sobota, 23 grudnia 2023

Gwiazdkowo

 Kochany Pamiętniczku :) 


Niech to będą dla wszystkich dobre dni.

Serdeczne.

Chwile do zapamiętania na te gorsze, bo takie zawsze są...

Niech w naszych sercach zawsze gości nadzieja.


♡╬╬═♡╬╬═♡╬╬═♡╬╬═♡

 

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Feliz Navidad y Próspero aňo Nuevo! Veselé Vánoce! Tanti

auguri di Buon Natale! Joyeux Noёl! Cчастливого Рождества!


wtorek, 19 grudnia 2023

Freedom

 Kochany Pamiętniczku.

Odreagowywałam do poniedziałku, kulając się na trasie fotel-kuchnia- łazienka.

Tym razem mocno mnie trzepnęło, nie ukrywam.

Ale ile można?

W poniedziałek kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, albowiem dalsze kursowanie na tej trasie skończyłoby się zejściem w krótkich abcugach.

Nie działają już żadne tabletki uspokajające, melisy i inne wynalazki, tak na serio zastanawiam się, czy nie powinnam iść do konowała, biorąc pod uwagę totalny rozpiździel w mojej psychice.

No ale pewno powie mi, że w tym wieku to jednak pora na emeryturkę, a nie podniecać się pracą.

No cóż, czymś trzeba się podniecać, innych obiektów na horyzoncie nie ma. 

I tu jest pies pogrzebany, o :) 

Nie licząc walących drzwiami i oknami absztyfikantów, nadzianych, bogatych, chcących przekazać swój majątek właśnie mi albo szukających partnerek na FB i chcących poznać właśnie mnie bogatych i na dokładkę przystojnych wdowców, rozwodników i innej nacji tego typu :) Na moje nieszczęście większość z nich ma potomstwo w wieku od małoletniego do nastoletniego, więc odrzucam bezlitośnie, albowiem piękne lata wychowywania skarbów już za mną. A mnie szlag dziś trafił, jak Inżynier przysłał mi swoje słitaśne zdjątko z Edwardem wytatuowanym na ramionku... No i zamiast zaśmiać się, jak wtedy z kolczyka w brwi (a to była sprawa tragiczna, bo kolczyk wbijany w tym miejscu mógł spowodować paraliż twarzy) zaczęłam drążyć, zanim mnie nie wyśmiał, bo to była naklejka z kolekcji, którą Kalafiorkówna dostała na urodziny w czasie przedszkolnej imprezy.

Jak widać, jestem w totalnej rozsypce tak umysłowej, jak i cielesnej.

Ale mniejsza z większym, wzięłam się w kupkę i poleciałam rano na zakupy, niepomna nauk teściowej, że w poniedziałek nie wydajemy pieniędzy, tylko je zbieramy.

No rozchodziły się jak świeże bułeczki, na dokładkę lecąc do Rossmanna koło pętli (siła wyższa, kończy mi się produkt dostępny tylko tam za przyzwoitą cenę, produktu nie było!), przypomniałam sobie, że kończy mi się roczna PEKA. Miła pani doładowała i 90 zł poszło się jebać, fakt, że za tę kasę będę jeździła cały rok, nie martwiąc się o odbijanie. Pani zaś, uśmiechając się,  rzekła, że zaprasza za rok, to wbiją, że jeżdżę już do usranej śmierci za darmo. Uśmiechnęłam się równie promiennie, mówiąc, że zrobię wszystko, by dożyć tej wiekopomnej chwili i pomaszerowałam lewa, prawa, myśląc o nieboszczce teściowej, która co jakiś czas kazała sobie kupować bilety (wtedy były jeszcze papierowe, odbijane bilety), bo ona już na pewno pojedzie zbiorkomem, po czym albo jechała swoim samochodem (była dobrym kierowcą), albo dzwoniła po Eksa czy innego syna, gdy zakazali jej już jeździć, bo bali się, że w maluchu ktoś im matkę zmiażdży. Kochające dzieci :) Sama mam na stanie jedno zmotoryzowane, ale biorąc pod uwagę, ile musi ze swojej wiochy do mojego fyrtla zrobić, żeby mnie gdzieś podwieźć, jeżdżę na co dzień zbiorkomem (a co, 90 zł samo się nie wyjeździ) albo biorę taksówkę - taniej wyjdzie dla wszystkich. Choć taksówką jechałam chyba rok temu - zbiorkom mamy w sumie na medal :) 

No i tak rozmyślając, polazłam lewa-prawa do apteki, gdzie zdobyłam dwa z trzech zapisanych mi opakowań piguł, albowiem więcej nie było. I życząc mojej ulubionej pani magister, która zawsze maseczkę zdejmowała bez wahania, dowiedziałam się, że odchodzi do lepszego miejsca. Znaczy się, pracę zmienia na lepszą. Pogratulowałam, śmiejąc się (ach, śmieszka ze mnie), że ja już takiej opcji nie mam jako prawie siedemdziesięcioletnia starucha (mam za to opierdol od Inżyniera, że sobie lat dodaję), a dziewczę z wdzięcznym uśmiechem: a nie wygląda pani... Nosz, w receptach jest PESEL, więc jak nie wyglądam, jak mam :P Ale miło...

I tak lewa-prawa doszłam do chaty, a że ciepło było, więc wzdechnąwszy nad mizernymi zakupami, na które wydałam pierdyliard kasy, kopnęłam się po raz kolejny w tłustą kubańską dupę i... umyłam wszystkie okna, jednym rzutem na taśmę.

A co...

I padłam, mówiąc, że nie wstanę.

Ale wstałam, poprawiłam koronę i...

Ogarnęłam świąteczną dekorację, choć zarzekałam się, że w tym roku nie...

I tak

... od drzwi wita gnom... :) Na samych drzwiach wianek, lampeczki i inne takie tam :) 


W małym pokoju sobie gwiazdka świeci, nie wiem, dlaczemu na fotce jest biała. To w ramach dekorowania osiedla, na którym na chujence jakiś debil przeciął przewody i nie świeci. Na szafie leci łańcuch, ale zastanawiam się, kto zapłaci rachunki za prąd. No jak to, kto? Moi :P 

Dracena, robiąca za całoroczny pocieszacz światełkowy zmieniła kąt, mam nadzieję, że jej się to spodobało


a na komodzie, po usunięciu pierdyliarda kurzołapów, zajęła miejsce chujenka jeszcze z czasów sprzed transformacji ustrojowej (a co, ekologiczna jestem), tym razem w pełnej krasie, albowiem osadzona wreszcie na stojaku, a nie utykana folią w doniczce, dzięki czemu rozwinęła skrzydła (a nie, wróć, gałązki). Ozdoby, oczywiście, wiekowe, jeszcze z mojego rodzinnego domu, aczkolwiek lampki już nie...). I nie naćpałam w tym roku węży, więc jest piękna :) 


Z całą bandą gnomów wygląda przeuroczo :)  I tak, łańcuchy robiłam z chłopcami. Więc nie, nie wyrzucę, chociaż są już niemodne.

Nieważne.

Wieczorkiem, konając i wciąż nie mając na poczcie potwierdzenia, że mam urlop, skrobnęłam do (niby)naczelnej, pani M. Ochoczo podpisał urlopik i tym pięknym sposobem do 7 stycznia będę chodziła własnymi drogami, mając na wszystko i na wszystkich wyjebane.

Potem poszłam umierać i zażywać pigułki uspokajające, ale i tak zasnęłam o 3 nad ranem, na nierozłożonej kanapie w małym pokoju, tak mną cholera miotała...

A rano oczywiście iPadzik... i MSG, że czy wiem, że M. nas opuszcza...

Miałam sygnały, że tak się kroi, ale nie miałam potwierdzenia.

I że to wszystko przez niereformowalność.

I że pani M. też myśli o tym. 

No japierdolę, wiem, że wszystko się sypie.

Ale jak coś, ja ostatnia gaszę światło. Bo mnie nawet te marne grosze, które zarabiam dają swobodę życia.

I nie mdleję przy kasie, gdy zamiast 50-70 zł zostawiam 130.

Kurwa.

Co ta kasa robi z ludźmi?

W planach miałam dziś mycie lodówki, ale najpierw, skuszona wschodem słońca 


i samym słońcem,polazłam do Lidla


bo tak to można iść, iść w stronę słońca, odrabiając tydzień siedzenia na dupie (tłustej, kubańskiej).

Z zakupów w Lidlu wróciłam zadowolona, aczkolwiek  poszłam tam tylko dlatego, że łudziłam się, będą boligłówki.

Nie było, ale same zakupy OK :) Choć znów ponad 100 zł zostało w kasie.

Wypakowałam zakupy i poszłam dalej na łowy.

No i trafiony, zatopiony :)
W Aldi były boligłówki, w zabójczej cenie 8 zł bez grosza za donicę z trzema :) A nie tak dawno, gdy specjalnie wysiadłam przy Wildeckim z bimby, bo w kwiaciarni wypatrzyłam boligłóki, których szukałam od końca listopada, odeszłam jak niepyszna, albowiem śpiewali 23 zł za miseczkę...
I tak z Aldi wróciłam lżejsza o kolejną stówkę, ale oj tam, oj tam... Jeszcze tylko zapas pyrów muszę uzupełnić i ciasto odebrać w piątek i mam ogarnięte świąteczne szaleństwo zakupowe, nic się nie zmarnuje...

A jak pięknie to wygląda


I jak cudnie będzie śmierdzieć, gdy zakwitnie i gdy będę musiała je wynosić (gdzie?), żeby spać...

Schab w folii (bo nie mam rękawa, zapisane: kupić) nadziewany śliwkami wyszedł, że ojapierdolę :) 

Ale nie, nie oferuję się gotowania na święta.

Bo nie.

Wrócę z włości i będzie po mojemu.

Me and my Shadow - będzie cudnie :) 

I tak staram się nie nakręcać, czytając wiadomości, że...

