera.

A reszta teatru - patrząc na to, ile mi płacą, wiem, że mają w Kosmos wyjebane pensje (a to przecież budżetówka), a zatrudniają, nie da się ukryć - debili. 

Całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku, taka prawda i chuj.

I nie, nie chodzi mi tu o to, że robią błędy, bo błędy rzecz ludzka i dzięki nim korekta ma na sól do śledzia. Ale swoją robotę odwalają tak niechlujnie, że chuj. I wkurza mnie to niechlujstwo. Bo gdybym ja tak niechlujnie pracowała, w każdym numerze byłyby co najmniej trzy ortografy.

Bo literówki są, były i będą, bo nawet moja znajoma, prowadząca, a jakże jebitnie wybitną grupę od redakcji na fejsie, pewna, że wszystkie rozumy pozjadała, bo ona wielka redaktorka jest, poprosiła mnie, bym coś znalazła w książce, którą kupiłam i przypadkiem w niej odkryłam, że to ona ją korekciła. Zawsze czytam stopkę :) No i parę stron i jest 


 Widzi ktoś błąd, bo ja widziałam go od razu, spojrzawszy na kartkę.

Czytam dalej i 


... około łączy się z dopełniaczem, czyli trzystu-czterystu powinno być.

Piszę, bo prosiła o zwrócenie uwagi na błędy. Myślałam, że chce się czegoś nauczyć. Ale nie, focha strzeliła, że nie jej błędy, że błędy tłumacza. WTF? Przecież nie będę pisać do wydawcy, że pani korektorka byka puściła... No ale ona liczb nie czyta i ich nie lubi. Ja też nienawidzę matmy, ale taki fach, czytać trzeba wszystko ze zrozumieniem...

Taka tam dygresja na temat mojego pojebanego fachu. Więc z boku patrząc (ta, wiem, jestem zbokiem, patrzę z boku), chyba miał rację pan doktor, że pracować trzeba do usranej śmierci i nie wstydzić się swego wieku :) 

No i fochnęła się, bo jak to, nie mam grupy, nie jestem trendy...

A kij jej w oko, bo w dupę by jeszcze miała przyjemność :) 

Z innej beczki... Moja teściowa (świeć Panie nad jej duszą)  podsuwała mi co rusz broszurki z przepowiedniami. Jako że osobą ugodową jestem i nie odbieram ludziom radości z mania racji, potakiwałam.

A przepowiednie głosiły: upadek Kościoła jako instytucji (zgadza się, sama jestem rozdarta między ludźmi z Kościoła, znaczącymi w moim życiu, a tym, co obecnie głośno mówi się o tej instytucji). Rozdarta, bo moje dzieciństwo sielskie anielskie, lata 50. to przedszkole prowadzone przez siostry zakonne, zastrzyki z gentamycyny (aczkolwiek to może być przyczyną mego kalectwa, ale to już inna bajka) wykonywane przez siostrę zakonną, bo pielęgniarki w wiosce nie było, Eda, wyciągający mnie z depresji po śmierci mamy, kopiący mnie w dupę, wówczas jeszcze zgrabną i ponętną, kserokopia Roberta Redforda, dla mnie jak starszy brat, temat na telenowelę, opowiadający o mnie jako o "zwariowanej, ale kochanej bibliotekarce" do końca swych dni... Niemający mi za złe, że mam tylko ślub cywilny. Mówiący, że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrym człowiekiem, mam to na piśmie. Ma miejsce w Wikipedii, a i Google go dobrze zna.

Ksiądz Stanisław W., kanonik, na emeryturze w mojej byłej parafii, wikary w mojej rodzinnej wsi. Dał mi ślub kościelny, znając sytuację. Miałam ślub kościelny z możliwością kościelnego rozwodu. Buntowałam się o to, a przyjaciółka teściowej rzekła mi: to twój przyjaciel. Myśli o tobie, nie podskakuj. I paru innych księży z naszego życia, bo i moi chłopcy byli kościółkowi. Pierworodny jest do dziś i nie wiem, czy to pod teściów, czy naprawdę.

Ja byłam w tej dobrej sytuacji, że kazań nie słyszałam, modliłam się w tym czasie.

Dziś wiem, że nie wrócę.

Chociaż ponoć nigdy nie należy mówić nigdy :) 

Tak więc upadek Kościoła jako instytucji po pierwsze.

No i sajgon przyrodowy, że rzeki wyleją, że morza zaleją, że huragany będą.

Patrząc na to, co się dzieje, prorok jakiś te przepowiednie pisał, czy cuś.

Że będzie głód (a będzie, bo... cóż robię w branży).

Że kto wierzy w gusła, temu dupa uschła?

Wywaliłam te broszurki, a szkoda.

Jakbym pokazała Inżynierowi czy nawet Pierworodnemu obśmialiby.

A to nie do końca tak.

Przyroda mści się za lata lekceważenia jej zasad.

A ja sama: tęsknię za rzeczami, które wywaliłam na śmietnik, bo były niemodne. I nie mówię tu o ciuchach, bo dupa urosła. Ale co przeszkadzała mi stara kanapa czy toaletka? Fotele, półki na książki?

Tak niszczymy Ziemię, kupując wciąż nowe i nowe, wyrzucając stare na śmietnik...

Boję się o moje dzieci i wnuki, bo ja może tego totalnego armagedonu nie dożyję.

Chyba że w alternatywnym świecie też jest chaos...

I tym optymistycznym akcentem kończę...


wtorek, 13 lipca 2021

Przeżywam

 wciąż tę sobotę, jak nie przymierzając mrówka okres, Kochany Pamiętniczku :)

I coraz to nowe obrazy wyskakują, ale nic nie przebije grzecznego "dziękuję" za każdym razem, gdy dostawali coś do żarełka. A absolutnym hitem było przeszywające jak strzała spojrzenie Kalafiorkówny, gdy spanikowana nad kupiszonem, rozklapniętym na posadzce łazienki, usiłująca zatrzymać Alienka od włączenia prysznica, w panice wycierałam jej dupiszona papierem. Spojrzała mi głęboko i przepastnie w oczy i z wyrzutem rzekła: papierem, papierem? Ha, rozdziewiczyłam jej chyba tym papierem dupsko wycierane dotąd jedwabistymi chusteczkami...

Rodzice się zaśmiewali, ale mnie to głęboko w serce zapadło, że na taki stres naraziłam Kalafiorkównę.

Niezbadane są wyroki losu, chichot historii i inne takie tam...

W poniedziałek zaś praca, bo ona mnie kocha.

We wtorek, czyli dziś, trzynastego (ojaciepierdolę) poleciałam na Manhattan, jeszcze z mokrym włosiem (biedne moje aparaty słuchowe) i Panu od Pomidorków rzekę, że coś się złego dzieje z dupomirkami. Albowiem musiałam dwa z kupionych za zawrotną cenę 19,90 za kilo, a jeden egzemplarz waży ok. 450 g, kupiłam 6 wywalić, bo rano tonęły w pleśni. Pan westchnął, na moje: mączniak, odrzekł: nie, szara pleśń i dorzucił gratis w formie półkilowego żółtego, z tych co pleśnieją jak głupie. Kupuję je, bo dają się jeść ze skórką, są przepyszne, ale... No właśnie, cena i wywalanie połowy na śmietnik, nawet mnie na to nie stać. 

