jest wrogiem gorszego, Kochany Pamiętniczku, znana prawda.
Bladym świtem wkurzył mnie Cezar. Ma układy z Bossem, więc myśli, że jemu się należy. Zawsze dosyła mi materiały w momencie, kiedy padam na ryj i nie, że to musi być teraz, nie jest po prostu porządny, zorganizowany, pisze wcześniej (i takich redaktorów mi brak). Ale popędzanie mnie w momencie, gdy się wszystko jebie, nie jest OK. Krótko pracowaliśmy razem realnie, ale powinny go zastanowić plakaty na drzwiach mojego pokoju i moja kwaśna mina, bo zazwyczaj to ja jestem do rany przyłóż, a się zagoi.
No nic.
Wczoraj napisałam, że zrobię jutro, a dziś rano obok nowego tekstu ponaglenie o wydruki.
A.... Kurwa mać...
Nic nie usprawiedliwia poganiania ciężko pracującej korektorki.
NIC.
Pan redaktor ma swoje tematy, a biedna korektorka ma na głowie cały świat.
No dobra, wszystkie teksty w redakcji, razy dwa (co najmniej).
I nagle stuka ktoś do drzwi, natrętnie, głośno, że aż strach...
A nie, wróć. Dym się wdziera do mieszkania, więc biedna korektorka (jeszcze w piżamie, w stroju niedbałym i z rozwianym włosem) wyskakuje z łóżka, leci na balkon... i kurwa, nos jej nie myli, ale co to się pali, gdzie to się pali?
Ponieważ w okolicy nie ma paniki, straż też nie nadjeżdża, zapach dymu niknie, lezie do wanny. Śniadanie, emilkowanie z Cezarem i nagle dupa.
Pada poczta.
Firmowej się to zdarza, więc korektorka pisze SMS do G., ale nam się czasy nie zgadzają, a po odwiśnięciu poczty na moim kompiku wyskakują komunikaty, że się zapchała na amen, a z firmowego od dawna nie ma opcji wysyłania emilków, bo ma jakiś błąd.
SMS do informatyka, a ten zjawia się migusiem, bo 20 minutach (miał być w poniedziałek), z nowym sprzętem pod pachą
(tapetka już moja, gdy informatyk w siną dal, w siną dal pomaszerował lewa prawa...)
Mój kochany, chyba ostatni w życiu Maczku, będę za Tobą tęskniła aż do śmierci, usranej, amen.
Nosz, kurwa, ponieważ taki life i muszę mieć dwa kompiki do obsługiwania tej kuwety, reanimuje mi też pocztę na prywatnym, ale na WEB, nie na Outloku.
No i DUPA, DUPA...
A, za dużo pisania, kto ma wiedzieć, ten wie, kto nie to i tak nie wytłumaczę...
Zyskuję za to miejsce na nowe magnesy, albowiem na lodówce się skończyło...
... ale tak jakoś mizernie i poczta na WEB mnie wkurza, bo nie wyskakuje, a...
Może Inżynier przy okazji coś zaradzi, ale wątpię. Bo na tym jebanym lapku nie mogę nawet wywalić SKRÓTÓW nie będąc adminem, a to, czego nienawidzę, to skróty na pulpicie. I łączę się w bólu z T., bo mnie ani Microsoft Edge, ani Chrome nie odpowiada, a Liska nie mogę założyć, nie będąc adminem.
A i pisanie na laptopie (nie, że nie umiem, do pełni szczęścia potrzebuję tylko myszy, nienawidzę touchpada, mysz dostałam, nie robi mi różnicy klawiatura PC czy MacIntosh) nie jest tak wygodne, jak na normalnej, nieważne, czy wypukłej, czy nie. Wysokość robi różnicę. No nic, poradzę sobie, ale co pomarudziłam, to moje.
Cóż, chyba będę musiała z tym żyć.
Chodzi jak chodzi, zadaje głupie pytania, ma kretyńskie ustawienia, i jak pisał T. mimo ramów, sramów i innych cudów jest do dupy.
Ale będę musiała z tym żyć.
I tak mi dzień minął, na pierogach z piątki (moja wątroba say no)...
Jeszcze jutro, ale po emilkach widzę, że będzie się działo... Bo ich nie było.
No nic, skoczę, gdzie mam skoczyć, wino w lodówce jutro musi być.
Bezapelacyjnie.
A, dziś 22 lipca. 22 lipca, d. E. Wedel. 22 lipca urodziła się moje pierwsza wnuczka. Że bawi nad morzem, wiem z FB. Posłałam kasę na konto Pierworodnego, życzenia na MSG i na FB, No bo kurwa - taki mam kontakt. Pierworodny podziękował w imieniu córki. Córka parę godzin później napisała, że dziękuje bardzo.
A dla mnie 22 lipca jest wspomnieniem pięknych dni z drżeniem serca: dojedzie, czy nie dojedzie, trzyletnich drżeń, bo wiadomo, 22 lipca to pełnia prac w w gospodarstwie, i święto nic nie zmieniało,a telefonów komórkowych nie było...
Dojeżdżał, późno, zmęczony, ale dojeżdżał. I to były piękne dni, niezapomniane.
W sumie - w dupie to mam. Dziś jestę tylko bankomatę.
Nie dopisałam nikomu.
Tak, jestem wredna, mam kompleksy i pojemną dupę.
PS Reklamującym - blogspotowi się wygło, nie mi :) Mi wyświetlało Error 404.



No jesteś!:) Bo stresu się nabawiłam ze niezaproszona...Czytałam po cichutku bo były obie wnuczki ( 3 i 6 lat-to nie ma chwili na pisanie kom.!) Byle do jutra!
OdpowiedzUsuńŁączę się się w bólu, u mnie nieco inny zakres, ale ból d... ten sam :)
UsuńNo zawsze cos musi sie popieprzyć, zeby nie bylo za fajnie.
OdpowiedzUsuńE no podziękowali, jest ok😄
Ano, poniekąd jest, aczkolwiek nie do końca, ale mam pojemną dupę.
UsuńWredny blogspot :(
OdpowiedzUsuńO zawał ludzi przyprawia :)
Mam nadzieję, że Cię zreanimowano? Inaczej mamy problem...
Usuń:)))))
UsuńJakże się cieszę, też w strachu straszlilwym byłam...
OdpowiedzUsuńTeż pracuję komputerowo, znam ten ból. Trzymam kciuki za możliwie najszybszą adaptację.
A, powoli, ale... Już odkryłam, jak oglądać Netflixa, nie tracąc z oczu firmowej poczty na WEB. Powoli wszystko ogarnę, nie będzie komp pluł mi w twarz. Jak założyłam konto bankowe, Inżynier pół dnia siedział z moją koleżanką, ucząc ją, za co ona do dziś uważa go za ósmy cud świata, a mnie warknął: ucz się, matka. Nie, że mnie nie kocha, na głęboką wodę mnie rzucił. Młoda byłam, teraz mi nieco trudniej, ale... nie będzie komp pluł mi w twarz :)
Usuń