Kochany Pamiętniczku ;)
Poleciałam na Manhattan i trafiłam na fioletowe DWA kalafiorki, więc zabrałam jeden dla pani A., tej od świń, mówiąc, że denaturat na nim filtrowałam, ale nie uwierzyła :)
W redakcji puściuteńko, ale ci, którzy byli, witali mnie entuzjastycznie i to głupimi okrzykami, że nic się nie zmieniłam, jakby nie widzieli tych paru kilo więcej i tych włosów mniej, i w ogóle... Szczęśliwi, że wracam i rozczarowani, gdy okazało się, że nie.
Ale najpierw była audiencja u Bossa.
I achy i ochy, nie wierzył, że to już 1,5 roku, jak mnie nie ma w redakcji i tyleż minęło, odkąd się widzieliśmy...
I rozmowa zasadnicza, jak czekisty z czekistą. Że za książkę dopiero ustalają honoraria. Nie powiedziałam, ile bym chciała, powiedziałam, że ustalona kwota jest za mała, że moja praca jest więcej warta i że liczę na niego.
Zobaczymy.
Chciał, żebym wracała do redakcji, bo "zbiera zespół i lubi cały mieć wokół siebie, a ja jestem częścią tego zespołu". Ta, znaczy się, źle, że nie wie, co robię i kiedy robię.
Zgasiłam go, mówiąc, że nie chcę wracać, albowiem ze względów logistycznych i czasowych naszego zespołu lepiej jest mi w domu. No to mam być w ostatnim tygodniu, a w pozostałych mogę pracować z domu. Obśmiałam, bo to właśnie ostatni tydzień jest wielkim problemem, bo nigdy nie wiadomo, kiedy skończymy pracę i łatwiej mi cierpieć w domu do 22, z perspektywą padnięcia w łóżku, a nie w nocnym tramwaju (jakoś nie myśli, że dojeżdżam MPK, ale cóż...). Poza tym jestem pracownikiem zdyscyplinowanym i żaden przestój z mego powodu nie nastąpił. No i najważniejsze, nie jestem zaszczepiona i raczej jest mała szansa, że będę. A... Stanęło na tym, że ze względu na mój komfort i ewentualny dyskomfort zostaję na home office. Huk spadającego mi z serca kamienia słychać było na całej dzielni :) Powiedziałam, że w razie gdy stanowczo zażąda powrotu, wrócę, ale już mu się odkręciło. Zapytał tylko, kiedy wybieram się na emeryturę i na wieść, że jestem na niej już od 6 lat zacukał się. Nie, nie ma do mnie zastrzeżeń, ale kiedyś trzeba będzie odmłodzić zespół. Tja. Powiedziałam, że ma dać znać, jak zechce mnie wymienić na nowszy model. Dziewczyny obśmiały to, mówiąc, że nie wymieni, bo musiałby dać na start o wiele większą kasę, niż ja mam, a do takich poświęceń to on zdolny nie jest.
Nawet się nie zdenerwowałam, co ma być - będzie. Mam jeszcze inne fuchy - na pewno maszynki i warzywa ze mnie nie zrezygnują, a i na razie mam teatr, czasami zaś - zwyczajnie jestem wkurwiona :)
No a potem sprawy organizacyjne, że jak to, że on chce w Wordzie, nie w SE, powiedziałam, że dla mnie to wszystko jedno, dostosowuję się do życzenia autora, nie robi mi to żadnej różnicy.
(I tak sobie pomyślałam, gdzie ty taką perełkę jak ja znajdziesz?) :)
Dostałam też od niego, a jakże, personalnie, to zabójcze dzieło - jak komuś na łeb spuszczę z loggii, trup na miejscu, nie ma opcji, zważyli, waży 3,80 kg :) 812 stron żywej wagi, przeczytanych przeze mnie 3 razy...
z dedykacją od profesora, ojapierdolę :) Pani A. wciąż wzdycha i wzdycha, że ja to się, kurwa, przy tym napracowałam i żeby nie ja to nie uciągnęłaby tego. Ja tego tak nie widzę, ale kłóciła się nie będę - dla mnie to w sumie była przechadzka, może dlatego, że gros tego robiłam z domu, bez presji. Tylko synowa chyba myślała, że kombinuję, bo wciąż o świniach mówiłam. Ale nie polajkowała na Fejsbuczku, a uważam, że powinna. I jedna, i druga.
W naturze wygląda to tak
a na półeczce tak, to oczywiście nie wszystkie książki przeze mnie skorekcone, niektórych egzemplarzy po prostu nie mam, a niektóre mam, ale cholera wie, na której półce :)
Trzeba będzie to ogarnąć, ale nie teraz, za gorąco, żeby się ruszać (a zrobiłam dziś 7 tys. kroków z hakiem, więc chapeau bas).
Mój pokój woła o pomstę do nieba, ale badyle dychają, jest tam całkiem całkiem, łącznie z beniaminkiem, którego uratowałam z kuchni - na wierzchu miał wciąż suchą ziemię, a pod nią błoto, bo wszyscy go podlewali - trzyma się nieźle, podoba mi się, jak pojadę z wynikami, wezmę, dziś nie miałam trzeciej ręki, wprawdzie G. chciał mnie z nim odprawić do taksówki, no ale ok, jak pod domem mam ogarnąć wysiadanie z tą książkową kobyłą i ceramiczną doniczką? :) Odpuściłam, ale zabiorę biedaka. Bo jednak chyba tam nie wrócę, żal ludzi, bo są super, ale jest dobrze, jak jest.