Wracając do pracki, znów inserty straszą. Piszę, że nie ma tak za uśmiech prezesa, a pani się upiera, że pisała, że płacą. Idę w zaparte i czyje na wierzchu? Moje, nie pisała do mnie, tylko do kolegów... Hahahaha, korekta ma zawsze rację, ulegam presji pieniądza, który jak wiadomo, non olet, no i kocham gazetkę, a gdzie oni w tym tempie znajdą korektorkę, ewentualnie korektora...

Na koncie kasa festiwalu, wreszcie, z dwumiesięcznym opóźnieniem, pani obrażona nie odpisuje (w dupie to mam), to ja powinnam dochodzić odsetek, ale szkoda zachodu...

Dobra, robię insert, G. oprócz tekstu oferuje deal czosnku, a... Zaszalałam, kupiłam czosnku za całe 200 zł, Inżynier w tym roku chce 40 główek, dostanie, ale nie ma już sponsoringu, zedrę skórę:) Znaczy się, kasę chcę.

A rano w szparze unijnej taki okaz


 Wiem, Inżyniera dzieło, ale... kurwa, pamięta, pisze, wie, że mnie to kręci, i tak: Kalafiorkówna ma na imię Hania, a Alienek Olek :) 

Wyszło szydło z worka...

A ja, ogarnąwszy wszystkie kuwety, odpaliłam Netflixa i 


polecam. Zaskakujące...

I wyjebane w Kosmos, jak dla mnie, może nie z pokolenia wojennego, ale z powojennego już.A wisi nade mną piątek, kiedy pójdę na badania okresowe do...

Obstawiamy? 

Będę nadal zdolna do pracy, czy wyląduję na śmietniku historii?

Nie ma w tym obstawianiu nagrody, stawką jestem ja...

Ktoś się odważy na mnie postawić?

A tam, taki sprawdzian.

Życie nie składa się z oddychania...



sobota, 10 lipca 2021

Trzydzieści siedem

 lat temu, Kochany Pamiętniczku wjeżdżałam właśnie na porodówkę, na której następnego dnia rano zawitał na świat Inżynier. 

Jako że jemu nie zależy na celebrze, a reszta rodziny się rozlazła, uchwaliliśmy, że nie jemy tortu. Ale za to ja spędziłam dziś 8 (sic!) godzin z Łobuzami, żeby młodzi mogli sobie iść na randkę.

Dzieci, poinformowane, co to jest randka, pytające średnio raz na godzinę, gdzie jest mama i tata,po usłyszeniu: na randce, wracały spokojnie do zabawy z babcią.

I ja nie wiem, dlaczego oni tak narzekają na Łobuzów, Łobuzy są idealne. (Ha, widzę mojego ojca, zostawionego z Inżynierem, który gdy wracałam, mówił: no i po co wracasz, jak jest ze mną, jest idealny, kupę dziadkowi zrobił, paróweczkę zjadł, a na twój widok ryczy). 

Tylko mój ojciec, bawiąc Inżyniera miał 54 lata, ja mam 66 :) 

Ale to był wspaniały dzień, dzieci nie znają starych, głupich zabaw, mają inne, ale i ze mną się bawili w chodzi lisek, warzyła sroczka kaszkę, raz rybki w morzu brały ślub...

Zostałam wielorybem, co gabarytowo się jak najbardziej zgadza, wiały przede mną i tyle ich widzieli...

W ramach bonusu dostali jedną kulkę lodów więcej, niż pozwolili rodziciele, i to lody na miseczce, a wafelki osobno i było wielkie chrupanie, ach, co ja miałam z tymi chrumkającymi prosiaczkami...

Tak nam miło czas płynął, Kalafiorkówna jedną kupę strzeliła (tradycyjnie zesrała się z radości, że babcia jest), ale taką hmm... koziobobkową.
Kolacja.  Mieli mieć chrupki z mlekiem, ale naparli się, że mleka nie. No cóż,  dzień z babcią...

Drżałam, że zachłysną mi się, ale nie, domagali się dosypek, bo czekoladę wyjadali... Oj, miarka się przebrała, więc kolejne miseczki już z mlekiem wsuwali i...

Nie pomogło tłumaczenie, że tata wykąpie, jak wróci (taka była umowa: nie kąpię, nie jestem kompatybilna z ich łazienką), lament rozległ się srogi, że kąpiel (Skubane jak szwajcarski zegarek są), a i dwa jebane sierściuchy, które od Zmorki zwiały



pod nogi mi co rusz właziły, bo to była ich pora na karmienie (Sierściuchy jebane też ze Szwajcarii, chociaż Brytki z rodowodem, a instrukcji nie dostałam, post factum okazało się, że mają swoje serwetki napodłogowe, miseczki i w ogóle) i ogólnie masakra.

Cóż było robić...

Ustawiłam Łobuzów na baczność, mówiąc, że łebki poukręcam, niekompatybilny prysznic i wanienkę ogarnęłam,  zdejmuję Kalafiorkównie pampersa, swobodnie, 5 minut wcześniej sprawdzałam, a z pampersa na podłogę plask... 

Z trudem ogarnęłam tę kuwetę, bo z radości, że babcia ją wykąpie zesrała się na maksa... (Inżynier, wyrzucając pozostałości, zachomikowane koło kibla, bo bałam się to ruszyć, o mało nie zemdlał... Ja to mam szczęście, co nie?).

No ale wykąpałam, pomijając mycie głowy Kalafiorkówny, bo nie mam zielonego pojęcia, gdzie jest jej szczotka do włosów, a nie będę rewizji we wszystkich szafach robić. Więc wdzięczną kitkę na czubku łebeczka jej związałam, męcząc się, albowiem...  No kiedy ja coś gumką ogarniałam?

Piżamki i inne takie tam pokazali, ale Alienek upierał się, że on śpi bez pampersa. Rodzice potwierdzili i meldowali, że już jadą.

Starość, kurwa, starość.

Zdjęcie ich osobistych ręczników to też wyczyn, bo schodki są na wagę dziecka, a nie wieloryba, a wieloryb mały jest...

Wylądowali na kanapie i nastąpiła wiekopomna chwila, albowiem babcia UWAGA! ACHTUNG! WNIMANIJE! CAUTION - pilota zgwałciła i włączyła TV (co nie omieszkał zaraportować matce Alienek, kładziony do snu, że babcia umie ich wykąpać i umie w telewizornię). 

Jako że młodzież wracała już do osieroconych dzieci, w ramach bonusu był jeden odcinek jakiejś jebanej w kosmos kreskówki, tak głupiej, że ojapierdolę... Po czym babcia stanowczo wyłączyła TV, albowiem jej uszy padały. Raz, że uszy mdlały już od wrzasków całodziennych,dwa, dźwięk z TV dla uszu zaaparatowanych to  u mnie jak jechanie piłą po metalu, a tu jeszcze po angliczańsku... Słuchawki dla mnie to całkiem inna bajka.

Książeczki czytać zaczęłam i wtem... dwa koty i dwójka Łobuzów rzucili się hurtem do drzwi...

Pożegnanie było czułe i serdecznie, młodym bałagan nie przeszkadzał.

Nawet Kalafiorkówna dała mi buziaczka, bo Alienek bez proszenia się pomiział.

Dostałam na taksówkę. Trafił swój na swego, bo ja nie rozumiałam, co gość mówił, a gość miał port w krtani :) Ale dojechałam, szczęśliwa, że jestem na swoim...  

Myślę, że pomijając prezent i bonus, to było najlepsze, co mogłam Inżynierowi dać.

A podsumował:trzeba to częściej powtarzać.