Jednak miliard za złoto, wywiezione z Anglii, nad którym lamenciłam, ale Inżynier mnie wyśmiał, jednak został przez Jaszczomba i spółkę przejebany. No a jak, z przytupem i półobrotem, ale to ja jestem nieżyczliwa, małostkowa i wspieram nieodpowiednią opcję. Nikt nie wie, ile mnie kosztuje niewysłanie tego linka do teścia I., który wciąż mi mówi, że wspieram nie tę partię, co trzeba i jeszcze pożałuję.

Może ja jakąś mgłę mózgową mam, choć chyba nie miałam koronawirusa?

Jakaś taka popierdolona jestem, chyba.

Z dobrych nowin - Kurskiego, tego do kurwizji, co wybył do Banku Światowego, ściągnęli za frak apiać.

Macierewicz miota się, ale nic nie ugra.

Parówki mu nie pomogą.

Trzymam kciuki za to, by udało się ten syf opanować.

Choć za wybuch wulkanu na Islandii nic nie mogę.

To już nie są moje kompetencje :)

A lodówkę i tak muszę umyć.

Ale jutro ma lać, więc pogoda mi sprzyja w dotrzymywaniu postanowień.

Coraz bliżej święta :) 




piątek, 15 grudnia 2023

U mnie

 już po styczniu, Kochany Pamiętniczku.

Po trzech dniach, kiedy kiblowałam po 12 godzin przed kompem, po dwóch dniach, kiedy nie mogłam ze zmęczenia spać (po fizycznym mogę, po takim mózgowym nie), czyli po pięknym ostatnim tygodniu, kiedy pokutowałam za grzechy osób, mających pełne gęby "wiecie, rozumiecie, jak należy traktować pracownika", gdzie teoria rozmija się z praktyką na kilometr...

Jestem wolna!

Znów freelancer.

W emilku ustawiłam tak:

Uprzejmie informuję, że grudniową normę godzin wyrobiłam z górką (tylko przypominam, że pracuję na pół etatu, nie na cały), zatem wracam do pracy w styczniu po urlopie. Do 7 stycznia jestem poza siecią, kiedyś trzeba :)

Życzę wszystkim spokojnego przeżywania świąt i owocnej pracy tym, którzy pracować muszą, by nie musiał pracować ktoś :)

Nie podpisał mi jeszcze styczniowego urlopu, ale mam za ten rok jeszcze 10 dni, więc zanim się zorientuje, że mnie potrzebuje, pewno podpisze. 

Zrobiłam tak za poradą Inżyniera. Bo faktycznie, godziny mam wyrobione, nawet nie mam nadgodzin jak odebrać, za pracę w czasie poprzedniego urlopu znów zapomniał mi zapłacić, a ja mam dość czołgania się i przypominania, że moja praca też jest ważna. Obiecanki marketingu spisałam na straty, ugryzą się w dupę next time, bo nawet jednej strony im nie zrobię (osoby tam zatrudnione nie mają zielonego pojęcia o pisaniu czegokolwiek, pomijając już to, że pensje mają wyjebane w Kosmos). No a ja, cóż, ja tylko... czytam. Nie pracuję, czytam.
Niech tak już zostanie.

Rzygam na odległość wszystkim, trzykrotnym "tylko czytaniem" wywiadu z nowym ministrem, chociaż ten, akurat, na tle poprzedników, których ogarniałam od 13 lat niegłupi jest  i gadał z sensem. Po autoryzacji, gdyby nie posłał do III korekty, poszedłby tren Ukrainy, zamiast teren. Niby nic, co nie? Tego AI nie wychwyci... :) Jeden mały błąd, a jaka radocha. Ale ile można do wyrzygu czytać blablabla i jeszcze widzieć błędy?

Jedyny plus home office - mam ogarniętą chałupę i nie, nie robię żadnych świątecznych porządków.

Mam taki porządek, jaki mi odpowiada na co dzień.

Inspekcji szukającej kurzu po kątach i porządku w szafach - nie wpuszczam.

Obawiam się, że przy obecnych temperaturach i Jezusek będzie się musiał urodzić, mimo tego, że okien nie umyłam.

Jak się nie urodzi - wola boska i skrzypce, świąt nie będzie przez te moje jebane okna.

Nie takie świat dramaty zna, są gorsze.

Wieżę Eiffla, do której Inżynier wcisnął mi baterie, a którą dostałam od Zmorki, postawiłam na oknie i niech wkurwia sąsiadów z sąsiednich bloków, którzy nie zasłaniają swoich okien i mają jebiące w Kosmos żarówy. Ja przez to muszę spuszczać rolety, a nie chce mi się :) 
Moje światełka świąteczne, o ile mrugają, mrugają w spokojnym cyklu :) Wieża Eiffla napierdala jak króliczek Duracella :P 

Denerwują mnie te jebiące zewsząd światła, a i nauka rzecze, że ten świetlny smog jest niezdrowy dla człowieka :) 

Dla moich oczu, które jednak mają lepsze i gorsze dni - ma to znaczenie - tak wychodzi szydło z worka.

Inżynier będzie miał jutro w domu 15 osobników małoletnich (17 z Kalafiorkówną i z Alienkiem), albowiem nowomodnym zwyczajem robią urodziny Kalafiorkówny, która na ten padół łez zlądowała niefortunnie 26 grudnia :) A że z kasą krucho, a dziecię bywa na innych imprezach, więc robią w domu, nie w jakimś innym miejscu. Chapeau bas.

Kolejna impreza będzie już dla rodziny 30 grudnia, nie wiem, dlaczego ten dzień wybrali - mniejsza w większym, już zapowiedziałam, że dojadę i odjadę sama, zbiorkomem.

Żal mi dziecka, jeżdżącego 140 km, żeby mnie dowieźć. Może i jestem głupia, ale cóż, ten model tak ma.

Prezenty ogarnęłam już wczesną jesienią, na raty, więc mój portfel nie ucierpi :)

A w całym tym pracowym kotle wleciał do mnie Pierworodny znienacka.

Peszek, bo właśnie myłam uszy (znaczy się wkładki do aparatów), mokrych nie założę, więc wyciągnęłam stare aparaty, okazało się, że głupia ja, baterie niby odłączone, ale niewyjęte, zesrały się. Ogarnęłam, ale... Stare aparaty są jednak gorsze. I przez używanie tych protez jedynie z Inżynierem rozmawiam swobodnie - z nimi, czy bez nich. Bo to moje dziecię wciąż mówi do mnie, jak dawniej - bezgłośnie (jak nie mam aparatów, nie słyszę, co mówi) i układając perfekcyjnie usta...

Mniejsza z większym, z wlecenia Pierworodnego, poza podziękowaniem od Papryczka za urodzinowy wziątek, z którego był bardzo zadowolony (no ja sądzę), nic nie wynikało, poza tym, że mu przedłużyli umowę na dwa lata po okresie próbnym (jak zwykle we wszystkich firmach, przedłużą, ile mogą, potem wyjebią i apiać od nowa, dlatego chciałam w obecnej umowę na stałe od razu i mam), premii świątecznej (super, że dostał), ogarnęłam wszystkie operacje logistyczne  w magazynie i inne sranie w banie. Nawet matki nie zapytał, jak się czuje, ale już się zdążyłam do tego przyzwyczaić. Sprawdził, matka dycha, wybył, jak przyszedł komentarz, bo musiałby poczekać, aż matka skorekci, a przyszedł na zakupy :)

Widzimy się za tydzień, a jakże...

Tydzień szybko zleci, mam dużo planów, ale może po prostu wyciągnę się na fotelu, po wypłaceniu kasy na dołożenie do drobiazgów dla starszej bandy?

I będę miała wyjebane na wszystko?

Oczywiście, zgromadziwszy uprzednio zapas dobrego alkoholu, bo nie ma to jak wino w lodówce się chłodzi ;) 

Bo niestety, same święta w pisiorskim towarzystwie to chyba jeszcze gorsze niż zamykanie ukochanej gazetki.

Teść Inżyniera na moją radość na FB, że jednak górą moi, skomentował: obyś tego nie żałowała.

A na wigilii będzie więcej pisiorów.

Wiem, nie poruszamy tematów politycznych.

Morda w kubeł i czekamy aż się pisiory wyniosą, a my przy grzańcu ponarzekamy na trudy sprzątania po nich.

Tak się zastanawiam, czy jestem normalna.

Ale - patrząc na walec sprzątający - komisję smoleńską zwariowanego Antka, kurator Basieńkę, masturbującą się w osobnym pokoju, ochronę policji spod willi na Żoliborzu, mając za sobą zrównoważone wypowiedzi nowego ministra rolnictwa (przerabiałam ich tylu bełkocących nie na temat, że ten jest prawie ideałem), regulowanie religii w szkołach (nie na chama, konkordat zobowiązuje jednak państwo) - patrzę na wszystko z lekkim optymizmem.

Znów czuję się Polką.

Europejką.

Mną, która pierwszy raz lecąc do UK, wyrobiła sobie paszport nie dlatego, że musiała. 

Ale że chciałam, bo jedyny paszport, jaki miałam - załatwiony, z układów rodzinnych Eksa, nie ukrywam, w czasie stanu wojennego na wyjazd do DE, o który potem pytał mąż mojej ówczesnej szefowej, agent SB, o czym wiedzieliśmy wszyscy, musiałam oddać.

Tamten paszport dostałam jako kaleka, głuchoniema.

Kaleki puszczano bez żalu. I wiele trudu kosztowało nas wytłumaczenie trzyletniemu wówczas Pierworodnemu na granicy, dlaczego mama, na co dzień trajkocąca jak karabin maszynowy nie może z nim rozmawiać.

Bo jest głuchoniema :) 

Mój niedosłuch zamieniony na kalectwo, pozwolił mi zwiedzić kawałek Europy :)

Wróciłam, bo to jest moja ojczyzna, nie uległam namowom, by zostać w krainie mlekiem i miodem płynącej, w DE:)

Dzięki mojemu kalectwu wróciłam, ale to long story. Dziś już nie opiszę, bo pora późna.

I nie, nie żałuję, aczkolwiek było i pod górkę, i pod wiatr.

Dzieci są szczęśliwe, ja mam swoje miejsce na Ziemi.

I te padnięte bratki na balkonie :P

Wtedy, lecąc do UK lata temu czułam się wolna, pokazując paszport, nie dowód, bo byłam WOLNA :)  Bo to był mój wybór.

