niepotrzebnie odstawiłam attacus histericus, Kochany Pamiętniczku, ale ten model tak ma.
Mam, na rok (ostatnio chyba wydębiłam na dwa lata plus pandemia przesunęła), ale byłam tak wykończona, że nawet nie zwróciłam na to uwagi, tak byłam zmęczona.
Bo i upał jest nieziemski (po powrocie do domu mogłam wyżymać stanik i gacie, wszystko się kleiło, a rano kąpałam się i wszystko świeże zakładałam...).
Wizyta na 9.20 do okulisty. Miałam być 9.10, byłam 9 i to tylko dlatego, że od Rolnej lamencąc na piechotę do POLMEDU polazłam, nie było jeszcze tak gorąco, ale... Tam jest wąziutka ścieżka dla pieszych i szersza dla rowerów, a mnie szlag, bo na tej szerokiej, zamiast jechać na środku, czy po krawędzi z dala od pieszych, to w te i z powrotem zapierdalała młodzież i starsza młodzież na hulajnogach i rowerach, po linii rozdzielającej oba pasy, a pas dla pieszych taki, że moja kubańska dupa z wystającą z ręki torebką ledwo się mieściła. Uniknęłam potrącenia przez panienkę na hulajnodze tylko dlatego, że w mur się wtopiłam, panienka zapierdalała w ciemnych okularach, choć słońca za cholerę nie było.
Ja, stara, ślepa i głucha chodzę ostatnio po chodnikach jak uciekinier z pierdla.
A jeszcze na chodnik wjechał samochód z firmy sprzątającej, panowie zbierali szkło pod wiaduktem, cześć i chwała, ale... mogli zaparkować nieopodal i dojść, cóż, za to im chyba nie płacą. I przed tym autem się ustrzegłam,bo wyjeżdżał, cofając się, a ja byłam w martwym polu.
Kurwa.
Ja to mam szczęście, co nie?
Ale dotarłam do celu, zameldowałam się, pierwsza panienka w rejestracji była zrozumiała mimo maseczki.
Okulista poszedł błyskawicznie, który to już raz gościa widzę? Na moje, że cyferek nie widzę, ale zgaduję, odrzekł, że dobrze zgaduję. Był uprzejmy, maseczki uchylił. Powiedział, że mogę dalej czytać do śmierci, aczkolwiek coś tam mam na granicy normy, dowiem się, co bo nie tłumaczył, a ja nie chciałam go męczyć, bo jednak ryzykuje, bez maseczki i ja to rozumiem. Okularki mam nosić, sama wiem, że okularki są do wymiany (wymieniam je od 3 lat) :) Chyba zaszaleję i wymienię, ostatnio firma zwróciła mi całość (ponad 1000 zł, choć są zobligowani tylko do 200, nie wiem, czy teraz się uda, no ale mam na to, w końcu raz się żyje, potem się straszy).
Pokój 3. Wywiad. Też mają obostrzenia, bo pani nie mierzyła mi ciśnienia, przyjęła na wiarę to, co zaraportowałam sama(a ta, trochę naciągnęłam), ale mimo pierwszego "nie, bo nam nie wolno absolutnie", jednak uchyliła maseczkę, mówiąc, że tak, ludzie mają z tym problem. Oczywiście, tak jak i okuliście podziękowałam serdecznie, bo przecież nie musieli.
No a potem zaczęła się gehenna. Korytarz z kłębiącym się tłumem pod gabinetem numer 4. Gość od ostatecznego werdyktu, dzielący i rządzący, znaczy się, dopuszczający albo i nie, miał jak zwykle poslizg. O czym lojalnie uprzedzał napis na drzwiach, że bada indywidualnie... Staruteńki (na emeryturę przeszedł w 2002 r., wiem, bom z niego wydusiła), z niemytymi (fuj, blech i bleee...) siwymi kłakami (też mam siwe, ale myte), ten sam od lat gość, ale... ten od "co za chuj to pani napisał?", nawet mnie nie osłuchiwał, nie macał cyców i dobrze :) Maseczkę grzecznie spuścił, rozumiejąc problem i zdziwiony był, żem zaaparatowana, bo nie widać :) Na moje: a może pan nie podpisze, opierdolił, że na złość podpisze i mam w podskokach do roboty, bo młoda jestem, a robota jest mi do szczęścia potrzebna, chyba że chcę w krótkich abcugach wykitować... :) I jak nie ja, to kto będzie pracował, dodając: dobra pani jest, skoro pani na emeryturę nie wysyłają, bo mogą...
Cóż było robić, podziękowałam i poleciałam do domu, wkurwiając się na to, co mnie tam czeka.
Dwa przystanki jechałam, a kanar mnie dopadł, usatysfakcjonowany, bo wsiadaliśmy razem, a ja nie odbiłam.
No nie, mam zapłacone do grudnia. Musiał się obejść smakiem.
Z pętli kurcgalopkiem do domu, po drodze Biedronka, bo piękne róże były, dwa dupomirki, wpadam mokra i jest.
Kurwa. Wiedzieli od kilku dni, że dziś jest jak jest, ale oczywiście, J.B. jak zwykle, a szkoda słów.
Tak samo teatr. Pół teatru skorekciłam na telefonie, nie dowierzając, że mi PDF otwiera.
A reszta teatru - patrząc na to, ile mi płacą, wiem, że mają w Kosmos wyjebane pensje (a to przecież budżetówka), a zatrudniają, nie da się ukryć - debili.
Całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku, taka prawda i chuj.
I nie, nie chodzi mi tu o to, że robią błędy, bo błędy rzecz ludzka i dzięki nim korekta ma na sól do śledzia. Ale swoją robotę odwalają tak niechlujnie, że chuj. I wkurza mnie to niechlujstwo. Bo gdybym ja tak niechlujnie pracowała, w każdym numerze byłyby co najmniej trzy ortografy.
Bo literówki są, były i będą, bo nawet moja znajoma, prowadząca, a jakże jebitnie wybitną grupę od redakcji na fejsie, pewna, że wszystkie rozumy pozjadała, bo ona wielka redaktorka jest, poprosiła mnie, bym coś znalazła w książce, którą kupiłam i przypadkiem w niej odkryłam, że to ona ją korekciła. Zawsze czytam stopkę :) No i parę stron i jest
Widzi ktoś błąd, bo ja widziałam go od razu, spojrzawszy na kartkę.
Czytam dalej i
... około łączy się z dopełniaczem, czyli trzystu-czterystu powinno być.
Piszę, bo prosiła o zwrócenie uwagi na błędy. Myślałam, że chce się czegoś nauczyć. Ale nie, focha strzeliła, że nie jej błędy, że błędy tłumacza. WTF? Przecież nie będę pisać do wydawcy, że pani korektorka byka puściła... No ale ona liczb nie czyta i ich nie lubi. Ja też nienawidzę matmy, ale taki fach, czytać trzeba wszystko ze zrozumieniem...
Taka tam dygresja na temat mojego pojebanego fachu. Więc z boku patrząc (ta, wiem, jestem zbokiem, patrzę z boku), chyba miał rację pan doktor, że pracować trzeba do usranej śmierci i nie wstydzić się swego wieku :)
No i fochnęła się, bo jak to, nie mam grupy, nie jestem trendy...
A kij jej w oko, bo w dupę by jeszcze miała przyjemność :)
Z innej beczki... Moja teściowa (świeć Panie nad jej duszą) podsuwała mi co rusz broszurki z przepowiedniami. Jako że osobą ugodową jestem i nie odbieram ludziom radości z mania racji, potakiwałam.
A przepowiednie głosiły: upadek Kościoła jako instytucji (zgadza się, sama jestem rozdarta między ludźmi z Kościoła, znaczącymi w moim życiu, a tym, co obecnie głośno mówi się o tej instytucji). Rozdarta, bo moje dzieciństwo sielskie anielskie, lata 50. to przedszkole prowadzone przez siostry zakonne, zastrzyki z gentamycyny (aczkolwiek to może być przyczyną mego kalectwa, ale to już inna bajka) wykonywane przez siostrę zakonną, bo pielęgniarki w wiosce nie było, Eda, wyciągający mnie z depresji po śmierci mamy, kopiący mnie w dupę, wówczas jeszcze zgrabną i ponętną, kserokopia Roberta Redforda, dla mnie jak starszy brat, temat na telenowelę, opowiadający o mnie jako o "zwariowanej, ale kochanej bibliotekarce" do końca swych dni... Niemający mi za złe, że mam tylko ślub cywilny. Mówiący, że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrym człowiekiem, mam to na piśmie. Ma miejsce w Wikipedii, a i Google go dobrze zna.
Ksiądz Stanisław W., kanonik, na emeryturze w mojej byłej parafii, wikary w mojej rodzinnej wsi. Dał mi ślub kościelny, znając sytuację. Miałam ślub kościelny z możliwością kościelnego rozwodu. Buntowałam się o to, a przyjaciółka teściowej rzekła mi: to twój przyjaciel. Myśli o tobie, nie podskakuj. I paru innych księży z naszego życia, bo i moi chłopcy byli kościółkowi. Pierworodny jest do dziś i nie wiem, czy to pod teściów, czy naprawdę.
Ja byłam w tej dobrej sytuacji, że kazań nie słyszałam, modliłam się w tym czasie.
Dziś wiem, że nie wrócę.
Chociaż ponoć nigdy nie należy mówić nigdy :)
Tak więc upadek Kościoła jako instytucji po pierwsze.
No i sajgon przyrodowy, że rzeki wyleją, że morza zaleją, że huragany będą.
Patrząc na to, co się dzieje, prorok jakiś te przepowiednie pisał, czy cuś.
Że będzie głód (a będzie, bo... cóż robię w branży).
Że kto wierzy w gusła, temu dupa uschła?
Wywaliłam te broszurki, a szkoda.
Jakbym pokazała Inżynierowi czy nawet Pierworodnemu obśmialiby.
A to nie do końca tak.
Przyroda mści się za lata lekceważenia jej zasad.
A ja sama: tęsknię za rzeczami, które wywaliłam na śmietnik, bo były niemodne. I nie mówię tu o ciuchach, bo dupa urosła. Ale co przeszkadzała mi stara kanapa czy toaletka? Fotele, półki na książki?
Tak niszczymy Ziemię, kupując wciąż nowe i nowe, wyrzucając stare na śmietnik...
Boję się o moje dzieci i wnuki, bo ja może tego totalnego armagedonu nie dożyję.
Chyba że w alternatywnym świecie też jest chaos...
I tym optymistycznym akcentem kończę...

















