Zadrżałam, ale cóż.

Mam kłopot ze zrozumieniem Alienka, pod koniec lipca idzie na specjalną terapię, powoli się wszystko ogarnia.

No i jak ja to wszystko miałam przewidzieć 37 lat temu, że Inżynier, o którym myślałam, że pokocham, ale drugiego dziecka nie da się tak mocno kochać, jak pierwszego, zapewni mi taki rollercoaster?

A przed wyjściem, spojrzawszy na zegarek, wybebeszyłam kolejną szafkę i w niej, w ostatnim kartoniku na samym dnie leżało to jebane orzeczenie z moim dyplomem. Niech mnie ktoś zabije, wsadziłam je tam osobiście 8 lat temu i żadne kolejne badanie medycyny pracy się o nie nie upominało. Papierek ledwo dycha, jak wyciągnę go z zabezpieczenia, rozsypie się w proch i w pył :) 

I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)



czwartek, 8 lipca 2021

Znudziła

 mi się ta obecna szarpanina, Kochany Pamiętniczku.

A dzieje się, bo okazało się, że naczelny od maszynek poszedł na zasłużoną emeryturę, będzie tylko współpracował. A nowy naczelny? Hmmm... Jak dla mnie smarkacz, ale lubię go, a i on mnie lubi, czemu dał wyraz. Ma się to branie, co nie?

Więc tak ogarniając tę kuwetę (o insercie cisza, na sugestię, że czekam na polecenie z góry nie zleciał ani jeden tekst, więc tak, w dupie mam), wolnym walcem, zaczęłam szukać orzeczenia o inwalidztwie. Bo ponoć będzie mi potrzebne w czasie badania okresowego (na chuja? pracodawca ma je dawno w papierach, a mnie papierek wsiąkł, diabeł ogonem nakrył. Woziłam lata całe w kosmetyczce, w dowodzie, bo do biletu ulgowego było mi to potrzebne. Potem weszły plastikowe karty, a teraz, od 6 lat na emeryturze, mam plastikową kartę emeryta, a gdzie jest ten karteluszek? Przydziału na mieszkanie szukałam 10 lat, żadnego papierka nie wyrzucam, nie oglądnąwszy go 10 razy pod światło, mam jeszcze mężowskie rachunki za wszystko, bo... niszczarkę szlag trafił, a nie wyrzucam na śmieci danych osobowych, więc mam i książeczki czynszowe, rachunki za prąd dawno popłacone i nieważne, PIT-y od początku pitowania, a w tyle głowy pouczenia teściowej, że każdy papierek może się przydać, no mnie już ni chuja, bo nie mam się z kim o co procesować, ale śmieci mam full). 

I tak w oczekiwaniu na prackę (a jutro jedziemy do drukarni) z przerażeniem patrzyłam na coraz większy bajzel



no ma się tych skarbów od metra. A to nawet nie jest 1/10 wszystkiego...

Powywalałam z bólem serca instrukcje od urządzeń, których już fizycznie nie mam. Kabli nie ruszam, bo wiadomo: przydasię :) 

Włoski z pierwszych postrzyżyn Alienka znalazłam, ale moich dzieci nie. A nie wyrzuciłam na pewno, aż tak pijana nigdy nie byłam. Ale jeszcze dużo szaf, kartonów i walizek przede mną...

No i zdjęcia. Zdjęcie mojej hmmm... drugiej (a może trzeciej, rachubę straciłam), miłości... z TĄ dedykacją. Kiedyś wrzucę. Brat męża mojej przyrodniej siostry, mam cały karton listów od niego. Nie wyszło nam. Chłopak młodszy ode mnie, już od kilkunastu lat nie żyje. Nigdy się nie ożenił. Nie, to na pewno nie moja zasługa. I nie, to nie ja odeszłam w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, na dworcu w M. Cóż, życie.

I zdjęcia, zaczęłam skanować powoli, bo jak nie teraz, to kiedy? Kiedyś wreszcie muszę się za to wziąć, wiecznie żyła nie będę.


 

Moja praca magisterska. Wstyd i hańba, w samej dedykacji błąd na błędzie, błędem pogania. I nie, nie jest to wina maszynistki, ale autorki rzeczonej pracy, znaczy się mnie... Dusza korektorki łka rozpaczliwie, a nikt nie widział tych błędów, a pracę obroniłam na piątkę :)


Kartki świąteczne, nówki nieśmigane, do końca życia ich nie wyślę. Czego to ja jeszcze nie zachomikowałam?

Jastrzębia Góra, rok 1975, bez cycków, a od marynarzy z trudem się opędzałam, pewno dlatego, że druga Basia cycki miała jak malowanie :) Na praktykach zawodowych byłam w bibliotece WSM w Gdyni :) Jaja jak brylanty w akademiku, mieszkali studenci czarnoskórzy i... chodziłyśmy pod prysznic parami, albowiem... dziury w ścianach wydłubywali... A akademik był koedukacyjny... Jak to zdjęcia pamięć przywracają ;)


Już pani magister...
A to hmmm... Nie do wiary. Ja, zaciągająca się papierosem z rozkoszą, w butach na obcasach (z wyszywanego dżinsu, w tych butach szalałam na fajfie w szkole oficerskiej na Golęcinie, tuż przed ślubem ( poszłam jako przyzwoitka koleżanki i po prostu potańczyć, Eks i taniec to nie było kompatybilne), a tam był cały rok po kursie tańca i nie, nic złego się nie działo, po prostu wracałam do domu na boso, a buty wylądowały u szewca - mieszkałam wtedy rzut beretem od Golęcina. W tych butach poszłam do ślubu, nie przejmując się, że są mocno używane, sukienkę odkupiłam za grosze od koleżanki z roku, miała ją na naszym balu absolutoryjnym i nie, że nie miałam kasy, bo dostałam od chrzestnej, ale za leniwa byłam na szukanie kreacji :)

A to moi chłopcy. Zdjęcia nad kanapą nienawidziłam, wpędzało mnie w depresję, ale Eks je uwielbiał, bo było po jego ukochanej babci. Ja zasnąć nie mogłam, dla mnie było ponure i dołujące... Wylądowało w komórce i zlikwidował je "sąsiad sprzątający", nawet nie zapytał, czy można je wywalić, ale że Eksa już z nami nie było, przeszłam nad tym do porządku dziennego. Dziś na grupach widzę, że obraz jest trendy :) 



No i z Inżynierem, w sadzawce u teściowej. Cycków dalej nie ma, dupa jeszcze nie całkiem kubańska, ale celluit widać na kilometr :)

To był mój ostatni kostium kąpielowy. Nigdy więcej innego nie kupiłam, bo po co?

I to na razie tyle w ramach sprzątania i szukania kolejnych papierków.

Ciąg dalszy nastąpi :)


wtorek, 6 lipca 2021

Auć

 Kochany Pamiętniczku ;)

Poleciałam na Manhattan i trafiłam na fioletowe DWA kalafiorki, więc zabrałam jeden dla pani A., tej od świń, mówiąc, że denaturat na nim filtrowałam, ale nie uwierzyła :) 

W redakcji puściuteńko, ale ci, którzy byli, witali mnie entuzjastycznie i to głupimi okrzykami, że nic się nie zmieniłam, jakby nie widzieli tych paru kilo więcej i tych włosów mniej, i w ogóle... Szczęśliwi, że wracam i rozczarowani, gdy okazało się, że nie.

Ale najpierw była audiencja u Bossa.