I tak chcę się czuć nadal, nawet jeżeli już nigdy nigdzie za granicę nie pojadę. 

Za to mam obiecane, że jak będą moje prochy rozsypywać na ogródku, to Łobuzy zrobią z nich ładną kompozycję.

Jakie to pocieszające, co nie, Kochany Pamiętniczku...

Będę się wiła wężykiem albo innym zawijasem :) 

Tadam :)



środa, 13 grudnia 2023

Jest

 22.50, a ja nawet się nie zbliżam do łóżka, Kochany Pamiętniczku.

Starzeję się i po 12 godzinach pracy, takiej pracy, że leciałam kurcgalopkiem na sik, piłam kranówę i rzucałam kurwami na prawo i na lewo, nie wiem, kiedy zasnę.

I nie ma piątki, żeby polecieć w ostatniej minucie po piwko, a ubieranie się i wleczenie do marketu nie wchodziło w rachubę. SKS...

A w najgorętszym momencie dnia emilka dostaję, o treści: cześć, skierowała mnie do Ciebie P. (eksredaktorka, w kierowniki poszła w marketingu), że skorekcisz naszą reklamę...

Zatkało kakao...

Tak się jeszcze nikt do mnie w firmie nie odezwał (mniemam, że to jakiś nowy narybek, z tego osławionego pokolenia Z), bo ja, jakby na to nie patrząc, mimo lat pracy jestem tam na ty tylko z moją D. Chociaż ponad połowa załogi jest w wieku moich dzieci - nikogo nie tykam.

Nauczyły mnie tego lata doświadczeń, nie warto.

Odpisuję grzecznie, że sorry Batory, rzeczona P. wie jak jest w dniu zamykania, nie mam reklam w umowie i owszem, w ramach wyjątku skorekcę, ale jak ogarnę kuwetę. 

Odzywa się P., że SJ kochana, o kurwa, jak ja kocham być kochana.

Że ona zapłaci, ale błaga.

Odpisuję, że zrobię w ramach czynu społecznego, bo mam dość pracy za ekstrawynagrodzenie.

Odpisuje, że ona to marketing i ma inne zasady niż moja macierz. 

Nawet łapówkę proponuje, bo im to narzucono z godziny na godzinę, że sranie w banie, że chce mnie na stałe, bo będzie więcej tego.

Kurwa.

A kilka dni temu maszynki też mnie chciały do siebie do ekstraroboty. Nie ogarnęliśmy tego do końca, ale jak nie wyjdzie, łez lała nie będę, mówię nie robocie pchającej się drzwiami i oknami, te parę groszy mnie nie zbawi, a ja chcę trochę pożyć.

Może nie na emeryturze, ale spokojnie. 

Odpisuję, że nie mam czasu, rzucę okiem, o reszcie pogadamy później.

No i na razie wszystko wisi i powiewa, ale pożiwiom, uwidiom...

Pracuję z zaparciem, w pewnym momencie mózg mi się lasuje, więc włączam Spotify, robię sobie herbatkę i scrolluję fejsa.

Bo, kurwa, cała redakcja zerwała się do roboty w jednym momencie, w jeden dzień, na hurra, jak Ruski do ataku, a ja - stara i biedna, z chorymi ślepiami - jestem jedna!!!

Pod koniec dnia moja kanapa wyglądała tak


 to są wydruki dwustronne, chciałam policzyć strony, ale nie, to przekroczyło moje możliwości, białe kartki to wydruki jednostronne, a gdzie korekta w Wordzie i w SE?

Kurwa.

23.08 a ja w ogóle nie czuję zmęczenia, jestem jak młoda bogini, piszę na blogu, poszłabym potańczyć na jakimś five i pewno znów będę się przewracała z boku na bok godzinami, szukając odpowiedniej pozycji dla steranego ciałka, coby mózgowi się spodobała.

Ale mniejsza z większym, jestem młoda, kochana, zdolna, bystra i chujwijeszcze co...

Jedyne, co mnie ratuje, to home office, jak padnę, to padnę, a rano zwlokę cielsko w piżamce do kompika i da capo al fine... 

Jedyne co mnie pociesza, to to, że będę teraz jebać opozycję.

Zawsze jakaś zmiana i urozmaicenie ;)

A w niedzielę jak zwykle, polazłam za wcześnie, a że była niedziela, wszystko jechało za szybko, na ulicach tłumy do kościoła idących, lecących na stadion Lecha w szalikach i innych akcesoriach i ja, zziębnięta, pól godziny przed czasem, wysiadająca 3 przystanki wcześniej, które przeszłam w 5 (!) minut tip-topem, gdy w normalny dzień szłabym tam z trudem ponad pół godziny (jakieś cuda z tym czasem), kontemplująca (nie, że pluję pod kątem) 



 miasto moje, a w nim, niewpadająca na pomysł, by wleźć na kiermasz (zdziwko Synowej). bawiąca się potem do bólu kręgosłupa z Łobuzami



w Wielkiej Krainie Elfów, po której to zabawie pojechali do McDonald's na włościach, bośmy się nie załapali w Avenidzie z powodu dzikich tłumów w handlową niedzielę... Dycham do dziś, a oni wszyscy rzygali...

No cóż, złego diabli nie biorą :)

Mam na myśli mnie :) 

Coś w tym jest, że nie lubię zbiorowego żywienia, niemycia rąk (załamana jestem, widząc jak Alienek wciąż grzebie przy aparacie ortodontycznym, a Kalafiorkówna dłubie w nosie, reszta jest milczeniem). Do tego praca Synowej w wytwórni choróbsk...

I tak to leci.

Aby do piątku, zamknę wszystko i pójdę w siną dal, w siną dal...

I nawet mycie okien mnie nie kusi, choć coraz mniej przeze nie widzę...

Sama nie wiem, czy to zaćma do spółki z jaskrą, czy zwykły brud :P 

A co mi tam...

Może dziś do północy uda mi się zasnąć...


środa, 6 grudnia 2023

Wkurw

 mi narasta, Kochany Pamiętniczku...

Pracowy, of course.

Przesuwają, rozsuwają, wysuwają, odsuwają, ja poświęcam urlop, trzaskam nieodebrane nadgodziny, a tu...

Emilek serdecznie zapraszający na lokalną naszogazetową balangę, może jutro, może pojutrze, jeszcze nieustalone, zbiórka od 17 do 17.30.

Nosz, kurwa.

A jedna z dziewczyn pisze, że musi się jutro zamknąć, bo w piątek nie może, a maszynki zamykają się jutro, a to zawsze homoniewiadomo, materiały w polu daleko, a na gazetkę zostaje raptem 7 dni, a w tle coś jeszcze miga dodatkowo, bydło mówi, że ze 100 stron dodatku ma być do końca miesiąca (WTF? Nic o tym nie wiem), za to mi nie płacą, za pracę na urlopie złotówki złamanej nie zobaczyłam, a na imprezce ma być _ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDET TRYSKAT kompot z suszu w cenie 55 zł za 0,7 l :) 

JACIEPIERDOLĘ :) 

Atmosfera tam mocno w kratkę, bo ludziom kalafiorem lata taki kompot, który i tak pójdzie w koszta. Chcieliby z rodziną iść na jarmark i nie posyłać potem paragonów grozy na FB.

Zanim zorientowałam się, że zamykam jutro maszynki, odpisałam grzecznie (jeszcze), że dziękuję, ale jestem przeziębiona. Bo jestem, kicham i smarkam, może nie ma tragedii, ale perspektywa szukania lokalu gdzieś nad brzegiem Warty (niby dojazd mam OK, ale chuj wi, ile będę musiała leźć do knajpy bocznymi uliczkami, w ciemności już, bo o 16 już głęboka noc), pomna na wypadek Ewy Tylman (nie, żebym na imprezach zakładowych alkohol tykała, ale chujwicotambyło).
Niech mi dadzą tę kasę w formie premii, dodatku, nieważne czego. Byłam na takiej wigilii raz i potem zawsze się wykręcałam. Nie bawi mnie wysłuchiwanie coachowego pierdolenia przez godzinę po to, by potem zjeść coś.

Więc nie, nie idę, jak już to wskoczę w kurteczkę i jak nie będzie ślisko i pełno śniegu (co zapowiadają) połażę po Heimacie :) 

Dzisiaj polazłam, bo kartki słałam, ostatni raz w życiu - znaczek za granicę 10 zł, więc wysyłaniu mówię STOP, będą życzenia SMS, na Whats Appie i MSG, wszędzie, ale nie pocztówki już, likwidowałam stare zapasy, bo fajne kartki mam :) I tak fajnie śnieżek prószył, klimacik był, i fajna playlista, się szło, szło.



Minus dwa, żadnego pośniegowego błota, nawet na jezdniach nie było brei - czyżby zima tym razem nie zaskoczyła drogowców?

Taka zima to jak dla mnie może być całą zimę :) 

A mój domowy warsztat pracy to cudny jest, co nie?


I tak pogawędziłam z koleżanką z pracy, mówiąc, że na prywatne spotkanie to się dam załapać, ale na to z naczalstwem to raczej nie.

I tak to się kula...

Łobuzy ponoć kochają mnie na zabój po prezentach od mikołaja (oj tam, nie wysilałam się, dostały po książeczce), od drugiej, a właściwie pierwszej transzy wnuków nie usłyszałam nawet dziękuję. 

No cóż, bywa.

I tak pędzi dzień za dniem, coraz szybciej.

I takie mam głupie myśli, że jako prawie już siedemdziesięciolatka czuję się młodziej niż jako sześćdziesięcioośmiolatka :) 

Coś jest na rzeczy albo mi się wygło... Ze szczętem :D

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Ostatni

 rok z szóstką na przodzie, Kochany Pamiętniczku...

I kiedy to przeleciało?

Serio?

69?

W tym wieku, no nie powiem, gdyby było z kim, nie odmówiłabym, dużo się przez te wszystkie lata nauczyłam, zwłaszcza w tamtym fajnym okresie... (tylko do mojej wiadomości) :)

Ale ponieważ teraz nauczyłam się cenić siebie, swoją wolność i niezależność - niech tak zostanie.