Boss tłumaczył, że tam ktoś na tymczasie egzystuje, ale bajzel na kółkach jest
klawiatury, słuchawki, papiery, i deseczka - może jakiś hrabia Val go Desco w Kark tam pracuje? :)
Nieważne, nawet badyli nie podlewałam, bo były podlane, wróciłam na memłon, a na drodze jeszcze
piękny dziki koper. Niekoszone trawniki są cudne.
A na poczcie już pierwsze teksty na juterko. Zrobiłam, ale tekstów do kolejnego insertu nie tknęłam. Nikt się nie zająknął, że są, a to jakiejś firmy pozaredakcyjnej. Fakt, że nikogo z tego działu dziś nie było, ale mniejsza z większym. Porozmawiamy o tym osobno.
W sumie, co ma być, będzie. A całą resztę mam w dupie.





Te Twoje swinie po prostu kocham, a szczegolnie tego dojnego knura! Dzieki nim ubaw byl zapewniony, warzywka to kiszka, cos nie bardzo chca kopulowac :)😁 Gratuluje pracy w domu! Tez bede o nia walczyc, ale ponoc chca nas przywrocic na 3/2, ni w to ni w oko, bo to oznacza, ze trzy razy w tygodniu bede ciagac ze soba caly majdan do biura i z powrotem ( niose dwie torby po 5 kg), i plecak na plecach - obecnie spotyka mnie ta przyjemnosc raz na 10 dni... No zima sobie nie wyobrazam, ale co sie bedziemy martwic. Do zimy bedzie nowy lockdown , wiec sie wyprostuje 👍🤗
OdpowiedzUsuńNa myśl o kopulujących warzywkach padłam i nie wstaję. One czasem też są samopylne, znaczy się, masturbują się chyba, ale nie wnikam :) Za dużo myślenia też się rzuca na łeb, sometimes :) No, współczuję,skoro działasz dobrze w home office, to na chuja Cię ganiać? A już słychać o 4-dniowym tygodniu pracy... Ja swoją bym zrobiła spokojnie w ciągu tygodnia, ale cóż... Inni nie nadążają. C'est la vie. A Bossa swędzi, żeby raz na kilka miesięcy wlecieć, spojrzeć mi znienacka na ekran i zapytać, dlaczego nie pracuję, bo akurat nie zdążyłam wyłączyć niepracowej rzeczy. Bo on wciąż pracuje. Ale on w miesiąc ma tyle, ile ja przez pół roku nie zarobię... Niekoniecznie za ciężką pracę. Nie zazdroszczę mu, ale dlaczego mam się czuć winna, że czekam na swoją pracę?
UsuńBrawo za asertywność ! Trafiłam do Ciebie nie tak dawno, więc myślałam, że "świnie" to jakiś nierozszyfrowany przeze mnie skrót myślowy czy przenośnia :) Imponująca pozycja, ale chyba nie zazdroszczę Ci przestudiowania jej, i to trzy razy. Ja też pracuję od półtora roku w domu i drżę przed powrotem do biura, mam nadzieję, że Derekcja za mną nie tęskni...
OdpowiedzUsuńA bo Derekcje mają ogólnie nasrane na kontrolę. Jakby nie zdawały sobie sprawy z tego, że jak człowiek pracuje, to wszystko jest zrobione. Szef musi widzieć, że pracujesz, a nie że grasz. No a jak ja czekam pół dnia na coś, to co mam robić? Liczyć do 10 tysięcy? Są takie zawody, które czekają aż inni ruszą z kopyta, żeby oni mieli co robić. Myślę, że i Twój, mp, taki jest... Znam ten ból.
Usuńjak ja lubię czytać Twoje wpisy.
OdpowiedzUsuńMiło mi, mam dużo anonimowych fanów, żeby jeszcze się tak nie kamuflowali, oszalałbym ze szczęścia :) Serdeczności, zachwycony Anonimie :)
UsuńNo to ale cięzkie dzielo skorekcilas! Prof.P, znany nam z Puław.Za grubą ksiazkę żądaj grubej kasy😉.A u nas poploch, bo wczoraj ASF i wszyscy na potęgę sprzedają , zeby zdazyc przed zamknieciem🤔
OdpowiedzUsuńZnam problem ASF na wylot.Trzymam kciuki. A profesor w porównaniu ze mną stara dupa, ale Boss jest wielkim jego wielbicielem i jakoś mu nie mówi, że pora ustąpić pola młodszym... I to jest maksymalnie wkurwiające jak dla mnie. Grubej kasy żądać mogę, ale jej nie dostanę. Nie neguję wiedzy profesora, jego wiedza i moja są porównywalne w innych dziedzinach. Tyle że jemu płacą, a mnie już niechętnie, no bo za co? Za to, że sobie poczytam i że wiem, że Staphylococcus, a nie Staphyloccocus?A co za różnica, taka jedna literka? Za to płacić? I tak całe moje zawodowe życie mija :) Nie jestem profesorem, niestety... Po drodze były pieluchy i inne cuda. Ale nie żałuję :)
OdpowiedzUsuń