I achy i ochy, nie wierzył, że to już 1,5 roku, jak mnie nie ma w redakcji i tyleż minęło, odkąd się widzieliśmy...

I rozmowa zasadnicza, jak czekisty z czekistą. Że za książkę dopiero ustalają honoraria. Nie powiedziałam, ile bym chciała, powiedziałam, że ustalona kwota jest za mała, że moja praca jest więcej warta i że liczę na niego.

Zobaczymy.

Chciał, żebym wracała do redakcji, bo "zbiera zespół i lubi cały mieć wokół siebie, a ja jestem częścią tego zespołu". Ta, znaczy się, źle, że nie wie, co robię i kiedy robię.

Zgasiłam go, mówiąc, że nie chcę wracać, albowiem ze względów logistycznych i czasowych naszego zespołu lepiej jest mi w domu. No to mam być w ostatnim tygodniu, a w pozostałych mogę pracować z domu. Obśmiałam, bo to właśnie ostatni tydzień jest wielkim problemem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy skończymy pracę i łatwiej mi cierpieć w domu do 22, z perspektywą padnięcia w łóżku, a nie w nocnym tramwaju (jakoś nie myśli, że dojeżdżam MPK, ale cóż...). Poza tym jestem pracownikiem zdyscyplinowanym i żaden przestój z mego powodu nie nastąpił. No i najważniejsze, nie jestem zaszczepiona i raczej jest mała szansa, że będę. A... Stanęło na tym, że ze względu na mój komfort i ewentualny dyskomfort zostaję na home office. Huk spadającego mi z serca kamienia słychać było na całej dzielni :) Powiedziałam, że w razie gdy stanowczo zażąda powrotu, wrócę, ale już mu się odkręciło. Zapytał tylko, kiedy wybieram się na emeryturę i na wieść, że jestem na niej już od 6 lat zacukał się. Nie, nie ma do mnie zastrzeżeń, ale kiedyś trzeba będzie odmłodzić zespół. Tja. Powiedziałam, że ma dać znać, jak zechce mnie wymienić na nowszy model. Dziewczyny obśmiały to, mówiąc, że nie wymieni, bo musiałby dać na start o wiele większą kasę, niż ja mam, a do takich poświęceń to on zdolny nie jest.

Nawet się nie zdenerwowałam, co ma być - będzie. Mam jeszcze inne fuchy - na pewno maszynki i warzywa ze mnie nie zrezygnują, a i na razie mam teatr, czasami zaś - zwyczajnie jestem wkurwiona :) 

No a potem sprawy organizacyjne, że jak to, że on chce w Wordzie, nie w SE, powiedziałam, że dla mnie to wszystko jedno, dostosowuję się do życzenia autora, nie robi mi to żadnej różnicy. 

(I tak sobie pomyślałam, gdzie ty taką perełkę jak ja znajdziesz?) :) 

Dostałam też od niego, a jakże, personalnie, to zabójcze dzieło - jak komuś na łeb spuszczę z loggii, trup na miejscu, nie ma opcji, zważyli, waży 3,80 kg :) 812 stron żywej wagi, przeczytanych przeze mnie 3 razy...


z dedykacją od profesora, ojapierdolę :) Pani A. wciąż wzdycha i wzdycha, że ja to się, kurwa, przy tym napracowałam i żeby nie ja to nie uciągnęłaby tego. Ja tego tak nie widzę, ale kłóciła się nie będę - dla mnie to w sumie była przechadzka, może dlatego, że gros tego robiłam z domu, bez presji. Tylko synowa chyba myślała, że kombinuję, bo wciąż o świniach mówiłam. Ale nie polajkowała na Fejsbuczku, a uważam, że powinna. I jedna, i druga.

W naturze wygląda to tak


 a na półeczce tak, to oczywiście nie wszystkie książki przeze mnie skorekcone, niektórych egzemplarzy po prostu nie mam, a niektóre mam, ale cholera wie, na której półce :) 


Trzeba będzie to ogarnąć, ale nie teraz, za gorąco, żeby się ruszać (a zrobiłam dziś 7 tys. kroków z hakiem, więc chapeau bas).

Mój pokój woła o pomstę do nieba, ale badyle dychają, jest tam całkiem całkiem, łącznie z beniaminkiem, którego uratowałam z kuchni - na wierzchu miał wciąż suchą ziemię, a pod nią błoto, bo wszyscy go podlewali - trzyma się nieźle, podoba mi się, jak pojadę z wynikami, wezmę, dziś nie miałam trzeciej ręki, wprawdzie G. chciał mnie z nim odprawić do taksówki, no ale ok, jak pod domem mam ogarnąć wysiadanie z tą książkową kobyłą i ceramiczną doniczką? :) Odpuściłam, ale zabiorę biedaka. Bo jednak chyba tam nie wrócę, żal ludzi, bo są super, ale jest dobrze, jak jest.

Boss tłumaczył, że tam ktoś na tymczasie egzystuje, ale bajzel na kółkach jest


klawiatury, słuchawki, papiery, i deseczka - może jakiś hrabia Val go Desco w Kark tam pracuje? :) 

Nieważne, nawet badyli nie podlewałam, bo były podlane, wróciłam na memłon, a na drodze jeszcze


piękny dziki koper. Niekoszone trawniki są cudne.

A na poczcie już pierwsze teksty na juterko. Zrobiłam, ale tekstów do kolejnego insertu nie tknęłam. Nikt się nie zająknął, że są, a to jakiejś firmy pozaredakcyjnej.  Fakt, że nikogo z tego działu dziś nie było, ale mniejsza z większym. Porozmawiamy o tym osobno.

W sumie, co ma być, będzie. A całą resztę mam w dupie.

poniedziałek, 5 lipca 2021

Wczoraj

 Kochany Pamiętniczku była 62. rocznica urodzin mojego brata, i nie, nie był to dla mnie miły dzień. W sumie nie, że coś złego się działo, ale nie... Wielki był z niego idiota, nie da się ukryć, pić też trzeba umieć i nie da się wszystkiego w życiu zwalić na zły los. Niestety.

Inżynierostwo spokojnie dojechało do Wrocławia, wyjechany mają pokój w hotelu, Łobuzy szaleją w wannie, bo ich wanna w domu to kubek w porównaniu z hotelową. Bawią się dobrze, i niech tak już zostanie.

Ale dostaję fotki i krótkie, bo krótkie, ale jednak wiadomości.

Zaopiekowana się czuję i coraz bardziej narasta we mnie rozgoryczenie. Bo też całe życie wciąż czułam się "winna, na baczność, mam obowiązek, obowiązek to moje drugie imię". Drżałam, pomagałam, starałam się.

I nie, nie liczyłam na podanie szklanki wody na stare lata, dlatego pracuję, żeby móc sobie sama na stare lata nalać szklankę wina.

I coraz bardziej upewniam się, że nagradzanie obojętności w imię zasady równości nie jest sprawiedliwe. Absolutnie nie.

A, nieważne. 

Dojrzewam, muszę tylko skombinować dwie osoby do podpisu, bo do notariusza nie pójdę, zdzierają skórę.

Problem w tym, że nie mam tych dwóch osób :) Introwertyzm się kłania. Ale nic, coś wymyślę. 

Wczoraj przesiedziałam cały dzień na dupie, oglądając bzdury na Netflixie, ale dziś kopnęłam się w tłustą kubańską dupę i poleciałam, teoretycznie po ten cynk. Cynk kupiłam, do tego truskawki, piękne były, ale zeżrę, nie zaprawiam.