Nie spotkałam potem już nikogo, kogo potrafiłabym tolerować w swoim życiu.

I nie mówię, że mi z tym źle, choć czasami przemyka mi przez myśl, że poprosiłabym o herbatkę, ale potem zaraz mi przechodzi.

Bo tak :P 

Pierworodny przybył punktualnie, ale...

Po raz kolejny bez okularów, zaczynam snuć spiskowe teorie dziejów. Ale nie, drugi raz ani nie wykładam, ani nie dopłacam - zdaje się, że powinnam sama zmienić bryle, ale to w styczniu. I nie, że mnie nie stać, ale jak zacznę łatać wszystkie ubytki, to zostanę z gołą dupą w trymiga. Tym bardziej, że za robotę zapłaciłam jak fachowcowi, dokładając i kuraka i inne cuda dla wnuków. Bo tak mnie naszło, a jeszcze czekają mnie urodziny Papryczka i Gwiazdka dla nich. A i plumkał o prawie jazdy, ale tu ugryzłam się w język, prawie że go odgryzając, bo płaciłam mu za nie już dwa razy. A, long story. I to jest typ, który nie powinien mieć prawa jazdy, bo nie.

Tak jak Eks, choć Eks z innych powodów.

Nieważne.

Zatem wymierzył baterię i pojechaliśmy do Posnanii, co w sobotę zajęło nam w sumie 2 godziny, bo taki rozkład jazdy, a i sama Posnania to moloch.

Zatem zanabyłam chyba najdroższą baterię (tak się zawsze kończą zakupy z nim, powinien zostać sprzedawcą, ma do tego zacięcie)  - żartuję, była w komplecie z wężem i słuchawką, inne po dołożeniu części kosztowałyby mniej więcej tyle samo, no i mam


Konia z rzędem temu, kto zgadnie, jak w tym ustrojstwie włącza się prysznic, skoro nawet Inżynier nie zgadł, choć odgrażał, się, że YouTube mu pomoże :)

Ale fajne jest (odpukać) i jak przetrwa kolejne 10 lat, jak poprzednia bateria - nie pożałuję wydatku :)

Bo stwierdziłam, że zrobię sobie prezent pod choinkę. 

Wciąż dokładam tu i tam, a dla siebie kupuję badziew jak ten toster w Action.

I to jest bez sensu.

Miło znów myć ten głupi, siwy, łysy łeb w odpowiednim strumieniu wody.

Pierworodny poleciał, wleciał Inżynier, na Sleepover at Mummy, dobrze że bez Łobuzów.

Pojechał na tę imprezę zakładową, a jakże, a tam był Smerf Maruda again, bo wrócił do PL i dalej są w tej samej firmie.

To jedna z niewielu osób, które nienawidzę (a i nasi wspólni znajomi są ze mną zgodni w tym temacie), ale cóż.

Nie dobieram dziecku znajomych, bo uparte jak diabli i chociaż wszyscy mu mówią, że on nie jest grosza wart, obstaje przy swoim.

Życie.

Dziecko wróciło zmasakrowane o 3 nad ranem. A ja znów miałam powrót do przeszłości, choć nie wysyłam już SMS.

Teraz bardziej martwi mnie jego powrót do domu, bo jest zmotoryzowane.

Doprowadziłam do stanu używalności, dojechał cały i zdrowy, a ja, truchlejąc, pocieszałam się, że jedzie tym razem bez Łobuzów i nikt mu nie trzeszczy nad uchem.

Chyba wymówię Hotelik u Mamusi next time, to nie na moje zdrowie.

Nie wie, ile mnie to kosztuje.

A ja już, nie chwaląc się, swoje lata mam, a co nie?

W niedzielę odreagowywałam nieprzespaną noc, ogłupiając się świątecznymi komediami z mnóstwem sztucznego śniegu, gdzie w zaspach pomykają panie na szpilkach i w rozpiętych płaszczykach, kurwa :) 

Z włości dostawałam fotki strojenia choinki i...

Zemsta jest rozkoszą bogów... Inżyniera wyćpniętego na mróz, na śnieg, obrzuconego śnieżkami. Dobrze mu tak :)

Nos przespałam spokojnie, aczkolwiek po siku o 4,54 zasnęłam znów i pojebane sny miałam, ale oj tam, oj tam.

Budząc się ponownie uświadomiłam sobie, że jestem już nie Starą Jędzą, ale Starą Dupą, albowiem mam od dziś 69 lat...

O Mamie pomyślałam ciepło, bo wiadomo - mama.

Nie analizowałam minionych 68 lat - jakiekolwiek by nie były, jestem szczęściarą, że je przeżyłam.

Eks zmarł mając 68 lat, a mnie z tyłu głowy kołatało, że - tak jak jego matka chciała przeżyć swojego męża, co jej się udało - chciałabym przeskoczyć te 68...

Udało się, nawet jeżeli ma to być tylko jeden dzień.

A potem zaczęło się, jak w każde urodziny, poczucie, że jestem mało warta.

A nie, nie było tak, że nikt nie pamiętał.

Nawet Pierworodny, który zazwyczaj odzyskiwał pamięć późną nocą, był... pierwszy :)

A potem ruszyło, aczkolwiek nie takim strumieniem, jak wtedy, gdy miałam włączoną datę urodzenia na FB :)

Pamiętali ci, którzy naprawdę mieli pamiętać.

I to jest piękne :)

Pracowi pamiętali, ale z powodu imienin (w pracy jestem Barbara, tak mam w dokumentach) i to był miód na me serce, bo aczkolwiek nie wiedzieli, z jaką staruchą już pracują, prosili jak jeden mąż, żebym pracowała dalej, bo ładnie się uśmiecham.

Nie wiem, skąd to wytrzasnęli, ale tak pisali :)

Przekiblowałam tam 8 godzin, ale oj tam, oj tam, pasjanse i inne takie tam w oczekiwaniu na materiały, dałam radę...

A po 18, po pracy, poleciałam do Lidla, bo jakże to tak, nie obchodzić urodzin?

W międzyczasie zadzwonił Inżynier, też zalatany po kokardkę i kucyki, bo żona miała radę pedagogiczną i ogarniał logopedę i inne cuda wianki...

I dostałam


Prawda, że Picasso się powinien schować?


Kalafiorkówna jako i ja zielonkowa jest :) I wie, że babcia badyle lubi...
Na MSG wleźli i odśpiewali chóralnie sto lat, o happy birthday już nie męczyłam, bo nie da się im wytłumaczyć działania kamerki i starają się w nią wleźć dosłownie, żeby babcia lepiej widziała.

Widzimy się 10, będzie się działo, a co, bo... zdradzę, jak się uda :)
Ale że miałam w pudle


takie cuś z 60. urodzin (kiedy to minęło?), zawiesiłam. 

I na panettone z Lidla świeczkę sobie zapaliłam, a co


Postman zaś takie mądre coś przysłał



A Inżynier właśnie pisze, że życzenia składa mi Szkot...

TEN Szkot z jego ślubu....

No nie... 

Czasami życie jest pokręcone na maksa :) 

Dziś na profilu miałam zaproszenia od 10 obcokrajowców, rozwodników, wdowców. singli.

Serio?

Aż na taką wariatkę wyglądam?

Czyżby życie zaczynało się naprawdę po siedemdziesiątce?


Chcę jej dożyć.

Ale cóż, to tylko marzenie :) 



piątek, 1 grudnia 2023

To nie był

 Czarny blues o czwartej nad ranem,Kochany Pamiętniczku, Starego Dobrego Małżeństwa, to proza życia, znaczy się sik wywalił mnie spod kordełki do kibelka.

Ile dałabym za przespanie nocy tak, jak Kalafiorkówma, kopiąc we wszystko, ale się nie budząc i nie wlokąc do łazienki.

To se ne vrati, c'est la vie.

A za oknem było mleko i od razu mój pojebany mózg zaczął pisać czarne scenariusze, że I,. że te wąskie jezdnie, że jadą...

A jeszcze gorsze scenariusze, a może lepsze zaczęłam pisać o 7, gdy yahoo!  w ajpadziku pokazało, że mamy minus 14.

Oczami wyobraźni widziałam, jak zdechnął akumulator (garaż wciąż nieczynny, nawet tam nie zaglądałam, nie moja to bajka).

Wdech, wydech.

Jestem marną scenarzystką.

Nic nie padło, aczkolwiek musiał skrobać nawet w środku auta :)

Już nie pamiętam skrobania. I dobrze :)

I tak walczyły we mnie dwie opcje - leźć w ten mróz, czy nie leźć. Wygrała opcja nielezienia, bo na upartego mam w domu wszystko do przeżycia miesiąca z hakiem, póki z kranu leci woda :) 

I tak dokończyłam Winnych na Disney+, dobre, nic nie jest takie, jak się wydaje.

Trochę pokorekciłam, aczkolwiek z gazetki, która czasu nie ma nic nie było, ale maszynki się starają.

Obiadek ogarnęłam.

Pokontemplowałam zaokienne


cuda prawie jak z Doktora Żiwago, ale to nie była mgła, to był i jest wciąż smog - oddychać się nie daje.

Kurwa. 

Po obiedzie, po skończonym serialu nic się nie działo, a minus 14 spadło do minus 2 i słoneczko jebało aż miło



więc poszłam w siną dal, a co...

Na pocztę wleciałam i za chęć wysłania 8 (słownie: ośmiu) kartek, z czego 3 za granicę, choć zarzekałam się, że nie ślę, a te 5 krajowych to do osób bliskich memu sercu, ale nieinternetowych i TYLKO telefonicznych (a ja nietelefoniczna, jak wiadomo), zapłaciłam 50 zł bez kilku groszy.

Kurwa.