Zalecenia Kitty powoli działają, minimalnie, ale jednak zlazła mi opuchlizna z nadgarstków (a takie piękne miałam, kościste) ;) 

A to dopiero parę dni. Jednak połknięcie piguły jest łatwiejsze niż parzenie kolejnej herbatki ;) 

Terapia antybezsennościowa: lipa i głóg jednak nie za bardzo działa, a Ivana czaj się skończył, poczekam aż wrócą, Synowa mi na Allegro kupuje, bo ja ciemna tam jestem, odbiera, a ja przy okazji od nich. Nie pali się, zresztą w te upały (a wracają) musiałabym psychotropy łykać, żeby spać, a tego nie chcę. Moja znajoma uzależniła się od nich tak, że kombinuje z receptami, żeby spać. Niech mnie bór liściasty od tego broni, tego mi jeszcze tylko do kompletu brakowało.

Zatem z cynkiem i truskawkami, gdy biodra zaczęły się cieszyć, że się ruszają i nie boli, postanowiłam lewa, prawa, w siną dal, jako że w domu nic nie wyło. Truskawki w kobiałce w wózeczku, ja w cieniu, żałowałam tylko, że nie wzięłam grajka i etui do aparatów, ale trudno.

Poszłam w krainę wspomnień, koło naszego pierwszego mieszkania, nie za bardzo dom widać z daleka, wszystko się rozrosło,  świerk pod oknem tak wybujał, że w mieszkaniu jest piękny cień, ale wiadomo, na poddaszu zawsze gorąco.

Przelecę się tam jeszcze obfocić, bo kolejny dom w okolicy rozbierają, a ja go już nie pamiętam... Wszystko jest tak kruche, tak ulotne, a pamięć taka zawodna i kłamie czasami jak najęta.

Na trasie mojej wędrówki wspomnień jeździła śmieciara i o jeżu kolczasty, gdzie nie skręciłam, tam i ona... A smród szedł za mną całą drogę, prawie pod samą chałupę. Ale nie, że wyśmiewam, jestem pełna szacunku dla pracujących tam, zwłaszcza po wyrzuceniu dziś wieczorkiem bio. Nikt tych wielkich kubłów nie myje, bo jak i po raz pierwszy zdarzyło mi się, że prawie się porzygałam, otwierając kubeł. I nie, że był pełny - po prostu szedł niesamowity smród.

I tak sobie połaziłam (natrzaskałam dziś 10 tys. kroków, hurra), podziwiając, jak bardzo wszystko chce żyć


byle szpara i już rośnie i kipi życiem, by potem stwierdzić, że mój Heimat to jednak piękna kraina jest





... kaczuszko, wiesz maki są tak duże duże, nie wiem dlaczego, ale ta piosenka zawsze mnie boli...

... i piękny oset będzie, nie wchodziłam na trawnik, bo boję się min :) 




Pamiętam, jak tu wszędzie było puste klepisko, porośnięte z rzadka wątłą trawką, a teraz dżungla i pod każdym blokiem plac zabaw, ogrodzony, a jakże, żeby kundle do piaskownic nie właziły. Kiedy moi chłopcy byli mali, nie mieli takich luksusów, a ja widziałam ich z balkonu na drugim końcu osiedla, bo żadnych drzew nie było.


Moje mieczyki rozkwitają w najlepsze, cudnie.

SMS dostałam, że książki do odebrania są, tom do miasta pojechała, a to tylko dlatego, że nie zdążyłam jeszcze w domowe ciuchy wskoczyć. Sama podróż i miasto zrobiło na mnie jednak przygnębiające wrażenie. Święty Marcin, kiedyś tętniący życiem, jak patelnia, pusty, bez ludzi, nawet bimby nie jeżdżą, bo remonty i objazdy, pootwierali knajpki i knajpunie, ale nie dla mnie sznur samochodów, wciąż nie dojrzałam do samotnego włażenia tam, więc dowlokłam się do domu, fioletowy kalafior też zrobił mi dzień :)

 Mój Heimat taki zielony, a miasto?

Miasto

Blehhh...

Na emilka z reklamacją kasy za świnie nie dostałam odpowiedzi (pisałam, bo wiedziałam, że jest w redakcji). Ale pani odświnkowa zaprosiła mnie po książkę, więc odpisałam, że jutro wlecę, może Bossa dorwę. Tak samo z festiwalu napisała, że w tygodniu załatwi kasę, tydzień się skończył, a kasy nie ma. A, wkurwia mnie to maksymalnie, dla mnie nie ma żadnego usprawiedliwienia w tej materii. Sama notuję rzeczy najbardziej oczywiste na karteluszkach, w apkach i ogarniam tę kuwetę.

Nie, żebym miała jakiś kontakt bliższy z tym Austriakiem, co klucze i inne pierdoły chowa. Ale łapię się coraz częściej na tym, że ucieka mi słowo. Znajduje się po chwili, ale ucieka. I tak zastanawiam się, czy to już początki sklerozy, czy fakt, że mało z ludźmi rozmawiam. Messenger też mnie wkurza, bo zanikła netykieta z GG, kiedy człowiek odchodząc pisał: zw, ewentualnie mówił, że spada. Fakt, wtedy liczył się transfer, jak ktoś miał łącze na telefonie, ale mimo wszystko. 

A przede mną jeszcze Windows 11, ale cóż, taki los, tak będzie aż do usranej śmierci, mojej albo kompa. 

I nad nową zabawką muszę się zastanowić, bo 600 zł za wymianę baterii to trochę za dużo, bo bez gwarancji, że mi się wszystko nie rypnie. 

W sumie - dlaczego mam się wszystkiego wyrzekać?

Ostatni raz byłam na wczasach w czasach studenckich. Potem jeden jedyny wyjazd do Konotopu, który był jedną wielką udręką, bo stacjonowały tam wojska, wyjazd "po znajomości", wspominam jak koszmar senny. Łazienka, w której pan major ryby w wannie skrobał i nie sprzątał, spacery po ścieżkach, z których nie wolno było na krok zejść, bo radziecki poligon. 

Dzieci jeździły na obozy i kolonie, Eks do sanatoriów, a ja? Ano, jakoś tak wyszło, że na mnie nigdy już kasy nie starczyło, no i kto zajmie się domem i Eksem? Potem pojeździłam do UK, ale... nie, to nie były wczasy w pełnym tego słowa znaczeniu, zwłaszcza jak młodzi znaleźli swoje drugie połowy.

Więc teraz robię, co chcę.

Zwłaszcza wieczory mam urozmaicone, bo...


 

na siatce loggii odbywa się seks grupowy. Takie chrabąszcze zbierałam kiedyś do pudełka po zapałkach. W maju...

Może to inne tak sekszą, nie wiem ;) 


UPDATE 

Specjalnie dla Dory :)



Wiszą gacie na szpagacie, moje pranie w sumie z całego tygodnia, jak nigdzie nie łażę. Gacie zmieniam co dzień :)




Śmietnika w kącie (uporządkowanego, same przydasię) nie widać. W szafce są kafelki z podłogi w łazience, których już nawet nie, że szkoda wyrzucić, ale nie ma kto wynieść. Ja po 18 latach od remontu nie dam rady :) 

Podczas ostatniej wizyty w ubiegłym roku Pierworodny z żoną deklarowali, że wpadną, ogarną i inne takie tam...