Dobrze, że nie było kolejki, bo za mną urosła, a pani sprzedająca znaczki mamrotała: jeszcze 20 groszy, jeszcze 30 groszy, skanując rzeczone znaczki i wklepując coś do kompika, a ja roztapiałam się w zimowym płaszczyku, bo na poczcie było cieplej niż w mojej chałupie, panie siedziały w krótkich rękawkach... I olaboga, za mną zrobiła się zakręcona jak świński ogonek kolejka, mnie poleciały z niedopiętej portmonetki drobne, które z trudem zebrałam (no cóż, 5 zł to już nie takie drobne), a wokół kwitnęły jak te leluje pocztowe książki, obrusy, mydełka, herbatki i chujwijeszczeco :) 

Do apteki poleciałam, albowiem kończą mi się piguły niezbędne do nieumarnięcia (aczkolwiek w ulotce stoi jak wół, że jak się coś nie powiedzie, to zejdę z tego świata, ale cóż, wola boska i skrzypce). Receptę wydrukowałam, albowiem doszły mnie słuchy, że po 1 listopada coś tam nie stykło i cały pogrzeb z receptami na nic. Na dokładkę nie pamiętałam, czy akurat w tej aptece się zaopatrywałam, a jak wiadomo, recepta raz zrealizowana jest przypisana do danej apteki, co dla mnie w dobie komputeryzacji i pierdyliarda kont pacjenta jest absurdem, ale cóż.

To była ta apteka. Mam jeszcze do odebrania 4 opakowania. Ale mogą mi wydać jednorazowo 120 tabletek. Opakowanie ma 28 sztuk, czyli chciałam wszystkie, żeby już nie latać. Niestety, na stanie było jedno. Ale za darmo, o tak, dziękuję ci jebany pisie za te darmowe leki. Wolałabym zapłacić i dostać całość, ale może to i dobrze, bo mam motywację, żeby pokolędować po resztę. I tak, te darmowe, kurwa, są za moje podatki :) Co z uśmiechem na ustach rzuciłam mojej ulubionej pani w aptece, a za mną już była kolejka zakręcona jak świński ogonek.

Poleciałam do rzeźnika i w porywie szaleństwa zanabyłam


w ramach dobrego uczynku dokarmiania biednych wnuków (nie, nie Łobuzów), albowiem ich ojciec jutro ma ogarnąć moją baterię w łazience.

I tak, kurczak jest drogi - zapłaciłam za niego prawie 30 zł.

Ale nie żałuję, co oni z tym zrobią - to już nie mój ból.

Pierworodny potwierdził, że gotów jest na akcję naprawiania baterii.

Więc wróciłam do chaty, ogarnęłam, co trzeba, jak to w dniu gospodarczym, pranie, sprzątanko i takie tam.

A jutro będzie się działo, bo nie wiem, czy bateria da się tak bezboleśnie ogarnąć, aczkolwiek Pierworodny w tej dziedzinie mistrzem jest.

A potem ląduje Inżynier, który zostawia furę i idzie na firmową balangę.

Więc...

No cóż, nie ukrywam. Jestem matką wariatką. Znów będę spała jak zając pod miedzą. Nie, żebym się martwiła brakiem zasięgu.

Ale z tego się nigdy nie wyrasta.

W następnym życiu wyskrobię bez wahania obu i będę żyła długo i szczęśliwie.

Rezygnując nawet z takich sielskich obrazków



I tak już umrę, a co?

W ciszy, spokoju...

No dobra, a kto mi naprawi wtedy kompika?

Trzeba jednak przeanalizować wszystkie za i przeciw.

Pocieszające jest jedynie to, że Mała Wiedźma na w telefonie aplikację śledzącą i jak coś, nie powinna zaginąć.

Ja też mam. Znaczy się, Inżynier mnie śledzi, czy matce czasem nie włącza się amba z przerzutką.

Ja nikogo nie śledzę, ale cieszę się, że jestem śledzona :) 

I tak się to kręci :P 


 


środa, 29 listopada 2023

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku.

Do pani E. pojechaliśmy w czwórkę, albowiem pani E. jest w wieku podeszłym i obciążona choróbskami, a Inżynierowa ostatnio robi za chodzącą bombę biologiczną :) 

Czuła się nietenteges, a w przedszkolu, w którym pracuje jest COVID, więc odpuściła.

I tym sposobem ominął mnie zbiorkom, pojechałam autem.

Spotkanie - jak z każdym wspaniałym człowiekiem - po latach niewidzenia, jakbyśmy się wczoraj rozstali.

Nawet Łobuzy stanęły na wysokości zadania i o dziwo, mimo naszych obaw, nic nie zdemolowały, a nawet pozwoliły nam na spokojną pogawędkę.

Było wspaniale, umówiliśmy się na po Nowym Roku - co będzie, się obaczy.

Nawet Inżynier bez bicia przyznał, że on inaczej widział panią E. Nie spodziewał się, że taka fajna z niej kobieta.

A ja wciąż żałuję, że odeszła z mojego Heimatu, którego nienawidzi do szpiku kości.

No nic.

Pojechali potem do mnie na spóźniony obiad, znaczy się, pomidorówkę, nie ma to jak dyżurny rosołek w lodówce.

A potem ruszył nowy tydzień.

I we wtorek, skuszona reklamą (reklamy z rzadka oglądam, ale ta wyskoczyła), poleciałam do Aldi po barszcz...

Bo średnio na jeża uśmiecha mi się robienie barszczu, nad którym wbrew zapewnieniom potem wszyscy nosem kręcą, bo u nich w domu inaczej się robiło barszcz, tym bardziej że towarzystwo będzie zbieraniną.

A, w trakcie zajadania nieśmiertelnej pomidorówki Inżynier ze swoimi oczami konającego Shreka i innymi takimi sztuczkami odstawił scenę balkonową godną co najmniej Romea i Julii, i niestety - będę spała na włościach.

Kurwa.

Ale wracając do naszych baranów - polazłam do Aldika i tadam...


moja działka wigilijna z głowy. Tak się martwiłam, że w tym roku w lodziarni nie ma pierogów, bo zamknięta po sezonie, a tu - tadam :) W Aldiku pierogi i uszka z Jawo. Jawo to firma sprzed wieków, pierwsza, z której kupowałam gotowce w nieodżałowanym Pozperito po tym, jak Chłopcy zabronili mi stanowczo lepienia pierogów na wigilię, mówiąc: nieważne - robione czy kupione, ważne, że matka wypoczęta i szczęśliwa. I akurat w Pozperito były genialne pierogi, na dokładkę z kaszą gryczaną też. Więc pozostając z nadzieją, że nadal są takie (a są o połowę tańsze niż te z prywatnych i ukraińskich firm), kupiłam. W sumie w dupie mam pierogi, nie jestem ich fanką, Łobuzy i Inżynierowa też nie, a reszta ekipy - mam na to wyjebane. Przychodzą na krzywy ryj, to jedzą to, co dają i nie marudzą :)
I tym pięknym sposobem nie muszę lecieć na Unii Lubelskiej (Inżynier zacukał się: to coś takiego w Koziołkowie jest? No jest, jakieś nowe osiedle). Ani na plac Wielkopolski, gdzie już cała dla mnie wyprawa i gdzie zostawiłabym dwa razy tyle kasy.

I tak, nie jestem Matką Polką przez duże M.

Lubię dobre jedzenie, więc nawet gotowce staram się wybierać z tej lepszej półki, ale bez przesady.

Oczami duszy widzę wciąż siebie, stojącą w B., w kuchni teściowej, nad olbrzymim garem, w którym dusiła się ćwiartka cielaka. Pracowicie mieląca to mięsko i lepiąca pierogi. Setki pierogów. A że dom teściowej był domem otwartym, wpadali tam oprócz rodziny również interesanci do warsztatu, a teściowa gościnnie witała ich od proga: dobrze, że jesteś, właśnie pierogi zrobiłam...

I na talerzu kolejnego gościa lądowała następna porcja pierogów, a ja, lepiąc je, ogarniałam jeszcze moich Chłopców, małych wówczas...

Wszyscy chwalili pierogi, a ja konałam na spuchniętych nogach, nawet dzisiaj, te 40 kilo więcej moje nogi nie są tak spuchnięte jak wtedy.

A wigilia? No cóż, teściowa przyjeżdżała do mnie najpierw (nie, nie robiła wigilii, a gdzie tam, jeździła po kominkach), bo u mnie była najlepsza, nieprzypalona ryba. U TEGO szwagra była ryba, ale "cudaczna", a ona cudów nie lubiła. Zjadła, zmykała, a u mnie był jeszcze i Ojciec, i Brat... Do znoszenia i zmywania naczyń nie było już chętnych.

Więc gdy zostałam już, zrzą(ę)dzeniem losu sama z Chłopakami, pracując wówczas przeważnie w 2. święto, kazali mi siąść na dupie i radowaliśmy się sobą, nie bacząc na to, że żremy gotowce.

I tak mi zostało do dziś, z maleńką przerwą, kiedy działałam kilkanaście lat z Baranem w UK, ale to inna bajka. Ja tam za podkuchenną robiłam, goście odnosili naczynia, a i zmywarka była. Pierogi zaś były - z jednym wyjątkiem, kiedy na skutek wilgoci w chałupie nie kleiły się absolutnie i wyszedł jeden wielki PIERÓG - kupne. Z polskiego sklepu.

I nikt nie umarł i nie czuł się poszkodowany.

Zatem i tym razem mam na to WYJEBANE.

Na całą tradycję, of course.

Przypominam, że jestem niewierząca już od dawna :P

I tak to leciało, aczkolwiek A. zapomniał, że pisałam, że w środę mnie nie ma.

Jest pełnia, więc nie śpię i chuj, mimo nalewek, herbatek, piguł. Jest pojebana pełnia.


Moje pokoje i kuchnię zalewa trupie światło i mimo spuszczania rolet niewiele to pomaga. A zasypiam gdzieś o 4 nad ranem :|

No a dziś znów wyjazd do Puszczykowa, przeżywałam jak mrówka okres.

Tym bardziej że zimno i ACHTUNG: odkopałam w szafie RAJSTOPKI, kupione na ślub Inżyniera. Albowiem było założenie, że elegancka kobieta musi mieć rajstopy :) Byłam nieelegancka, a rajstopy przeleżały w szafie hmm... 7 lat? Ale o dziwo, wlazłam w nie swobodnie, choć wtedy miałam obawy, czy się zmieszczę. Zmieściłam się i jeszcze spory zapas został. Cud jakiś :)

Ale mam teraz spodnie cienkie, wiaterek przez nie piździ, a tu stanie na przystankach, chuj wie ile... A takich temperatur nie pamiętam od kilku lat z hakiem... No i  płaszczyk pikowany, watowany wywlokłam.