Obiecanki, cacanki, a głupiemu radość. Pewno zacznę wynosić po kafelku, ale w sumie szkoda, bo to jest kilka paczek, wyniesione razem mogą się jeszcze komuś przydać, to są naprawdę przydasie....

piątek, 2 lipca 2021

No to

 wzięłam się do kupki, Kochany Pamiętniczku.

Wstaję i nie bladym świtem, bo urlop mam, łażę jak mucha w smole, idę się wykąpać, a tu ciśnienie jak u nieboszczyka, zatem łapię wodę, klnąc, bo jak to, bez wody w dzień gospodarczy? Nałapałam, śniadanie zjadłam, odkręcam wodę w kuchni, a ona sruuu... A ja pół garów wody nałapałam, wiadra i takie tam. Szlag.

Urlop mam od wczoraj, ale wyjebane mam od tygodnia.Teraz wyjebane mam jeszcze bardziej. Ale się dziś stracha najadłam, serce stanęło mi w gardełku. W szparze unijnej albowiem znalazłam list z firmy, taki prawie A4 (powinnam znać wszystkie formaty, wszak się o tym na studiach uczyłam, no i w wydawnictwie pracuję, ale nie znam). Pierwsza myśl, jaka przeleciała mi przez łeb: wypowiedzenie. Zdrętwiałam, ale że miałam obie ręce zajęte, otworzyć koperty nie mogłam, więc kurcgalopkiem do windy, mieczyki rzuciłam na kanapę i drżącymi ręcami rozrywam kopertę.

A, sztywna kartka od sekretarki, że przesyła, i zaklejona koperta z kadr. Wiedziałam...

Do rąk własnych Pleno Titulo Starej Jędzy.

No szlag, teraz nad Wartę, kamień do szyi i chlup, żegnaj życie jak w Madrycie.

No ale otwieram, bo muszę wiedzieć od kiedy, wszak może jeszcze jeden numerek skorecę ku chwale ojczyzny...

(A za jebane świnie do dziś mi nie zapłacił, znów będę się musiała prosić jak ta maciora, więc zanim ten kamolek i hyc do rzeczki, to jeszcze muszę reklamować i dzieciom dyspozycje wydać... Nie odpuszczę).

(A sny były z błotem i kąpielą, znów woda, przesrane i przerąbane jak w ruskim czołgu,co nie?) 

Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc, ale kto bogatemu zabroni) kopertę (grubą) otwieram, a tam...

Ojaciepierdolę.

Skierowanie na badania okresowe (z poślizgiem bodaj dwuletnim, jak nie dłuższym).

Skoro badają, to znaczy zwalniać nie chcą. 

I cały pogrzeb znów na nic. Nienawidzę badań okresowych, bo to pic na wodę i fotomontaż, a zależy jeszcze, na jakiego idiotę lekarza się trafi. Kiedyś z powodu słuchu nie chciał mi podpisać zdolności do pracy, tłumacząc mi, że kieruje się moim dobrem (jak słyszę o moim dobrze, idę je głęboko schować), bo mogę nie przypasować jakiemuś klientowi i nie zrozumieć, co do mnie mówi. Wkurwiona, powiedziałam, że pracuję z lekarzami i profesorami, którzy czytać umieją, pisać też, jak czegoś nie zrozumiem, dam im kartkę i ołówek i napiszą, co chcą, ale to do konowała nie trafiło (pracowałam wtedy w wydawnictwie medycznym). Więc się rozdarłam, że w takim razie poproszę kierownika, nie ustąpiłam i zrozpaczony konował podpisał mi zdolność do pracy.

A innym razem Lekarz, na widok orzeczenia komisji "praca nie wymagająca kontaktu z ludźmi" spojrzał na mnie i zapytał: co za chuj to pani napisał.

Więc każde takie badanie to dla mnie loteria i wkurw.

Skoro pracuję, chcę pracować, sprawdzam się przez lata, to dlaczego mam być dyskryminowana?

Podatki płacę.

Zawsze wizytę załatwiała mi D., dzwoniąc, no ale D. nie pracuje, a nowa sekretarka nie jest chętna do takich akcji. 

Ale jest e-mail. Teoretycznie mam urlop i mogłabym to załatwiać po, ale jestem w gorącej wodzie kąpana. Więc emilka piszę i szok: parę emilków później jestem umówiona na wizytę 16 lipca :) Piszę do kadr, ale kadry milczą jak zaklęte, a mi usta milczą, serce śpiewa, że załatwiłam sobie, tralalalalalala :) I mam poszukać orzeczenia, o grupie inwalidzkiej, za chuja nie wiem, gdzie papierek mam, ale pani pisze: jakikolwiek. Ano, niczego nie kocham bardziej niż zaginionych niepotrzebnych papierków. Nie mam pojęcia, gdzie mam dyplom, gdybym zmieniała pracę (hahahahaha) i musiała go pokazać, to w ciemnej dupie jestem.

No nic :) 

Urlop to taki radosny czas, zatem 

beza z Zagrodniczej, złotych polskich 6 za sztukę...


takie cuś, złotych 7 za sztukę. Przedobre, ani odrobiny chemii, wszystko świeżutkie, śmietana smakująca śmietaną, a nie śmietanfixem...


I mieczyki moje ukochane już są. Nie mogę postawić na stole, bo podmuch wiatru mi je wywalą, nie mam takiego wazonu, który byłby na 100% stabilny przy mieczykach :) Jeżu kolczasty, jak ja je kocham :) 

Inżynier awansem dostał ode mnie na urodziny klimator, pracuje w takiej ciupie, gdzie ma jak w piekarniku, a dzieli go jeszcze dużo czasu od wymarzonego biura. Dostał więcej niż Pierworodny, sumitował się, alem wrzasnęła i się zamknął. Zasłużył. Pierworodny do dziś nie zapytał o moje szczepienie, nie odezwał się też słowem, a od wczoraj miał pracować w nowym miejscu. Nie ukrywam - boli. 

Więc tak jak całe życie byłam sprawiedliwa (co Inżynier podkreślił, mówiąc, że sobie dołoży), tak przestałam kierować się ślepą sprawiedliwością.

Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom, trudno. 

A i o siebie zadbałam. Skoro Kitty mi tak dobrze doradziła z tą czarnuszką, postanowiłam posłuchać i...


i faktycznie. Maznęłam po brzuszku, klnąc, że nie znika, że będę ojodynowana łaziła (no ale kto mi w gacie będzie zaglądał), a 10 minut później po jodynie ani śladu.


Biotyna, pani poleciła skrzyp z biotyną, a że skrzyp też jest dobry na włosy, a jedna kapsułka dziennie zaspokaja zapotrzebowanie, tom wzięła, wzdech... Kolejna piguła...

I dokupiłam


jednak w pigule, bo ile mogę dziennie wypić herbatek i naparów, zwłaszcza jak są dni, że nie mam czasu nic sparzyć. Więc piguły, zwłaszcza że cena była atrakcyjna.

Na moje kłopoty z niespaniem kupiłam lipę i głóg, bo to nie tylko na niespanie.

Gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy...

wieje ;) 

Dzięki Kitty, mam zamiar stosować regularnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że zioła działają po jakimś czasie, a nie tak hop siup :) 

Dzień gospodarczy zakończony sukcesem, za oknem pogoda idealna (no prawie, z 19 skoczyło do 24 stopni), a jutro może będę miała kolorowego kalafiorka (uwielbiam). 

Najfajniejsze są małe szczęścia. 




wtorek, 29 czerwca 2021

Z nadzieją

 że to koniec tej historii, Kochany Pamiętniczku. Raz na zawsze. Amen.