Więc i podkoszulkę, kupioną w porywie zmarznięcia (ja i marznięcie?) w ubiegłym roku założyłam, i

I tym pięknym sposobem dotarłam do Puszczykowa cała i zdrowa.

W hallu był ochroniarz, tym razem niesympatyczny jak cholera, na moje pytanie, gdzie jest szatnia, zaperzył się jak indor, jednocześnie wdając się w pyskówkę z ludźmi, którzy chcieli iść tam, gdzie on twierdził, że przejścia nie ma. Obstawali przy przejściu, bo ktoś z poradni kazał im tam przejść...

W końcu oddałam płaszczyk i poleciałam do poradni, gdzie upewniłam się, że po prostu mam siąść i czekać na zmiłowanie.

Doczekałam się, samotna na krzesełeczkach jak ten biały żagiel w niebios toni...

Wyszła przemiła Pielęgniarka przez duże P, przez ogromne P.

Samo badanie pola widzenia jest upierdliwe jak cholera, ale dzięki Pielęgniarce nie tylko przeszło bezboleśnie, ale jeszcze pokazała mi wydruki (pytałam, czy może je zinterpretować, powiedziała, że nie opisze, bo od tego jest lekarz, ale moje wyniki nie są złe, to początkowe stadium jaskry i o ile nie będę lekceważyła podawania leków regularnie, mogę z tym żyć aż do śmierci, bo leki są OK. Rzadko kiedy lekarz tak rozmawia z pacjentem, jak ona ze mną. Zresztą sama czułam w czasie badania, które oko jest niezłe, wiedziałam od razu, że z drugim jest gorzej. Ale to wczesne stadium, więc z lekami jest nadzieja. Te objawy miałam już jako nastolatka, ale nikt wtedy mi jaskry nie zdiagnozował). 

I dzięki Pielęgniarce zdążyłam na autobus - badanie o 12, punktualnie, autobus o 12.34 - wydarłam się na ochroniarza, że chcę palto teraz zaraz już, bo mi autobus wieje :) 

Teraz spokój do końca stycznia - mam badanie kontrolne, o zgrozo, o 9 rano.

No cóż, muszę z tym żyć i na razie nawet nie sprawdzam rozkładu jazdy.

A potem dzień


już bez słońca, a całą drogę do Puszczykowa i z powrotem świeciło tak, że okulary musiałam zmienić, a widoki za oknem autobusu były przepyszne...


Szybkie zakupy w Lidlu i okazało się, że poinsecja mi się okociła ;) No dobra, małą dokupiłam.

I wizyta na pracowej poczcie, a tam, tadam...

Nie było tego w starym harmonogramie, na którym jadę...

Jutro mamy zamykać ekstrasa :) 

Hahahahahahaha...

Czekał na poczcie 1 (słownie: jeden) tekst do niego.

I tak życie pędzi coraz prędzej.

W sobotę ta jebana bateria - mam nadzieję, że Pierworodny jednak do mnie dotrze... Bo mało zabawne jest kąpanie się z wodą lejącą się i z baterii i z węża prysznicowego.

Ale i tak moja Złota Rączka (musiał zapytać żonę, czy może pomóc matce - no comment, nie chcę za darmo, zapłacę za poświęcony czas) musi najpierw zmierzyć wszystko (to mit, że to jest standardowe), pojechać ze mną do marketu i pomęczyć się montując...

A na wieczór zląduje u mnie  Inżynier, idący na firmową imprezę. Tym razem bez Łobuzów. Łobuzy domagały się tym razem Sleepover at Grandpa, ale coś nie stykło :) No cóż, Grandpa romansuje, nie tak jak Grandma... :) Jednak Łobuzy nie dojadą do mnie, z jednej strony to nawet lepiej :) 

Przede mną dwa ciężkie tygodnie, a i nie wiadomo, co się poprzesuwa.

Ale i tak będzie jak ma być...

Życie nie składa się z oddychania tylko z chwil zapierających dech.


środa, 22 listopada 2023

Wyłączyli

 Kochany Pamiętniczku, te jebane reflektory na sąsiednim bloku - pewno nie ma na razie (oby na zawsze już) żadnej reklamy.

Od razu inaczej jest w mojej chacie, szarzej i ciemniej, ale przecież o to, do jasnej ciasnej chodzi w nocy, żeby było ciemno, a nie żeby w okna waliły reflektory jak na przesłuchaniu w UB :|

Suszarka do bielizny nagle się złamała, no cóż, stara była, jej prawo, toster też padł, ale też tostery kupuję te najtańsze, więc po paru latach padają.

Mam już nową suszarkę i błogosławię sama siebie, że kupiłam ją w Biedronce, choć nieco było mi żal grosza, ale Vileda, większa od poprzedniej, a jak zimą piorę pościel i coś jeszcze to na starej było mi brak miejsca, więc OK.  A błogosławię, bo ledwo ją do chaty dowlokłam.

Pojechałam potem do Action po toster, bo w okolicy nie było, a tam była suszarka, kosztująca dokładnie tyle samo, co w Biedronce, na dokładkę no name, a musiałabym ją zbiorkomem wlec do domu, więc dobrze, że kupiłam w Biedrze :)

Czeka mnie jeszcze jedna wyprawa do miasta, bo książki dla Papryczka nie było, więc musiałam zamówić, a że najtaniej wychodziło w Empiku, a mam teraz wolne, to zamówiłam z dostawą tam, a co. I tak mi się kasa rozchodzi jak świeże bułeczki.

W niedzielę wizyta u pani EM. To mama kolegi Inżyniera z podstawówki. Całkiem spoko kobieta, chyba jedyna moja znajoma na osiedlu tak naprawdę. Inżynier był z nim blisko, a że kolega był marudnym  jedynakiem, zabierali Inżyniera na wyjazdy w wakacje, żeby M. miał kolegę. Inżynier wyszedł z tego bez szwanku, bo miał wyrąbane, jak to on, ale M., przekochany chłopak i dżentelmen ma do dziś odchyły, bo ojca miał przeokropnego. Ten z  gatunku co to wszystko wie lepiej, jak chłopcy odrabiali lekcje, wparowywał im do pokoju z encyklopedią albo innym ustrojstwem i dokładał wiedzy.

W którymś momencie pani E. nie wytrzymała i odeszła od niego, ale trochę za późno, dobrze, że miała gdzie iść. Rozwiedli się, chciał ją puścić w skarpetkach (i prawie mu się to udało), kobieta nie pracowała, za to w domu musiało być jak w muzeum, a koronkowa serwetka leżała nawet w łazience na kiblu :|
Nasze drogi rozjechały się, jak się wyprowadziła - nie chciała przyjeżdżać na osiedle, a ja, wciąż pracując nie za bardzo miałam czas na odwiedziny u niej.
Od kilkunastu lat kontakt mamy tylko przez M., na FB, a niekiedy wpadał do ojca (dopóki musiał, ze względu na alimenty).

Czasem spotykaliśmy się na osiedlowych dróżkach.

Ostatnio jak Inżynier poszedł z nim na spotkanie, to umówili się, że pojedziemy ją odwiedzić, niedomaga już, jest znacznie starsza ode mnie.

Gazetka od wczoraj zamknięta, względna wolność do 1 grudnia, bo jednak maszynki, ale luz.

Dziś po tej obrzydliwej jesieni, która nagle spadła nie było śladu, dzień, choć z lekka mroźnawy był rozsłoneczniony jak mało kiedy. 

U pierworodnego jelitówka.

Alienek nie wiadomo co złapał.

A ja mam katarek mały i kicham, mam nadzieję, że to tylko lekkie przeziębienie, a nie żaden srovid, którym znów straszą. I znów majaczą maseczki.

A nie chciałabym odwoływać okulisty za tydzień.

I tak leci dzień za dniem.

Ogrzewanie włączyłam, bo jednak przy kompiku jechało po nereczkach.

I góralskie bamboszki wdziałam, no cóż, już prawie koniec listopada.


niedziela, 19 listopada 2023

No nie

 Kochany Pamiętniczku, ojaciępierdolę.

Mnie to życie funduje taki rollercoaster, że klękajcie narody.

Ale nie narzekam, dopóki wszystko ma happy end.

I tak więc, w ramach akcji Sleepover at Grandma pobieżyłam na poranne polowanie, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik i zadowolona z wózeczkiem wróciłam do domu, a jakże. Portfel był trochę lżejszy, ale oj tam, oj tam, rosołek, gotowy do zamienienia się w pomidorówkę na życzenie był gotów, na Inżyniera w ramach rozpieszczania (i oczyszczania zamrażalnika, a jakże, bo ileż można w nim trzymać mrożone cuda) czekały: maleńki gulasz wołowy (z żeberek sprzed chyba dwóch lat, kiedy koleżanka z redakcji biła byczka - wyszedł przesmaczny i nikomu nie zaszkodził - ja jadłam, Inżynier nie, co ważne dla dalszego wątku opowieści mej), polędwica wieprzowa i żeberka wieprzowe również - wszystko to przecudnie upieczone w piątek w otoczce papryki i innych nawinie, wyszło MLASK :) W jednym garze, a co, kuchenka ma tylko cztery palniki. Jako że szarych klusek nie było w budce, a kolejki były koszmarne, zanabyłam pyzy drożdżowe, by nie szukać klusek dalej i kapustkę kiszoną chrzanową, zasmażana wyszła ojapierdolę. Nawet sos, mnie, niesosowej do bólu wyszedł piękny i gęsty. Więc obiad jak na cztery gwiazdki Michelin (wiem, wiem, skala ma trzy gwiazdki, ale moja kuchnia wymiata)... :) 

I tak sobie czekam, kontemplując


(znaczy się, nie plułam pod kątem, bo nie pluję, ale ciesząc się kompozycją, bo i gwiazdę betlejemską za całe 9,90 z Biedronki przywlokłam i jak pięknie się to skomponowało, że ojapierdolę), Dalida śpiewała, jak to ona, melodyjnie i duszaszczypatielno, a Inżynierostwo jak zwykle miało poślizg, ale Alienek był na przesłuchaniu u logopedy (nareszcie, bo wlecze się to od dwóch lat i poszli wreszcie prywatnie). Logopeda był pod wrażeniem w czasie testu, ale wiadomo, Alienek po babci ogarnięty jak kupa gnoju i jest the best. Zdobył tyle punktów, że zaszokował logopedę. Babcia z tego wrażenia zapłaciła za pierwszą poniedziałkową lekcję. Bo może. Bo pracuje jak ten slave po ty, by móc rozrzucać kasę na prawo i na lewo. Kto bogatemu zabroni? Nie żalę, się, stwierdzam fakt, bez tej jebanej pracy zdechłabym z nudów, a tak mam szerokie perspektywy i nawet przepalający się w najmniej odpowiednim momencie toster nie był w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, bo kupiony za grosze, następny też za grosze kupię, ale dopiero za kilka dni, jak się wyrwę z chałupy :) 

I tak sobie kontemplując czekam i czekam, aż tu pika MSG od Pierworodnego, czy może wpaść na 10 minut.