Po nieprzespanej nocy wstałam o 5, delektując się faktem, że jeszcze mam tyle czasu. Tradycyjnie, ajpadzik, gierki, hyc do łazienki, śniadanko, codziennie pasjansiki, ogarnianie kuwety i marsz na przystanek. 

Rolna, spacerek do HCP, blady świt (no bez przesady, koło 8), wszędzie już bez cienia, robię się coraz bardziej purpurowa, lecę do pawilonu F, a tam kolejka jak świński ogonek, dobrze, że nie ma napierdalających się tłumów. Mam wypełniony druczek, więc omijam płotki i stoję już przed samym namiotem. Podchodzi małolat i pyta, na którą. Na całe moje szczęście, mimo maseczki go rozumiem i tłumaczę, jak krowie na rowie, że i owszem, druczek mam, godziny nie mam, ale pisałam na emilka i pani odpowiedziała, że mam wpadać, kiedy chcę, tom wleciała. Zostawia mnie w spokoju. Za moment pojawia się supernieprzyjemny osobnik, z tymi samymi pytaniami, tłumaczę jak krowie na rowie, ale nie, każe mi wypierdalać z kolejki do szpitala, bo... w punkcie szczepień w szpitalu NIE MA LEKARZA. Mam iść do szpitala i znaleźć sobie lekarza, który podpisze mi papierek, że nie ma przeciwwskazań do zaszczepienia SJ...

Rzucam brzydkim słowem, przepraszając stojącego za mną młodzieńca i w pełnym słońcu lezę do szpitala, w stronę słońca, lewa, prawa, lewa, prawa...

Nieopierzony małolat na portierni trzaska szczęką o podłogę i każe mi iść za drzwi, do "stoiska", do koleżanki. Koleżanka mówi niewyraźnie, ale z miłą chęcią zdejmuje maseczkę, jebie mi po czole termometrem bezdotykowym i... nie wie, co ze mną zrobić. Każe mi iść na I piętro, do rejestracji i zarejestrować się do lekarza I kontaktu.

Rejestratorka (bez maseczki), za szybą, patrzy na mnie jak na ET i mówi, żebym w podskokach zapierdalała do swojego lekarza rodzinnego po zaświadczenie, że mogę być zaszczepiona...

WTF? KURWA?

W szpitalu duszno, zero wentylacji, wychodzę i z ulgą ściągam namordnik :) 

Piszę do Inżyniera (bo ja jestem PORZĄDNĄ i PODPORZĄDKOWANĄ matką), odpisuje: nie szczepi się mama.

Jak mówiłam OD POCZĄTKU, że w moim przypadku to bez sensu, nie wierzył. No więc sam teraz doszedł do wniosku, powertował i go olśniło, że ten cały wielki program szczepień to pic na wodę i fotomontaż. Żaden lekarz nie chce podjąć ryzyka wyrażenia zgody na szczepienie osoby z przeciwwskazaniami do tego, każdy asekuruje swoją dupę, jak może. I to nie jest tak, że w szpitalu w punkcie szczepień dyżuruje lekarz z uprawnieniami do intubowania w razie W.  To co może rodzinny? Jak oceni ryzyko? Pojedzie ze mną na szczepienie,trzymając mnie za rączkę, żebym mu z tego świata nie zeszła? Pewno też intubować nie umie, to nie amerykański film.

Więc ja podziękuję, Inżynier dokładnie (TERAZ) poczytał, powinnam być zbadana przez alergologa, mieć orzeczone uczulenie na glikol i inne takie tam.

Więc nie, mam swoje lata i nie będę z siebie robiła królika doświadczalnego, dzięki niebiosom, że mnie już ten zakładający hasełka na kompika nie męczy. Wnuki będę miała, jak będą bez obsmarkaństwa, trudno, przeżyję.

Pierworodny o niczym nie wie, w sumie mam na to wyjebane.

I tak, moja teściowa nauczyła mnie wierzyć w gusła (kto wierzy w gusła, temu dupa uschła), mówiła zawsze, że jak coś nie wychodzi, to nie napierać się, bo widocznie ma nie wyjść. O dziwo, Inżynier wyzywający mnie za wiarę w gusła przytaknął, klnąc na służbę zdrowia.

Zatem akcja: szczepienie SJ na razie jest zamknięta, co będzie dalej, chuj wie, ale nie zostawiam już karteczek z instrukcjami i schłodzone piwko dziś mam :) 

Wracając na Manhattanie zanabyłam


 wyszły 3 słoiczki maggi i zamrożone łodyżki, bo Inżynier wpadł w zachwyt nad lubczykiem, że zupa była wyjebana w Kosmos, a bronił się przed słoiczkiem jak Kordecki w Częstochowie :) 

A dla Alienka kolejne słoiczki zblendowanego (fuj) 


dżemu (o ile to można nazwać dżemem) truskawkowego...

W szparze unijnej moja praca



miała być z dedykacją, ale chyba autorka ma sklerozę, nic, będę w redakcji, podsunę, korekciłam to za frico... bo tak, bo mogę...

... a na MSG


... od syna szwagra, mam takie, niezniszczone, ale fajnie, że ktoś pomyślał...

To na balkonie naszego pierwszego mieszkania na poddaszu. Kiedyś była tam służbówka, za nami winda na korbkę, którą służba spuszczała jedzenie państwu. Przedwojenna kamienica, własność stolarza. Dwa piętra po 150 m kw. Z lokatorami, płacącymi na dzisiejszą kasę 15 zł miesięcznie. Teściowa w piwnicy, wprawdzie też na 150 m kw., ale suterena. My na poddaszu, 16 m kw.całość, bo reszta to strych i pralnia. Nie możemy ich zaadaptować, bo... lokatorzy potrzebują suszarni i pralni...

Na propozycję wyprowadzki do mojego obecnego mieszkania w bloku, które dostaliśmy jako rotacyjne, śmieją się nam w nos.

Teściowa wynosi się za miasto do syna, ma tam małe, ale własne mieszkanie w przybudówce, dwa pokoje, kuchnia, łazienka, pralnia, z osobnym wejściem.

My we czwórkę lądujemy na rotacyjnym mieszkaniu, które wykupuję od spółdzielni cudem i psim swędem. I tu albo dokonam żywota, albo zacznę nowy rozdział w życiu, los pokaże.

A tak niewinnie się zaczęła ta notka ;) 

A dzień zrobiła mi



coś jak 12 gniewnych ludzi.

Perełka...


I tylko zmianami w klimacie jestem przerażona.

Coraz bardziej.

Może to dlatego, że łączności z 5G nie nawiążę przez brak szczepienia? ;) 

No cóż, nie można mieć wszystkiego...


poniedziałek, 28 czerwca 2021

A jutro

 Kochany Pamiętniczku, powtórka z rozrywki.

Nawet mi się nie chce pisać, wkurwiona jestem teatrem na maksa. Na wszystko jestem wkurwiona. 

Ogólnie. 

Na całokształt.

A Inżynier napisał, że zupa mu wyszła "dwa poziomy wyższa", bo dodał lubczyku, który mu dałam.

Więc zrobiłam mu kolejne dwa słoiczki lubczyku, niech ma.

Testamentu nie spisałam, choć dziś coś mi jebło w klatce piersiowej.

Idę jutro na szczepienie do HCP.

Bez przekonania.

Tak więc wspominajcie mnie dobrze, albo wcale.