Wiadomo, kurwa, jak na 10 minut, to matka do czegoś potrzebna, bo z wizytą to się nie kwapią jakby co... No ale jestem porządną matką, piszę, że zapraszam, bo jakże, serce mam szerokie i te moje niedorobione dzieci kocham jednakowo, a co, może nie?

Wleciał, kawy nie odmówił, pół rogala marcińskiego wszamał (a Inżynierowa mówiła, że Alienek nie tknie rogala, bo są w nim rodzynki - jakie kurwa, rodzynki w rogalu świętomarcińskim, gdzie oni taki szajs kupili? U mnie Alieniątko wszamało rogala i się oblizywało, aczkolwiek przedtem dokładnie obadało, czy nie ma rodzynek, których nienawidzi).  No i jak zwykle pierdolenie o Szopenie, o mieszkaniu na wyrost i o tym, że nie jadą do teściów, bo teściowa w środę lamenciła córce, że ma dość obsługiwania tłumów w święta (ma ogromną kuchnię, ze zmywarką i wszystkimi bajerami, ja mam 5 m kwadratowych, z jednej strony ją rozumiem, choć jest sporo młodsza ode mnie, postawiłabym na katering, a reszta w maszyny, wnuki już podrośnięte, to można zagonić do wynoszenia, mają pietro chaty przystosowane do całej bandy Pierworodnego, no ale nie mój cyrk, nie moje pchły), więc wprosili się do Inżynierów. Jak zawsze gdzieś na krzywy ryj. W sobotę teściowa marudziła Pierworodnemu, oburzona, że zostanie sama na święta. A jej rodzona córka jej odszczeknęła: sama tego chciałaś.

Jakby na to nie patrzyć.

Z góry zapowiedziałam, że nie obsługuję świąt, chcę je spędzać sama, bo: mam małą kuchnię, nie mam zmywarki i nie mam siły. Możemy się spotkać na kawie, ale na tym kończy się moja inicjatywa.

IMHO, mogliby mnie do siebie na kawę zaprosić, co jedna dodatkowa osoba, to nie cztery i kundel na dokładkę.

Więc ja, Kochany Pamiętniczku, jestem idealna.

O tym będzie dalej, nie, że się chwalę, ale muszę się dowartościować :) 

 Moje dzieci nie ośmieliły się do mnie nigdy mówić na ty albo w trzeciej osobie. Synowe mówią mi po imieniu, mnie to rybka - w sumie nic do nich nie mam, ale nie chciałabym mieć żadnej z nich za córkę. 

U mnie jest: ale mamo, ale mamo, albo: jak się mama czuje, czy mama weźmie Łobuzy, mogę mamę prosić.

A i ja do wnuków mówię: teraz babcia wam spuści lanie, aż będzie pierze leciało, a i wnuki do mnie: babcia Yoda, co dla nas masz, babcia Yoda, dostanę puzzle?

Więc respekt i szacunek jest :)

No i gadu-gadu, latam do kuchni, bo dają znać, że wyjeżdżają, więc odgrzewam, makaron dogotowuję, Pierworodny odmawia obiadu (a pułk wojska mogłam obdzielić).

I wychodzi szydło z worka.

Wpadł do matki, bo przegubowiec, którego kupili, zeżarł buty.

Pierworodnemu, ale ma zapasowe. A i inni mają, ale Papryczkowi zeżarł jedyny egzemplarz. A w sakiewce dziura, ale nie, nie chce kasy ode mnie na buty. Nosz, kurwa, ja świąteczne wydatki ogarniam już od pół roku, żeby nie zbankrutować, nowe okulary odkładam, bo to wydatek co najmniej pół mojej pensji (tak, mam marną pensję), ścibolę, patrząc w dal, jak mi pralka nie odwirowała (stara, mam już chyba 20 lat, wpadłam w depresję, bo gdzie ja znajdę pralkę, która nie śpiewa, nie tańczy, nie recytuje, nie daje dupy i nie gotuje, ale po prostu pierze?), no i na kolana padłszy ją całowałam, jak się okazało, że wszystko jest OK, choć stać mnie na nową, z palcem w dupie?
A oni kupują Karchera do czyszczenia mebli (kurwa, w tym niesprzątanym bajzlu), podczas gdy ja kanapy sprzątam odkurzaczem i wilgotną szmatką. Ale mamo, ale mamo to kosztowało tylko 20 zł. Serio?

"Kłamie, co pyskiem ruszy". Nie mam już siły z tym walczyć, bo walczyłam z tym, odkąd się urodził. Ten model tak ma. I oczywiście, ma załatwionego Ubera na wigilię (WTF?), który zabierze ich z włości do wioski. Za 70 zł. W Wigilię, podczas gdy ja w ubiegłą Wigilię, chcąc dojechać do domu od I., dojechałam tam dzięki uprzejmości siostry Inżynierowej, która była u nich, albowiem taksówka (sic!) na moje zamówienie odpowiedziała o północy (sic!) z pytaniem, czy chcę jeszcze jechać. A to było w samej wiosce. Więc obawiam się, że zaczną się roszady, typu, że ja pojadę z teściem I., z którym NIE CHCĘ jeździć, bo jest stary, ma grata i szarżuje na drodze śmierci, a I. będzie ich odwoził. 

No dobra, kurwa, nie piszę scenariuszy.
Skończyło się na tym, że zapytałam, ile na buty dla Papryczka.

Na początku strzelił 200, ale zeszedł na 150.

No kurwa, ja kupiłam buty za 129 zł.

A plumknął, że są takie po 1000.

Nie dosłyszałam. Mimo aparatów. To, że dziadkowie fundowali im odzież za 800 - w dupie mam. Nie mam 5000 emerytury dziadka plus nie wiadomo, ile babci ani gospodarstwa. Poza tym martwię się sama o siebie od lat, Inżynier, zanim się nie rozwalił przez chałupę (też nie słuchając mnie), dopieszczał mnie systematycznie. A oni miesiącami nie pytali, czy żyję (i nadal nie pytają), licząc na to, że I. ich zawiadomi, że jest kasa po mnie do wzięcia. Bo że mieszkanie, to wiadomo.

Chciałam mu zaraz tę jebaną kasę wysłać, ale co się zbliżałam do kompa, to zakwitał mi za plecami, a ja, sorry, nie będę się spowiadała, ile mam ma koncie.

Więc zeszło, do przyjazdu Inżyniera, który znów się spóźnił, bo wyjechał z domu BEZ płaszcza, więc w połowie drogi wracał po płaszcz.

Kurwa.

A już wstawione pyzy powoli szlag trafiał, makaron się sklejał, a  Pierworodny nawijał o cudach wiankach w swojej pracy i o tym, co może Inżynierowi za darmo załatwić (moim zdaniem fajna opcja, ale Inżynier był potem na nie, a ja jestem jak Szwajcaria i w dupie już wszystko mam).

Dojechali wreszcie i zaczęło się PIEKIEŁKO.

Bo musiałam jednocześnie obejrzeć i jednorożca, który będzie ze mną spał, i aparat na zębach Alienka, ogarnąć stertę okryć wierzchnich, na rozłożenie których nie mam miejsca (mieli z tej emigracji nie wracać i mieszkanie jest JENOOSOBOWE), przebrnąć przez rozwaloną w przedpokoju stertę buciorów, nie łamiąc biodra, włączyć i wyłączyć w kuchni co trzeba, nie pozwolić na wyładowanie na JEDYNYM w tym domu stole, tak pięknie chwilę przedtem udekorowanym całej armii Pokemonów (jak ja nienawidzę tego plemienia), podać obiad, pożegnać Pierworodnego, który po  otrzymaniu kasy na buty dla Papryczka od razu przestał męczyć młodszego brata o te gratisy i poleciał...

Inżynier, jak i jego dzieci, je obecnie wybiórczo i połowa z żeberek wieprzowych została wydłubana i do wyrzucenia. Kiedyś by zjadł wszystko i jeszcze by talerz wylizał.

Mniejsza z większym.

Zjedli deser - nawet Alienek, który nie tyka rogali marcińskich, bo są w nich (UWAGA, ACHTUNG, WNIMANIJE, POZOR, BUDIET TRYSKAT) rodzynki - zeżarł je, oblizał się i zapytał, skąd takie dobre :) 

No jak skąd - od babci :)

Kalafiorkówna wielce zdziwiona, że każę im siedzieć na czterech literach, bo muszę pozmywać, rezolutnie uświadomiła mnie, że ona ma w domu dużą kuchnię, spiżarnię i zmywarkę.

Tom jej wymachnęła ręcami obiema, uświadamiając ją, że to jest moja zmywarka, kuchnia jest mała, spiżarni nie mam i muszę ten bajzel sama ogarnąć.

Tak się dziewczę zszokowało, że dało mi spokój.

Ogarnęłam, Inżynier poszedł w długą, a ja zostałam z Łobuzami.
W międzyczasie dostałam fotkę Papryczka w nowych butach, ale wygląda jak kupa nieszczęścia, na ulicy bym go z trudem poznała - włosy tłuste i zaniedbane, poza ramiona, zęby już stałe (a ostatnio jak go widziałam miał mleczaki górne) - no cóż mam rzec?