Sayonara :)

sobota, 26 czerwca 2021

Długo

 stoję na peronie, pożegnania stygnie gest... Kochany Pamiętniczku... Już zapominam Cię, zapominam Cię, jak wysłany donikąd list...

Nie, kurwa, ja nie jestem normalna, nawet się zaszczepić normalnie nie mogę. I w sumie nie wiem, z czym wróciłam, z tarczą czy na tarczy, jedno jest pewne - rozgrzeszona przez Inżyniera kupiłam wino i teraz z radiem Pogoda, cierpiąc od zakwasów, notatkę niniejszą popełniam...

To był szalony dzień. Bezapelacyjnie.

Noc miałam koszmarną, co zasnęłam, to sny z wodą jak galaretka, w której topił się-nie topił Inżynier-nie-Inżynier-Alienek (rozmawiam z I.: no mama nie lubi snów o wodzie, wiem)...

Ale ab ovo ad mala :)

Poleciałam na Manhattan, nakupiłam, no wiem, stara wariatka, pomyliłam i kupiłam dużo bobu (bób lubi Pierworodny, nic, jutro wyłuskam, zamrożę, będzie git majonez), kobiałkę truskawek i czereśnie, i szparagi. Dużo, jak na potencjalnego Umrzyka, ale  co tam, lodówka dobrze trzyma...

Wracam i widzę


balkon, a na balkonie kotecek.Nieruchomy,jak ten kogucik, co wpadł w pokrzywy jak nieżywy, ani drgnie... O, pomyślałam, taką figurkę sobie kupię, na srajdy, fotka cyk, już myślę, że pogooglam, a wtem kotecek hyc... Na jakiegoś wróbla, skubany, polował i tylko siatce zawdzięcza życie. 

Do Inżyniera dotarłam bez przeszkód, spotkałam go na klatce,właśnie wracał ze szczepienia. Inżynierątka, co dla nas masz (odwyk, przychodzenie bez łapówki, bo zawiedzone były, że dostały tylko po paczce chrupek jabłkowych, mam za swoje, za łapówkowanie, bo okazało się, że liczą na LEGO, Ninjago i coś na P, co już nie ogarniam zupełnie).

No nic, zabawa, kotek po drabinie, na dywanie siedzi jeż (kurde, co ja się naskakałam, ja i skakanie, bałam się, że do sąsiada zlecę, ale nie,sufit wytrzymał), Inżynierowa poszła na szczepienie, wróciła, moja kolej.Ruszam z Inżynierem, w tempie jak za młodu (wciąż nie ogarnia, że ma starą matkę), kombinuje jak koń pod górkę, że czekanie to na lody polecimy, bo blisko. Kasprzaka. Kolejka, ale idzie szybko, moja kolej. Inżynier ze mną i to: bo mama niedosłyszy i uprzejmy pan, który jebaną maseczkę spuszcza. A, wstrząs? A kiedy ostatnie szczepienie? W dzieciństwie? Widać było, że zawiodła go wyobraźnia, no bo SJ i dziecko? Nie ma opcji. Idziemy do lekarza. Maseczka w dół i nie, pan doktor się nie podejmie szczepienia w takim razie, bo ma tylko adrenalinę, a to może nie zadziałać, a on nie zaintubuje... Mam lecieć na MTP, tam mają sprzęt. Szybka piłka, mówię, lecimy teraz, bo już i tak dzień zmarnowany. Wieją nam dwa tramwaje, we mnie narasta panika, bo I. po szczepieniu, powinien się nawadniać, ale następna bimba za 2 minuty, więc dojedzie (tak twierdzi). Wysiadamy za wcześnie,przy Dworcu Zachodnim, a szczepienie na Święcickiego, więc w palącym słońcu popylamy, nie chce wleźć po wodę, bo nie wie, do której szczepią.

We wrotach żołnierz, na krzesełku, kłaniamy się i I., i ja, facet szczęką o bruk.

I. mówi, po co wojsko? Ja: bo wariatów nie brakuje.

Na wejściu kłania mi się dziewczyna, odkłaniam się grzecznie, bo ja grzeczna jestem. I. pyta, kto to, a ja mam zaćmienie i dopiero po chwili mówię: piekarnia Zagrodnicza. Bo twarz kojarzę, ale umiejscowić, to problem :) 

Pani przy komputerku w szoku, nie zarejestruje mnie, do lekarza. Leziemy do lekarki, młoda smarkula. Nie, nie podpisze zgody na szczepienie mnie, bo... wbrew informacjom pana z Kasprzaka, owszem, adrenalinę mają, ale anestezjologa nie. I nie, mam się szczepić w szpitalu: HCP albo Raszeja, ona poleca HCP. Musi być anestezjolog.

Kurwa, jestem jedyna, niepowtarzalna i wyjątkowa, pani doktor z uśmiechem zza zsuniętej maseczki, zgadza się ze mną na bank.

Lecimy, żołnierz na nasze do widzenia prawie ze stołeczka spadł, będzie miał co opowiadać wnukom :) 

Lecimy na bimbę, po drodze ma być woda, ale... za 2 minuty mamy bimbę...

Dojeżdżamy na rondo Jeziorańskiego i mamy farta, bo zaraz mamy jedynkę, kurcgalopek, ale na zielonym i...


... to białe w tle to kilka najszczęśliwszych moich pracowych lat.Teraz tam inna firma i inne porządki, ale wciąż mi serce drży...

Dojeżdżamy, Inżynierowa w międzyczasie zamawia pizzę, więc wpadam w stęsknione objęcia Alienka, który nie pyta już, co dla niego jeszcze mam, tylko chce kotka po drabinie, a Kalafiorkówna rzuca się na tatę, który robi nam zdjęcia, bo pies mi mordę lizał, nieważne, jak wyglądam, jestem ich babcią i nie oceniają mnie


... a Alienek wręcz się domaga pieszczotek...

I potem jeszcze te chwile, niezapomniane, I. naparł się, że odwiezie mnie, więc co się będę z dzieckiem kłóciła, a nie chcę, bo widać, że zmęczony i po szczepieniu jest, plasterka nawet nie pokazał.

Czule pożegnana odjeżdżam, jeszcze wino w piątce kupuję. 

W domu I. dzwoni do mojej szwagierki - miał dzwonić tydzień temu, ale jest jak jest. Same  pierdoły, użala się, ale i ona ma nielekko. Bo nie umiała nigdy powiedzieć nie. Pójdzie do nieba w papciach.

A na mnie na emilku czeka masa pracy z teatru. 

Po czterech godzinach zapierdalania wysiadam, resztę zrobię, jak jutro się ogarnę.

A, i jeszcze muszę emilka do szpitala napisać, ale to już nie dziś, bo skoro pracują pon-pt to i tak emilek zginie.

Jeszcze dogadałam z I. kwestię grobów w K., zobaczymy, co z tego wyniknie.

A, Pierworodny wie, że miałam się dziś szczepić. Cisza w eterze.

Jak widać z opowieści, mogłam na dnie z honorem lec. I on o tym wie.

A Inżynier dowiedział się paru detali z mojego życiorysu, o których zielonego pojęcia nie miał. 

Tak, to był szalony, ale i piękny dzień.

Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy.

Wróciłam żywa, zaliczywszy ponad 10 332 kroki (w domu nie noszę steppera)...

Z tarczą, czy na tarczy?

Tego nie wiem, ale żyję.

I to się liczy, co nie?

Z nadzieją, że jutro też słoneczko mnie o 4 z wyra wymizia...