To nie jest mój wybór.

Serduszko, cmok i niech mi to będzie zapisane po stronie ma, że mój wnuk dzięki mnie boso nie chodzi.

Mówiłam, że kupowanie kundla (bo za 500 zł to nie jest rasowy pies, nie żebym miała coś do kundli) za ostatnią kasę w tym bajzlu to nie jest dobry pomysł. No ale ja zawsze jestem głupia i mam obiekcje, bo to dla dobra dzieci. Które już teraz mają na przegubowca wyjebane i lata z nim Pierworodny, który zarzekał się, że latać nie będzie. Dlatego sama osobiście nie kupiłam moim dzieciom ani nie zgodziłam się na adopcję żadnej sierści, bo wiadomo było, że zostanie to na mojej głowie, a miałam na niej cały dom i Eksa. Czego nie żałuję, ale rozkładałam moje siły na to, co dałam radę ogarnąć. Trudno, mieli spierdolone dzieciństwo - tak twierdzi zawsze Inżynier i czasami nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio.

No cóż, w tej nieświadomości umrę, ceniąc się jak zawsze nisko, jak każde DDA. Szkoda mi teraz kasy na kozetkę u psychologa, żeby mnie prostował.

Umrę zdołowana i tyż piknie. 

Inżynier wybył wreszcie na spotkanie z kolegami ze studiów, a ja, no cóż, chciałam się poczuć jak wtedy (nie odpisywałem, bo nie było w pubie zasięgu), ale coś poszło nie tak.

I mój piękny design, że pozwolę sobie użyć tego tępionego przeze mnie słowa zamienił się w 


 

i tylko puzzle z iPada pozwoliło na opanowanie towarzystwa, na trzymanie go w ryzach. Bo na kolację: nie taka bułka, nie takie masło, nie taki obkład, nie takie picie. Jebać zasady niekorzystania z elektroniki. Pokolenie moich dzieci było zdyscyplinowane, pokolenie moich wnuków "ma prawo wybrać to, co chce". Nikt nie myśli o tym, czy mój dom jest przygotowany na to, co wnuki chcą, trudno, żebym miała dyżurne ogórki kiszone, skoro sama je jadam od wielkiego dzwonu, a kiszonej białej rzodkwi, którą jem, nie tknie nikt, bo nawet nie tknąwszy wie, że nie lubi. Z góry wiedzą, że nie lubią tego serka, który mam, lubią inny, którego nie mam, a nie dam rady ubrać całej bandy (bo ubiera się sama, bo ma się ubierać sama, co trwa dwie godziny i nie polecę z nimi do najbliższej czynnej placówki spożywczej po ciemku, by zdobyć produkt, który akurat zjedzą, a jebana zwykła bułka kosztuje jak się okazuje prawie 2 zł - dla mnie szok, bo nie jem bułek, jem chleb. Orkiszowy, bo to zboże zalecane w moich choróbskach).

Los strzegł, że nie pourywałam łebków i ogonków i nie wywaliłam z loggii, bo siedziałaby dziś w pierdlu, a nie pisała tej notki :P

Widok Alienka, szukającego w chlebie orkiszowym ziaren, bo on ziaren kijem nie tknie, a w tym chlebie są ziarna (nie ma, mąka ma jakieś kropki, a właśnie padł mi toster...), z nosem na chlebie - bezcenny...

Ale aparat z zębów zdejmuje idealnie i szoruje zęby po jedzeniu. Zakłada aparat, karnie.

Nie wspominam, ile wody leje się strumieniem w łazience, u mnie, oszczędzającej wodę aż do skąpstwa, bo tak. Bo oszczędzam jak Szkot wyrzucony ze Szkocji za skąpstwo, jak rasowa poznanianka.

Ogarnęłam tę kuwetę, łóżka posłałam, uszykowałam starego iPada, gdzie mam ich profil, bo na nowym mam profil inny i ruszyło clou dnia - kąpiel.

Znienawidzona czynność Inżynierowej, ukochana moja, ale w wannie. Znów byłam młoda, piękna, miałam te 30 parę lat...

Piana wylewała się z wanny, a wrzaski niosły się po całym bloku. Zastanawiałam się, kręcąc zajebiste filmiki, kiedy do mych drzwi zadzwoni policja i opieka społeczna, ale że trzeźwa byłam, aparaty miałam, no i polski znam perfekcyjnie, a z wanny co chwila dochodziło "babciu, kocham cię" w wykonaniu tym razem Kalafiorkówny (serio, da się mnie kochać?), czekałam spokojnie na interwencję służb. Nie doszło do niej, więc widocznie wyżej ani niżej te wrzaski nikomu nie przeszkadzały.

Filmików nie będzie, bo wyszłaby pornografia dziecięca, a oto nie chcę być posądzana, jestem porządną babcią i byle czego nie publikuję.

Kolejne Pokemony spacyfikowały bandę na wielkiej kanapie z IKEA, miała tam spać z rodzicem.

Obeszło się bez książeczki, ale po 15 minutach Kalafiorkówna z ekipy "śpimy tylko z tatą, dajemy babci przestrzeń", na moją zgubę zlądowała w moim łóżeczku :) (Łóżko polowe, zanabyte za mą krwawicę, zabrał na włości Inżynier dla gości) :) 

I tu zaczęła się bajka: nie śpij w moim łóżeczku...

Podejrzewam, że Kalafiorkówna ma to samo, co Eks.

Zespół niespokojnych nóg. 

Budzi mnie - z powodu mojego słuchu - tylko światło i ruch.

Na początku używałam dwóch kołder. Potem wyniosłam się na amerykankę w pokoju dzieci, co oczywiście utwierdziło Eksa w przekonaniu, że go zdradzam. Aczkolwiek do usług małżeńskich byłam zawsze chętna. 

No cóż sfelerowany ze mnie model.

Z Kalafiorkówną nie miałam nigdy zaszczytu spać, z Alienkiem i owszem, ale ten wędruje i spycha z łóżka, nie kopie.

A panienka kopie regularnie co 15 minut i to dokładnie, i systematycznie co 15 minut.

Jak ten|ta z amerykańskich filmów, co to frustracje wyładowuje na worku bokserskim.

Do teraz czuję te ciosy na nereczkach i na żołądku, gdy przewracałam się na drugą szyneczkę :)

Biedna Sześciokitka kajała się za to rano do bólu, ale... No dobra, za ten wrzask w wannie: babcia, ale ja cię kocham najbardziej na świecie - została jej ta noc wybaczona.

Aczkolwiek o 2 w nocy zmęczona do granic możliwości babcia, gdy krótko po 1 po oczach poświecił jej komórką syn marnotrawny, który NIGDY nie siedział tak długo w łazience ( nie mam drzwi, światło z łazienki wali mi po oczach), zwlokła wszystkie szmaty w zasięgu ręki i padła na podłogę, marząc o zaśnięciu, ale szmaty się marszczyły, gniotąc ciałko, kocyk był za cienki, a wstanie z podłogi na siku wymagało operacji większej niż izraelska w sprawie zniszczenia Hamasu...

Próbowałam rano opanować tałatajstwo, które mordę drze na wyprzódki, z miernym skutkiem, z rozpaczą patrząc na maleńkie płatki śniegu za oknem, przeradzające się w zamieć, pisząc scenariusze, zabijające Inżyniera, jego dzieci, drące japę, że nie chcą jajecznicy, że chcą jajecznicę taką jak siostra, ale nie zjedzą pieczywa...

A w loggii konały 


... ostatnie pomidorki i papryczki...

W tym bajzlu Inżynier zapuchnięty (w życiu nie jadłam kebaba i tak już zostanie, on jadł i zapłacił za to, a ja przerażona jego jazdą z Łobuzami w tej śnieżycy)...

Kurwa. To już nie na moje nerwy.

Dojechali cali, bo uparł się, że pojedzie, zanim się wszystko zatka.

Inżynierowa: jak się czuje na siłach, niech jedzie.

Ja: zastanawiająca się, jak to przetrwam.

Pierworodny dzwoniący, że Papryczek rzyga.

Ja: zastanawiająca się, co komu jeszcze potrzeba.

Inżynierowa dzwoniąca, że są w chałupie.

Ja - mówiąca sobie, spocznij, wolno pić.

Tak się składa, że mam butelkę wina i uczciwie na nią zarobiłam.

Chata ogarnięta.

Ręczniki (sterta) poprana.

Nawet nie mam ochoty na obiad, ale mam gotowca, wystarczy odgrzać.

Jak zgłodnieję.

I nie rozumiem wciąż mojej kumpeli, która zachwyca się byciem babcią.

No dobra, zachwycam się, bo nie mam wyboru.

I jakem niemodląca się, modlę się, aby nikt nigdy nie musiał się o mnie troszczyć.

Zejść szybko, zostawić interes na plusie - nie tak, jak mój ojciec zostawił mnie.

Ufff, ale się dziś napisałam, ale opisałam JEDEN dzień detalicznie.

Może i tak warto żyć?

I te moje niedorobione dzieci kocham tak samo wciąż, choć są tak różne.

Bolą mnie wciąż - oba - tak samo.

Bo tak samo nie słuchają, co do nich mówię.

Jako i ja ojca nie słuchałam, chociaż nie do końca nie miał racji, ale za późno zaczął to udowadniać.

Ot, los DDA. 


A jutro znów jak ten slave pokuśtykam do pracy, przesuniętej decyzją pana i władcy o kolejnych kilkanaście godzin, których mi ani nikt nie zapłaci, ani nie odda. 

Ja, z pokolenia boomersów, winna wszystkim grzechom tego świata.

Pracująca do usranej śmierci.

I mimo wszystko szczęśliwa, że żyję i mam tak BOGATE życie.  

Toutes, toutes, toutes, toutes, toutesToutes tes chansonsOnt traversé le temps sans jamais prendre une seule rideDe génération en générationOn les chantera aussitôt que l'on voudraPartir dans les souvenirs
Adieu monsieur tout est fini (darladirladada)Quitte-moi et refais ta vie (darladirladada)Je préférais la fleur des champs (darladirladada)Toi tu préférais les